Gdzieś w czasach podobnych do obecnych mieszka młody informatyk – Caleb Smith. Pracuje on w firmie Blue Book, czyli najpopularniejszej wyszukiwarce internetowej (zapomnijcie o Google’u). Chłopak wygrywa konkurs, gdzie w nagrodę otrzymał tydzień spędzony w domu swojego szefa, Nathana. Wydaje się, że będzie to zwyczajna, męska impreza – gadanie, chlanie i seks. Nie do końca, bo Nathan prosi go o zrobienie testu Turinga na zbudowanej przez niego sztucznej inteligencji – Ava.

Alex Garland jest bardzo znanym i interesującym scenarzystą, jeśli chodzi o kino SF. Potwierdzały to takie filmy jak „Dredd”, „Nie opuszczaj mnie” czy „W stronę słońca” Garland tym razem doszedł do wniosku, że tylko on jest w stanie wiernie przenieść historię, której realizacji nie powstydziłby się sam Roman Polański – kameralna realizacja, niewielka liczba aktorów i psychologiczna gra. Gra, w której każdy bardziej lub mniej udaje, manipuluje i oszukuje. A że jedną z tych osób jest robot, w dodatku płci żeńskiej – jest dodatkowym podtekstem. Więcej jednak wam nie powiem, bo musiałbym spoilerować. Atmosfera jest tutaj mroczna i gęsta, każde wypowiadane słowo ma tutaj wagę i ciągle pojawiają się różne niespodzianki.

Garland oszczędnie buduje napięcie, w czym pomaga mu ascetyczna i niemal sterylna strona wizualna – szklane pomieszczenia, oszczędne meble i design budują atmosferę osaczenia i tajemnicy. I jest to też znakomicie zagrane przez cała trójkę aktorów: Domhnalla Gleasona (informatyk Caleb), Oscara Isaaca (miliarder Nathan) oraz zjawiskową Alicię Vikander (Ava).

„Ex Machina” to kolejne ostrzeżenie przed zabawą w Pana Boga oraz tym, jak sztuczna inteligencja może być niebezpieczna. Miłośnicy bardziej filozoficznej strony SF będą wniebowzięci, a rozgrywka wciąga i fascynuje, zostając w pamięci na długo.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski



A jak wiadomo, braciszkowie lubią współpracować z Carterem Burwellem, jednak tutaj postanowili zrobić tak jak w przypadku filmu „Bracie, gdzie jesteś?”, czyli wydali kompilację piosenek pochodzący z epoki (w tym przypadku początek lat 60.). Za produkcję tego cover albumu (poza Coenami) odpowiada T-one Burnett, z którym współpracowali przy wspomnianym już „Bracie…”.
Piosenki te są śpiewane (w większości) przez aktorów grający główne role w tym filmie. A jak folk, to wiadomo – musi być gitara, najlepiej akustyczna. I ona nie tylko dominuje, ale też narzuca tempo, zazwyczaj spokojne, wręcz liryczne jak w lekko sentymentalnym „Five Houndred Miles” (gitarze towarzysza tutaj skrzypce) czy otwierającym całość „Hang Me, Oh Hang Me”. Nie ma tutaj jednak miejsca na nudę, choć szybkich numerów tu niewiele (pod tym względem wyróżnia się brawurowy „Please Mr. Kennedy”, który został specjalnie napisany do filmu czy „The Roving Gambler” zespołu The Down Hill Struglers grany na banjo, skrzypcach i gitarze). Zaś przy paru piosenkach aktorów wspiera muzycznie zespół Punch Brothers, który tutaj radzi sobie bardzo dobrze.



