Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Czasami jest tak, że jak się idzie na film konkretnego reżysera, to mniej więcej wiadomo czego oczekiwać. Taki jest na pewno przypadek Paula Schradera – filmowca znanego przede wszystkim jako scenarzysta „Taksówkarza”, „Wściekłego byka” czy „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Schrader lubi budować przede wszystkim portrety psychologiczne postaci albo zwichrowanych/naznaczonych przeszłością bohaterów albo wszelkiej maści outsiderów, wchodząc w najmroczniejsze zakamarki umysłu.

Bohaterem „Hazardzisty” jest niejaki William Tell (Oscar Isaac), który na pewno nie jest spokrewniony z Wilhelmem Tellem. Jak sam tytuł mówi, gra w kasynie, a dzięki liczeniu kart radzi sobie więcej niż dobrze. Na tyle, by dalej grać, lecz nie na tyle, by rzucać się w oczy – taki everymen w skórzanym garniaku, ciągle w drodze, od hotelu do hotelu, od kasyna do kasyna. Nie brzmi to jak coś ekscytującego, jednak dwie osoby zmieniają jego życie. Pierwszą jest młody chłopak, Circ (Tye Sheridan), którego poznaje podczas konferencji dotyczącej form przesłuchań z wykładem majora Gordo (Willem Dafoe). Drugą osobą jest niejaka La Linda (Tiffany Haddish) – prowadząca tzw. stajnię, czyli szukająca najlepszych pokerzystów do grania w turniejach.

Dlaczego te dwie postacie są dla niego tak istotne? Chłopak chce zemsty na majorze i zna przeszłość Tella, o której on nie chce mówić (czyli brutalne przesłuchiwanie więźniów), druga widzi w nim potencjał na zawodowca. Co z tego wyjdzie, można mniej więcej się domyślać, jednak Schradera nie interesuje intryga czy droga ku gatunkowym schematom. „Hazardzista” to kolejny character-driven story z samotnikiem szukającym odkupienia/potępienia w roli głównej. A reżyser cały czas lawiruje między budowaniem portretu psychologicznego oraz relacji między trójką bohaterów. Jednocześnie mamy barwnie oraz przekonująco pokazane środowisko pokerzystów, a także pokazanie całej filozofii gry. Że skupia się na czekaniu oraz analizowaniu pozostałych graczy.

Wszystko to wydaje się być zrobione staroszkolnie, jednak Schrader potrafi wizualnie zaskoczyć. I nie chodzi o ascetyczne ujęcia w motelu czy skupieniu na detalach, ale też zmianą formy. Dobitnie pokazują to rzadkie momenty retrospekcji (sceny w więzieniu są filmowane kamerą 360 stopni, gdzie środek jest bardzo mocno zaokrąglony czy wplecenie archiwalnych ujęć) czy pokazywanie wielu istotnych wydarzeń poza kadrem. Wszystko to buduje typowy dla Schrader mroczny klimat, pokazując świat w bardzo nihilistycznych barwach, mimo kolorowo wyglądających kasyn oraz ich wnętrz. Pewną nadzieję daje zakończenie, choć to tylko podejrzenie.

To, co absolutnie mnie zauroczyło w tym filmie, jest w aktorstwie oraz relacjach między tą trójką. Niespodzianką była dla mnie Tiffany Haddish jako bardzo rozgadana i pewna siebie La Linda, która sprawia wrażenie twardo stąpającej po ziemi. Choć ma pewną tajemnicę oraz czuję mięte do Tella. Równie dobrze prezentuje się Tye Sheridan, czyli Circ przez „c”- młody, narwany, pozbawiony w zasadzie celu życiowego chłopak. Poza zemstą, do której nie jest zbyt dobrze przygotowany i stracił złudzenia. Jego relacja z Tellem powoli zaczyna przypominać ojcowsko-synowską, choć jest pewna mocna wolta. Ale tak naprawdę to wszystko trzyma w ryzach Oscar Isaac, tworząc prawdopodobnie najlepszą rolę w swojej karierze. Tell to w zasadzie typowa postać Schradera – samotnik z mroczną tajemnicą, żyjący w pewnego rodzaju limbo. Na zewnątrz bardzo opanowany, spokojny, wręcz kalkulujący kolejne ruchy na stole, ale środek pełen jest demonów, poczucia winy oraz mechanicznie wykonywanych rytuałów (zakrywanie wszystkich rzeczy w motelowym pokoju prześcieradłem i zawiązywanie ich sznurkiem). Raz tylko pozwala sobie na wybuch, przez co ma on potężną siłę rażenia. Bardzo złożona, oszczędnie prowadzona i pociągająca kreacja.

„Hazardzista” nie jest w zasadzie niczym nowym dla osób znających dorobek Paula Schradera, ale jest to zbyt dobrze zrealizowane, by to zignorować. Mroczny, potrafiący trzymać mocno za gardło thriller psychologiczny z absolutnie rewelacyjną rolą Isaaca.

8/10

Radosław Ostrowski

Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Potrójna granica

Było ich pięciu i razem służyli w wojsku jako komandosi. Ale potem ich drogi się rozeszły, nie zawsze na dobre. Jeden z nich „Ironhand” wygłasza mowy motywacyjne dla żołnierzy, jego brat walczy w klatce MMA, „Pope” pracuje z brazylijską policją, „Catfish” jest pilotem działającym na prywatnej sieci, zaś ich szef obecnie sprzedaje mieszkania. W końcu Pope decyduje się skrzyknąć ich wszystkich na pewną prywatną akcję. Cel jest prosty: zabicie szefa kartelu narkotykowego oraz zgarnięcie jego kasy w jego hacjendzie (jakieś 75 milionów dolców). W kompletnej tajemnicy, bez żadnego wsparcia.

potrojna granica1

Netflix jedzie na ambicji i nie boi się sypnąć kasą. Ale tym razem sięgnięto po mocne nazwiska: scenarzysta Mark Boal („The Hurt Locker”), reżyser J.C. Chandor („Rok przemocy”) oraz jako producentka Kathlyn Bigelow. „Potrójna granica” miała zadatki na mocny i ostry film sensacyjny w konwencji heist movie, z konsekwentnie realizowanymi częściami tego typu kina. Czyli zebranie ekipy, krótkie przedstawienie tła każdej z postaci, rekonesans, egzekucja akcji oraz próba odwrotu. Muszę przyznać, że reżyserowi udaje się wciągnąć w tą historię o chciwości i moralnych dylematach. Do czego można się posunąć, by osiągnąć swój cel? I nawet podejmując się niemoralnych decyzji, trzymałem kciuki, żeby im się udało. Ale kolejne decyzje oraz sytuacje, mogą już budzić pewien opór. Zabijanie, kradzież, pościgi, chciwość oraz żądza pieniądza.

potrojna granica2

Sama scena kradzieży oraz dotarcia do lotniska potrafi utrzymać w napięciu. Choć samej przemocy i krwi jest tu zaskakująco niewiele, ale to wystarcza. Problemem jednak jest moment, kiedy zaczynają się pojawiać schody. Nawet nie chodzi o to, że te problemy zaczynają się nawarstwiać (zepsucie helikoptera, sytuacja w wiosce, gdzie lokalni chcą ukraść forsę czy przechodzenie przez góry), tylko że same te okoliczności wydają się wprowadzone w sposób mechaniczny. Wszystko to wydaje się bardzo przewidywalne, a postacie zachowują się w dość nerwowy, gwałtowny sposób. Wtedy napięcie zamiast podkręcić i iść ostro w górę, zaczyna spadać. I nie pomaga w tym ani realizacja (zdjęcia oraz plenery są naprawdę ładne), ani sam scenariusz. Nie brakuje tutaj mocnych scen jak przechodzenie przez góry czy ostrzał w tej okolicy.

potrojna granica3

Najmocniejsza pozostaje obsada, gdzie czuć tutaj kompletnie chemię oraz relacje między tymi postaciami. To zgranie, silne więzy oraz zaufanie jest namacalne i dostarcza wiele frajdy. A kogo tu nie ma: Ben Affleck w jednej ze swoich najlepszych ról, Oscar Isaac jak zawsze trzymający fason, trzymający się mocno ziemi Charlie Hannam, troszkę rednecki Garrett Hedlund oraz pozornie stonowany Pedro Pascal. Ogląda się ich znakomicie.

„Potrójna granica” to film, wobec którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony dostarcza frajdy, ma świetnych aktorów oraz obiecuje wiele satysfakcji. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenie, że można było wycisnąć z tego coś, co mogło być drugim „Skarbem Sierra Madre”. Jednak klisze oraz schematy były mocniejsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ostateczna operacja

To była najgłośniejsza akcja wywiadowcza w historii Izraela, a wszystko dla nich zaczęło się od informacji przekazanej przez Fritza Bauera (prokurator generalny Hesji), że w Argentynie ukrywa się architekt ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Zostaje powołana specjalna komórka wywiadowcza pod wodzą Petera Milkena oraz Zhi Aharoniego, która ma jeden cel: schwytać i doprowadzić Eichmanna przed sąd w Jerozolimie. Żywego, nie martwego.

ostateczna_operacja1

Filmów o schwytaniu Adolfa Eichmanna pojawiało się parokrotnie (ostatnio choćby w niemieckim „Fritz Bauer kontra państwo”). Tym razem zadania podjął się Netflix, a konkretniej Chris Weitz znany z takich filmów jak „American Pie” czy „Był sobie chłopiec”. Sam reżyser próbuje bardzo spokojnie przygotować całą historię z perspektywy Milkena. Kiedy poznajemy tego agenta, uczestniczy w schwytaniu nazisty w 1957 roku na terenie Austrii. I delikatnie mówiąc, nie poszło wszystko zgodnie z planem, co mocno nadszarpnęło jego reputację. Schwytanie Eichamanna jest szansą na rehabilitację, ale porażka może mieć katastrofalne skutki. Weitz poza intrygą, pokazuje też sytuację polityczną w Argentynie, gdzie nazistowscy zbrodniarze ze swoją ideologią się ukrywają. Ale mają za to bardzo głębokie macki w policji oraz powoli zdobywają polityczną pozycję, by móc zdobyć władzę (scena przemowy Carlosa Fuldnera – przyjrzyjcie się gościom).

ostateczna_operacja2

Konstrukcja filmu przypomina klasyczny heist movie, tylko że „łupem” jest Eichmann. Czyli jest przygotowanie (tutaj przybycie do Argentyny, wcześniej dobierając zespół), realizacja (samo schwytanie) oraz ewakuacja i ucieczka. I muszę przyznać, że początek buduje napięcie. Nie brakuje kilku operatorskich sztuczek (przekazanie fotek w kawiarni zrealizowane w jednym ujęciu) czy krótkich montażowych zbitek, które nie wybijają z rytmu, lecz stawiają pytania (scena eksterminacji w lesie). Samo porwanie Eichmanna jest świetnie poprowadzone i wygląda tak, jak w rasowym thrillerze być powinno. Druga część już nie działa tak mocno, co nie znaczy, że jest nudno. Tutaj akcja przebiega dwutorowo: naziści próbują znaleźć Eichmanna, a porywacze muszą zmusić Eichmanna do… wyrażenia zgody (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale tak było – chyba prościej byłoby go rozwalić), by w ostatnim akcie suspens znowu zaczął się wznosić (świetna sekwencja na lotnisku).

ostateczna_operacja3

Muszę przyznać, że Weitzowi udaje się wykonać swoją robotę na poziomie. Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia (zwłaszcza nocne, z takim pożółkłym światłem) oraz każda scena, gdzie pojawia się Eichmann (chociaż charakteryzacja Bena Kingsleya – odwrotnie proporcjonalna do jego aktorstwa, które jest dobre) i wygłasza swoje zdanie na temat nazizmu oraz swojej roli w tej maszynerii. To bardzo sugestywna kreacja, chociaż pod koniec nie boi się pokazać swojej obojętności oraz bezwzględności. W samej fabule zdarzają się pewne drobne przestoje oraz pewne skróty i uproszczenia, niemniej całość potrafi wessać niczym odkurzacz.

Poza Kingsleyem swoje robi absolutnie świetny Oscar Issac. Milken w jego wykonaniu jest spokojnym, metodycznie podchodzącym do spraw agentem, chociaż na twarzy maluje się pewien konflikt, ma skłonność do ryzyka oraz skrywa pewną tajemnicę. Sceny, gdy rozmawia z nazistą, próbując go złamać, należą do najbardziej elektryzujących momentów w tym filmie. Poza tym duetem wyróżnia się śliczna jak zawsze Melanie Laurent (Hanna), Michael Aronov (służbista Aharoni) oraz Pepe Rapazote (Fuldner).

Rzadko oglądam filmy Netflixa, bo poziomem bardzo mocno odstają od seriali. Niemniej dzieło Chrisa Weitza to bardzo przyzwoita robota z naprawdę dobrym aktorstwem oraz kilkoma elektryzującymi momentami. Są pewne drobne potknięcia (środkowa część filmu), niemniej ogląda się to z dużym zainteresowaniem oraz napięciem, co jest sporą zaletą.

7/10 

Radosław Ostrowski

Anihilacja

Gdzieś w przyszłości dochodzi do dziwnego zdarzenia. W latarni morskiej na terenie parku narodowego pojawiło się coś, co doprowadziło do powstania tzw. Strefy X – miejsce, które coraz bardziej zaczyna się rozszerzać, powiększać. Wysłano tam przez trzy lata kilka ekip do sprawdzenia tego miejsca, ale nikt nie wrócił. Tym razem do Strefy ma wyruszyć ekipa naukowa kierowana przez psychiatrę, dr Ventress, by wybadać, co się tak naprawdę dzieje.

anihilacja2

Alex Garland to jeden z najzdolniejszych scenarzystów ostatnich lat, a jego reżyserski debiut „Ex Machina” wprawił widownię w zachwyt. Tym razem mierząc się z powieścią Jeffa VanderMeera, zrobił kolejny film SF. Sięga po ograny motyw, czyli spotkania z nieznanym, którego cel i motywacja pozostaje największą zagadką. Wszystko to jest retrospekcją ocalonej członkini ekspedycji – biolożki Leny, której mąż (sierżant Kane) ocalał ze Strefy, tylko że kompletnie nic z tego nie pamięta, a potem traci przytomność. Świat strefy budzi bardzo silne skojarzenie ze „Stalkerem” czy książkami Lema (ze wskazaniem na „Solaris”), gdzie wątek pierwszego kontaktu mówił więcej o niezdolności porozumienia oraz strachu ludzi niż cokolwiek innego. Dodatkowo przez chwilę pojawia się motyw zaburzenia percepcji, ale to zostaje bardzo szybko porzucone. Wszystko zaczyna się bardzo powoli układać w jedną całość, jednak nie wszystko zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone, co może wprawić wiele osób w niezadowolenie.

anihilacja1

Nie mogę za to nie pochwalić strony wizualnej. Strefa wygląda wręcz bajkowo, a niektóre elementy dekoracji robią niesamowite wrażenie. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnego ubogości, skromności efektów specjalnych. To jednak bardzo pomaga w budowaniu tajemnicy, a Garland bardzo zgrabnie lawiruje miedzy dramatem psychologicznym, SF, thrillerem i kinem akcji (walka z krokodylem czy z mutowanym niedźwiedziem przejmującym głos ofiar). Świat ten, choć wygląda, to tak naprawdę widać, że coś zaczyna się zmieniać – wszystko przechodzi mutacje, powstają dziwaczne krzyżówki, ale też „promieniuje” na nasze bohaterki. To stan tytułowej „anihilacji”, zagłady, prowadzącej do nowego porządku, układu sił, świata? Ale czy tego rozpadu nie dokonujemy sami od początku swojego istnienia? Nawet te wrzucone retrospekcje z życia Leny (biolożka) wydają się fragmentem większej układanki.

anihilacja3

Aktorsko dominuje tutaj Natalie Portman, która jest tutaj bardzo wycofana, zamknięta w sobie oraz nieufna. Jest to zrozumiałe z powodu męża, ale zachowuje się najbardziej racjonalnie z całej grupy. Równie wyrazista jest Jennifer Jason Leigh, czyli zdeterminowana psycholożka, pozwalająca sobie (rzadko) na kilka chwil refleksji. Kluczową rolę ma Oscar Isaac, czyli Kane, mąż Leny – trafnie pokazując zagubienie, bezradność (teraźniejszość), jak i bardziej ciepłe oblicze (retrospekcje).

Czym jest „Anihilacja”? Taką krzyżówką „Stalkera” z „Solaris”, chociaż zakończenie sugeruje, że pozostałe części nie zostaną przeniesione. A ostatnie minuty to wręcz prawdziwy mindfuck, jakiego nikt się nie spodziewał – przejdzie to do historii kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Suburbicon

Tytułowe Suburbicon to małe miasteczko wyglądające jak przedmieścia jakiegoś większego miasta, pod koniec lat 50. Jest spokojnie, wszyscy ludzie są sobie bliscy, serdeczni, przyjaźni oraz życzliwi. Ale wszystko się zmienia, gdy do miasta wprowadza się czarnoskóra rodzina Mayersów. Problem w tym, że mieszkańców bardzo się to nie podoba. Ale w okolicy też mieszka rodzina Lodge’ów – mąż, żona, jej siostra oraz syn. W czasie, gdy mieszkańcy stoją obok nowych lokatorów, rodzina zostaje zaatakowana i żona ginie.

suburbicon1

George Clooney wraca do stołka reżyserskiego i bierze na warsztat scenariusz braci Coen. Czuć tutaj motyw niby prostego planu, który coraz bardziej zaczyna się komplikować, ale z drugiej strony jest próbą zdemaskowania lat 50. oraz życia w idealnym miasteczku, z idealnie ostrzyżonymi trawnikami oraz mieszkaniami. Te dwa wątki prowadzone są niejako obok siebie, przez co można poczuć pewien dysonans. Początek wygląda wręcz bajkowo, z reklamówką życia w mieście – niczym telewizyjna reklama. Potem pojawiają się kolejne tajemnice, które – dla mnie – za szybko zostają wyłożone na stole, przez co łatwo można się domyślić o co tu tak naprawdę chodzi. Bardziej skupił moją uwagę ten wątek rasistowskiej nienawiści, gdzie biali ludzie mają – nomen omen – czarne serca i dla własnej wygody stoją pod domem, robiąc cyrk. Najpierw się tylko przyglądając, rzucając wyzwiskami, a następnie atakując. Tylko, że to jest tło dla bardzo niemrawego kryminału, gdzie w jednej scenie wszystko zostaje wyłożone kawa na ławę. Dodatkowo te wątki za cholerę, nie chcą się w żaden sposób połączyć.

suburbicon2

Trudno powiedzieć coś złego o warstwie realizacyjnej. Świetną robotę wykonali scenografowie i kostiumolodzy, odtwarzając stylistykę lat przełomu lat 50. i 60., włącznie z fakturą oraz kolorystyką. To robi duże wrażenie, podobnie jak stylizowana muzyka Alexandre’a Desplata. Z jednej strony bardzo podniosła, wręcz sielankowa, z drugiej potrafiąca zbudować napięcie. Tylko, że to nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

suburbicon3

Aktorzy robią, co mogą, ale nie mają wsparcia. Choć Matt Damon dobrze się odnajduje w roli wycofanego, pakującego się w kłopoty Gardnera, to nie dało się polubić tego bohatera, ze względu na jego tajemnicę, chłód emocjonalny. Troszkę lepsza jest Julianne Moore w dwóch kreacjach (żony i jej siostry), dając spore pole do popisu, ale całość kradnie Oscar Isaac w roli cwanego agenta ubezpieczeniowego o aparycja Clarka Gable’a (niemalże). I to mógł być mocny pojedynek między nim a Damonem, lecz wszystko się potoczyło inaczej.

„Suborbicon” to dziwaczna mieszanka groteskowej satyry z bardzo nudnym, ogranym niby-kryminałem. Clooney nie zapanował nad reżyserią, a film rozpada się na dwie historie, mające w założeniu się połączyć. Gdyby Coenowie sami się wzięli, może byłoby to lepsze kino, ale tego się już nie dowiemy.

5/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Apocalypse

Nowy film o mutantach i nowa dekada, w której toczy się akcja całości. Tym razem są lata 80., a drogi Magneto i profesora Xaviera odcięły się definitywnie. Pierwszy ma żonę i córkę, pracuje w fabryce w… Pruszkowie, a drugi prowadzi szkołę dla uzdolnionych, czyli mutantów. Jednak obaj znowu będą musieli walczyć. Dlaczego? Gdyż w Kairze obudził się pierwszy mutant, który spał przez tysiące lat, przejmując wszystkie nadprzyrodzone moce. Apocalypse powraca, by zniszczyć całą Ziemię, chociaż sam mówi o oczyszczeniu jej z ludzi.

xmen_apokalipsa1

Bryan Singer kontynuuje ścieżkę opowieści o naszych superbohaterach, oswajających swoje nadprzyrodzone moce, znaną z „Pierwszej klasy”. Jednak tutaj panuje większy rozgardiasz i chaos w tej historii, gdzie każdy nie dostaje w pełni swojego czasu, a na pierwszy plan wysuwa się pełniący rolę mentora profesor, próbujący się ukryć Magneto (to, że się nie uda jest to wiadome od początku) oraz Raven, miotającą się między obydwoma stronami, szukającą innych mutantów oraz prowadzących własną krucjatę. Po drodze poznajemy jeszcze grupkę młodzików, którzy przejdą niejako swój pierwszy chrzest bojowo – Cyklop, Jean Grey czy nasz stary znajomy Quicksilver. Jeszcze nie panują w pełni nad swoimi mocami, ale od nich zależy los całego świata. I to właśnie ich radzenie sobie to najciekawsze oraz najfajniejsze, co przynosi „Apocalypse”.

xmen_apokalipsa2

Sama historia ogląda się całkiem nieźle, ale jest kilka ale. Po pierwsze, sam Apocalypse – pradawny Bóg, który zamierza zniszczyć świat z powodu…. osobistej zemsty? Pogardy dla ludzkości? Dlatego, że czemu k***a nie? To nudny i nieciekawy łotr, którego moce ograniczają się do manipulacji, budowania piramidy oraz darcia ryja. Tym większa szkoda, że gra go Oscar Isaac, jeden z ciekawszych aktorów młodej generacji, tylko tutaj nie dano mu podstawy do stworzenia wyrazistej postaci. Po drugie, same sceny walki wyglądają dość biednie, chociaż reżyser stara się wykorzystywać otoczenie. To jednak niewiele pomaga, zwłaszcza w finałowym starciu na egipskim mieście, gdzie brakuje tempa, a efekty specjalne (jak na dzisiejsze standardy) są zwyczajnie słabe i nie robią dobrego wrażenia. Aczkolwiek są dwa wyjątki, czyli kolejna popi sówka Quicksilvera ratującego uczniów przed wybuchem w rytmie „Sweet Dreams” od Eurythmics oraz krótkie wejście Wolverine’a, mordującego niczym dzikie zwierzę. Jest wtedy pazur, energia oraz moc. I po trzecie, za mało miejsca poświęcono młodszym mutantów, którzy powinni (mam nadzieję, że po tej części) stać się nowymi bohaterami przejmującymi pałeczkę po Raven, Hanku, profesorze i Magneto. Relacje tej czwórki obracają się wokół tego samego (wizji X-Menów, stosunków na linii ludzie-mutanty), przez co miałem wrażenie kręcenia się w kółko. Bardzo solidne role McAvoya, Fassbendera, Lawrence oraz Houlta częściowo ratują tą sytuację, ale jest zbyt serio.

xmen_apokalipsa3

Z nowszych postaci zdecydowanie wybija się tutaj potrafiący się przenosić w różne miejsca Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee) – ten jego uroczy niemiecki akcent, postać niepozbawiona sprytu, zagubienia, a jednocześnie pełna wiary. Drugą ważną bohaterką jest tutaj Jean Grey (znana z „Gry o tron” Sophie Turner) – młoda, ognistowłosa telepatka, której moc i potencjał jest tak ogromny, że sama nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Ona jest najmocniej zarysowana z całej paczki i ma duży potencjał, by namierzać w następnych częściach.

xmen_apokalipsa5

Ze wszystkich filmów o „X-Men” jakich widziałem, ta część mi się najmniej podobała. Najciekawiej jest wtedy, gdy skupia się na interakcjach bohaterów ze sobą, „hartowaniem się stali” oraz ich wewnętrznych rozterkach. Gdy przychodzi do rozróby i zadymy, wtedy robi się dość nudnawo, a wtedy zastanawiamy się na co poszedł ten cały budżet. Ale mimo tych wad liczę na kolejną część opowieści o naszych mutantach, tylko powinien ją chyba zrealizować ktoś bardziej świeży niż Singer.

6/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce zwanej USA pewien młody szaleniec wykreował świat, który zachwyca do dnia dzisiejszego. Mowa o „Gwiezdnych wojnach” – popkulturowym fenomenie oraz uniwersum George’a Lucasa, które do dzisiaj fani darzą ogromnym sentymentem i szacunkiem, a historia Luke’a Skywalkera jest kanonem dla miłośników SF. Ale nawet oni nie są w stanie zapomnieć tego, co się stało w „Epizodach I-III”, będących niemal wyłącznie skokiem dla kasy. Więc, gdy pojawiły się informacje o nowej części, reakcje były bardzo ostre, zwłaszcza, gdy studio Lucasfilm zostało sprzedane Disneyowi. Ale w końcu się udało i wreszcie obejrzałem „Przebudzenie Mocy”, którego zadania podjął się J.J. Abrams, autor nowej wersji „Star Treka”.

Star-Wars-7-Character-Guide-Finn-Rey

Siódmy epizod toczy się 30 lat po ostatecznym zwycięstwie Rebelii oraz przywróceniu Republiki. Ale, jak wiemy ze starych opowieści, pokój nie jest dany raz na zawsze. Luke Skywalker znika i budzi się dawne Zło, tym razem pod nazwą Nowy Porządek, które chce zniszczyć Republikę i zabić ostatniego rycerza Jedi. W cała tą walkę wbrew swojej woli zostaje wplątana zbieraczka złomu – Rye, której towarzyszy przypadkowo znaleziony droid BB-8 (robot zawiera mapę do kryjówki Luke’a) oraz dezerterujący z Nowego Porządku szturmowiec Finn.

11875118_1007880092596925_2204135516599208531_o

Brzmi znajomo? Abrams nie wymyśla koła od nowa i garściami czerpie z klasycznej trylogii, co działa moim zdaniem tylko na plus. Udało się to, czego nie zrobił Lucas w latach 1999-2005 – zachował klimat poprzednich części, ale też stworzył zapadające w pamięć widowisko. Może i jest ono mocno oparte na sentymencie, jednak jedno można stwierdzić bez wahania – ogląda się to znakomicie. Chciałbym powiedzieć coś więcej o fabule, ale nie mam zamiaru spojlerować, gdyż w tych niespodziankach i smaczkach oparta jest całość. Intryga, mimo dość znajomej formy, trzyma w napięciu, naładowana jest lekkim humorem (czuć rękę Lawrence’a Kasdana) i świetną muzyką niezawodnego Johna Williamsa. Dodatkowo zdjęcia Daniela Mandela bardzo pozytywnie zaskakują – gigantycznymi plenerami, dynamicznie fotografowanymi scenami akcji (ucieczka Finna, pościg Sokołem Millennium czy finałowy atak na bazę Nowego Porządku) oraz staroszkolną formą, znaną z klasycznej trylogii. A kiedy Han Solo w końcu wchodzi do Sokoła Millennium – słowa stają się po prostu zbyteczne. Magia działa.

tumblr_nhey3gpS9j1qa4gi0o1_1280

Nie tylko Abrams fantastycznie dopisuje nowy rozdział do starej opowieści, ale też świetnie prowadzi aktorów, którzy mają spore pole do popisu (czego nie można powiedzieć o wszystkich postaciach z „nowej” trylogii). Reżyser w rolach nowych bohaterów stawia na mniej znane twarze (czytaj: nie grali w kasowych przebojach), co jest ogromną zaleta. Objawieniem jest Daisy Ridley w roli Rey. Ta dziewczyna to typowa twarda wojowniczka, która nie potrzebuje męskiego wsparcia i sama sobie radzi w siłowych starciach. Pod tym względem przypominała mi dawną księżniczkę Leę, ale czy wpadnie w objęcia faceta? Czas pokaże. Kontrastem dla niej jest wystraszony Finn (świetny John Boyega), mający zwyczajnie dość zabijania dla swoich mocodawców i szukający świętego spokoju. Jednak i on odkryje, że przed przeznaczeniem ucieczki nie ma, a to ma konsekwencje swoje. I jakże miło było zobaczyć jeszcze raz Carrie Fisher (Leia) oraz wracającego do świetnej formy Harrisona Forda (Han Solo – nic się nie zmienił), prezentującego klasę.

forceawakens4-xlarge

Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do Nowego Porządku, który jest mniej wyrazisty. Wynika to raczej z faktu, iż epizod VII jest niejako wstępem do większej całości. Dlatego z tej strony wyróżniają się tylko dwie postacie: Kylo Ren oraz generał Hux. Pierwszy (piekielnie dobry Adam Driver) wydaje się kalką Dartha Vadera (design), ale strasznie znerwicowany i zakompleksiony swoim dziedzictwem dzieciak wepchnięty na Ciemną Stronę Mocy. Ten drugi to ślepo posłuszny wojskowy (jego przemowa w bazie budzi grozę), a twarz Domhnalla Gleesona zaczęła mi przypominać młodego… Donalda Sutherlanda.

Star-Wars-7-General-Hux-Character-Name

Powiem tylko tyle: oczekiwania była gigantyczne, ale na szczęście „Przebudzenie Mocy” nie jest bezczelnym skokiem na kasę fanów cyklu. Przyznaję, iż miałem wrażenie, że już to gdzieś widziałem, jednak było to bardzo miłe uczucie. Wrócił dawny klimat, sentyment zadziałał, a zabawa była przednia. Tylko czemu musimy czekać dwa lata na następną część? Jedno jest pewne: Moc powróciła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rok przemocy

Rok 1981 dla Nowego Jorku był to najbrutalniejszy rok w historii. Nigdy wcześniej ani później nie popełniono aż tylu przestępstw i nie zabito tylu ludzi. I to w tym niepewnym czasie przyszło robić interesy Ablowi Moralesowi – kubańskiemu emigrantowi oraz biznesmenowi, zajmującemu się opałem. A dokładnie sprzedawaniem paliwa. Przeprowadza bardzo ważną transakcję, która przeniesie go do ekstraklasy – chodzi o kupno doków. Wpłaca wstępnie zaliczkę i ma 30 dni na dołożenie reszty, czyli półtora miliona dolarów. Wtedy zaczynają się kłopoty, bo ktoś bije kierowców, zastrasza pracowników i jakby tego było mało – śledztwo prowadzi prokuratura. Bohater ma dwa wyjścia – albo ogłosić bankructwo albo poprosić o pomoc rodzinę żony, czyli członków mafii.

rok_przemocy1

Nazwisko J.C. Chandora nie jest mi obce. Zadebiutował cztery lata temu ekonomicznym thrillerem „Chciwość”, dwa lata temu pokazał starcie Roberta Redforda z morzem („Wszystko stracone”), a teraz wraca z kryminałem o zacięciu społecznym.  Jednak jeśli spodziewacie się efektownych strzelanin, pościgów i eksplozji, to trafiliście pod zły adres. Chandor gra bardzo powoli, rezygnując z efekciarstwa na rzeczy psychologii oraz obserwacji społecznie. Jednak mimo tego braku ogólnie rozumianej akcji, potrafi skupić uwagę i trzyma w napięciu, stawiając na długie kadry, monologi oraz mroczny klimat. Morderstwo, korupcja, zastraszanie – czy można pozostać uczciwym wobec takich zagrożeń? Oto jest pytanie. Chandor nie daje na to pytanie łatwych odpowiedzi, tylko  przygląda się naszemu bohaterowi, będącemu w potrzasku, spychając szukania rozwiązania zagadki, kto stoi za tymi nieszczęściami.

rok_przemocy2

Chandor dba o styl, czasami (głównie nocne ujęcia) przypominają czasem fotografie z sepii.  Z czasem pojawia się napięcie i niepokój związany z następnym posunięciem Abla oraz wyczekiwaniem na moment, w którym pęknie jego charakter. Wiarygodność tego bohatera to zasługa znakomitego Oscara Isaaca (wygląda w tym filmie troszkę jak młody Al Pacino), tworzącego bardzo zniuansowany portret uczciwego biznesmena na rozdrożu. Zawsze opanowanego i skoncentrowanego. W opozycji do niego znajduje się jego żona w wybornej interpretacji Jessiki Chastain. Wyszczekana, bardziej porywcza i cyniczna kobieta z potężnego rodu mafijnego nie jest przyzwyczajona do znoszenia obelg i ataków. Czuć chemię między tą dwójką, tym większa szkoda, że razem pojawiają się tak rzadko, bo iskrzy i to mocno. Poza tym duetem mocno wspierają się świetni Albert Brooks (śliski prawnik Andrew Walsh, przyjaciel rodziny) oraz David Ovoyedo (zdeterminowany służbista prokurator Lawrence), dokładając cegiełkę do całości.

rok_przemocy3

W USA „Rok przemocy” porównywano do dzieł Sidneya Lumeta, który w konwencji kina gatunkowego tworzył kino zaangażowane społecznie. I to podobieństwo czuć w filmie Chandora, który coraz bardziej się rozwija, stając się jednym z najciekawszych reżyserów młodego pokolenia. Czekam na kolejny film.

8/10

Radosław Ostrowski