Paul Simon – In the Blue Light

In_The_Blue_Light_Cover

Tego wokalisty przedstawiać nie trzeba, chociaż największy rozgłos przyniosła mu współpraca z Artem Garfunkelem w latach 60., chociaż Simon nadal pozostaje w świetnej formie, co pokazał poprzednim albumem “Stranger to Stranger”. Ale najnowsze (i pożegnalne) wydawnictwo to zbiór nagranych na nowo piosenek artysty  z całej kariery, chociaż bez sięgania po największe oraz najbardziej rozpoznawalne hity, często zmieniając w nich aranżacje, konstrukcję, a nawet słowa.

Początek to wybrany na singla wręcz jazzowy (na początku) “One Man’s Ceiling Is Another Man’s Floor”, gdzie na wstępie nie brakuje fortepianu, spokojniejsze gitary, by zanurzyć się ku spokojnemu bluesowi, bujając jak nigdy, bo i nie trzeba się nigdzie spieszyć, chociaż w połowie wchodzą dęciaki, a fortepian się ożywa. Ale Simon po muzyce pływa niczym ryba po oceanie, znajdując się w każdym stylu, bo i pojawia się bardziej elektryczne country (“Love”) z bardziej akustycznymi chwilami jak w refrenie, by pójść ku muzyce klasycznej (flety, fagot, smyczki w “Can’t Run But” czy odbijające się niczym echo dźwięki w “René and Georgette Magritte with Their Dog After the War”), zahaczyć po drodze o jazz (elegancki “How the Heart Approaches What It Years” z pięknie grająca trąbka, fortepianem oraz kontrabasem lub nowoorleański w duchu “Pigs, Sheep and Wolves” z ciągłymi zmianami tempa) czy wręcz hiszpańskie rytmy (akustyczny “The Teacher”). Za to prawdziwą perłą jest 7-minutowy “Darling Lorraine”, choć pozornie poza gitarą oraz wokalem nie ma tutaj zbyt wiele, ale z każdą sekundą zaczyna nabierać rumieńców I wchodzą kolejne instrumenty, zmieniając także tempo.

Szkoda, że to ostatni album, bo Simon nie poszedł na łatwiznę, nadal zachwyca swoim głosem, zaś w tekstach też wychodzi poza banalne piosenki o miłości. Jestem ciekawy, jak wy odbierzecie to bardzo różnorodne, interesująco zaaranżowaną, kapitalnie wydaną płytę. Panie Simon, dziękuję za wszystko.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Paul Simon – Stranger To Stranger

Stranger_to_Stranger_cover

Najbardziej znany jako jedna druga duetu Simon & Garfunkel świetnie także sobie radzi w solowych dokonaniach. Każdy kto słyszał „Graceland” to wie, ale od czasu tego największego albumu, minęło prawie 30 lat. Paul Simon jednak nie odpuszcza i dalej nagrywa swoje płyty. Po pięciu latach wraca z nowiutkim materiałem.

„Stranger To Stranger” miało być bardziej eksperymentalnym materiałem, w czym pomógł artyście spec od elektroniki Clap! Clap!, ale to nadal folkowa mieszanka z rockiem. Nie brakuje klaskania, oszczędnej perkusji i gitary, jednak czuć tutaj pewien rodzaj psychodelii, co objawia się już w otwierającym „The Werewolf”, gdzie w tle słychać mocno wycie wilka. Zgrabny bas miesza się tutaj ze skoczną, ale delikatną elektroniką i meksykańską trąbką („Wristband”), jest tykanie zegara („The Clock”), nawet modulacja głosu w tle (pulsujący „Street Angel”) oraz odrobinę oniryczna gitara w sennym utworze tytułowym, którego nie powstydziłby się sam Dave Matthews (ta trąbka w środku brzmi znakomicie).

Mimo sporego dźwiękowego Misz-maszu, gdzie jeszcze pojawiają się elementy karaibskie („In A Parade”) i charakterystyczne dla Simona naleciałości folku („Proof of Love” czy instrumentalny „In the Garden of Edie”), jednak to bogactwo robi porażające wrażenie. Zarówno zmiana tempa, klimatu z melodyjnego i skocznego w bardziej refleksyjny jest konsekwentnie realizowanym planem. Ale nawet w tych skocznych numerach Simon pozostaje refleksyjnym i uważnym obserwatorem, dotykających spraw zarówno duchowych (przemijanie, sen) jak i samotności, agresji, ale też opowiada o ludziach.

Jest też dostępna wersja deluxe, która zawiera dwa utwory w wersji koncertowej (poruszający „Duncan” oraz zagrany premierowo „Wristband”) plus dwa nowe kawałki, z czego jeden instrumentalny (mantryczny „Guitar Piece 3”).

Nikt się nie spodziewał (dobrze, ja się nie spodziewałem), że 70-letni Paul Simon jeszcze mnie zaskoczy. Płyta z jednej strony bardzo lekka i przyjemna w odbiorze, z drugiej mająca coś do powiedzenia. A podobno takiej muzyki już się nie robi – czuje, że to będzie hit.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Absolwent

Benjamin Braddock jest młodym, 20-letnim absolwentem college’u, który nie bardzo wie co zrobić ze swoim życiem. Podczas świętowania poznaje starą znajomą, panią Robinson, która go uwodzi. I przez dłuższy czas są kochankami. Do momentu, gdy Ben nie poznaje i nie zakochuje się w córce pani Robinson.

absolwent1

Głośny film Mike’a Nicholsa z 1967 roku jest uważany za klasykę kina obyczajowego, które obnażało hipokryzję oraz sztuczność dorosłego życia. To tak w skrócie, bo chłopak nie chce prowadzić nudnego i spokojnego życia, być może dlatego wplątuje się w romans. Pływanie w basenie, potajemne schadzki w hotelu – pustka i spokój. Sztuczność ta jest mocno sygnalizowana zarówno w potajemnych schadzkach z panią Robinson, jak też w wypowiedzi jednej z postaci: „Plastik jest dzisiaj w cenie”. I co wtedy zrobić? Sama historia jest dość prościutka, wręcz banalna, ale Nichols podchodzi do tego w zaskakująco delikatny sposób – same sceny romansowe są bardzo spokojnie, wręcz w niemal ciemności, z bardzo sprytnym montażem. W dodatku epoka, czyli początek hipisowskiej rewolucji obyczajowej, seksualnej i mentalnej. Czy w tym świecie są jeszcze miejsca na prawdziwe uczucia, bycie sobą? Pozornie wydaje się, ze finał daje pozytywną odpowiedź – radość młodych, którzy uciekają ze ślubu w autobus, ale po pewnym czasie ten uśmiech znika. I co dalej?

absolwent2

No właśnie, Nichols potęguje atmosferę niepokoju za pomocą pracy kamery, która skupia się głównie na twarzach, zbliżeniach oraz dopełniając klimatu nastrojowymi piosenkami duetu Simon and Garfunkel (trafnie komentując wydarzenia). I jeszcze jak to jest zagrane – Nichols ma dobra rękę do aktorów, co było wiadome od dawna. „Absolwent” to pierwsza duża rola Dustina Hoffmana, który udźwignął rolę samotnego i zagubionego chłopaka, który bywa czasem niezdarny gdy udaje doświadczonego (scena w hotelowym pokoju). Ale nawet on musiał ustąpić pola wybornej Anne Bancroft. Jej pani Robinson to znużona kobieta po nałogach, znużona swoim życiem, dla której romans staje się szansa na zmianę życia. Ale tak naprawdę jest to kobieta z jednej strony bezwzględna i twarda, z drugiej samotna i bardzo delikatna (scena po wydaniu się romansu). W zasadzie reszta obsady robi tu za tło, ale wybija się debiutująca Katherine Ross jako Elaine Robinson.

absolwent3

Można spodziewać się było trochę lekkiej komedyjki, ale okazuje się gorzkim i ponurym dramatem o samotności swojego pokolenia. I to nie tylko pokolenia Nicholsa, ale chyba każdego pokolenia. Dla mnie jednak to tylko dobry film, który mnie nie do końca porwał.

7/10

Radosław Ostrowski