Trick

Czym jest trick? Sztuczką, elementem mistyfikacji, który ma na cel wyprowadzić w pole, odwrócić uwagę. Taki właśnie numer postanowił w 2010 roku przygotować reżyser Jan Hryniak, lecz chyba nikt nie dał się nabrać. Z kolei marketing promował „Trick” jako komedię kryminalną w stylu „Vabank”, co było… sztuczką. Zacznijmy od początku.

Bohaterem jest niejaki Marek Kowalewski (Piotr Adamczyk) – znakomity fałszerz pieniędzy, specjalizujący się w 100-dolarowych banknotach. Podczas jednego ze zleceń zostaje schwytany i trafia do więzienia. Tam zaprzyjaźnia się z niejakim „Profesorem” (Marian Dziędziel), co trafił za kratki przez swojego wspólnika. Panowie planują ucieczkę z więzienia, jednak ich plan może wziąć w łeb. Wszystko z powodu pewnej propozycji od majora Bukowskiego (Andrzej Chyra) z ABW. Otóż w Afganistanie został porwany pewien poseł (Henryk Talar) przez talibów. Rząd oficjalnie ściąga do kraju talibów negocjatora, ale wiceminister spraw wewnętrznych Bąk (Jerzy Trela) ma inny plan. Chodzi o zapłacenie okupu (6 milionów dolarów) za pomocą… fałszywej kasy, którą ma zrobić Kowalewski. W zamian ma dostać skrócenie wyroku.

Reżyser chce tutaj zaserwować sensacyjną opowiastkę, która coraz bardziej zaczyna się komplikować, gmatwać i mącić. Widzimy masę postaci oraz wydarzeń, co wywołuje początkowo konsternację. Bo jeszcze mamy tutaj jeszcze dziennikarkę (Agnieszka Warchulska), odwiedzającą „Profesora” i prowadzącą własne śledztwo, jest jeszcze dziewczyna Marka (Karolina Gruszka), wspólnika Marka obsługującego maszyny do drukowania (Łukasz Simlat), jeszcze inny agent wywiadu (Robert Więckiewicz) węszący wokół Bukowskiego. O dwóch kolegach Marka i Profesora z celi – jeden z nich to osiłek o aparycji Eryka Lubosa, drugi to uzdolniony iluzjonista (Bartłomiej Topa). Innymi słowy, jest strasznie ciasno, chaotycznie i niełatwo połapać się w plątaninie układów, planów, kombinacji. Kto tu kogo chce oszukać, wykiwać – nie idzie nadążyć. Zaś niezbyt dobrze udźwiękowione dialogi nie pomagają w śledzeniu tej plątaniny.

Nie wiem, czy Hryniak chciał zrobić kino, będące jednocześnie zrobione na bogato i w stylu Davida Mameta. Bo akcja raczej dzieje się w różnych gabinetach, celach (innymi słowy bardzo ograniczonej przestrzeni), a jednocześnie wszystko ma być pełne twistów oraz niespodzianek. Tylko, że przez tą gmatwaninę nie byłem w stanie się zaangażować emocjonalnie. Dopiero w ostatnich 30 minutach wszystko zaczęło się krystalizować, jednak nawet tu jest zwyczajnie za późno. Nawet wygląda to bardzo przyzwoicie, czuć piniądz, efekty specjalnie nie kłują w oczy, zaś obsada wyciska ile się da. Ale tak przekombinowanego scenariusza nie dało się uratować. Szkoda, bo był potencjał na naprawdę fajną rozrywkę i zwyczajnie spudłowano.

5/10

Radosław Ostrowski

Wrobiony

Cały czas jestem pod wrażeniem jak wiele interesujących pomysłów zostało zaprzepaszczonych i zmarnowanych. Najczęściej wynika to z braku przekucia pomysłu na równie udany film, kompletny brak doświadczenia reżysera i scenarzysty albo ingerencja osób trzecich. Co niepokojące, większość tych filmów powstaje w Polsce albo takie znam najczęściej. Do tego smutnego grona dołącza polsko-włoska koprodukcja tworzona przez parę lat (z przerwami).

Bohaterem „Wrobionego” jest Dominik (nietrafiony Piotr Adamczyk) – pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego, pracujący nad doktoratem o ostatnich miesiącach z życia Caravaggio. Udaje mu się zdobyć zgodę na wyjazd do włoskiego miasteczka Porto Ercole, gdzie mają się znajdować szczątki genialnego malarza. Parę tygodni wcześniej znaleziono – uznany za zaginiony – obraz „Maria Magdalena w ekstazie”. Jednak na miejscu nasz bohater ma problemy: hotel nie jest zarezerwowany, krypta zamknięta jest na cztery spusty, zaś klucze skradziono. Do tego poprzedniego księdza, ojca Tornatore zamordowano, zaś nasz doktorant znajduje się na celowniku policji oraz grupy fałszerzy dzieł sztuki.

Na papierze jest tu wszystko, by mieć interesujący dreszczowiec: cenny łup do zdobycia, bohater w obcym otoczeniu, działający z ukrycia złodzieje, piękne krajobrazy. „Wrobiony” Piotra Śmigasiewicza miał zadatki, by pójść w stronę… „Dziewiątych wrót” Romana Polańskiego czy „Kodu da Vinci”. Problem jednak w tym, że cała ta historia jest dziurawa niczym sito, ciąg przyczynowo-skutkowy został wycięty, rzeczy się dzieją (przypadkowo znaleziona rama obrazu i dokumenty księdza), jest masa zbędnych scen i nadmiar postaci (m. in. włoscy policjanci, agent FBI, dziekan wydziału sztuki) nie wnoszący KOMPLETNIE NIC. Jakby tego było mało, wszystko toczy się powolnym tempem, zaś napięcia tu tyle, ile dialogów w filmach porno. A całość sprawia wrażenie taniej produkcji telewizyjnej, choć zdjęcia Arka Tomiaka robią duże wrażenie. Postacie są bardzo przezroczyste i nijakie, a zakończenie jest kompletnie niesatysfakcjonujące oraz… bez sensu. Boli, boli, boli.

„Wrobiony” jest lepiej wyglądającym filmem, który mógłby zrobić Tommy Wiseau. Gdyby tylko umiał robić zdjęcia. Jednak poza wizualną stroną nie ma niczego do zaoferowania jako wyrób thrilleropodobny, bo jako thriller kompletnie nie działa. Absolutnie tragiczne, koszmarne ścierwo, co robi z logiki i scenariusza dziwkę.

2/10

Radosław Ostrowski

Freestyle

Po obejrzeniu „Zadry” straciłem jakąkolwiek nadzieję na dobry polski film o rapie lub z rapem w tle. Wcześniej było „Jestem bogiem” o Paktofonice czy „Inni ludzie” Terpińskiej, ale to trochę niewiele. Teraz niczym młody, zdolny chłopak w dresiku przybył – niczym rycerz na białym koniu – Netflix ze swoim nowym dziełem. Czyli „Freestyle”, co w slangu rapowym oznacza improwizowaną nawijkę na zadany temat.

Naszym głównym bohaterem jest Darek zwany Diego (zaskakujący Maciej Musiałowski) – młody chłopak z Krakowa, syn znanego ojca w półświatku. Razem z kumplem „Mąką” (Michał Sikorski) szykują się do nagrania rapowej płyty. Ale, niestety, jego kumpel to totalny patafian i tępy piździelec, co go ciągnie ze sobą na dno. Bydlak nawet podczas sesji nagraniowej ukradł mikrofon. Jednak jest szansa na naprostowanie sprawy i zarobienie – trzeba zawieść towar na słowacką stronę. Tam lokalny gangster Martin (Jakub Nosiadek) proponuje kolejny dil, czyli sprzedaż dwóch kilo koksu. Coś, czym kiedyś -nasz heros się zajmował, lecz już wypadł z gry. Razem z dawnym kumplem „Batonem” oraz braćmi Stary przygotowuje towar i rusza. Co może pójść nie tak? Ano pojawia się psiarnia, Mąka zostaje zatrzymany, zaś Diego z towarem udaje się uciec. No i się zaczyna się wyścig z czasem.

Za „Freestyle” odpowiada Maciej Bochniak, czyli reżyser znany głównie z filmu „Disco polo”. Nawet jeśli początkowo można było odnieść wrażenie, że dostaniemy coś w klimacie „8. mili”, to jest tylko złudzenie. Bliżej jest tutaj do klimatów kina braci Safdie zmieszanego ze… „Ślepnąc od świateł”. Mimo że akcja toczy się w Krakowie, a nie stolicy. Gdzieś jest tutaj podobne poczucie ciągłego pośpiechu, ruchu i zaciskającej się pętli, zaś Diego desperacko sięga po kolejne brzytwy, by utrzymać się na powierzchni. A każda próba jedynie komplikuje całą – i tak niełatwą – sytuację. I ja czekałem na ten moment, gdy ta nakręcająca się spirala w końcu huknie w spektakularny sposób.

Nawet jeśli zbiegi okoliczności wydają się absurdalne jakby Kraków nagle zmienił się w bardzo małe miasteczko, zaś zachowanie niektórych postaci (bracia Stary, co niby są twardzi i bezwzględni, ale tak naprawdę to chcą pomóc naszemu Diego wyjść z tarapatów) budzi pewne wątpliwości, to ogląda się to całkiem nieźle. Kamera niemal cały czas jest skupiona na protagoniście, czy to filmując go zza pleców, czy w dużych zbliżeniach; w tle przygrywa bardzo pulsująca muzyka, zaś wszystko spowite jest szarzyzną i mrokiem. Niemniej czasem zgrzytają dialogi, gdzie za bardzo próbujemy rzucać slangiem i w dużej ilości bywa to niezbyt strawne. Także otwarte zakończenie mnie akurat rozczarowało.

Aktorsko jest całkiem nieźle, głównie dzięki obsadzeniu raczej mniej znanych i ogranych twarzy. Poza Maciejem Musiałowskim, który od mniej więcej trzech lat magnetyzuje swoją obecnością. Tutaj wypada dobrze i jest przekonujący. Tak samo jak znany z „Sonaty” Michał Sikorski w roli robiącego coraz większe przypały „Mąki”, który okazuje się większym cwaniakiem niż się wydaje. Za to sporym zaskoczeniem była obecność kompozytora Pawła Mykietyna, wcielającego się w „Tumana” oraz całkiem niezły Artur Krajewski (lichwiarz Zbigniew) czy świetny duet Roman Gancarczyk/Olek Krupa (bracia Jacek i Józef Stary). Za to słabiej wypadają panie, czyli Nel Kaczmarek (influencerka Miki) i Hanna Nobis (Kira), które nie mają zbyt wiele do zagrania.

Więc jak podejść do tego „Freestyle’u”? Bochniak czerpie dobre wzorce i nawet jeśli jest to zbyt znajome, nie wywołuje poczucia znużenia czy zażenowania. Czuć dobrą rękę reżysera, ale także nie do końca wykorzystano potencjał tego dzieła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

IO

A cóż to nasze gremium postanowiło wystawić jako kandydata do nominacji oscarowej za najlepszy film międzynarodowy? Tym razem wybrano nowe dzieło Jerzego Skolimowskiego o bardzo enigmatycznym tytule „IO”. Nie jest to skrót od Igrzysk Olimpijskich, ale imię… osła. I nie, nie chodzi o żadnego polityka.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo w zasadzie jest to odyseja osiołka przez różne miejsca. Kiedy poznajemy IO, jest zwierzęciem cyrkowym. Jedyną osobą widzącą w nim coś więcej niż tylko zwierzę jest występująca z nim tancerka Kasandra (Sandra Drzymalska). Kiedy na początku jej oczami patrzymy na osiołka, kamera pokazuje go z bardzo bliska i z taką czułością, że nie byłem w stanie przejść obojętnie. Ale to nie przetrwało, wszystko przez działaczy, co nie chcą zwierząt w cyrku. Io zostaje rozdzielony i trafia najpierw do stajni. To jednak początek wędrówki naszego czworonoga, które zostaje zderzone z najgroźniejszym zwierzęciem na Ziemi – człowiekiem. Jaki będzie finał?

IOPL-3

Skolimowski spycha ludzi do roli tła, niemal cały czas pokazując perspektywę naszego zwierzęcego bohatera. I to wiele razy dosłownie widzimy jego oczami, co wygląda wręcz hipnotyzująco. Szczególnie gdy w kadrze pojawia się mocna czerwień, skręcając w mocno surrealistyczną otoczkę (scena z wiatrakami). „IO” to przede wszystkim audio-wizualna uczta, zdominowana przez kapitalne zdjęcia Michała Dymka (wspartego dodatkowymi materiałami od Pawła Edelmana i Michała Englerta), które są nie tylko przemyślane, ale też pełne eksperymentów. Czy to ucieczka osiołka przez las, oglądany „od dołu” mecz piłki nożnej, widok na pędzące konie – to wszystko pulsuje, oddycha, zaciekawia. Im dalej w las, tym trudniej jest przewidzieć co zobaczymy za chwilę. Przenosimy się od Warmii i Mazur przez Pomorze i Śląsk aż do włoskiego pałacu. Od ośrodka dla niewidomych dzieci przez mecz piłkarski oraz imprezę w gospodzie z kibolami czy przez granicę z końmi przeznaczonymi na rzeź.

IOPL-2

Z obrazami współgra miejscami klasyczna, miejscami awangardowa muzyka Pawła Mykietyna, tworząc silną mieszankę wybuchową. „IO” jest bardziej doświadczeniem, sensualnym doznaniem niż stricte filmem, co czyni film nieprzystępnym dla każdego. Dialogów jest tu bardzo niewiele, ludzie w zasadzie są epizodami (choć zdarzają się wyraziste kreacje jak w przypadku Sandry Drzymalskiej czy Isabelle Huppert), zaś Skolimowski bardziej wydaje się kontemplować rzeczywistość. Jest parę ujęć, które wydają się nie pasować (robot o kształcie zwierza czy cofająca się woda z wodospadu) albo mają symboliczne znaczenie, którego nie rozgryzłem.

IOPL-1

Niemniej ciężko mi z głowy wymazać te kadry, tego osiołka (grane przez szóstkę parzystokopytnych), który zostaje wyrwany ze swojego środowiska. Ale też pokazuje ludzi w nie zawsze najlepszym świetle, piętnując ich głupotę, okrucieństwo i obojętność. Nie wszystkim się spodoba, ale warto dać szansę jemu oraz sobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Córka Boga

Jesteśmy w jakimś miejscu z dala od szeroko rozumianej cywilizacji. Tam żyje sobie grupka kobiet ubrana jakby żyły w XIX wieku, kieruje nimi – a jakże by inaczej! – mężczyzna nazywany Pasterzem. Czujecie to? Jak na Pasterza przystało kieruje tą grupą ku Edenowi, czyli jest duchowym guru. I jeden facetem w tym miejscu, gdzie kobiety dzielą się na żony oraz córki (poczęte już w obozie), później zajmujące miejsce żon. Jedną z nich jest Selah, która powoli zaczyna przechodzić proces dojrzewania. I zaczyna powoli odkrywać, że życie w tej grupie nie jest takie sielankowe.

corka boga1

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej jest w zasadzie chłodny. Jej filmy (oprócz „33 scen z życia”) były mniejszym albo większym rozczarowaniem, zdominowane przez pretensjonalność oraz silenie się na artyzm. Na siłę. Tym razem reżyserka zrealizowała swój pierwszy film na zagranicznej ziemi, reklamowany jeszcze jako horror. Taki horror spod znaku A24, czyli coś w stylu „Czarownicy” zmieszanej z „Opowieścią podręcznej”. Bo tutaj to mężczyzna jest panem i władcą, zaś kobiety mają być mu posłuszne, a każde jego słowo wykonywać bez sprzeciwu. Tutaj kobiety robią wszystko: pracują, zbierają jedzenie, modlą się. No i miesiączkują, a to oznacza, że jej wiara bardzo słaba jest, zaś ona sama „uszkodzona”. I wszystko widzimy z perspektywy osoby nie znającej innego świata niż sekty.

corka boga2

Sam punkt wyjścia daje spore pole manewru, jednak Szumowska znowu robi to, co zwykle. Wykorzystuje „nośny” czy „głośny” temat, używając scenariusza stanowiącego zbiór bardzo luźno powiązanych scenek. Fabuły jako takiej nie ma, wszystko jest polane dłuuuuuuuuuuuuuuuuuugimiiiiiiiiiiiii kadrami, gdzie niiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiic się nie dzieje. Jeszcze na dokładkę mamy sceny oniryczne, gdzie symbole symbolami poganiamy. Jakieś martwe owce, z których zostają tylko kości czy sceny kiedy Pasterz (kompletnie nijaki Michael Huisman) patrzy się, gada jakieś bzdury. Aż dziwne, że te kobiety za nim poszły, bo temu facetowi brakuje charyzmy. Pewnym kontrastem jest bardzo wyciszona, ale ciekawa Raffey Cassidy jako zagubiona Selah. Skupia uwagę nawet nie robiąc nic.

corka boga3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Córce Boga”, jednak poza pięknymi zdjęciami oraz główną rolą żeńską nie ma tutaj absolutnie nic. Pretensjonalny, płytki, przewidywalny i kurewsko nudna opowieść o wyzwalaniu się kobiet z jarzma niewoli męskiej. Jeden z najgorszych filmów tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

11 minut

Kino polifoniczne ma dość długą tradycje, także w Polsce. Tą formę uznał za najlepszą do realizacji swojej wizji Jerzy Skolimowski w swoim najnowszym dziele. „11 minut” przedstawia tytułowe jedenaście minut z życia kilku mieszkańców Warszawy.

11_minut1

Młoda aktorka, jej zazdrosny mąż, reżyser, drobny złodziejaszek, kurier, sprzedawca hot-dogów, para alpinistów, ekipa pogotowia ratunkowego – to są bohaterowie całej historii, poszatkowanej na kawałki. Niewiele o nich wiemy, a po seansie dowiadujemy się jeszcze mniej. Dla Skolimowskiego ciekawsze są tutaj zderzenia między bohaterami i ich losy. Aurę niesamowitości tworzą dziwne zdarzenia – na niebie widziano czarną dziurę, samolot zaczął niżej latać nad miastem, a z telewizora odzywa się głos mówiący, że nie da się niczego naprawić. Szczątkowa jest dla Skolimowskiego pretekstem do zabawy formą (ujęcia z komórki i laptopa na początku, kadry z perspektywy psa) i oczekiwania. Na co? Zdarzenie, które wywróci wszystko do góry nogami – dokona małej apokalipsy.

11_minut2

Jestem pod wrażeniem, jak wygląda Warszawa. Niczym wielka metropolia, realizacyjnie to miks zarówno poetyckich ujęć (bańka), a także pewnej grozy. To drugie czuć mocno w scenach, gdzie pogotowie trafia do podskórnej kamienicy czy w scenach z kurierem – zwłaszcza w lynchowskim ujęciu w windzie, gdzie atmosfera potęgowana jest podskórnie pulsującą muzyką Pawła Mykietyna. Samo zakończenie wprawi w konsternację, ale wszystko toczy się na granicy prawdopodobieństwa, przypominając troszkę takie filmy jak „Lulu na moście” czy „Po godzinach”. Skolimowski w prostych ujęciach buduje suspens jak w rasowym thrillerze, choć pozornie nic się nie dzieje.

11_minut3

Aktorzy mają tutaj wiele do zagrania, choć mają niewiele czasu i mówią rzadko. Najbardziej w pamięci mi utkwił Wojciech Mecwaldowski jako zazdrosny mąż z taką wściekłością w oku (tym nie podbitym) oraz Andrzej Chyra (sprzedawca hot-dogów), ale reszta postaci też intryguje. I nie ważne czy mówimy o parze alpinistów myjących okna (Agata Buzek i Piotr Głowacki) czy młodym chłopaku próbującym okraść lombard (Łukasz Sikora). Ten element układanki nie zawodzi.

11_minut4

„11 minut” to pozornie film jakich wiele, jednak Skolimowski bardzo zgrabnie układa puzzle przed nami, wracając do swojej wysokiej formy. Zabawa konwencją i jeden z najlepszych wizualnie filmów na naszym podwórku ostatnich lat.

7/10

Radosław Ostrowski

 

VA – Wałęsa. Człowiek z nadziei

Walesa

Lech Wałęsa – postać, która nadal wywołuje emocje, ale jego wpływ na współczesną historię naszego kraju. Charyzmatyczny przywódca Solidarności jest jednym z symboli transformacji ustrojowej. Wie o tym Andrzej Wajda, który postanowił opowiedzieć historie elektryka, który nie chciał, ale musiał. Obalić komunę. Jest to co prawda laurka, która przedstawia Wałęsę niemal jako herosa naszych czasów, ale kapitalna kreacja Roberta Więckiewicza oraz odrobina humoru czynią ten film naprawdę niezłym. Swoje tez robi warstwa muzyczna.

Wajda postanowił wykorzystać do swojej opowieści piosenki z tego okresu. Ponieważ większość wydarzeń dotyczy lat 80., więc dominuje tutaj buntownicza, rockowa muzyka idealnie wpasowana do poszczególnych scen, stanowiąc niejako komentarz. Wydany przez Parlophone Music Poland album jest mieszanką zarówno piosenek, jak i utworów instrumentalnych, ale jeszcze do tego wrócę. Obowiązkowo mamy tutaj takich wykonawców jak Brygada Kryzys, KSU, reggae’owy Daab czy Róże Europy. Ta różnorodność mocno podkreśla klimat czasów zastraszenia, bezsilności („Martwy rok” KSU czy „Wojna!” Brygady Kryzys – stan wojenny) oraz niewielkiej nadziei, która powoli zaczynała się rodzić („Jeszcze będzie przepięknie” Tiltu i „Kocham wolność” kończące i zamykające zarówno film i album). A agresja niektórych utworów udziela się także słuchającemu („Tchórze” Dezertera). Nie można tez nie wspomnieć o trzech zagranicznych utworach: marszowym „Grit and Rust March” Roberta White’a (instrumentalna melodia na dęciaki i elektronikę), utrzymanym w country „A Song for Lech Walesa” Paula Henry’ego Dallaire’a (wokal mocno podobny do Johnny’ego Casha – i nie tylko wokal) oraz zagrana z rozmachem symfonicznym, patetyczne „Avenue of the Stars” Ray Daviesa.

mykietynWspomniałem o muzyce ilustracyjnej – Wajda zatrudnił też kompozytora do pracy przy filmie. Wybór padł na minimalistę Pawła Mykietyna, który wcześniej współpracował z Małgorzatą Szumowską (od filmu „Ono” to jej stały współpracownik) oraz Jerzym Skolimowskim („Essential Killing”) oraz przy poprzednim filmie Wajdy, „Tataraku”. I jak jego praca wypada? W konfrontacji z piosenkami naprawdę blado. I nawet nie chodzi o to, że są to bardzo krótkie utwory (większość nie przekracza minuty lub jest nieco ponad), w których dominuje tutaj elektronika, tworząca bardzo depresyjną atmosferę (niepokojący „Fragment 1” z zapętlonymi syrenami), choć bardzo nieprzyjemną do słuchania. Także w samym filmie przewija się ona gdzieś w tle. Druga grupa to bardziej rockowe utwory rozpisane na mały zespół (punkowy „Arłamów”, trochę delikatny „Fragment 3”, prawie akustyczna „Kłótnia” z werblami), które przynajmniej są bardziej żywiołowe, choć w tle przewija się tak samo brzmiąca elektronika.

W zasadzie można potraktować „Wałęsę. Człowieka z nadziei” jako kompendium wiedzy o polskiej muzyce lat 80., będącą uzupełnieniem muzyki do głośnego dokumentu „Beats of Freedom”. Sama muzyka Mykietyna niespecjalnie się wyróżnia (może poza „Kłótnia” i „Arłamowem”) i gdyby nie ona, ocena byłaby zdecydowanie wyższa.  Nie chcem, ale muszem dać:

6/10

Radosław Ostrowski

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Teraz zadam wam pytanie z kategorii głupich: wiecie kto to jest Lech Wałęsa? Taki facet z wąsami, co obalił komunę. Sam. Znaczy z ludźmi. Stworzył „Solidarność”. A jednocześnie był agentem SB. Jak twierdzą co poniektórzy. Jeśli spodziewacie się pełnej prawdy o życiu tego człowieka w nowym filmie Andrzeja Wajdy, możecie się rozczarować.

Punktem wyjścia dla tej historii jest wywiad Lecha z włoską dziennikarką Orianą Fallaci przed wprowadzeniem stanu wojennego. I dalej mamy dość uproszczoną historię Polski od grudnia 1970 aż do dokonania transformacji w 1989, pokazaną już po wywiadzie. Wszystko jest na miejscu: skok przez płot, „nie chcem, ale muszem”, sierpniowe wypadki, stan wojenny, Danuśka odbierająca Nobla. Widzimy jak powstaje mit bohatera i rewolucjonisty, który staje na czele wielkiego ruchu narodowego. Ale jest to bardzo mocno robione pod linijkę, w sposób grzeczny i jednoznacznie mówiąc: Wałęsa był bohaterem narodowym, a że podpisał papierek na współpracę z SB – zrobił to pod presją. Sytuacje ratuje tutaj humor przemycany przez Janusza Głowackiego (w większości są to „niesamowite” refleksje Lecha), dzięki któremu dobrze się ogląda ten film.

walesa1

Mam dziwne wrażenie, że biografia Wałęsy została skierowana dla osób spoza Polski, by mogły poznać (w dość dużym skrócie) współczesną historię Polski i to zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Poza surowymi zdjęciami oraz solidną realizacją (montaż, scenografia i kostiumy) warto zwrócić uwagę na muzykę, gdyż w tle wydarzeń słyszymy przeboje m.in. Tilt, Brygady Kryzys czy KSU, idealnie wpasowane do sytuacji na ekranie.

walesa2

Jeśli chodzi o obsadę, „Wałęsa” to tak naprawdę teatr jednego aktora – Roberta Więckiewicza, który praktycznie skopiował zachowanie i sposób bycia Wałęsy w skali jeden do jednego. Wszystko się tu zgadza: od sposobu mówienia przez wygląd aż do stroju. Nie miałem żadnych wątpliwości, że widzę Lecha. A kim on jest? Nie od razu, ale jednak staje się charyzmatycznym przywódcą z jajami (rozmowa z głodującymi KOR-owcami – bezbłędna), który trochę ryzykuje swoje życie prywatne, bo nie zawsze się udaje to zgrać. A jednocześnie to szczery facet, który podejmuje się bardzo trudne zadanie prowadzenia ludzi, a nie jest to łatwe. Jest w nim coś z superherosa, ale to chyba trochę na wyrost. Cała reszta obsady robi tutaj za tło – nadal nie przekonałem się do Agnieszki Grochowskiej (Danuśka, która jest zredukowana do roli Matki Polki, choć potrafi opieprzyć ubeków i dziennikarzy), Zbigniew Zamachowski i Cezary Kosiński jako ubecy są naprawdę dobrzy, ale pojawiają się bardzo krótko, a pozostali robią tutaj epizody.

walesa3

Cóż, „Wałęsa” z jednej strony to laurka i hołd (wręcz poddańczy), z drugiej to całkiem niezła komedia (każda wypowiedź Wałęsy – chyba przez sposób mówienia – wprawiał mnie w śmiech, nic nie poradzę). Potencjał był na wiele, wiele więcej jednak. I co z tym fantem zrobić? To film, który sami po prostu musicie ocenić i zweryfikować.

Radosław Ostrowski

W imię…

Kościół w ostatnim czasie staje się znowu „popularny”. I niestety nie chodzi mi tu o papieża Franciszka, ale raczej o afery pedofilskie, po części z naszymi duchownymi w rolach głównych. W celu podkręcenia całej atmosfery opowieść o księdzu postanowiła nakręcić Małgorzata (a nie jakaś Małgośka, jakby to miała być moja kumpela) Szumowska.

Poznajcie księdza Adama, który gdzieś na Mazurach prowadzi ognisko, w którym uczestniczą dzieciaki z poprawczaka. Ale to nie jest byle egzemplarz – jeździ wypasionym autem, nosi markowe ciuchy, ma też laptopa i iPhone’a. Jednak ksiądz posiada inną tajemnicę – jest gejem, dlatego został wcześniej przeniesiony. I ta historia o wykluczeniu mogłaby nawet zaciekawić (i nawet przez pewien czas tak jest), gdyby wziął się za to inny reżyser. Bo jest to strasznie nierówny film, gdzie za pomocą luźnych scen pokazane jest życie księdza, który nie radzi sobie z tym kim jest. Kiedy reżyserka nie mówi wszystkiego wprost, to wtedy jest ciekawie i interesująco. Ale wszelka obecność symboli: od imienia zaczynając po widok na niebo oraz dosłowność (nadmierna i częsta jak przy scenie homoseksualnego aktu) zabija i niszczy tą konstrukcję od środka. Jakby było tego mało, jest jeszcze nie najlepszy dźwięk (jedynie bluzgi są wyraźnie słyszalne, a tych jest więcej niż w „Psach” Pasikowskiego), luźna konstrukcja oraz zakończenie tak dziwaczne, że aż nie chciało mi się wierzyć. I to wszystko jeszcze miejscami naprawdę mocno sztuczne, zaś kościół niby nie zamiata spraw pod dywan, ale jak można inaczej nazwać przenoszenie duchownego z miejsca na miejsce?

w_imie1

Zaś jeśli chodzi o obsadę, to skupiłem się tylko na Andrzeju Chyrze, który brawurowo zagrał duchownego. Z jednej strony ma charyzmę i jest bardziej taki ludzki (trzymający się ziemi), ale nawet jemu zdarza się zachować jak normalny człowiek (scena, gdy nawalony słucha głośno muzyki z laptopa i tańczy z portretem papieża w ręku). Te sprzeczności są wygrywane delikatnymi spojrzeniami oraz gestami. O pozostałych aktorach mogę powiedzieć, że są i coś tam robią na ekranie, ale nic ponad to.

w_imie2

„W imię…” miało potencjał mocnego i poruszającego filmu, a wyszedł zbędny i tani skandal. Chyba nie o to tu chodziło. Szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski