To kolejny dowód na to, że wiek wykonawcy jest sprawą drugorzędną, gdy chodzi o talent. W tym przypadku mamy do czynienia z 81-letnią wokalistką z Wielkiej Brytanii, która na całym świecie jest znana z jednego przeboju. Teraz pojawia się z kompletnie nową płytą, choć zawartość nie jest taka nowa.
„Lost in You” zawiera 12 piosenek, z czego większość to covery. Jednak początkowo można było podejrzewać, że jest to próba ściągnięcia kasy od swoich wiernych fanów. Ale jednak nie. Pierwsze co uderza, to bardzo elegancka oprawa muzyczna. Nie zabrakło fortepianu („Lost in You”), ale zdarza się też pójście w stronę country (zaskakujący cover „Crazy” duetu Gnarls Barkley czy „Never Enough” ze świetną gitarą), czysto akustycznego grania (nowa wersja „Downtown” rozpisana na gitarę, smyczki i fortepian), organów („Reflections”), ale wszystko to zrobione jest z energią i pasją. Całości słucha się zaskakująco dobrze i daje to więcej przyjemności niż można się było spodziewać. Nawet elektronika tutaj nie drażni („He Loves and She Loves” czy „Every Word You Say”) i brzmi bardzo ciekawie.
Drugim zaskoczeniem jest głos pani Clark – bardzo delikatny i pełen ciepła, bez żadnych popisówek, ale jednocześnie bardzo poruszający. Jak to się udało zrobić? Nie mam pojęcia, ale słyszę jak to działa.
Muszę przyznać, że ta płyta zaskoczyła mnie. Spodziewałem się zramolałej, wręcz archaicznej muzyki, a dostałem ciepły i pozytywny album. Gdyby wszyscy emeryci nagrywali takie płyty jak Petula Clark, świat muzyki byłby ciekawszy.
Tego człowieka nie trzeba przedstawiać – w latach 70. i 80. był jednym z najpopularniejszych wokalistów rockowych. W ostatnim czasie nagrywał płyty z serii „The Greatest American Songbook” wykonując klasykę muzyki rozrywkowej z lat 40. i 50. Jednak teraz wraca z nowym już bardziej gitarowym repertuarem.
„Time” zawiera 12 piosenek, za których produkcję odpowiada sam Stewart. Jednak jeśli ktoś się spodziewał czysto rockowego grania, to się zawiedzie niemiłosiernie. Owszem, jest gitara, ale przede wszystkim akustyczna, zaś nawet jak się pojawi ostrzejsza, to jednak robi ona za tło („Beautiful Morning” czy „Live the Life”, choć bardziej się wybija w „Finest Woman”). Tak naprawdę są to bardziej popowe piosenki, które jednak są zarówno melodyjne jak i okraszone przede wszystkim irlandzkimi dźwiękami, co najbardziej słychać w singlowym, dynamicznym „She Makes Me Happy” (skrzypce). Poza tym pojawiają się dęciaki (saksofon w „Beautiful Morning” czy trąbki w „Finest Woman”), chórki żeńskie („Time”), fortepian (eleganckie „Pictures in a Flame”, które stylistycznie pasuje do serii The Greatest American Songbook), smyczki. Jednak poza zróżnicowanym tempem i aranżacjami, jest jeden dość nieprzyjemnie zaskakujący „Sexual Religion” z dyskotekową perkusją i syntezatorami imitującymi tybetańsko-wschodnie dźwięki, które nie bardzo pasują do samego Stewarta, mimo pojawienia się saksofonu.
Za to sam wokalista trzyma formę. Jego głos jest dość miękki, choć słychać, że swoje przeszedł. Jednak pasuje on do reszty i wypada więcej niż dobrze, zaś teksty są całkiem niezłe i dotyczą tematyki miłości czy przemijania. Nie ma się czego wstydzić i brzmi to nie najgorzej.
Stewart po skokach w stronę swingu, tym razem wraca do gitarowego grania, w którym czuje się naprawdę dobrze. Mimo wieku nadal ma co pokazać i słucha się go może nie z ogromną, ale przyjemnością. I wydaje mi się, że na tą wiosnę, co tak późno przyszła, będzie to odpowiedni album.
New romantic i elektroniczna muzyka lat 80. wraca do łask. Powróciło Ultravox, przypomniało o sobie Pet Shop Boys, a teraz do gry wraca Orchestral Manoeuvres in the Dark, czyli OMD. Reaktywowana w 2006 roku kapela pod wodzą wokalistów Andy’ego McCluskeya (bas i klawisze) i Paula Humphreysa (klawisze) wspieranych przez Malcolma Holmesa (perkusja) i Martina Coopera (klawisze) po 3 latach przerwy wracają z drugą płytą po reaktywacji.
„English Electric” mógłby powstać 30 lat temu, gdyż synth popowe brzmienia nadal pozostały znakiem rozpoznawczym (romantyczne klawisze i syntetyczne chórki), choć pojawiły też lekko uwspółcześnione dźwięki (najbardziej słychać to w „The Future Will Be Silent”) oraz eksperymenty (futurystyczne miniatury: ambientowe „Decimal” z przerobionymi głosami ludzi, lekko hałaśliwe „Atomic Ranch” i otwierające „Please Remain Stated”, a także rozbudowane „Our System” czy „Kissing the Machine” ze zmodyfikowanym głosem Claudii Brucker z Propagandy). Nadal jest melodyjnie i przebojowo, zaś całość jest naprawdę odprężająco przyjemna z potencjałem na radiowe hity tak jak singlowy „Metroland”, „Helen of Troy” czy bardziej melodyjne „Dresden”. Tu się dzieje i to wiele.
Drugim znakiem rozpoznawczym poza warstwą melodyjną jest bardzo emocjonalny wokal McCluskeya – czasem delikatny („Metroland”), czasem bardziej ekspresyjny i żywiołowy („Dresden”), jednak nigdy nie przekraczający granicy kiczu tak jak muzyka.
Ekipa z Merseyside pokazała, że można połączyć stare z nowym i wychodzą na tym chyba najlepiej ze wszystkich wracających kapel grających new romantic. Piękny album.
Ten amerykański kwartet serwujący punk/pop-rocka w ostatnim czasie przeżywał mocny kryzys. W 2009 roku kapela zawiesiła działalność, ale w tym roku Patrick Stump (wokal, gitara), Pete Wentz (gitara basowa), Joe Trohman (gitara) i Andy Hurley (perkusja) zdecydowali wrócić do siebie. A przy okazji wydali nowy album.
„Save Rock and Roll” zawiera 11 kawałków, a za produkcję odpowiada muzyk Butch Walker. I pierwsze co uderza, to obecność smyczków (zaproszono Londyńską Orkiestrę Symfoniczną), do których dołącza perkusja i bas. Czyżby gitarzysta został zwolniony albo miał się w ogóle nie pojawić? Jest, ale gdzieś w cieniu, zaś muzyka bardziej skręca w stronę popu. A na pierwszy plan wysuwa się syntezator i perkusja, co słychać potem w „My Songs Know What You Did In The Dark” oraz w „Alone Together” (z głosami dzieci w refrenie). Choć trudno odmówić chwytliwości, to coś tu jest nie tak, bo coś za delikatnie i mało rockowo (w tytule jest przecież Save Rock And Roll, a nie Save Pop). Sytuacja powoli się zmieniła w „The Mighty Fall” (wreszcie słyszalna gitara, która jeszcze przewinie się w „Death Valley” z dubstepową końcówką oraz „Rat a Tat”), choć podkład lekko hip-hopowy. Nie brakuje też akustycznej gitary („Young Volcanoes”).
Nie można odmówić mocnego wokalu Stupmpa, który potrafi przyciągnąć uwagę plus do tego całkiem niegłupie teksty, w których nie zabrakło mowy o balandze, miłości, buncie. Ale zespół ściągnął paru gości, którzy trochę uatrakcyjniają album – Foxes („Just One Yesterday”) raper Big Sean („The Mighty Fall), zaś na koniec petardy, czyli rapująca Courtney Love („Rat a Tat”) oraz Elton John, który jak zawsze gra też na fortepianie w tytułowym kawałku.
Dla mnie ten album jest za bardzo popowy i za spokojny jak na rockową kapelę. Z drugiej strony słucha się tego dobrze, chociaż liczyłem na coś zupełnie innego.
W tym roku Paul Anka obchodzi 55-lecie działalności artystycznej i z tej okazji pojawia się okolicznościowe wydawnictwo. Nie, nie jest to żaden Greatest Hits, ale płyta z duetami. I jest tu czego posłuchać, a parę z nich może być zaskoczeniem.
Utworów ogólnie jest 16, co przesłuchując ostatnie płyty to spora liczba, zaś aranżacja każdej z piosenek jest dość zbliżona i oszczędna, bez swingujących fragmentów. Po prostu Anka dołącza się do wykonawcy w jego utworze. Zaś gości jest tu sporo i to bez podziału pokoleniowego czy gatunkowego. Bo choć jest to ogólnie przyjęty pop (wyborne „This Is It” z Michaelem Jacksonem – świetne chórki w refrenach oraz delikatną elektroniką), to nie zabrakło tu jazzu („I Really Miss You” z Leonem Russellem), latynoskich klimatów („I Really Miss You” z Glorią Estefan), country („Do I Love You (Yes, In Every Day)” z Dolly Parton) czy charakterystycznych dla siebie swingujących klimatów („Pennies from Heaven” z Michaelem Buble i „Les filles de Paris” z Chrisem Botti). Ale też czasem pojedyncze instrumenty potrafią zaskoczyć (trąbka w „You Are My Destiny” z Patti LaBelle), ale wśród gości nie zabrakło Toma Jonesa, Celine Dion czy samego Franka Sinatry. To nie są wszyscy wykonawcy, ale już samo to pokazuje, że jest to poważne przedsięwzięcie.
Zaś sam Anka czuje się tu jak ryba w wodzie, zaś partnerzy są traktowani na równi z nim. Jako całość wypada ona bardzo elegancko, może odrobinę monotonnie, choć aranżacje niektórych utworów nie są takie oczywiste („She’s the Lady” z lekko latynoskim zacięciem). Choć wydaje się, że jest to album dla osób w wieku minimum 55 lat, to jednak trudno odmówić dobrej realizacji i wysokiego pułapu. Ciekawy zestaw.
Ta amerykańska kapela zyskała rozgłos dzięki „Decode” wykorzystanemu w filmie „Zmierzch”. Od tego czasu w zespole działo się wiele. Po nagraniu ostatniej płyty „Brand New Eyes” zespół opuścili współzałożyciele Zac i Josh Farro. Tak z kwintetu zrobiło się trio: wokalistka Hayley Williams, basista Jeremy Davis i gitarzysta Taylor York wspierani przez występujących z nimi na koncertach perkusistą Joshem Freese oraz gitarzystami Jonem Howardem i Justinem Yorkiem. I w takich okolicznościach powstała czwarta studyjna płyta nosząca jakże oryginalny tytuł „Paramore”.
To nie jest jedyna zmiana. Album ten zawiera 17 piosenek, a za produkcję odpowiada Justin Meldal-Johnsen – basista Nine Inch Nails, który odpowiada m.in. za płyty Becka, Pink, Air czy Tori Amos. Album ten powstał w jednym celu i tylko w jednym celu – by się ludziom (bardzo młodym zwłaszcza) się podobało i żeby to w radiu puszczali. Czyli jest melodyjnie, bardziej popowo tylko że z głośnymi gitarami elektrycznymi i nie można odmówić im jednego – słucha się tego dobrze i raz usłyszane, będzie siedzieć w głowie na dobre. Poza młócką (całkiem fajną) widać też, że ekipa ma pewne pomysły i dość nietypowe rozwiązania (chór gospel w „Ain’t It Fun” czy mandolina w trzech kawałkach „Interlude”), ale musiały być też spokojniejsze i lżejsze piosenki jak „Last Hope” (głównie początek) czy balladowe „Hate to See Your Heart Break” z cymbałkami i smyczkami.
Jednak zespół nie miałby nawet połowy tego rozpędu, gdyby nie Hayley Williams, która jest mieszanką ekspresji i stonowania. Wie, kiedy należy zakrzyczeć i to tak, żeby wszyscy poczuli, a kiedy należy się wyciszyć. Drugim też mocnym atutem są teksty – szczere, niepozbawione humoru („Ain’t It Fun”), choć tematyka stara jak świat. Ale przecież wiadomo do kogo jest to kierowane.
Trudno odmówić „Paramore” melodyjności, popowego zacięcia, dobrej realizacji i potencjalnej masy hitów. Ale ja szukam czegoś więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że Paramore wiedzą co chcą i wiedzą jak to zrobić.
Czasami pojawiają się młode nie wiadomo skąd debiutantki, która tak dobrze śpiewają w języku angielskim, że aż trudno uwierzyć, że nie są Angielkami czy Amerykankami. Z czymś takim miałem do czynienia słuchając pochodzącej sprzed 2 lat debiutanckiej płyty pochodzącej z pięknego kraju nad Wisłą Kari Amirian.
Co o niej wiem? Jest córką znanego muzyka, producenta i autora tekstów Roberta Amiriana (wokalisty Satellite i Collage), który jest producentem i autorem tekstów do tej płyty zawierającej 12 piosenek utrzymanej w stylistyce indie popu. I pierwsze, co uderza uszy to kompletny brak elektroniki – tej, której znamy ze stacji radiowych – oraz stawianie na żywe instrumenty. Bo jest tu gitara akustyczna, smyczki (bardzo dynamiczne w „Jump Into My Heart and Stay” i troszkę bardziej ponure w „Saving Grace i „Stronghold”), delikatny bas („Saving Grave”), fortepian („The Winter is Back”, „Paint the sky”), perkusja czy cymbałki („Let’s Go Chasing Butterflies”) budują bardzo lekki wręcz – nie zawaham się użyć tego słowa – magiczny klimat. Jest to prostota, bez jakiego przesadnego kombinowania, ale za to bardzo pięknie zaaranżowana, co słychać już od zaczynającego ten materiał „My Favourite Part”, przez singlowe „The Winter is Back” i „Jump Into My Heart and Stay” aż do praktycznie samego końca. Trudno mi wskazać utwór słaby czy nieudany – tu wszystko jest na swoim miejscu i czaruje.
Bardzo pozytywnie też wypada sam głos Kari, która bardzo dobrze śpiewa w języku angielskim (szanse na podbój świata wydają się bardzo realne), ale nie tylko dlatego. Jest on (głos) bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy, bez żadnego popisywania się ilością oktaw, przesadnej ekspresji, co też jest dla mnie zaletą i wyróżnia ją od setek wokalistek z całego świata. Także bardzo poetyckie teksty pełne niezwykłych metafor i fraz należy pochwalić koniecznie.
Takich debiutów chciałbym jak najwięcej, nie tylko w Polsce. Oryginalna, nieszablonowa, nieoczywista, czarująca – te słowa chyba najbardziej oddają esencję tej płyty. Jej ojciec nie kłamał: ona jest special.
Filmów o dwóch przeciwnych charakterach było wiele, zazwyczaj obaj panowie muszą ze sobą współpracować, choć różni ich wiele. Jednym z takich popularnych filmów była komedia sensacyjna „48 godzin”. Tam czarnoskóry złodziejaszek (debiut Eddiego Murphy’ego), pomagał białego gliniarzowi (jak zawsze niezawodny Nick Nolte) w odnalezieniu zabójców jego kolegów, na co mieli tylko dwie doby, wypełnione sprzeczkami i potyczkami słownymi. A po drodze strzelając i ścigając. Także muzyka zyskała ciepłe przyjecie, choć została potem przyćmiona. Zaś w całości została wydana dopiero w 2011 roku przez wytwórnię Intrada.
Za tą część produkcji Waltera Hilla odpowiada jeszcze raczkujący wówczas James Horner, który w tym samym roku napisał muzykę do drugiej części „Star Treka”, przynosząc mu rozpoznawalność rozgłos. Natomiast muzyka z tego filmu stała się przez dłuższe lata wyznacznikiem muzyki akcji w innych praca Hornera, dając coś, co po latach zostało nazwane jazgotem, serwując dość charakterystyczny zestaw instrumentów (perkusja, bas, saksofon, gitara i elektronika brzmiąca „karaibsko”), zaś orkiestra pojawia się tu w śladowych ilościach tworząc bardzo intrygująca mieszankę. Na płycie jest osiem kompozycji Hornera + 5 piosenek, a całość trwa nieco ponad 45 minut i zawiera całość materiału Hornera.
Zaczyna się wszystko od „Main Theme” (bardzo często wykorzystywana nazwa w przypadku płyt), która jest pięciominutową jazdą bez trzymanki. Zaczyna się to dość spokojnie, choć trudno nazwać spokojnym walenie perkusji, do którego dołącza potem bas, gitara i fortepian. Ale z pojawieniem się saksofonu, gitara przyśpiesza i staje się bardzo nerwowa, perkusja zaczyna walić mocniej, by po niecałej minucie razem z „opadającymi” smyczkami wręcz eksplodować, a wtedy pojawiają się bębny i cymbałki, wraca saksofon. Wreszcie następuje wyciszenie, ale przez ostatnie półtorej minuty pojawiają się dęciaki, perkusja wali, pojawiają się trzaski smyczków, a kończy się to solówką saksofonu. Petarda, która w filmie sprawdza się bezbłędnie. Elementy względnego spokoju pojawiają się w „Jack Leaves Elaine’s Apartment” – skróconej wersji tematu przewodniego, w którym pojawiają się perkusjonalia oraz karaibsko brzmiąca elektronika. Znów nerwowo jest w „The Walden Hotel”, gdzie na początku bęben oraz bardzo nerwowe smyczki i fortepian tworzą napięcie i chaos, a później do tego rozgardiaszu dołącza perkusja, „karaiby”, trzaski, by w połowie się wyciszyć, a smyczki budowały posępną atmosferę. I potem pojawia się jedyny wyluzowany utwór „Aerobics”, z „karaibskimi” klimatami. Dalej pozostaje nam muzyka akcji i budująca klimat pościgu, gdzie zespół, elektronika i orkiestra tworzą dość dziwną mieszankę. Najbardziej słychać to w „Subway Station”, w którym obok siebie idą perkusja, karaibsko brzmiąca elektronika, smyczki i saksofon, a w połowie następuje zmiana tempa, a elektronika i saksofon wręcz szaleją. Następujące po sobie „Luther’s Chase” i „Luther’s Bus” czasowo i treściowo są do siebie zbliżone. I w końcu finał, czyli „The Alley” – 5-minutowy rozgardiasz, którego słowa nie opiszą. problemem tej ścieżki jest pewna powtarzalność tematyki oraz trochę ubogie wykorzystanie orkiestry. Zaś tematyka i instrumentarium zostały potem przez Hornera wykorzystane, m.in. w kultowym „Komando”, z którym jest bardziej kojarzona, a także w „Parku Gorkiego” (przyprawiona „rosyjskością”) czy „Czerwonej gorączce”.
Pozostałe pięć utworów to już zupełnie inna para kaloszy. Są to bardzo skoczne, jazzowe piosenki zespołu The Bus Boys, których kawałek „The Boys Are Back in Town” stał się najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego filmu. Pozostałe piosenki utrzymane są w tej samej stylistyce i dobrze się stało, ze zostały dołączone do partytury Hornera. Natomiast wszystko kończy się instrumentalną melodią Iry Newborna (m.in. muzyka do serii „Naga broń”) „Torchy’s Boogie”, gdzie gitara elektryczna idzie ręką w rękę ze skrzypcami – kompletny odlot.
Jak ocenić tę muzykę? Na pewno dobrze sprawdza się w filmie, wydana jest porządnie, zaś sama zawartość lekko się zestarzała. Słychać, że to jeszcze początki, ale czuć duży potencjał. Niezła robota, którą można czasem odpalić.
Moda na muzykę z lat 60-tych, czyli swingującego i eleganckiego popu nie przeminęła. A jednym z tych artystów, który konsekwentnie trzyma się tej stylistyki jest Kanadyjczyk Michael Buble, który zaczynał od coverów Franka Sinatry. I wiadomo, że jak będzie nowa płyta, to zawartość nie będzie żadnym zaskoczeniem.
„To Be Loved” zawiera 14 piosenek, z których tylko 4 są autorskimi kompozycjami. Za produkcję odpowiada współpracujący z nim wcześniej Bob Rock, który ma na swoim koncie kolaborację, m.in. z Metalliką, The Cult, Bon Jovi czy Aerosmith. Ale jeśli ktoś zakładał, że Buble zmieni repertuar w rockowo-heavymetalową jatkę, przeliczyli się totalnie. Nadal jest to elegancki pop w bardzo starym stylu z czasów, gdy wokaliści nosili garnitury, czarowali głosem i byli przystojniakami, a nikomu nie śnił się żaden Internet, a rockowe kapele dopiero zaczynały swoją działalność. Ale o dziwo nadal ta muzyka w takiej formie jest w stanie przyciągnąć uwagę, choć pojawiają się smyczki, dęciaki i fortepian, czyli to co z tą epoką się kojarzy. Choć nowe piosenki też są eleganckie, ale nie brakuje w nich delikatnego gitarowego grania („Close Your Eyes” czy wyraźniej w „After All”). Czasem pojawi się delikatna gitara akustyczna („Something Stupid”, „Have I Told You Lately That I Love You”) czy chórki (tytułowy kawałek). A zestaw przerobionych wykonawców jest dość imponujący, bo nie zabrakło utworów, m.in. Franka Sinatry („Something Stupid” w duecie z Reese Witherspoon), Randy’ego Newmana („You’ve Got a Friend in Me” z Toy Story), Bee Gees („To Love Somebody”) czy Deana Martina („Nevertheless (I’m in Love with You))”.
Co do wokalu Buble’a jedno jest pewne, ten facet naprawdę w tym klimacie czuje się bardzo pewnie i swobodnie. Tu pasuje wszystko, ale artysta zaprosił też paru gości. Naturally 7 i The Puppini Sisters robi za chórki w tle, Reese Witherspoon wypada całkiem przyzwoicie, a i tak najlepszym z gości jest Bryan Adams („After All”). Tematyka też nie zaskakuje, ale słowa te brzmią dobrze.
Ta płyta to nie jest muzyczny bubel i jedyną jego poważną wadą jest… okładka, którą sami możecie ocenić. A muzyka jest dobra, choć do słuchania codziennie może niekoniecznie, ale w odświętne okazje – jak najbardziej.
Wakacje wielu kojarzą się z imprezami, seksem i kompletnym luzem. I o tym właśnie marzą bohaterki nowego filmu Harmine’a Korine „Spring Breakers”. co do samego filmu, jeszcze trzeba trochę poczekać na seans, ale zapowiada się dość ciekawa historia. Natomiast ja chciałbym się skupić na warstwie muzycznej, gdyż już jest dostępny soundtrack z tego filmu.
Album ten jest poszatkową kompilacją zawierającą zarówno piosenki jak i kompozycje instrumentalne. Za te ostatnie odpowiada dwóch jegomościów: Cliff Martinez – twórca muzyki ambientowej, znany z muzyki do filmu „Drive” oraz Skrillex – młody chłopak tworzący muzykę dubstepową. Efekt tego połączenia jest dość mało zaskakujący. Bo obaj panowie tworzą na swoja modłę i we wspólnych kawałkach, których jest tu kilka bardziej wyraźny jest ambient, tworzący dość oniryczny klimat, który może sprawdza się w filmie, ale poza nim może wywoływać problemy z odbiorem, co przypomina wspomniany wcześniej „Drive”. Nawet jeśli pojawiają się pewne urozmaicenia (dzwonki w „Your Friends Ain’t Gonna Leave With You”), to pojawiają się na chwileczkę i nie bardzo ratują sytuację. A kompozycje Skrillexa są bogatsze dźwiękowo („Will You, Friends (Long Drive”) i dość chłodne (wyjątkiem jest otwierający album „Scary Monsters and Nice Spirits” oraz ten utwór w wersji na smyczki), jednak słucha się ich przyjemniej niż Martineza. Ale ich wspólne utwory („Bikinis & Big Booties Y’all” czy „Rise and Shine Little Bitch”) jak wspomniałem bardziej idą w stylu Martineza.
Sytuację częściowo ratują piosenki, które budują dość imprezowy klimat. Mocno napakowane elektroniką, ale jednocześnie są bardziej przyswajalne i energetyzujące jak kończący album „Lights” Ellie Goulding. Nie brakuje też utworów rapowanych („Hangin’ With Da Dopeboys” Jamesa Franco i Dange Russa czy „Big Bank”, gdzie nawija m.in. Rick Ross), ale i tak w podkładzie dominuje elektronika oraz dubstep, jak w kapitalnym „Young Niggas” Gucci Mane oraz Waka Flocka Flame).
Innymi słowy „Spring Breakers” to dość trudna i niełatwa w odbiorze płyta. Bo z jednej strony mamy skoczną i imprezową muzykę, ale z drugiej instrumentalne kompozycje są dość trudne w odbiorze i mogą wywołać znużenie. Czas trwania, czyli niecała godzina też niespecjalnie sprzyja. Innymi słowy, jeśli podobał wam się film lub lubicie Skrillexa, to kupujcie śmiało. Reszta niech się poważnie zastanowi.