Brazylia pod względem kinematografii kojarzyła się przez bardzo długie lata z telenowelami, ale w ostatnich dekadach coś się mocno zmieniło. Co jest zasługą choćby takich tytułów jak „Miasto Boga”, „Carandiru” czy zeszłoroczne (jeszcze nie obejrzane przeze mnie) „I’m Still Here”. Teraz do tego grona dołącza kolejny nominowany do Oscara film z kraju karnawału i samby.
Akcja „Tajnego agenta” toczy się w 1977 roku, kiedy krajem nadal rządziła dyktatura wojskowa. Już sam początek pokazuje rzeczywistość tej epoki, gdzie jesteśmy na stacji benzynowej za miastem. Tam przyjeżdża kierowca żółtego Garbusa, zaś w okolicy znajduje się… rozkładający się trup. Akurat w pobliskim mieści Refire trwa karnawał, więc policja nie bardzo ma czas się tym zająć. A tu przybywa radiowóz i przeprowadza kontrolę nowego kierowcy, ale nic nie udaje się znaleźć. A mężczyzna, Marcelo (Wagner Moura) zostaje puszczony. Przybywa do lokum prowadzonego przez don Sebastianę (Tania Maria), gdzie przebywają ludzie ukrywający się przed państwem. Z różnych powodów. Jak się dowiadujemy, mężczyzna ma w mieście syna i razem z nich planuje uciec z kraju. Sprawy o tyle się komplikują, gdy na zbiega poluje dwóch zabójców opłaconych przez włoskiego biznesmena oraz szefa firmy inżynieryjnej.

Ale kim tak naprawdę jest Marcello? Dlaczego się ukrywa? I kim jest ten tytułowy tajny agent? Na część z tych pytań odpowiada najnowszy film Klebera Mendonca Filho, który wśród naszych recenzentów i krytyków nie spotkał się z aż takim entuzjazmem jak za granicą. A sama historia toczy się bardzo wolnym tempem, które ma zbudować przekonująco Brazylię drugiej połowy lat 70. Od początku krążyła masa pytań związanych z naszym bohaterem. Porusza się niczym konspirator, który przemieszcza się w tajemnicy, prowadzi rozmowy telefoniczne z budek, a nawet rozmowy w cztery oczy dzieją się poza widokiem.

A jednocześnie widzimy wiele rzeczy dziejących się obok, co jeszcze komplikuje całość: duet killerów, co tropi Marcello; lokalny komendant policji Euclides (Roberto Diogenes) tuszujący morderstwa; absurdalna kwestia ludzkiej nogi znalezionej w… rekinie. By jeszcze bardziej wszystko pogmatwać mamy drobne przeskoki do współczesności, gdzie dwie studentki przesłuchują kasety magnetofonowe dotyczące tej historii. To jest prawdziwy labirynt, który wymaga skupienia, by połączyć wszystkie kropki. Co samo w sobie nie jest problemem, ale ten lokalny koloryt pozostaje niezrozumiały dla osób spoza Brazylii (pokazana bestia w czerwonej masce; karnawał; werbowanie cyngli), co może być barierą nie do przeskoczenia. Mnie też to przeszkadzało, a przywiązanie do detali jest imponujące. Tak samo jak dialogi, unikające nadmiaru ekspozycji.

Jeśli miałem z czymś problem, to z wątkiem współczesnym, który wydawał mi się zbędny (z wyjątkiem ostatnich scen – nie zdradzę, co się tam dzieje, ale ładnie to spina). Drugim problemem było też początkowe przeskakiwanie z wątku na wątek, co mocno dezorientowało. Byłem zaciekawiony, a nawet zaintrygowany, jednak napięcie czułem dopiero w drugiej połowie, kiedy poznajemy przeszłość Marcelo/Armando. A także mocniej zaczyna się zaciskać pętla wokół niego, co prowadzi do krwawego i mocnego finału.
A jednak to działa dzięki rewelacyjnemu, bardzo oszczędnemu Wagnerowi Mourze. Dużo jest w nim (pozornego) spokoju oraz nie rzucania się w oczy, a jednocześnie czuć w nim nerwowość. Bardzo subtelna, ale łapiąca za serducho kreacja. Chce się za nim podążać, by zobaczyć jaki wykona ruch, co może zrobić oraz jak lawiruje, by nie dać się złapać. Mocny punkt filmu. Ale też drugi plan jest tu przebogaty, nawet jeśli postacie mają niewiele czasu ekranowego: rewelacyjna Tania Maria (dona Sebastiana), śliski duet Gabriel Leone/Roney Villela (zabójcy Bobbi i Augusto), bardzo mocny Robert Diogenes czy cudowny Carlos Francisco (Alexandro, teść Armando). Jest tu też w swojej ostatniej roli zmarły w zeszłym roku Udo Kier jako ocalały z wojny krawiec Hans. Pojawia się w jednej scenie, ale zapada mocno w pamięć.

„Tajny agent” mocno testuje cierpliwość, jakby sam dwu i półgodzinny metraż nie wystarczył. A jednak ta opowieść o pamięci, ojcach i synach oraz jak bardzo mały jest człowiek w trybiku machiny totalitarnego systemu, gdzie ludzkie życie jest bezwartościowe. Mocna rzecz, choć nierówna.
7/10
Radosław Ostrowski




































