Stacja

Ciągle są jakieś filmy – głównie z naszego podwórka – które porównuje się do innych tytułów, by nadać im „lepszego” statusu. Tak działają głównie krytycy albo specjaliści od marketingu. Tak było z „Domem złym” Smarzowskiego, gdzie wskazywano podobieństwa do Tarantino czy braci Coen. O wiele bliżej pasowałoby to (choć też na siłę) do powstałej w 2001 roku „Stacji”.

Film Piotra Wereśniaka dzieje się w jakimś małym miasteczku gdzieś w górach. Tam znajduje się z dala od zgiełku stacja paliw, prowadzony przez niejakiego Dymeckiego (Zbigniew Zamachowski). Mężczyźnie pomaga młody student zwany Bananem (Bartosz Obuchowicz). Ruch jest niewielki, więcej czasu trzeba na zbicie nudy oraz rozmowach o pierdołach. Ale wtedy pojawia się Audi, prowadzone przez niezbyt młodego gościa (Bogusław Linda). Chcąc się załatwić za krzakami, bo toalety nie ma, traci przytomność. Panowie chcą wezwać pogotowie i policję, jednak nieznajomy wyciąga pistolet. To oznacza jedno: albo będą wykonywać polecenia gangstera (zamiast lekarza z NFZ – prywatna wizyta za sporą kasą) i przy okazji dostaną niezły hajs albo pójdą do piachu. Takiego dnia nie da się zapomnieć.

Reżyser i scenarzysta we własnej osobie próbuje zrobić swoją wariację „Fargo”. Zimowa sceneria, torba z pieniędzmi, policjanci, a nawet pewien moralny dylemat (choć mi skojarzył się z „Prostym planem” Raimiego) – tak, są pewne wspólne elementy. Jakby cała ta historia skupiła się wokół trójki, mógłby to być ciekawy thriller. Problem w tym, że Wereśniak dorzuca do tego wątku jeszcze masę pobocznych postaci. Jakby rozumiem, że trzeba dodać odrobinę kolorytu i osadzić całość w szerszej perspektywie. Tylko tych postaci jest zwyczajnie za dużo: lekarz (Sławomir Orzechowski) mający problemy z żoną oraz dorosłym synem, co podkradł auto; dwójka ochroniarzy zabitego biznesmena; komendant policji na chorobowym z grypą (Olaf Lubaszenko). Te poboczne opowieści z jednej strony potrafią dodać odrobiny humoru (nawet jeśli opartego na rzucaniu przekleństwami), ale z drugiej mocno zaburzają tempo oraz atmosferę. Czuć tu całkiem niezłe ucho do dialogów, poczucie izolacji oraz miejscami zaskakujące zbiegi okoliczności. Jednak to wszystko się nie spina ze sobą, pozostawiając pewne wątki bez jakiegoś rozwiązania. Najgorsze jednak jest kompletnie niesatysfakcjonujące zakończenie, sprawiające wrażenie nagle urwanego.

„Stacja” jest porządnie sfotografowana, ma dość dziwną muzykę, jakby nie do końca pasującą tonalnie i potrafi zamulić swoim tempem. Nawet bardzo rozpoznawalne twarze nie są w pełni wykorzystane (szczególnie Katarzyna Figura, Sławomir Orzechowski czy znowu będący twardym – choć umierającym – cynglem Boguś Linda). Największym paliwem napędowym jest duet Obuchowicz/Zamachowski, gdzie ten pierwszy jest młodym, naiwnym chłopakiem z zasadami, drugi stanowi mieszankę prostactwa (klnie jak szewc), prostolinijności oraz szansy na łatwy zarobek. Przynajmniej na początku, gdyż z kolejnymi minutami zaczyna się zmieniać.

Dziwaczne, pomieszane, chaotyczne kino, które wymaga sporej cierpliwości i uwagi. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że Wereśniak bardziej sprawdza się jako scenarzysta niż reżyser. Bo „Stacja” sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału, który w rękach pewniejszego reżysera dałby o wiele mocniejsze, intensywniejsza albo ostrzejsze kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Przepiękne!

Takie filmy jak „Przepiękne!” określam jako mozaikowe, gdzie mamy przeplatankę postaci i wątków na dany temat. Do tego są one dość stonowane formalnie, z masą piosenek w tle oraz rozpoznawalnymi twarzami w obsadzie. Fakt, że nowy film Katii Priwieziencew produkował TVN raczej nie jest przypadkiem.

Sama historia skupia się na sześciu kobietach, z czego część jest spokrewniona ze sobą. Magda (Marta Nieradkiewicz) zajmuje się domem i dwójką bardzo małych dzieci. Jednocześnie chce wrócić do pracy, czego jej zapracowany mąż (Mikołaj Roznerski) nie do końca akceptuje. Jej przyjaciółka Basia (Marta Ścisłowicz) wydaje się być wyzwoloną singielką, uczącą w szkole. Kobieta wpada w oko wuefiście Kubie (Konrad Eleryk), który zaczyna powoli zdobywać jej serducho. Krystyna (Hanna Śleszyńska) po 30 latach związku z Władkiem (Olaf Lubaszenko) zaczyna chodzić na zajęcia z tańca tanga i chce czerpać z życia garściami. Chociaż jej mąż początkowo nie potrafi się odnaleźć w tej sytuacji. Jest jeszcze młoda modelka Julka (Kamila Urzędowska), będąca pod opieką szefowej agencji, Agaty (Katarzyna Herman). Problem w tym, że dziewczynie coraz ciężej jest znaleźć jakieś poważne zlecenia i to zaczyna się na niej odbijać. Jest jeszcze córka Agaty, bardziej „pulchna” Klaudia (debiutująca Wiktoria Bylinka) – uczennica w liceum.

„Przepiękne!” są remakiem niemieckiego filmu z 2022 roku, który u sąsiadów był sporym kasowym hitem. Nie wiem, czy u nas był ten film pokazywany czy dostępny, więc nie mogę wskazać jak spore jest podobieństwo do oryginału. Film Priwieziencew jest taką sklejką różnych wątków i postaci, które nie do końca wykorzystują potencjał pewnych kwestii. Głównie chodzi o szeroko rozumianą kobiecość – odnajdywaniu siebie, prób pogodzenia swoich potrzeb z presją otoczenia środowiska/profesji, spełniania swoich pasji itd. Jak każda taka kompilacja, nie wszystkie wątki są ciekawe i angażujące, czego należało się spodziewać. Owszem, bywa to okraszone chwilami humoru oraz odrobiną złośliwości, jednak nie zaangażowało mnie to w pełni emocjonalnie. Niemniej nie ma tutaj chwil wywołujących zażenowania czy kompletnej padaki.

Obsada tutaj wyciska, co może i naprawdę parę ról zwyczajnie błyszczy. Dla mnie faworytkami są Marta Nieradkiewicz oraz Marta Ścisłowicz – pierwsza wypada bardzo przekonująco jako zmęczona matka i żona, co chce wrócić do pracy; druga wnosi sporo lekkości i humoru, szczególnie razem. Tutaj nikt w zasadzie nie wypada słabo czy sztucznie, nawet nie mając zbyt wiele do roboty (szczególnie postać Katarzyny Herman). Jeśli Mikołaj Roznerski, którego fanem nieszczególnie jestem, jest w stanie wypaść przyzwoicie, to mamy do czynienia z cudem.

Innymi słowy, ta opowieść o kobiecości we współczesnym świecie i w różnych obliczach, bywa strasznie nierówna. Ma swoje momenty, potrafi rozbawić czy poruszyć, ale brakuje czegoś, co pozwoliłoby zostać w pamięci na dłużej. W sumie obejrzeć można, ale lepiej poczekać na streaming.

6/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia wieczerza

Bartosz M. Kowalski jest chyba szalonym reżyserem. I jako jedyny twórca konsekwentnie podejmuje się realizacji kina grozy. Po slasherowej dylogii „W lesie dziś nie zaśnie nikt” (wierzę, że część trzecia powstanie) postanowił zmienić kompletnie klimat. Zamiast zombie, lasu i małe miasteczka jest klasztor z dala od cywilizacji. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy przybywa młody ksiądz-egzorcysta Marek (Piotr Żurawski). W tym miejscu odprawiane są egzorcyzmy, jednak coś z tym miejscem jest nie tak: jedzenie jest dziwne, mnisi nie mogą wieczorem opuszczać swoich cel, a sam budynek wydaje się zamknięty. A nowy przybyły kapłan jest tak naprawdę milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginionych kobiet.

ostatnia wieczerza1

Fabuła jest bardzo prosta, banalna i w zasadzie szczątkowa, z czego twórcy chyba zdają sobie sprawę. Już pierwsza scena (prolog z ‘57 roku) bardzo przypomina finał z „Omenu”, ale im dalej w las robi się bardzo mrocznie. Sam klasztor oświetlony jest tylko świecami, nie ma żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, więc trzeba być bardzo ostrożnym. Mamy wrzucone znajome schematy oraz elementy z tego typu horrorem: opętanie, poczucie izolacji, zwidy, wyrywane zęby i wylatujące z nich muchy, makabryczne ciała. Więc nie należy spodziewać się cudów czy niespodzianek. Logika i sens jest tu kwestionowane: niby w klasztorze nie ma prądu, a odtwarzacz video jest przecież na prąd. I chodzi. Jeszcze pojawia się tajemnicza przepowiednia o sprowadzeniu Szatana na świat, dziury ze schowanym okiem, wymioty oraz poczucie ciągłej obserwacji. Co się tak naprawdę dzieje w klasztorze? Czy to zakonnicy stoją za zaginięciami? Jaki będzie finał?

ostatnia wieczerza2

Psychologii postaci brak, głębi też nie należy się spodziewać, akcja rozwija się dość powoli i nie skupia się na poznaniu całego tego świata. Wszystko podporządkowane jest budowaniu atmosfery oraz klimatu, co udaje się bezbłędnie. Fakt, że Kowalski nie boi się pokazywać co obrzydliwszych rzeczy na pewno w tym pomaga. Tak samo jak bardzo wyraźny dźwięk (nawet dialogi są wyraźne, choć przydałoby się tłumaczenie łacińskich zdań) oraz chóralna muzyka. Zaś finał tak ryje łeb ze swoimi bardzo solidnymi efektami specjalnymi. Co mnie zaskoczyło, to spora ilość humoru oraz – świadomego – kampu i nie wywoływało zgrzytu.

ostatnia wieczerza3

Wszystko na swoich barkach trzyma mocne i zaskakujące trio Piotr Żurawski/Olaf Lubaszenko/Sebastian Stankiewicz. Pierwszy jako glina pod przykrywką jest takim naszym awatarem, który próbuje ogarnąć tą porąbaną sytuację. Bardzo wycofany, nieufny, ale czy jest w stanie rozgryźć sprawę/ Czy może jego misja jest skazana na porażkę? Lubaszenko jako przeor klasztoru dawno nie stworzył tak mocnej roli, dodając odrobinę dystansu, nie pozbawiając swojej postaci mroku. Ale Stankiewicz wydaje się najbardziej tajemniczy, wydaje się być prawą ręką przeora, małomównym, skrytym mnichem. Nawet on ma ukryte zamiary, których się nie domyśliłem.

ostatnia wieczerza4

Czy „Ostatnia wieczerza” to najlepszy polski horror ostatnich lat? Dla mnie nadal wygrywa „Wilkołak”, jednak Kowalski pokazuje tu jak pewniej się czuje w tym gatunku. Czyste rozrywkowe kino, stawiające bardziej na atmosferę niż intrygę, ale oderwać oczu się po prostu nie da. Dawno nie było takiej jazdy po bandzie.

7/10

Radosław Ostrowski

W lesie dziś nie zaśnie nikt

Pierwszy polski horror – tak reklamowano najnowszy film Bartosza M. Kowalskiego, który ostatecznie trafił na Netflixa. Marketingowcy troszkę minęli się z prawdą (w Polsce pierwszym horrorem był „Dybuk” Michała Waszyńskiego z 1937 roku), chyba że mówimy tutaj o pierwszym polskim slasherze. To wtedy tak – to już bliżej prawdy. Czy warto sięgnąć po „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, czy lepiej sięgnąć po polską komedię romantyczną? Bo jest bardziej przerażająca niż śmieszna.

Punkt wyjścia jest tutaj prosty: mamy grupę nastolatków trafiającą do obozu offline. Z dala od Internetu, telefonów komórkowych mają przejść coś jakby obóz survivalowy. Wiecie, składanie namiotów, zbieranie jedzonka i takie tam. Skupiamy się na piątce z nich oraz ich opiekunce, co niejeden obóz przeżyła. Jednak na to, co czeka ich w lesie, nie można być przygotowanym. No i są bardzo duże szanse, że nie wszyscy z tego wyjdą cało.

Widać, że reżyser niejeden slasher widział i wie, jak to wszystko ma działać. Jednocześnie wie, że nie może za bardzo trzymać się tych szablonów, bo dziś strachu to nie wywołuje. Zbyt wiele już widzieliśmy, znamy te klocki oraz tricki, więc wyjścia są dwa. Albo ubrać to wszystko w nawias i polać humorem jak w „Krzyku” czy „Domu w głębi lasu”, albo zalać wszystko wiadrami krwi, rzeźnią oraz posoką. Kowalski idzie gdzieś tak pośrodku tymi ścieżkami. Jest to samoświadomy slasher, gdzie oblewa to żartem, zna reguły gry (wypowiadane są przez jednego z bohaterów – nerda Julka) oraz szablonowe postacie: twarda laska z mroczną przeszłością, wysportowany chłopak, nerd, puszczalska blondynka. Las wygląda pięknie i imponująco, co jest pewną niespodzianką. Bohaterowie niby są znani, a jednak niektórzy mnie obchodzili. To drugie zaskoczenie, choć jest tutaj parę wad.

Po pierwsze, tempo czasem szwankuje. Gwałtownie przyspiesza, by równie szybko się zatrzymać. I nie zawsze można zaangażować się w tą historię. Po drugie, jest to przewidywalne jak cholera, a ludziom podczas zagrożenia IQ spada na łeb na szyję. Ale tego po gatunku należało się spodziewać. To tak jakby się czepiać, że w komedii jest dużo żartów. Chociaż nie wszystkie trafiają w punkt (ostatnia scena). No i jeszcze chciałoby się dać więcej czasu kilku postaciom pobocznym (komendant obozu, smolarz, ksiądz, policjant). Ale zakończenie w pełni satysfakcjonuje i daje obietnicę na ciąg dalszy.

Jeszcze bardziej dziwi, że jest tutaj co grać. Zarówno cała ta młoda ekipa z Julią Wieniawą oraz Wiktorią Gąsiewską na czele wypadają dobrze. Mają też troszkę zarysowaną przeszłość, więc ich los potrafi zaangażować. Z doświadczonej ekipy najbardziej zaskakiwał Mirosław Zbrojewicz (smolarz) oraz Piotr Cyrwus (ksiądz) w innej roli niż zwykle. No i niezapomniany epizod Wojciecha Mecwaldowskiego jako komendanta obozu – tak nakręcony oraz pełen energii, że głowa mała. Szkoda, że potem znika.

Jest to dla mnie pewna niespodzianka, bo mimo znajomych tropów oraz szablonów „W lesie dziś…” to bardzo porządny, kompetentny slasher. Aż dziwne, że do tej pory nikt nie spróbował tego gatunku. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawią się naśladowcy, idąc krok dalej, czego sobie życzę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zabić Sekala

Nigdy nie należy zakładać, że już się widziało wszystko, bo ciągle pojawiają się niespodzianki. Taką sprawił w 1998 roku czeski reżyser Vladimir Michalek. Jego „Zabić Sekala” pokazało mi zupełnie inne oblicze kina naszych południowych sąsiadów. Zamiast rubasznego, refleksyjnego spojrzenia na świat z kufelkiem piwa jest poważny, mroczny dramat. Ale po kolei.

Jesteśmy gdzieś na czeskiej wsi podczas II wojny światowej. Trafia tam zbieg kowal Jura, będący ewangelikiem. Miejscowość jest terroryzowana przez lokalnego bandytę, Sekala. Nieślubny syn jednego z bogatych gospodarzy po latach upokorzeń wystawia im rachunek. Powoli zaczyna przejmować majątki, donosi Niemcom i silną ręką trzyma całą wieś. Starsi gospodarze chcą rozwiązać problem, ale już mają swoje lata i sił już brak. Decydują się na morderstwo, lecz sami nie chcą zrobić, tylko wynająć człowieka. Rada zmusza do tego Jurę, grożąc wydaniem Niemcom najbliższych.

zabic sekala2

Już sama zapowiada, że to będzie inne kino niż znajome klimaty z Czech. Reżyser opowiada ten moralitet w konwencji westernu, gdzie wojna – jak i sami Niemcy – wydają się nieobecni, gdzieś kompletnie daleko. Nie ma tu reprezentacji władzy (poza starostą), choć tak naprawdę władze sprawuje tu Sekal. Niby spodziewamy się konfrontacji dwóch „obcych” (Sekala i Jury), jednak reżyser bardziej przygląda się społeczności. Pełnej hipokryzji, nietolerancji wobec innych, udających ludzi głębokiej wiary, lecz pełnych pychy, perfidii i pogardy. Sekal niejako jest „dzieckiem” swojego otoczenia, który powstał na obraz i podobieństwo mieszkańców. Jest wobec nich równie bezwzględny i okrutny, co jeszcze bardziej potrafi przerazić. Tutaj nie ma postaci jednoznacznie pozytywnej, przez co trudno się z kimkolwiek identyfikować.

zabic sekala1

Kontrast jest silniejszy, gdy zwrócimy uwagę na zdjęcia. Pełne nasyconych kolorów, mających też spore znaczenie symboliczne. Czerwień, czerń, biel, złoto – wygląda to niesamowicie, ale to tylko potęguje hipokryzję mieszkańców, wywyższających się od innych, z Bogiem tylko na ustach. Powolna narracja pozwala wejść w ten brudny, nieprzyjemny świat, choć wygląda zupełnie inaczej. Wszystko to potęgują bardzo mocne dialogi oraz gorzkie zakończenie.

zabic sekala3

Równie świetne jest tutaj aktorstwo, a zaskakujący jest fakt, że główne role grają… Polacy. Ale muszę przyznać, że zarówno Bogusław Linda, jak i Olaf Lubaszenko są świetni w tych rolach. Pierwszy jest bardzo twardy i pewny siebie, nie mający nic do stracenia. Był traktowany jak potwór, więc stał się potworem, choć ma pewną niebezpieczną tajemnicą. Jeszcze bardziej zaskakujący jest Lubaszenko – bardzo stonowany, wyciszony, trzymający dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Ale wbrew swojej woli zostaje wplątany w konflikt, choć jest traktowany z tą samą wrogością jak Sekal. Czescy aktorzy też wypadają bardzo dobrze, mimo tego, że w polskiej wersji zostali zdubbingowani. A z tego grona najbardziej wybija się Jiri Bartoszka jako ksiądz, którego tak naprawdę nikt nie szanuje.

Takiego filmu po Czechach się nie spodziewałem. „Zabić Sekala” można było traktować jako próbę rozliczenia się z okresu wojennego, kiedy Czesi bardziej współpracowali z Niemcami. Ale Michalek szerzej przygląda się małomiasteczkowej hipokryzji, tchórzostwu oraz relatywizmu moralnego. Niesamowicie mocne, brutalne kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sztos

Słowo „sztos” oznacza coś świetnego, superfajnego czy zajebistego. Że to coś, co trzeba mieć, coś wyjątkowego. To jest tylko przykład tego, jak znaczenie różnych słów przechodzi ewolucję. Bo w czasach PRL-u słowo „sztos” znaczyło tyle samo, co amerykański „the sting”. Czyli numer, przekręt, oszustko. A były paru takich cwaniaków, którzy zarabiali szybko, ale musieli mieć mocne kopyta, bo wiać trzeba było. Jak choćby cinkciarze, sprzedający w wyższym kursie walutę. O takiej dwójce panów postanowił opowiedzieć Olaf Lubaszenko w swoim debiutanckim „Sztosie”.

sztos1

Jest Sopot lat 70. Wszystko zaczyna się od wyjścia z więzienia Synka – młodego cinkciarza, co ma proste marzenia: własne lokum ze swoją kobietą. Od razu trafia do starego wygi oraz przyjaciela Eryka, który pomaga mu wrócić do gry. Wydaje się, że to jest jednorazowa akcja, lecz Eryk niejako zostaje zmuszony do działania w terenie. Wszystko przez jego przyjaciela, Gruchę oraz pewnej partii w pokera, która okazuje się być ustawiona. Planuje on zemstę, ale to wymaga dużej forsy.

sztos2

Sama historia jest tak naprawdę tylko pretekstem do odtworzenia realiów lat 70. Po drodze zobaczymy parę sposobów kantowania i różne anegdotki, ale to wszystko toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Klimat tych czasów to jest najmocniejsza karta w talii reżysera. Imponuje przywiązanie do takich detali jak szyldy przed knajpami, wnętrza restauracji czy bardzo barwne kostiumy. To wszystko buduje ten lekko nostalgiczny klimat obecny aż do końca. Jest odrobinka humoru oraz kilka niezłych tekstów, jednak samej historii brakuje napięcia. Pojawia się tutaj wiele scen w sumie zbędnych (sytuacja z zabraną autostopowiczką czy ukrywana wiedza, że Eryk sypiał z dziewczyną Synka, gdy ten siedział), nie prowadzących donikąd. Także finałowa konfrontacja z Grubym nie wydaje się być zbyt imponująca jak na potrzebne środki. Nawet inspiracje „Żądłem” tutaj nie wystarczą, zaś kobiety tutaj są zepchnięte do roli erotycznej zabawki.

sztos3

Lubaszence udało się za to zebrać całkiem niezłą ekipę aktorską, gdzie nawet w epizodach nie brakuje znanych twarzy (m.in. Edward Lubaszenko, Janusz Józefowicz czy Emil Karewicz). Ale najważniejszy jest tutaj duet Cezary Pazura/Jan Nowicki. Niby to znajoma relacja stary mistrz/młody adept, lecz to naprawdę świetnie działa. W szczególności Nowicki ma w sobie tyle charyzmy, że jest to nie do przecenienia. Z drugiego planu warto wyróżnić Krzysztofa Zaleskiego jako sepleniącego Grubego.

Widać, że jest to dzieło debiutanta i scenariusz zasługiwałby na dopracowanie. Nie mogę jednak „Sztosowi” odmówić pewnego uroku, który nadal działa. Dziwaczny przypadek.

6/10

Radosław Ostrowski

Demony wojny według Goi

Luty roku 1996. Na Bałkanach trwa wojna, mimo udziału międzynarodowych sił pokojowych. Tylko, że oni ograniczają się do roli podglądaczy, bez udziału w boju. Bośniacy, Serbowie, Arabowie i bandyci są w tyglu, który ciągle wrze. Wśród żołnierzy znajduje się batalion Polaków pod dowództwem majora Kellera. Oficerowi udaje się nie dopuścić do samosądu ludzi oraz milicji na najemnikach. I to staje się powodem, dla którego minister chce pozbawić dowództwa Kallera, zastępując go majorem Kuszem. Jednocześnie towarzyszy mu porucznik Czacki z prokuratury, by przeprowadzić śledztwo.  Nie może być gorzej? Odebrany zostaje sygnał Mayday z zestrzelonego helikoptera, który tafia na teren bandyty Skiji. Keller, bez zgody dowództwa IFOR wyrusza na pomoc z grupą żołnierzy.

demony wojny1

Władysław Pasikowski wraca do tematyki wojskowej, jednak nie jest tylko tłem jak w „Krollu”. Reżyser próbuje opowiedzieć o naszych żołnierzach na tzw. misjach pokojowych. Dlaczego tzw.? Bo tutaj nasze chłopaki chcą po prostu odbębnić swoją służbę, zarobić kasę i unikać walki. Czyli stać z boku i się przyglądać. A przygotowani są tylko nieliczni, bardziej zaprawieni w boju, wręcz szaleni. Gotowi przyjąć do wiadomości prostą zasadę: albo oni nas, albo my ich. W to wszystko wpleciona sensacyjna intryga z dwójką ocalałych pasażerów samolotu: Francuzów. Nie obejdzie się bez konfrontacji ze świszczącymi kulami, zdradą oraz chwilami załamania się wojaków, którzy stykają się po raz pierwszy z otwartą walką. Strach, przerażenie, zwątpienie, lojalność, walka, szaleństwo – z tym się spotkają chłopaki i nie wszyscy wyjdą z tego żywi.

demony wojny2

Pasikowski niejako przy okazji stawia pytania o granicę honoru i gdzie ona się znajduje. Nie robi tego jednak wprost, co nie wielu wychwyci. Nie brakuje tutaj odrobiny patosu, krwi oraz bluzgów. W końcu to jest kurwa wojsko, a nie obóz harcerski. Muszę jednak przyznać, że sceny batalistyczne wyglądają dość skromnie. Niby jest pirotechnika oraz kule wystrzeliwane z karabinów, ale czasami wygląda to amatorsko jak w scenie zestrzelenia helikoptera, gdzie widać linkę, z której leci pocisk. O spotkaniu z niedźwiedziem, gdzie kamera dostaje ADHD znane z „Reichu” nawet nie wspominam. No i niestety widać, że góry tutejsze to nie Bałkany, tylko Tatry. Przez co realizm troszkę szlag trafia, ale ogląda się to dobrze. Jest to zasługa sprawnej reżyserii, kilku mocnych dialogów, niezłej intrygi oraz niepokojącej muzyki Marcina Pospieszalskiego.

demony wojny3

No i oczywiście pojawia się kwiat polskiego aktorstwa z twarzami znanymi z filmów Pasikowskiego. Linda nadal jest Lindą, czyli twardym wojakiem, co widział wiele i czasami wymaga od żołnierzy więcej niż są w stanie znieść. Mam wrażenie, że zbyt wiele przeżył, by przejmować się śmiercią, a w walce musi być bezwzględnym jak jego wrogowie. Oprócz niego mamy starych znajomych jak Tadeusz Huk (major Kusz, nowy dowódca), Olaf Lubaszenko (prokurator Czacki) czy Artura Żmijewskiego (sierżant Biniek). Z nowych twarzy największe wrażenie zrobił na mnie Mirosław Baka jako małomówny snajper „Cichy”, który z Kellerem niemal jest w stanie dogadać się bez słów i ruszyłby za nim w ogień. I jeszcze Zbigniew Zamachowski jako obrotny, cwany oraz próbujący przetrwać kapral Houdini.

Nie dziwi mnie opinia, że „Demony wojny” to jeden ze słabszych filmów Pasikowskiego. Co gorsza, czas nie zadziałał na niego zbyt dobrze, niebezpiecznie skręcając ku grotesce. O dziwo, nadal ma kilka dobrych momentów oraz solidnego aktorstwa, by przykuć uwagę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski