Kali i Paluch – Milion dróg do śmierci

Milion_drog_do_smierci

Ktoś może zwrócić uwagę, że za mało jest tutaj płyt nagrywanych przez ziomali. W końcu pojawiła się płyta, która przykuła moją uwagę. Nagrana przez dwóch już uznanych raperów – Kali (Marcin Gutkowski) to były członek Firmy, Paluch (Łukasz Paluszak) był związany z ekipą Aifam. Obaj panowie postanowili połączyć siły. Efekt współpracy mamy tutaj.

Utworów jest 16, a za produkcję odpowiadają m.in. SoDrumatic (współpracował z VNM), Donatan i Sherlock. Efekt jest dość intrygujący, bo jest to połączenie starego (olskul) z nowym (elektronika). Wielu próbowało dokonać takiego idealnego połączenia, ale rożnie to bywało. Tu są utwory zarówno bardziej oldskulowe takie jak „Nie zmusisz mnie” z wplecionymi nawijkami klasyków czy „Hip-hop 4 ever” z gitarą elektryczną i perkusją), jaki pójście w bardziej elektroniczne kawałki („Nie musisz nic”, „Syntetyczna Gandzia Mafia” z pulsująca elektronika i cykaczami czy „Droga do raju”). Nie ma tutaj zgrzytu między tymi dwoma stylami, a w paru utworach łączą się ze sobą jak w ascetycznym „Mam nadzieję” (oszczędny podkład perkusyjny) czy „Spokój” z delikatnymi klawiszami. Dzieje się tu sporo, mieszanka jest atrakcyjna i nie czuć tu znużenia. Producenci dali z siebie wszystko i tu nie ma się do czego przyczepić.

Teraz drugi istotny element, czyli nawijka. Zarówno Kali jak i Paluch brzmią naprawdę dobrze, nie ma tutaj przyśpieszania, wszystko jest wyraźne i czytelne. Obaj panowie mówią zarówno o przemijaniu, wierności sobie, młodości, spokoju, mroku czy o rzeczywistości. Może wnioski nie są w żaden sposób zaskakujące, ale opowiedziane jest to w atrakcyjny sposób. Jeśli zaś chodzi o featuringi pojawiają się tylko w dwóch kawałkach („Droga do piekła” i „Nie zmusisz mnie”), gdzie kolejno Kacper i Onek 87 radzą sobie całkiem nieźle.

Rzadko sięgam po płyty hip-hopowe, co z jednej strony powoduje, że zachwycam się wszystkim, z drugiej rzadko tam znajduje coś ciekawego i interesującego dla mnie. Na moje szczęście, „Milion dróg do śmierci” jest bardzo interesującą płytą.

8/10

Radosław Ostrowski


The Great Gatby (Deluxe Edition)

the_great_gatsby

Kino lubi opowiadać historie, które już znamy. Tym razem Baz Luhrman podjął się własnej adaptacji „Wielkiego Gatsby’ego”. Filmu jeszcze nie widziałem, ale w ręce wpadł mi soundtrack, który wydawał mi się równie interesujący, co sam film.

Producentem wykonawczym (czyli takim nadzorującym) jest niejaki Jay-Z i zgodnie z poleceniem reżysera wcisnął w lata 20. i 30. muzykę jak najbardziej współczesną. Rozrzut wykonawców i stylistyk jest po prostu obłędny i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Nie brakuje klasycznego orkiestrowych dźwięków („Young and Beautiful” Lany Del Rey z elektronicznie zmodyfikowaną perkusją), rockowej gitary („Love is Blindness” Jacka White’a, którego wokal zazwyczaj mnie drażni, ale nie tutaj), jazzu z epoki (Brian Ferry Orchestra – najpierw w stylowym coverze „Crazy in Love” Emeli Sande ze skreczami i w „Love is the Drug”, a potem jeszcze w samplach do niezłego „Bang Bang” will.i.ama oraz średnio udanego „A Little Party Never Killed Nobody (All We Got)” z mocno wkurzającymi elektronicznymi bajerami) rapu („No Church in the Wild” Jay-Z i Kanye Westa czy otwierający „100$ Bill” Jay-Z) czy elektroniki („Together” The xx). Można poczuć się lekko skonsternowanym, ale całość o dziwo trzyma poziom i to naprawdę wysoki.

Wydanie deluxe, które posiadam różni się kilkoma rzeczami. Po pierwsze zawiera dodane dialogi, co samo w sobie może wydawać się zbędne. Dwa jedna dodana piosenka, czyli pojawiająca się w zwiastunie „No Church in the Wild”. Po trzecie dwa utwory w innych jeszcze wersjach (elektroniczna wersja „Over the Love” Florence + The Machine z SBTRKT oraz „Young and Beautiful” Lany Del Rey w wersji symfonicznej), które może i wydają się zbędne, ale dla mnie brzmią równie ciekawie jak oryginały. Po czwarte jest jedna kompozycja Craiga Armstronga – kompozytora współpracującego z reżyserem od początku. Utwór ten z bardzo lirycznym solo na skrzypcach („Gatsby Believed In the Green Light”) prezentuje się naprawdę dobrze.

Ogólnie podsumowując, jest to bardzo ciekawa kompilacja. Nie wiem jak się ona sprawdza w filmie, ale na płycie słucha się tego wręcz wybornie. Owszem zdarzają się słabsze momenty (dosłownie 2), ale mimo tego „Wielki Gatsby” trzyma fason, co w przypadku kompilacji nie jest łatwe.

8/10

Radosław Ostrowski

Vienio – Profil pokoleń vol. 1

profil_pokolen

Mówi się, że w hip-hopie nie dzieje się nic ciekawego, z czym nie do końca się zgadzam. Do rąk moich trafił dość intrygujący album „Profil pokoleń vol. 1” niejakiego Vienia, współtwórcy legendarnej Molesty. W tym albumie raper postanowił na nowo nagrać utwory polskich niezależnych artystów lat 80. i 90. Brzmi ciekawie? Ale efekt nie do końca spełnił oczekiwania. Po kolei.

Za produkcję odpowiada niejaki Pereł, który całkiem nieźle sobie radzi, choć idzie w trochę bardziej oldskulowego brzmienia, co czasem wydaje się średnie („Moja krew” z marszową perkusją nie brzmi zbyt dobrze), ale jednak pojawiają się dość ciekawe eksperymenty jak w „Cząstce mnie” z reggae’owym fortepianem czy „Elektroniczna cywilizacja” z masą elektronicznych dźwięków. To są przykłady pomysłowego łączenia dźwięków. Szkoda, że reszta nie dorównuje tym perełkom. Sama nawijka Vienia jest całkiem przyzwoita i słucha się tego bez przeszkód. Vienio całkiem zgrabnie interpretuje na nowo starsze utwory, co akurat jest plusem.

Ale żeby nie było tak do końca słodko pozostaje jeszcze ostatnia kwestia – goście. Cały problem polega na tym, że są oni w zasadzie ograniczeni do refrenów. Z drugiej strony, na jakim albumie hip-hopowym mógł się pojawić, m.in. Kapitan Nemo, Sztywny Pal Azji, Tomasz Lipiński czy Dezerter. Jedyny poza rapującymi Mr. Bormanem i Mioushem facetem, który ma więcej do powiedzenia jest Jarex z Bakshishu. Dlaczego nie można było tego zrobić z pozostałymi? Nie wiem.

Sam pomysł na tą płytę był więcej niż ciekawy, ale chyba liczono na więcej niż to, co ostatecznie wyszło. Może przy drugiej części (wydaje mi się, że jednak będzie) wyjdzie lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Jesteś Bogiem

Polskie filmy traktowane są bardzo krytycznie, wręcz z wrogością. Ale ten film miał jeszcze gorzej od poprzednich, bo mierzył się z legendą i to nie byle jaką. Film Leszka Dawida opowiada o hip-hopowym składzie Paktofonika, który pod koniec XX wieku okazał się jednym z najważniejszych składów grających rap w Polsce, a to wszystko przez jedną płytę i jeden kawałek.

bog1

Sama historia wydaje się jedną z wielu biografii jakich do tej pory nakręcono. Klamrą spajająca całą historię jest ostatni koncert Paktofoniki w katowickim Spodku już po śmierci Magika. Cofamy się potem piec lat wstecz i poznajemy historię o tym jak powstał hip-hop. Pozornie wydaje się to ciągiem niepowiązanych ze sobą scen, ale dzięki nim trochę bliżej poznajemy skład, ze wskazaniem na Magika oraz jego psychikę. Wszystko to oczywiście w rytm hip-hopowej muzy, z bardzo surowymi i realistycznymi zdjęciami, przy okazji pokazując szarą rzeczywistość Polski końca wieku – szarą, brudną, z nie do końca uczciwymi ludźmi. To wszystko ogląda się z dużym zaangażowaniem, jest świetnie zrealizowane i opowiedziane.

bog2

Ale najtrudniejsze zadanie mieli aktorzy grający główne role, ale oni się wybronili. Świetnie poradził sobie Marcin Kowalczyk pokazując Magika jako outsidera, zagubionego i wrażliwego faceta, który ma świetną nawijkę, ale w życiu prywatnym nie idzie mu zbyt dobrze, miewa koszmary.  Partnerujący mu Dawid Ogrodnik i Tomasz Schuhardt (Rahim i Fokus) dorównują mu kroku, zaś w scenach wymagających nawijania są bezbłędni (zwłaszcza Schuhardt). Poza tą dwójką moją uwagę skupił Arkadiusz Jakubik (Gustaw – wydawca płyty, który pomagał im i wspierał), zaś pojawiający się w epizodzie Marcin Dorociński był ciekawy.

Autentyczna i udana polska produkcja filmowa – coś takiego zdarza się bardzo rzadko, ale się zdarza. Tu wszystko jest na miejscu i bardzo silnie angażuje, nie tylko dla fanów hip-hopu.

8/10

Radosław Ostrowski

Eminem & Linkin Park – After Collision

after_collision

Już jedno takie zderzenie wywołało kolizję w roku 2004, gdy Linkin Park spotkał się z Jayem-Z.  Teraz panowie doszli do wniosku, że jak raz się udało, można zrobić to drugi raz. Tym razem kapela zrobiła „After Collision”, a nawijaczem został tu Eminem.

Niby wszystko jest tak jak wcześniej, bo nadal są ostre brzmienia i kawałki z „Meteory”, ale jednocześnie świeższe piosenki  zmieszane z rapowaniem tym razem Eminema. Wyjątkiem jest tutaj instrumentalne intro („Dark Side of the Moon”). Co najważniejsze całość ta wypada bardzo przekonująco. Eminem nawija świetnie i słychać, że jest w formie, a co najważniejsze bardzo pasuje on do tego, co gra Linkin Park. Najbardziej jest to słyszalne w „Something Real”, „Tomorrow” oraz „Forfeit the Game”. Jest ostro, elektronika świetnie współgra z mocną gitarą elektryczną i tak przez 13 utworów. Chester drący ryja oraz rapujący Mike się świetnie uzupełniają, tworząc mocną mieszankę wybuchową. Jednak zdarzają się również spokojniejsze numery („Hardly Anything There” bazujący na „Castle of Glass” czy „World in Grey” oparte na „Shadow of the Day”), ale są one bardzo rzadko. Trudno jest mi wskazać zarówno najlepszy czy najsłabszy, bo całość jest naprawdę równa i interesująca.

Nie jest to tak przełomowe czy zaskakujące jak „Collision Course”, ale to nie jest płyta, której twórcy musieliby się wstydzić. To naprawdę bardzo udane granie.

8/10

Radosław Ostrowski

Buka – Wspaniały widok na nic interesującego

Wspanialy_widok

Polska scena hip-hopowa dynamizuje się jak cholera. Kolejnym młodym wilczkiem, który próbuje namieszać w scenie jest Mateusz „Buka” Daniecki, który po mini albumie i debiutanckim legalu, pojawił się drugi album. I sprawdzimy jak wygląda wspaniały widok na nic interesującego.

Już sam tytuł zwraca uwagę na ten album, który w środku ma dwie płyty, ale jeszcze do tego wrócimy. Na pierwszej płycie kawałków jest 13, z za większość z nich odpowiada producent Miliony Decybeli, ale swoje też dorzucili DonDe, DiNO, Feru i Magiera. Czyli dość mocna czołówka. Z instrumentów często przewija się dźwięki fortepianu („Nadzieja”), saksofonu („Wznieśmy toast”), dęciaki („Zamknij oczy”), elektronika („Zamknij oczu”, „Evviva l’arte”), funky („Zanim powiem nara”) czy chórek („Zanim powiem nara”). Słucha się tego naprawdę dobrze i jest zróżnicowanie, czyli tak jak w rapie być powinno. Zaś uderzenia perkusji walą rytm tak jak powinno być.

A jak radzi sobie Buka w nawijaniu? Naprawdę dobrze. Jego flow trzyma fason, nie brakuje przyśpieszeń („Cyberblatów wichura”, „Nadzieja”), ale wszystko jest wyraźnie mówione. Nie brakuje tu bardzo plastycznych tekstów („Biały królik”), pozytywnego przesłania („Zamknij oczy”), dość krytycznego spojrzenia na sławę („Evviva l’arte”) czy braggów („Dekada”). Naprawdę teksty wypadają równie dobrze, zaś nie zabrakło też gości, z których najczęściej przewija się przyzwoity Skor, są też K2 i Mati („Dekada”), zaś świetną formę pokazali Bisz („Piaski klepsydr”) i Rahim („Cyberblatów wichura” z frazą „kiedy nie liczyłem się w ogóle/wtedy moi mili w jednej chwili zobaczyli we mnie boga”).

Wspomniałem o drugiej płycie umieszczonej w tym albumie. Jest to zremixowana wersja debiutanckiej EP-ki „Po drugiej stronie lustra” dokonanych przez Krisa i DonDe. Nie mam porównania z pierwowzorem, ale tego słuchało się naprawdę dobrze i jest to wartość dodana tej płyty, bo kupując jedną dostaje się dwie. A że jest to dobra płyta, to tym bardziej zachęcam do przesłuchania.

7/10

Radosław Ostrowski

Szad Akrobata – I Niech Szukają Mnie Kule

Szad__I_niech_szukaja_mnie_kule

Znany wałbrzyski skład Trzeci Wymiar to jeden z najważniejszych składów hip-hopowych ostatniej dekady. Jednak zdarzało się, że członkowie tego składu działali też poza nim. Jak Michał Baryła, bardziej znany jako Szad, który wydał już drugą solową płytę.

„I niech szukają mnie kule” zawiera 17 kawałków, za których produkcję (prawie w całości) odpowiada Kris Scr. I bity też są mieszanką starego bitu z nowymi dźwiękami, konsekwentnie budując ponury i surowy klimat znany z płyt Trzeciego Wymiaru. W dodatku to kolejny album, w którym wraca się do skreczowania (tutaj odpowiadają za to Dj Qmak i DJ Slime). Choć nie brakuje ciekawych pomysłów jak smyczkowy wstęp w „Sprawdzam” czy zapożyczony fragment z „Child in Time” Deep Purple w „Gniewie”, dominuje oldskul z wykorzystaniem głównie na podkładach fortepianu i smyczków, ale pojawia się też gitara elektryczna (zrobiona przez Goldena „W poczekalni” – bardzo intymny i najbardziej stonowany utwór) czy dęciaki („Niezapominajka”). Zaś stricte instrumentalnymi utworami są Intro („Pierwsza bezsenna noc”) oraz Skit („Druga bezsenna noc”), która naznaczają stylistykę płyty. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.

Zaś nawijka Szada jest tu wręcz rewelacyjna, jego surowy i mocny z techniczną biegłością (przyśpieszenia w „Nic nie stoi w miejscu”) lawiruje między bitami z lekkością, zaś jego frazy nie są pozbawione siły. A facet nawija o rzeczywistości, która go boli i przeraża („Dzieci miasta”), zaś nie brakuje tu bardzo plastycznych obrazów jak w „Balu na żyletce”, opisując swoje życie w „Akrobiografii”, czy pokazując rozczarowanie w „Nic nie stoi w miejscu”. Bogactwo metafor jest wręcz powalające: pojawiają się tu m.in. Tuhaj-bej, Forrest Gump, Heminghway, Sherlock Holmes czy Machiavelli. Zaś tylko jeden utwór jest nagrany z gośćmi – „3WFLOOWKlika” z kumplami z Trzeciego Wymiaru.

Druga płyta Szada pokazuje, że jest to konkretny facet, który nawet solo ma masę rzeczy do powiedzenia i potrafi to opowiedzieć w przyciągający sposób. Na chwilę obecną jest to najlepsza hip-hopowa płyta roku.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Guova – Śmietnik

Smietnik

Być może kiedyś wspominałem, że rap nie jest zbyt mocno sfeminizowany i to w żadnym kraju. Ale pojawiło się kilka pań, które też rapują – u nas duet Paręsłów czy Wdowa. Teraz do tego grona chce dołączyć debiutująca Aleksandra Głowińska z Włodawy, lat 20, bardziej znana jako Guova.

Jej debiutancki album „Śmietnik” zawiera piosenek 18, z czego 3 ostatnie to remixy, a dwie to skity beatboxerów Prusa i Muzamana. Podkłady są bardzo oldskulowe, a odpowiadają za nie m.in Grek Zorba, Kosaaa, Kamska i Ambeatny.  Nie zabrakło typowego bitu, skreczy, a także wykorzystywanych w podkładach fortepianu („Mam to”, „Nic”), smyczków („Nic”), wokalizy („Nic”), zahaczeń orientalnych („Piramida”) czy gitary („Szansa”). Tu nie ma żadnych rewolucji, ale słucha się tego naprawdę nieźle.

Także nawijka samej Gouvy wypada więcej niż przyzwoicie. Słychać zaangażowanie i pasję, ale też technika jest naprawdę dobra, nie brakuje przyśpieszenia. Warstwa tekstowa też jest dość ciekawa i jak z tytułu wynika jest róznorodnie. Nie brakuje tutaj mocnych punchy („Krytykiem jestem niezłym, hejterem jeszcze lepszym”) i metafor („Panna E”), poważnych tematów („Tato” o odejściu ojca) czy autoironicznego portretu („Supergirl”). Zaś pojawiające się parę razy bluzgi nie drażnią.

Debiut nie jest może idealny (bity mogły być lepsze), ale dziewucha nie ma czego się wstydzić. mam małą nadzieję, że jeszcze o niej usłyszymy i że następne płyty będą lepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Tede – Elliminati

eliminati

Czy chcemy czy nie Jacek Graniecki zwany Tede jest jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny hip-hipowej. I bardzo płodnym twórcą, działającym od ponad 20 lat. I teraz po zeszłorocznym „Mefistotedesie” znów serwuje nam podwójny album. I jak wypada „Eliminati”?

Jest bardzo intrygująco. Za produkcję odpowiada już współpracujący od dłuższego czasu Sir Michu, po raz kolejny pokazują na co go stać. Nie brakuje energetyki (tytułowy kawałek), minimalizmu („Tak się robi hip-hop”), elektronicznych cuda wianków („Mainstream”), sampli („To ja twój syn”, „Szklane domy”), mocnych bitów („Jak nie my to ktoo”), ale też lekkości i inspiracji amerykańskim rapem („Jest rap”, „Biały murzyn”) oraz autotune’a. Michu pokazuje, że jest jednym z najlepszych obecnie producentów polskiego rapu (nawet gościnnie nawija w „To takie smutne”), każdy kawałek ma swój wyrazisty klimat, a jednocześnie wpada w ucho.

Gospodarz radzi sobie naprawdę dobrze, choć nie stosuje spowolnień ani przyśpieszeń, jednak jego wyrazista barwa oraz flow jest naprawdę na wysokim poziomie, nawet mimo pewnej wtórności w tematyce – bragi, BMW, fele, hejterzy, Warszawa, ale nie brakuje też tutaj autoironii o Kabatach, blokach, hedonizmie czy o czeskim metanolu, co szalał ostro.

Ale poza TDF pojawiło się tu wielu gości od Abla ze Smagalaz („Metanol”) przez Gurala („300 sekund”), VNMa, Pelego, Numera Raza („Tak się robi remix”), Sety („Mów więcej”, „Fajnie żyć”) do Zgrywusa („Lamba Doorsy”). I wszyscy nie zawiedli.

Tede mówił przed premierą, że to jego najlepszy materiał. I trudno się z tym nie zgodzić, a dzięki „Elliminati” polski rap powoli robi się coraz ciekawszy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

OSTR & Hades – HAOS

haos

Choć polski hip-hop/rap jest dość młody w porównaniu z innymi krajami (USA, Wlk. Brytania), to ma już wielu twórców, którzy się stali legendarni. Jednym z nich jest OSTR, czyli Łodzianin Adam Ostrowski, który regularnie wydaje co roku płytę. Z młodszego pokolenia raperów wyróżnia się m.in. VNM, Bisz, Zeus czy Hi-Fi Banda (Hades, Diox i Czarny). A co wyjdzie z połączenia weterana Ostrego i Hadesa? Oto HAOS.

Wokół tej płyty krąży fama, że powstała na skutek pomyłki, w trakcie realizacji nowego kawalka POE. Emade wysłał zarówno Ostremu i Hadesowi ten sam bit. Jednak panowie zamiast skakać sobie do gardeł, nagrali wspólnie kawałek. I tak to ruszyło. Za produkcję płyty odpowiada Ostry, Drumlinaz i Killing Skills. Podkłady są zarówno surowe i mocno oldskulowe („Rap na osiedlu”), ale nie brakuje tu trochę nowych brzmień (ostatnia minuta „Czasu wielkich przemiań”, gdzie elektronika łączy się ze skreczami). Nie brakuje tutaj wykorzystywania naturalnych instrumentów (fortepian w „Psychologii tłumu” oraz „Ona czy ja”, dęciaki w „Mniej więcej”, smyczki w „Sugar Haze”), ale co najciekawsze wykorzystywane są dość ciekawe fragmenty m.in. Polskiej Kroniki Filmowej o bumelantach („Intro HAOS”) czy fragmentów bajek pod koniec każdego kawałka. Kiedy po raz ostatnio pojawiło się coś takiego? Nie brzmi to w żaden sposob sztuczne, w dodatku nie jestem w stanie wskazać słabego czy nieudanego kawałka, co nie zdarza mi się zbyt często.

Za to nawijka Ostrego i Hadesa to wysoka półka, co też nie jest zaskoczeniem. Flow obu panów jest po prostu bezbłędne i wyraziste dla każdego z nich. Także teksty zasługują na uznanie, gdzie panowie mówią, m.in. o rozwijaniu się, dojrzewaniu, skomercjalizowaniu hip-hopu, byciu sobą czy miłości do nowojorskich brzmień. Słucha się tego z niekłamana frajdą, zaś metafory i frazy są naprawdę wyborne.

Choć tytuł brzmi HAOS, to album jest zaskakująco spójny, a 16 kawałków mija jak z bicza strzelił. Wyborna i fantastyczna płyta, czy trzeba jeszcze czegoś więcej?

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski