Bezdroża

Pewną inicjatywą w znajdującym się w mojej okolicy Multikinie są poniedziałkowe seanse z serii Kultowe kino. Czyli klasyka kina polskiego oraz światowego, zaś w styczniu postanowiono pokazywać produkcje związane ze studiem (Fox) Searchlight Pictures. Dlaczego? Bo studio świętowało w zeszłym roku 30 lat działalności. Wśród pokazywanych filmów („Birdman”, „Grand Budapest Hotel” i „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”) był jeden tytuł pominięty przeze mnie, czyli nakręcone w 2004 roku „Bezdroża”.

bezdroza1

Akcja filmu Alexandra Payne’a skupia się na dwójce przyjaciół tak różnych jak tylko jest to możliwe. Miles (Paul Giamatti) to nauczyciel angielskiego i koneser wina nie mogący sobie poradzić po rozwodzie. Próbuje swoich sił jako pisarz, lecz jego książka była odrzucona przez dwa wydawnictwa. Jest potencjalnie trzecie, ale mężczyzna nie robi sobie żadnych nadziei. Z kolei Jack (Thomas Haden Church) to podstarzały, ale cholernie przystojny aktor, co potrafi wyrwać niemal każdą kobietę. W końcu postanawia się ustatkować i wziąć ślub, zaś Miles ma być drużbą. Nim jednak do niego dojdzie, panowie ruszają na tydzień kawalerski przez Kalifornię, gdzie będą pić (wino), grać w golfa i może pomóc Milesowi poznać jakąś dziewczynę. Sytuacja zmienia się, gdy panowie trafiają najpierw na Mayę (Virginia Madsen) – kelnerkę w jednym z barów, gdzie nasz smakosz eleganckich alkoholi lubi wpadać oraz Stephanie (Sandra Oh) – pracownicę jednej z winnic.

bezdroza2

Reżyser Alexander Payne wykorzystuje konwencję kina drogi do opowiedzenia słodko-gorzkiej opowieści o – jak mówi jeden z tytułów filmu Woody’ego Allena – o życiu i całej reszcie. Poza sporą ilością wina i winnic, mamy tutaj zderzenie dwóch bohaterów, przechodzących kryzys wieku średniego. Obaj panowie czują, że coś zatracili bezpowrotnie i chcą zapomnieć o ich obecnej sytuacji, zatracić się ostatni raz. Dużo jest tutaj cierpkiego humoru, odrobiny slapsticku oraz bardziej refleksyjnego tonu. Jak ciągle liczymy, że następny dzień będzie lepszy od poprzedniego i łatwiej będzie nam znieść kolejne porażki, rozczarowania, poczucie frustracji oraz niespełnienia. Ale „Bezdroża” pozostają zaskakująco lekkie, bez popadania w depresyjno-mroczne tony, zostawiając odrobinę światła i nadziei, z niedopowiedzianym finałem.

bezdroza3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie rewelacyjna obsada. Absolutnie fenomenalny jest Paul Giamatti w roli Milesa. Z jednej strony, depresyjno-sfrustrowany facet, potrafiący nagle eksplodować (na wieść o odrzuceniu powieści), lecz pod tą fasadą kryje się złamany, bardzo wrażliwy i inteligentny człowiek. Widać to zarówno jak opowiada o winie z pasją niczym Bogusław Wołoszański o historii XX wieku (choć jest to na granicy obsesji), ale też w bardziej delikatnych momentach z przeuroczą Virginią Madsen (nie mogłem oderwać od niej oczu). I jak wiele ten aktor pokazuje samymi oczami, to jest magnetyzujące. Równie fantastyczny jest Thomas Haden Church. Niby popularny aktor, choć okres sławy ma za sobą i jest strasznym psem na baby – niby chce się ustatkować, jednak z jego zachowania raczej to nie wynika. Kolejna chodząca sprzeczność, która przykuwa uwagę.

Zaczynam rozumieć czemu „Bezdroża” uważane są za najlepszy film Alexandra Payne’a. Świetnie napisane, zagrane oraz potrafiące poprawić samopoczucie. Coś czuję, że z wiekiem ten film zacznie rosnąć w moich oczach. Nawet jeśli nie będę pił pieprzonego merlota.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Przesilenie zimowe

Sześć lat minęło, odkąd swój ostatni film nakręcił Alexander Payne – specjalista od kina niezależnego, ze wskazaniem na słodko-gorzkie historie obyczajowe. Jeśli myślicie, że postanowił zrealizować film gangsterski, głupawą komedię dla nastolatków czy blockbuster, porzućcie wszelką nadzieję. Reżyser nadal skupia się na relacjach międzyludzkich, jednak w zupełnie innej epoce.

holdovers1

Tym razem jesteśmy w Barton Academy – prywatnym liceum dla cholernie bogatych gnojków z internatem w roku 1970. Tutaj właśnie pracuje Paul Hunham (Paul Giamatti), specjalizujący się w historii starożytnej nauczyciel. Nikt go nie szanuje, uczniowie go nienawidzą, rodziny nie posiada – innymi słowy to oderwany od rzeczywistości samotnik. Dlatego to właśnie on ma się zająć grupką uczniów, którzy (z różnych powodów) świąteczną przerwę zmuszeni są spędzić w szkole. Po kilku dniach z piątki zostaje jeden chłopak – Angus Tully (debiutujący na ekranie Dominic Sessa), któremu grozi wydalenie za odległe od dobrego zachowanie. Poza tą dwójką jest jeszcze kucharka Mary (Da’Vine Joy Randolph), której syn zginął w Wietnamie. Co może wydarzyć się przez te dwa tygodnie?

holdovers2

Jak widać po opisie fabuły Alexander Payne robi Alexandra Payne’a. Nadal trzyma się konwencji komediodramatu, gdzie mamy duży nacisk na interakcję między całą trójką bohaterów. Niby pochodzą z różnych środowisk, ale mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Każde z nich jest jak cebula – mają warstwy, a reżyser bardzo powoli odkrywa tajemnice oraz historię naszej trójki. Dla wielu może nawet zbyt powoli, ale to jest celowe działanie. By móc jeszcze bardziej chłonąć zarówno zimowy klimat, jak i zanurzyć nas w realia lat 70.

holdovers3

I a propos realiów, Payne robi wszystko, byśmy weszli w ten świat. Mało ten, ten film WYGLĄDA jakby został nakręcony w latach 70. (w czołówce – z lekko drżącymi napisami pojawia się rok produkcji… 1971), z bardzo charakterystycznym ziarnem, dość zgaszonymi kolorami oraz muzyką z epoki. Nawet udźwiękowienie dialogów (jakby były nagrywane w studiu) jest bardzo niedzisiejsze. Ta techniczna otoczka jeszcze bardziej podkreśla „niedzisiejszość” tej produkcji.

A wszystko dźwiga na swoich barkach fantastycznie trio aktorskie. Paula Giamattiego uwielbiam od nastu lat i tutaj nie zawodzi. Jego profesor Hunham to facet kompletnie z innej epoki, zanurzony w książkach oraz pracy akademickiej, pełen pasji i rzucający złośliwościami. Jednak pod tą warstwą zgorzkniałego inteligenta skrywa się bardzo zagubiony, ale pełen empatii pasjonat. Może społecznie bardzo zdystansowany (choć ma powody – rybi zapach), ale jak chce, potrafi zbudować silną więź. Absolutnie cudowna kreacja. Równie świetna jest Randolph jako kucharka Mary. Bardzo opanowana, niejako będąca głosem rozsądku, nie dająca sobie w kaszę dmuchać. Niemniej jeszcze nie radzi sobie ze śmiercią syna, choć bardzo dobrze to maskuje. Jednak prawdziwym odkryciem jest debiutujący Dominic Sessa. Jego Angus Tully jest z jednej strony bardzo inteligentny, złośliwy i sarkastyczny, z drugiej to bardzo poharatany przez życie oraz rodzinę chłopak. Przekonuje zarówno w momentach bardziej wybuchowych, jak też zdecydowanie wyciszonych. Jego wspólne sceny z Giamattim to dla mnie najlepsze momenty tego filmu.

holdovers4

„Przesilenie zimowe” potwierdza zmysł Payne’a do obserwacji relacji międzyludzkich oraz ich demonów, które ich prześladują i jednocześnie kształtują. Film bardzo niedzisiejszy w realizacji, skupiony i wyciszony, choć może wielu się dłużyć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z księżyca

Kojarzycie takiego komika jak Andy Kaufman? To postać, która bardzo dzieliła wszystkich. Komik bardzo kontrowersyjny, uderzający w poprawność polityczną, a jego dość krótki żywot był tak interesujący, że postanowiono film o nim nakręcić.

czlowiek_z_ksiezyca1

Ale już sam początek zapowiada, że Milos Forman ma własny pomysł na to dzieło. Otóż widzimy Andy’ego Kaufmana uprzedzającego, iż wyciął z tego filmu wiele bzdur i… to już jest koniec tego tytułu. Widzimy przewijane napisy idące w rytm muzyki granej na gramofonie. Jednak to wszystko okazuje się żartem, co już daje do myślenia, że nie wszystko będzie odtworzeniem jeden do jeden życia Andy’ego oraz jego alter ego – Tony’ego Cliftona. Ta dziwna mieszanka w sposób pełen ironii oraz wręcz absurdalnego poczucia humoru pokazuje, jak Kaufman obnażał świat szołbiznesu, nasze lenistwo, głupotę i przyzwyczajenia. Ciągle szokował i potrafił wiele osób wkurzyć. Nie ważne czy mówimy o absurdalnym występie śpiewanym, czytaniu na scenie „Wielkiego Gatsby’ego”, postacią kompletnie chamskiego i aroganckiego pseudośpiewaka Cliftona czy Andy jako wrestlerem walczącym z kobietami. I jest to bardzo wnikliwy portret człowieka, który chciał ciągle zaskakiwać publiczność, grać z jej przyzwyczajeniami, co sprawiało, że wszyscy podejrzewali go o kolejne żarty i zgrywę. Nawet, gdy się okazało, że miał raka.

czlowiek_z_ksiezyca2

I to wszystko Forman pokazuje w sposób zaskakująco empatyczny. Nie szydzi z Kaufmana, nie pokazuje go w sposób groteskowy jako szaleńca, wariata czy schizofrenika, ale faceta ciągle zmieniającego twarz niczym maskę. Ale tylko na scenie, chociaż czy aby na pewno? Cały czas patrzyłem ze zdumieniem, niedowierzaniem, że to się naprawdę działo. Z kolei finał był bardzo poruszający i piękny. To trzeba samemu zobaczyć.

czlowiek_z_ksiezyca3

I jedno nie ulega wątpliwości – „Człowiek z księżyca” to prawdziwe tour de force Jima Carreya, który nie gra Kaufmana, tylko nim jest. To jak fantastycznie aktor gra ciałem, przejął gesty komika (i te oczy!), sposób mówienia na scenie zarówno jako piskliwy cudzoziemiec (taki niski głos), jak i megalomański gwiazdor Tony. We wszystkich tych grach, podchodach i sztuczkach jest całkowicie wiarygodny, ale cały czas pozostaje człowiekiem marzącym o sławie, uznaniu oraz akceptacji. Jest to absolutna petarda aktorska, jakiej po tym aktorze się nie spodziewałem. Cała reszta obsady przy nim wypada blado, ale to nie znaczy, iż są to beznadziejne role. Zarówno Danny DeVito (agent komika, George Shapiro), Paul Giamatti (przyjaciel i autor gagów, Bob Zmuda), jak i Courtney Love (Lynn) są po prostu znakomici, zdobywając swoje pięć minut.

czlowiek_z_ksiezyca4

„Człowiek z księżyca” to kolejny przykład wielkiego geniusz Formana, który bardzo uważnie, subtelnie i wnikliwie obserwuje nieprzeciętną jednostkę, wywracającą wszystko do góry nogami. Trudno się do czegokolwiek przyczepić, wchłania się to jak gąbkę, by oszołomić i zaskoczyć. Tak jak Andy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Morgan

Czym jest tytułowa Morgan? To stworzona przez zespół naukowców sztuczna inteligencja w ciele dziecka. Choć ma zaledwie 5 lat, jest bardzo świadoma i rozwinięta. Jednak dochodzi do pewnego incydentu, czyli Morgan rzuca się na jedną z naukowców. Wtedy korporacja odpowiedzialna za projekt wysyła specjalistkę od zarządzania – Lee Weathers. Co może wyjść z tej konfrontacji?

morgan1

Debiutujący na polu reżyserskim Luke Scott (syn Ridleya Scotta) próbuje wejść w konwencję, w której jego ojciec jest uznawany za klasyka. Początek jest mocny, krwawy i tajemniczy. Jest zagadka, nakręcająca pierwsze 45 minut. Klimat niepokoju potęguje też bardzo oszczędna scenografia. Pokój, gdzie znajduje się Morgan troszkę przypomina „Ex Machinę”, co jest skojarzeniem na plus. Oczami oschłej Lee widzimy interakcję Morgan z resztą ekipy, która traktuje ją jak własne dziecko, przez co są w stanie zachować dystans do sprawy. Kwestia etyczno-moralnych dylematów związanych z „zabawą w Pana Boga” nie wydaje się niczym nowym, jednak ciągle zmusza to do myślenia.

morgan2

I wtedy młody Scott postanowił od momentu „badania” dokonuje kompletnej wolty. Zaczyna się zabawa w polowania, gdzie nasza tytułowa bohaterka niczym legendarny Obcy, morduje wszystko, co staje na drodze. Nie rozumiem sensu działania tej wolty, chociaż wtedy robi się jeszcze bardziej interesująco. Kamera zaczyna przyspieszać, wszelkie bijatyki są dynamicznie zrobione niczym współczesne filmy akcji, jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te dwie stylistyki gryzą się ze sobą. Przez co czułem ogromne zmarnowanie potencjału na coś więcej, chociaż technicznie nie mam nic do zarzucenia.

morgan3

Z kolei aktorsko jest bardzo nierówno, a kilkoro członków obsady jak Jennifer Jason Leigh czy jak zawsze solidny Toby Jones nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Najbardziej intryguje Anya Taylor-Joy w roli tytułowej. Ogolona na zero, bardzo skryta i mówiąca pozornie obojętnym głosem, ma w sobie coś niewinnego, z dziecka. Ale przyciśnięte zmienia się w prawdziwe monstrum, co potrafi budzić grozę. Nieźle się sprawdza Kate Mara, choć na początku trudno mi było przekonać się do chłodnej, zdystansowanej korpo-suki. Ale ostatnia scena kompletnie zmienia interpretację tej kobiety. Szoł jednak kradnie Paul Giamatti jako dr Shapiro, mający przeprowadzić test na Morgan, pozwalając sobie na kompletny dystans.

morgan4

„Morgan” miała być rozrywkowym kinem z ambicjami, tylko że Scott nie był do końca pewien w jakim kierunku ma pójść cała historia. Ani jako filozoficzno-etyczny konflikt, ani jako thriller nie do końca wykorzystuje swoje możliwości. Taka bardziej podrasowana „Ex Machina”, tylko czy warta naszego czasu?

6/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w błękitnej wodzie

Cleveland Heep pracuje w apartamentowcu jako dozorca. Jąka się, ale jest bardzo pomocny i udzielający się innym. Największym jego problemem jest kwestia związana z basenem, a dokładniej z tym, iż ktoś w nocy włamuje się do basenu. Nakrywa kogoś, ale wpada do wody i traci przytomność. Gdy się budzi, widzi obok siebie przemoczoną kobietę. Imię jej Story, a Heep odkrywa jej pochodzenie nie z tego świata. Chce wrócić do siebie, ale stwory pilnują wejścia.

kobieta_blekit2

Film uważany jest za pierwsze duże potknięcie w dorobku Shyamalana i nawet jestem w stanie się z tym zgodzić. Ta dziwna mieszanka dreszczowca z baśnią, gdzie bohaterowie próbują poznać swoje prawdziwe miejsce na ziemi. Obecność każdego z bohaterów nie jest przypadkowa, pokazując silne powiązanie. Opowieść toczy się w typowym, spokojnym rytmie jaki znamy z poprzednich filmów Hindusa. Zapowiedzią całości może być wstęp pokazujący historię ludzi oraz morskich istot – narf. Shyamalan lekko podnosi stawkę i opowiada to wszystko absolutnie poważnie, chociaż mamy w tle galerię dość ekscentrycznych postaci: chińską studentkę, krzyżówkowicza i jego syna zafascynowanego płatkami śniadaniowymi, hipisów, opiekunkę zwierząt, atletę dbającego o połowę swojego ciała, pracującego na dziełem życia pod genialnym tytułem „Książka kucharska” oraz złośliwego, przemądrzałego krytyka filmowego. To nie wszyscy, ale najważniejsi bohaterowie. Klimat mroku budują świetne zdjęcia Christophera Doyle’a oraz magiczna muzyka Jamesa Newtona Howarda.

kobieta_blekit1

Tylko, że całość brzmi mocno absurdalnie, a kilka pomysłów wydaje się mocno szalonych. Dotyczy to odnalezienia postaci mających pomóc wrócić Story do domu: Bractwa, Strażnika i Tłumacza. Wszystko to oparte jest na bardzo starej baśni, a Heep czerpie z tego całą swoją wiedzę. Szukanie sposobu za pomocą… haseł z krzyżówki, a następnie… opakowań po płatkach śniadaniowych. Brzmi idiotycznie? I mógłbym to potraktować jako żart, gdyby reżyser nie opowiadał to tak serio. Książka mająca zmienić oblicze świata – aż za poważne czy wyciąganie informacji od córki starszej pani (to akurat było zabawne). Nawet pierwsza konfrontacja Heepa ze stworem zamiast budować napięcie wywoływała śmiech. Humor dodaje postać krytyka, czyli pana Farbera (Bob Balaban, wyglądający jak James Newton Howard), ale to za mało. Dodatkowo wszyscy, bez zająknięcia wierzą w historię tej dziewczyny, choć wydaje się nierealna dla człowieka.

kobieta_blekit3

Aktorsko film budują dwie osoby i wywiązują się ze swoich zadań z nawiązką. Mowa tu o Paulu Giamattim, czyli sympatycznym panu Heep z mroczną tajemnicą oraz zjawiskowej Bryce Dallas Howard. On jest bardzo empatycznym, ciepłym facetem, ona nieświadomą swojego prawdziwego przeznaczenia i posiada zdolność „budzenia” mocy siedzącej w ludziach. Czuć między nimi chemię i to ta dwójka rozkręca całość. Reszta postaci jest ledwo zarysowana (poza Faberem), przez co trudno traktować ich poważnie.

kobieta_blekit4

„Kobieta” miała być – i pewnie jest – baśnią, skierowaną raczej do młodszego odbiorcy. Osoby w takim wieku jak ja albo dostrzegą pewne drugie dno (musiałem je chyba bardzo przeoczyć), albo uznają całość za przekombinowaną, dziwaczną hybrydę, pełną głupoty, absurdu oraz niemożnością rozgryzienia logiki. Mnie odrzuciło kompletnie. Do tego Shyamalan obsadził się w większej roli, pogrążając się mocniej niż zwykle. Początek upadku intrygującego reżysera.

4/10

Radosław Ostrowski

Love & Mercy

Czy jest ktoś kto nie kojarzył popularnego w latach 60. zespołu The Beach Boys? Rock’n’rollowi chłopcy śpiewający o surfingu, dziewczynach i Kalifornii? Fundamentem tej grupy był basista, wokalista i kompozytor Brian Wilson. I to o jego burzliwych losach opowiada film „Love & Mercy”. Akcja filmu rozgrywa się dwutorowo, przez co poznajemy dwa oblicza tego człowieka. Jesteśmy w latach 60., gdy Wilson jest w szczytowej formie twórczej, realizując swoje opus magnum, czyli „Pet Sounds”, by przenieść się w latach 80., gdy muzyk jest na skraju załamania nerwowego oraz terapii u tajemniczego dr Landy’ego. Wtedy na jego horyzoncie pojawia się Miranda – sprzedawczyni samochodów.

love__mercy1

Brzmi jak love story? Nie do końca, bo fabuła nie jest klasyczną biografią od narodzin aż do dnia dzisiejszego. Reżyser Bill Pohlad skupia się na dwóch kluczowych momentach: okresie świetności grupy oraz kompletnej izolacji przez kontrowersyjnego lekarza, który przejął nad nim pełną kontrolę. A w tym wszystkim najważniejsza jest muzyka. Skąd Wilson brał pomysły na swoje kawałki? Zabrzmi to głupio, ale one siedziały w nim, tylko trzeba było otworzyć ją z siebie. Jak to zrobić? Ciągłym siedzeniem przed fortepianem oraz ciągłym doszlifowywaniem w studiu. Rozmowami oraz współpracą z muzykami w studio, aż do osiągnięcia zamierzonego efektu. Oglądanie pracy z muzykami i przekonywanie do swoich pomysłów reszty zespołu to najlepsze sceny. Ale powoli odkrywamy jak silny wpływ na Wilsona miały dwa czynniki. Pierwszym był tyranizujący, despotyczny ojciec, bijący i krytykujący dokonania naszego bohatera (jego jeden cios był tak mocny, że stracił częściowo słuch w uchu). Drugim była choroba psychiczna – nasz bohater słyszał głosy. Dopóki dzięki nim słyszał muzykę i przelewał ją na swoje dzieła, było w porządku. Ale to ona wyniszczyła jego charakter, zmieniając go we wrak – grubego, niesamodzielnego myślenia, tłumiącego swoje pragnienia i marzenia.

love__mercy2

Imponuje tutaj strona wizualna – zdjęcia pokazujące lata 60. wyglądają dokładnie jakby w tym czasie były kręcone. Podobna faktura, kolorystyka (wykorzystano do kręcenia tych scenach te same kamery, co w latach 60.), a jednocześnie skupienie na detalach. Lata 80. wydają się bardziej stonowane kolorystycznie, a Pohlad pozwala sobie na przejścia w czasie (scena, gdy nasz bohater leży w łóżku i przed nim stoi ktoś inny), miesza chronologię i skupia się na muzyce. Wszystko to się zgrabnie przekłada, a brak klasycznej biograficznej konstrukcji to duży plus.

love__mercy3

Drugim plusem jest świetne aktorstwo. I tutaj należy pochwalić Paula Dano oraz Johna Cusacka grających Briana Wilsona. Obydwaj znakomicie odgrywają lęki, stany psychotyczne (mocna scena kolacji, gdy coraz głośniej słyszy odgłosy sztućców, talerzy). Pierwszy nie do końca radzi sobie z presją otoczenia, wchodząc w narkotyki oraz coraz mocniej słyszalne głosy, a drugi jest bardzo wycofany, zagubiony i pozbawiony własnej woli. Ale i tak widzimy jedną, tą samą postać, wiarygodną psychologicznie. Poza tym świetną parą jest jeszcze Paul Giamatti – manipulujący, działający destrukcyjnie na Wilsona dr Landy, który tylko udaje życzliwego, ciepłego faceta. Na drugim biegunie jest kompletnie nieoczywista Elizabeth Banks (Miranda), wcielająca się w silną, twardo stąpającą po ziemi kobietę. Razem z nią jesteśmy zdumieni sytuacją Wilsona, a coraz bardziej zaczyna jej na nim zależeć na mężczyźnie i próbuje go uwolnić.

love__mercy4

„Love & Mercy” nie jest oczywistą, klasyczną biografią za co należy pochwalić twórców i próbują skupić się na talencie Wilsona, a nie tylko na jego życiu zawodowym i prywatnym. Ogląda się go dobrze, muzyka pięknie nam towarzyszy, a wiele scen (realizacja „Pet Sounds”) to prawdziwe perełki. Niedocenione, ale świetne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Planeta małp

Jest rok 2029. Na stacji kosmicznej Oberon przeprowadzane są badania nad zwiększeniem inteligencji u nielicznych małp. Podczas podróży stacja obserwuje dziwną burzę magnetyczną z tajemniczą wiadomością. Najpierw małpa zostaje wysłana, jednak po jej zniknięciu kapitan Leo Davidson wyrusza na własną rękę za nią. I wpada w pętlę czasową na planetę, gdzie rządzą małpy.

planeta_malp1

Powieść Pierre’a Boulle’a była inspiracją dla serii filmów SF rozpoczętych w 1968 roku przez Franklina J. Schaffnera z Charltonem Hestonem w roli głównej. Film ten oglądałem dość dawno i niewiele z niego pamiętam, więc bez żadnych kompleksów sięgnąłem po remake Tima Burtona z 2001 roku.  I powiem szczerze, że liczyłem na więcej niż dostałem. Dlatego, że reżyser zrobił typowego blockbustera, gdzie fabuła jest tak przewidywalna (Leo, troszkę wbrew swojej woli staje się zbawcą ludzkości, starcie ludzi z rozwiniętymi małpami), że najciekawsze rzeczy zostają pominięte. Świat rządzony przez małpy przypomina państwo totalitarne, gdzie silną władzę ma armia, a ludzie traktowany są jak niewolnicy, mogłaby budzić przerażenie, gdyby bardziej pozwolono na głębszym przyjrzeniu się. Zamiast tego mamy kino akcji ubrane w szaty SF, gdzie musi dojść do ostatecznego starcia miedzy ludźmi a małpami. Po drodze jeszcze mamy nieudolny wątek romansowy miedzy Leo, a kobietą i małpicą oraz kilka mniejszych lub większych bzdur (działający nadajnik Leo, przejście przez rzekę czy absurdalne zakończenie, będące zapowiedzią sequela, który miał jej wyjaśnić). Burton trzyma to pewna ręką, dzięki czemu film da się obejrzeć, jednak efekt jest mocno rozczarowujący.

planeta_malp2

Najlepiej broni się w tym dziele warstwa audio-wizualna. Zdjęcia, zwłaszcza nocne potrafią zrobić dobre wrażenie, podobnie muzyka Danny’ego Elfmana. Największe brawa należą się charakteryzatorom za wygląd rządzących małp – wyglądają one bardzo realistyczne i jednocześnie potrafią one wyrażać emocje mimiką twarzy. Także aktorsko jest tutaj przynajmniej przyzwoicie, choć aktorzy wcielający się w małpy nosili ciężkie kostiumy i byli mocno ucharakteryzowani. Największe wrażenie zrobił Tim Roth w roli brutalnego generała Thade’a, który nienawidzi ludzi i jest gotów ich wymordować. Przyzwoicie sobie radzi Helena Bohnam Carter jako Ari – naukowiec walczący o równe prawa wobec ludzi i małp oraz stanowiący tutaj o humorze Paul Giamatti jako wplątany w walkę handlarz ludźmi Limbo. Cała reszta jest zaledwie poprawna z nijakim Markiem Wahlbergiem na czele.

planeta_malp3

„Planeta małp” to, obok „Jeźdźca bez głowy” największe rozczarowanie ze strony Burtona. Film przede wszystkim nudny, idiotyczny i za mało w nim samego Burtona, jakby nakazano mu rolę zwykłego rzemieślnika. A tego zdecydowanie nie chcę.

5/10

Radosław Ostrowski


Kongres

Robin Wright jest aktorką w średnim wieku, która swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Nikt już nie chce ją zatrudniać ze względu na nerwy oraz charakter panikary. W końcu dostaje bardzo nietypową propozycję, skomputeryzowania swojej twarzy ze wszystkimi swoimi emocjami. Dwadzieścia lat po tym wydarzeniu przybywa na kongres futurystyczny do animowanego miasteczka Abrahama, gdzie dochodzi do ataku terrorystycznego.

kongres1

Stanisław Lem nigdy nie należał do „filmowych” pisarzy, gdyż jego książki stanowiły dla filmowców materiał tak bogaty, ze trudno byłoby wybrać istotne elementy. Tym razem z „Kongresem futurologicznym” postanowił się zmierzyć izraelski reżyser Ari Folman. I stworzył mieszankę „żywego” filmu z animacją, nie do końca trzymając się literackiego pierwowzoru. Niby futurystyczny, ale bardzo dzisiejszy i opowiadający o świecie tak złudnym, że aż prawdziwym. Zaczyna się od świata, gdzie aktor jest zastąpiony przez awatara, imitującego jego ruchy, emocje, a prawdziwi aktorzy mają zakaz pojawiania się publicznie. Inaczej nie przetrwasz, ale to dopiero początek: wszelka chemizacja, gdzie możesz być każdym po zażyciu pigułki (nawet jedząc jogurt) – wszelki konsumpcjonizm i ekshibicjonizm w zamian za „wolny wybór”.

kongres2

Po 40 minutach żywych aktorów zastępuje animacja i to bardzo surrealistyczna, a wszelkie wizję wyglądają jak po zażyciu używek. A zaczynało się jak satyra na Hollywood, gdzie rządzi kult młodości, kończąc na krytyce konsumpcjonizmu i egoizmu, co bywa mocno powiedziane wprost. Moralizatorstwo zabija trochę ten film, a rzeczywistość wolna od halucynogenów wygląda znacznie gorzej. Jak wszyscy wiemy, prawda jest brzydka i Folman dosłownie to pokazuje. Kolejne dziwne halucynacje po drodze (zamach na korporację, atak halucynogenicznym gazem, odmrożenie) wywołują rozgardiasz, ale końcówka jest tak mocna, że trudno przejść obojętnie.

kongres3

Najmocniejszym punktem jest tutaj znakomita Robin Wright w roli samej siebie, podstarzałą gwiazdę „sprzedającą się” za święty spokój i możliwość spędzenia większego czasu z dziećmi. Jej naturalizm jest wielkim atutem, a wszelkie emocje (zagubienie, smutek, bezradność) wygrywa całkowicie. Wydaje się jedynym głosem sumienia ludzkiego w tym szalonym świecie. Poza nią są jeszcze niezawodny Harvey Keitel (agent Al – scena opowiadania o początkach w fachu – naprawdę mocna), wszechwładny Danny Houston (producent Jack) oraz mocny Kodi Smith-McPhee (syn Aaron).

„Kongres” to dziwna mieszanka, która jest miejscami zbyt moralizatorska, poważna i nie do końca udana. Jednak potrafi zaintrygować, zmusić do refleksji i zastanowić się nad sobą samym. Mimo wszystko – całkiem interesująca propozycja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Romeo & Juliet

Ta historia jest tak powszechnie znana, że opowiadanie jej w zasadzie mija się z celem. To tak jakby streścić „Kevina samego w domu”. Ta niespełniona miłość dwojga ludzi pochodzących z nienawidzących się rodów była przenoszona przez filmowców wielokrotnie, zaś najbardziej znanych adaptacji dokonali Franco Zeffirelli (rok 1968 – bardzo klasyczna) i Baz Luhrmann (rok 1996 – uwspółcześniona, postmodernistyczna jazda). I wydawało by się, że kręcenie kolejnych wersji tej samej historii mija się z celem. Inne zdanie miał Włoch Carlo Cerlei, który razem ze scenarzystą Julianem Fellowsem postanowili jeszcze raz opowiedzieć o najsłynniejszym romansie w historii literatury.

romeo1

W zasadzie to też klasyczna forma, z renesansowymi realiami (kręcona w autentycznych plenerach) i całą tą resztą, z językiem włącznie. Więc powinno być dobrze? Niekoniecznie, bo film ten jest tak naprawdę jest esencją przeciętności. Warstwa wizualna nie specjalnie porywa (poza grotą ojca Laurentego z pięknymi freskami), zaś realizacja była dość statyczne i – nie wahajmy się użyć tego słowa – teatralna, nawet sceny walk na szpady były jakieś mało angażujące. Postacie mówią, mówią i mówią, czasami coś robią, ale to wszystko mało angażuje. Owszem, mogą podobać się kostiumy i scenografia, pięknie wybrzmiewa muzyka Abla Korzeniowskiego, jednak coś tutaj nie wypaliło i po prostu nudziłem się jak jeszcze nigdy.

romeo2

Obawiam się, że po części to wina grający główne role. Hailee Steinfield i Douglas Booth chyba nie udźwignęli tych postaci i brzmią po prostu sztucznie. Każda kwestia jest wypowiadana wręcz monotonnie, bez emocji, jakby nie były one mówione, tylko czytane z kartki. Owszem, ładnie wyglądają, ale miedzy nimi nie ma żadnego zaangażowania, żadnych emocji – nic. A chyba nie o to tu chodziło. Z młodej grupy najlepiej sobie poradzili Ed Westwick (porywczy i unoszący się honorem Tybalt) oraz Kodi Smit-McPhee (poczciwy Benvolio). Za to bardziej doświadczeni aktorzy mieli tutaj wielkie pole do popisu. W pełni wykorzystał bardzo dobry Paul Giamatti, tworząc naprawdę pełnokrwistą postać, która wzbudza sympatię i jest powiernikiem obojga bohaterów. Równie mocny jest Damian Lewis (lord Capulet – żądający posłuszeństwa, surowy ojciec), który sprostał swojemu zadaniu.

romeo3

Chciałbym, naprawdę chciałbym powiedzieć, że adaptacja Cercei jest naprawdę udana i warta uwagi. Ale muszę was bardzo rozczarować, to zaledwie poprawne dzieło, które niespecjalnie wyróżnia się z tłumu, a drugi plan to trochę za mało, by przykuć uwagę na dłużej. Skierowane do dużo młodszego widza, powiedzmy w wieku góra 15 lat. Ja ten wiek już dawno osiągnąłem.

5/10

romeo4

Radosław Ostrowski


Zniewolony

Był kiedyś tacy czas, ze u kraju potocznie zwanym Ju Es Ej, było niewolnictwo. Polegało to na tym, że „czarnucha” zmuszano do pracy w wielkich majątkach ziemskich, gdzie musieli robić wszystko, co im każą. Inaczej zabiją ich. Taki los spotkał Salomona Northropa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół: był wolnym człowiekiem, ale został porwany i sprzedany jako niewolnik. Jak to możliwe? Wystarczy go upić.

zniewolony1

Ta prawdziwa historia Salomona posłużyła Steve’owi McQueenowi do stworzenia filmu „Zniewolony”, pokazującego jego 12-letnią niewolę. Pełna okrucieństwa, brutalności oraz grozy, jakiej nie chcielibyście poznać. Tylko ze reżyser nie pokazuje niczego nowego w tym temacie serwując nam dość oczywistą i banalna prawdę – niewolnictwo było i jest złem. Ale tyle już było filmów o tej tematyce (m.in. „Kolor purpury” czy ostatnio „Django” Tarantino, który mocno rozprawił się z tą tematyką), jednak trudno odmówić McQueenowi rzetelności w realizacji, sporej dawki realizmu (ale umówmy się – baty od plantatorów to nic w porównaniu z tym, co robił Hitler i spółka w Europie) oraz subtelnego rozłożenia akcentów (choć nie brakuje tutaj brutalnych) bez specjalnego moralizowania. Wiele scen budowanych jest na kontrastach, jak choćby piwnica z więzionym bohaterem obok Białego Domu czy wiszący Salomon na sznurze, a w tle niewolnicy normalnie zajmują się swoimi sprawami. Tylko, że tak jak mówię – to wszystko jest zaledwie poprawnie i nie pokazuje kompletnie nic nowego (poza sporymi kompleksami Amerykanów na punkcie swojej historii – tylko w ten sposób jestem w stanie wyjaśnić tyle nominacji do Oscara).

zniewolony3

Częściowo sytuację ratują aktorzy, którym udaje się wnieść w życie swoim bohaterom. Najbardziej przykuwa tutaj uwagę nie Salomon, tylko plantator Edwin Epps, grany przez świetnego Michaela Fassbendera. Ten gościu to zło – z jednej strony bardzo ostro traktuje swoich niewolników, z drugiej to hipokryta udający głęboko wierzącego i mający romans z jedna z niewolnic. A wracając do Salomona, to Chiwetel Eljofor wcielający się w tą postać wypada więcej niż przyzwoicie. Ten wykształcony człowiek, który by wytrzymać niewolę, musi ukrywać swoje umiejętności (poza gra na skrzypcach), a wszystkie jego rozterki pokazane są w bardzo subtelny sposób. Nie można też nie wspomnieć o małym epizodzie Brada Pitta (także współproducenta filmu) czy drobnych rolach Paula Dano (Tibeats), Paula Giamattiego (sprzedawca niewolników Freeman) czy Benedicta Cumberbatha (pan Ford).

zniewolony2

Jest to bardzo amerykański film, bo inne nie zdobywają najważniejszych nagród. Ale mimo to jest to naprawdę solidna robota, choć liczyłem na odrobinę więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski