Figurantka – sezon 1

Teoretycznie nakręcenie serialu wydaje się łatwe. Potrzebny jest interesujący scenariusz, świetny aktorzy, pewny reżyser i więcej niż solidna realizacja. W przypadku serialu komediowego jest jeszcze łatwiej, bo trzeba dodać parę żartów. Proste? Niekoniecznie. Zwłaszcza gdy jest to serial komediowy o polityce. Teraz skomplikuję sprawę – dla HBO (te trzy słowa są symbolem wielkiej jakości) o amerykańskiej polityce z przymrużeniem oka serial stworzyli dwaj Brytyjczycy – Simon Blackwell i Armando Iannucci.

vp

Główną bohaterką całego zamieszania jest Selina Meyer – była pani senator, która obejmuje urząd wiceprezydenta USA. Chciałaby osiągnąć i zrobić coś wielkiego w polityce bez układów, konotacji itp. Ale okazuje się to nierealne i wywołuje masą dowcipnych i zabawnych sytuacji. Nie brakuje żartu głównie sytuacyjnego (próby dokonania testu ciążowego) i masy bluzgów, pokazując pracę polityka jako coś trudnego, gdzie trzeba automatycznie reagować na zmienną sytuację. Z drugiej strony mając takich współpracowników nic dziwnego, że ciągle się coś sypie. Choć całość ma tylko 8 półgodzinnych odcinków (czas jak w sitcomie i to bez śmiechu), to jednak jest to przyjemnie spędzony czas.

vp2

I teraz najważniejsze – zagrane jest to naprawdę dobrze. Najważniejsza jest tu Julia Louis-Dreyfus w roli Seleny – ciągle zabieganej, ambitnej kobiety, która kiedyś miała jaja i charakter (ten jeszcze pozostał), ale tak naprawdę bywa nieporadna i często musi odkręcać, zmieniać sytuacje. Trudno jej nie polubić. Drugi plan jest tu przebogaty i każda postać bardziej lub mniej bryluje. Jest tu zarówno szefowa sztabu Amy (dawno niewidziana Anna Chlumsky), rzecznika prasowego Mike’a (rozbrajający Matt Walsh), empatycznego doradcę Gary’ego (uroczy Tony Hale), ambitnego i bezwzględnego Dana (ostry Reid Scott) oraz sekretarkę Sue (cięta Sufe Bradshaw). Ta grupa tworzy mocną mieszankę wybuchową.

vp3

Naprawdę udana komedia stacji HBO (po odpychających mnie „Dziewczynach”), która potrafi rozśmieszyć. Jeśli macie trochę czasu (parę godzin) i nie macie co robić, a chcecie się porządnie pośmiać, to już powinniście wiedzieć, co należy zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

W imię ojca

Aż trudno uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. W 1974 roku brytyjski wymiar sprawiedliwości oskarżył Gerry’ego Conlona – drobnego złodziejaszka –  o dokonanie zamachu terrorystycznego. Razem z nim oskarżono trzech jego kumpli z komuny hippisowskiej oraz całą jego rodzinę, bo jak wiadomo wszyscy Irlandczycy to terroryści. Dopiero po 15 latach znaleziono dowody niewinności.

w_imie_ojca1

Opromieniony sukcesem debiutu Jim Sheridan znów opowiada prawdziwą historię największej pomyłki w historii brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, za którą do tej pory nikt nie odpowiedział. Sam film zaczyna się od zamachu bombowego, w którym zginęło 5 osób (w tle „In the Name of the Father” U2 i Gavina Fridaya), a następnie przenosimy się do Belfastu, w którym trwa wojna i z którego Irlandczycy uciekają, by być jak najdalej od polityki, zamachów itp. Jednak z momentem wsadzenia ojca i syna w jednej celi, zaczyna się opowieść o relacji ojciec-syn, która paradoksalnie zaczyna się odbudowywać, co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe, choć trwa to bardzo stopniowo i subtelnie. Al też pokazuje nie tylko niesprawiedliwość, ale też do czego może doprowadzić nadużycie władzy i wykorzystywanie jej w oparciu na stereotypach. Wszystko to naprawdę dobrze zrealizowane od strony technicznej, ze świetną muzyką (nie tylko piosenkami, gdzie spotykają się tu m.in. Hendrix, Thin Lizzy, Ray Davies i Sinead O’Connor, ale też instrumentalną Trevora Jonesa).

Zaś wisienką w tym filmie są dwie kreacje, o których nie można zapomnieć. Wiadomo, że jak pojawi się Daniel Day-Lewis, to on i tak ukradnie cały film oraz, że ta rola będzie bardzo autentyczna. I tak też jest tutaj. Gerry to na początku zagubiony, młody chłopak, który może nie jest świętym, ale stara się być uczciwym.  I w więzieniu przechodzi pewną metamorfozę, buntuje się i walczy o prawdę na wszelkie sposoby. Równym partnerem dla niego okazał się równie przekonujący Pete Postlethwaite – spokojny, opanowany i stonowany, ale ufający swojemu synowi i wspierający go. Ten duet nakręca ten film i jest jego siłą napędową. Poza nimi nie można nie wspomnieć Emmy Thompson (Gareth Pierce, obrońca w procesie apelacyjnym) oraz Colina Redgrave’a (śliski inspektor Dixon).

w_imie_ojca2

Takie filmy jak „W imię ojca” wywołują poruszenie i wściekłość wobec tego, co się stało. To nadal mocne i surowe kino, broniące się świetnym aktorstwem oraz historią. Absolutnie trzeba to obejrzeć.

7/10

Radosław Ostrowski

U2 & Gavin Friday – „In the Name of the Father”


Lincoln

Steven Spielberg – filmowiec, którego bardzo cenię i szanuję, choć jego niektórych posunięć jako producenta nie rozumiem („Tranformers” – Steven, stać cię na więcej). Zgrabnie balansuje między ambitnymi i poważnymi produkcjami („Lista Schindlera”, „Szeregowie Ryan”) a lekkimi, kasowymi hitami („Szczęki”, seria „Indiana Jones”, „Przygody Tintina”). Tym razem Spielberg podjął się bardzo ryzykownego zadania opowiedzenia o najbardziej amerykańskim z prezydentów, najbardziej lubianym i traktowanym niemal jak wzór – Abrahamie Lincolnie.

Tylko, że reżyser nie skupia się na przedstawieniu całego życiorysu, ale skupia się na ostatnich 4 miesiącach urzędowania prezydenta, zaś cała intryga dotyczy przegłosowania poprawki znoszącej niewolnictwo. Czyli jednym słowem jest to bardziej kino polityczne, a biografią jest tak przy okazji. Nie mniej trzeba przyznać, że reżyser poważnie przyłożył się do zadania: technicznie nie ma się do czego przyczepić, zarówno zdjęcia, scenografia, kostiumy i montaż są na poziomie. Muzyka Johna Williamsa lekko zawodzi, rzadko się pojawia i robi tylko za tło. Ale jest dość poważny problem z „Lincolnem” – niby wszystko jest na swoim miejscu, ale historia zwyczajnie nie porywa, nie zaskakuje i brakuje tego słynnego „cosia”, dzięki któremu jesteśmy w stanie usiedzieć 2 i pół godziny przed ekranem.

Lincoln_400x400

Jest jednak pewien facet, który przyciągnął mnie na ten czas i pokazał granie z najwyższej półki. A imię jego Daniel Day-Lewis. O w zasadzie nie gra Lincolna, tylko nim jest i nie chodzi tylko o fizyczny wygląd. Czuć, że jest to mąż stanu, który wierzy w słuszność swoich przekonań i jest w stanie tych słuszności nagiąć prawo.  Ale jest też bardzo bezpośredni wobec ludzi i jest uroczym gawędziarzem. Ale kiedy nie ma Day-Lewisa kradnącego całe show, wtedy pojawia się świetna Sally Field jako jego żona – trochę na granicy załamania nerwowego, bardzo się o niego troszcząca i bojąca się losu jego i ich syna. Zaś drugi i trzeci plan jest tak naszpikowany znanymi twarzami, że nie byłby w stanie wszystkich pomieścić.  Najbardziej zapadł mi w pamięć Tommy Lee Jones w roli Thaddeusa Stevensa – ostrego kongresmena, do końca walczącego o wprowadzenie poprawki, a jego potyczki w kongresie czy rozmowa z Coftrothem są najmocniejszymi w filmie. Poza nim nie wypada wspomnieć takich osobistości jak Davida Strathairna (rozważny William Seward, sekretarz stanu), Josepha Gordona-Levitta (Robert Lincoln, syn prezydenta), dawno niewidzianego Jamesa Spadera (W.N. Bilbo – przekonujący przeciwników do głosowania za) czy Petera McRobbiego (George Pendleton – szef Demokratów).

Lincoln2_400x400

Na pierwszy rzut oka wszystko jest monumentalne, epickie i z rozmachem, ale poza rzemiosłem (z wysokiej półki) niewiele tu zostaje. To po prostu dobre kino, ale żeby aż tyle nominacji, to lekka przesada.

7/10

Radosław Ostrowski

Wyborcze jaja

Trwa kampania wyborcza. O urząd kongresmena w Karolinie Północnej walczy jedyny kandydat Cam Brady. Jednak zajmujący się lobbingiem bracia Notch chcą wystawić kandydata spełniającego ich oczekiwania. W końcu stawiają na niedoświadczonego Marty’ego Hugginsa – kierownika ośrodka biura turystycznego. O dziwo konfrontacja wypadnie dość ciekawie…

wybory_400x400

Jay Roach to reżyser, który z jednej strony nieźle sobie radził w komediach („Poznaj mojego tatę” z Robertem De Niro) oraz filmach politycznych dla HBO („Decydujące głos” oraz „Zmiana w grze”), więc połączenie jednego z drugim teoretycznie powinno wypalić. Teoretycznie, bo w praktyce polityczna satyra nie zaskakuje niczym nowym w tematyce politycznej, zaś kampania wyborcza z uczciwością nie ma zbyt wiele wspólnego, zwłaszcza gdy decydujące są pieniądze osób wspierających kampanię. Że kampania jest ostra i bezpardonowa, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone (z użyciem seks taśmy włącznie) bywa nawet zabawna, ale tylko na początku. Ale zarówno przymusowy moralny happy end jak i przemiana tego złego na porządnego nie brzmi przekonująco.

wybory2_400x400

Aktorsko „Wyborcze jaja” prezentują się całkiem nieźle. Will Ferrell i Zach Galifianakis stanowią dość kontrastujący duet. Pierwszy wciela się w „napalonego” na władzę kongresmena, drugi naiwnego idealistę, któremu nie zależy na karierze. Jednak tak naprawdę ten film to popis wyrazistego Dylana McDermotta (doradca Tim Whittley – ostry i bezpardonowy) oraz Jasona Sudekisa (uczicwy Mitch). Reszta prezentuje się poprawnie, choć miło było obejrzeć Dana Aycroyda oraz Johna Lightgowa (bracia Notch).

To mogła być całkiem ciekawa satyra polityczna, ale czegoś tutaj zabrakło. Trochę szkoda, niemniej obejrzenie „Wyborczych jaj” będzie nieźle spędzonym czasem.

6/10

Radosław Ostrowski