Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną

Wszyscy pamiętamy wypadki z „Miasteczka Twin Peaks”, jednak David Lynch troszkę poczuł niedosyt i postanowił opowiedzieć o wydarzeniach sprzed znalezienia zwłok Laury Palmer. Jednak wszystko zaczęło się rok wcześniej od morderstwa Teresy Palmer. Śledztwo prowadzili agenci FBI Chester Desmond i Sam Stanley. Po odwiezieniu ciała Banks, Desmond sprawdza pewien trop, a wszelki ślad po nim znika. Wtedy dochodzenie przejmuje Dale Cooper, który przeczuwa, że zabójca powróci. Rok później pojawiamy się w samym miasteczku, gdzie widzimy Laurę Palmer i obserwujemy ostatni tydzień jej życia.

twin_peaks1

Dla wielu fanów serialu film zrobiony przez Davida Lyncha uważany jest za zbrodnię, zbezczeszczenie legendy oraz zarzucano brak tej tajemniczej aury znanej z serialu. Dostajemy w zamian bardzo „lynchowski” tytuł, który (może za bardzo) dopowiada całą historię, niejako uzupełniając pewne fakty znane z serialu (większość z nich przedstawiono w pilocie). Jest mrok, tajemnica, oniryczny klimat oraz zagadka, która jest piętrowa. Dziwaczne zjawiska są tutaj na porządku (nagłe pojawienie się zaginionego agenta Philipa Jeffriesa), wizje spowodowane narkotykami lub obłąkanym umysłem wprowadzają masę zamieszania i dla osób nie znających „Miasteczka” może wywołać chaos. Dziwaczne, niebieskie światło, karzeł mówiący jakby wspak, tajemnicza Chata – te wszystkie miejsca odwiedzimy. Ale nie pojawią się tutaj wszystkie postacie z tego świata, tylko te skupione wokół Laury (jej przyjaciółka Donna, jej kochankowie Bobby i James, ojciec Leland). Sama intryga dość szybko zostaje rozwiązana, ale i tak z napięciem czekałem na finał trzymający za gardło (morderstwo pokazano za pomocą szybkiego montażu i gry światłem).

twin_peaks2

Więcej czasu poświęcono Laurze, a grająca ją Sheryl Lee w pełni to wykorzystała. Nie jest to ani ulubienica szkoły ani demon, tylko prześladowana osoba, która by wyrwać się z kręgu piekła ucieka w seks, narkotyki i obłęd. Mieszanka niewinności, szaleństwa i drapieżności – postać bardziej złożona niż się to wydaje, co już było widać w serialu, gdzie pojawiała się w epizodzie. Nie zawodzi też Ray Wise w legendarnej już roli Lelanda. Z nowych postaci nie sposób nie zauważyć świetnego Chrisa Isaaka (agent Chester Desmond) i Kiefera Sutherlanda (trochę niedoświadczony agent Stanley) oraz pojawiający się na krótko Harry Dean Stanton (Carl Rodd – cieć pilnujący kempingów) i David Bowie (Jeffries).

twin_peaks3

Lynch stworzył dziwaczną mieszankę, która broni się charakterystycznym stylem (do tego jeszcze kapitalna muzyka Badalamentiego), stanowiąc swego rodzaju suplement serialu, choć większość widzów ma odmienne zdanie. Jeśli jesteście gotowi powrócić, to wjedźcie do miasteczka, gdzie dają cholernie dobra kawę oraz placek z jagodami. Nie wszyscy jednak przeżyją to spotkanie.

8/10

Radosław Ostrowski