Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Boska Florence

Samo imię Florence wywołuje we mnie bardzo przyjemne skojarzenia. Miasto (Florencja), Florence Welsh – wokalistka zespołu Florence + The Machine. I kiedy usłyszałem tytuł „Boska Florence” liczyłem na przyjemny seans. I Stephen Frears mnie nie zawiódł, chociaż zauważyłem inne akcenty.

boska_florence1

Bohaterką filmu jest Florence Foster Jenkins – żyjąca na początku XX wieku kobieta, pragnąca zostać wokalistką operową z najwyższej półki. Wspierana jest przez oddanego męża St. Clare Bayfielda oraz jej impresario podbija scenę amerykańską. Tylko jest jeden problem – ta kobieta jest pozbawiona za grosz talentu wokalnego, o czym nie ma kompletnie pojęcia. Mąż robi wszystko, by podtrzymać ją w nieświadomości. I wtedy pojawia się jej nowy akompaniator – Cosmo McMoon, który ma ambicje być wielkim pianistą. Wokół tego trójkąta obraca się cała historia, skupioną na przygotowaniach do występu Jenkins na Carnegie Hall.

boska_florence2

Frears nie próbuje odkryć fenomenu tej kobiety, która wprawiała w zachwyt cały głuchy świat. Czemu akurat ze wszystkich beztalenci, ona zrobiła taką furorę w Nowym Jorku – są pewne poszlaki. O kształcie papierowego dolara, ale to nie do końca mnie przekonuje. Sama Florence wydaje się postacią mającą rozbawić swoją nieudolnością i fałszem, ale jednocześnie jest tragiczną postacią. Zarażoną syfilisem i marzącą o dziecku, bliższej relacji z mężem i mającej wiarę w swoją siłę głosu. Reżyser skutecznie wygrywa wątek miłości między Florence i St. Clare – miłości, oddania, przywiązania. Brzmi to wiarygodnie, ale bez poczucia sentymentalizmu oraz fałszu. Wszystko to poznajemy za pomocą trzeciej pary oczy, czyli Cosmo wchodzącego w ten dziwaczny układ. Jest śmiesznie, ale nie szyderczo, bez kpiarstwa i z wyczuciem.

boska_florence3

Reżyser pewną ręką prowadzi znakomitych aktorów. Meryl Streep trzyma fason i od jej śpiewu naprawdę bolą uszy, ale wierzę w jej przekonania. I jest bardzo wyrazista. Równie komiczny jest Simon Helberg w roli Cosmo. Tłumiący śmiech i porażony tym, co się ma zdarzyć rozbraja swoją bezradnością, przechodzącą w oddanie. Jednak tak naprawdę cały ten film robi wielki (nie boję się użyć tego słowa), wielki Hugh Grant. Jego St. Clare to postać równie tragiczna jak Florence – niespełniony aktor, który jest w pełni oddany swojej żonie, wspierając jej karierę. Owszem, nadal jest czarujący, ale i rozczarowany. Lojalny, ale szukający innej kobiety (seks z Florence nie wchodzi w grę). Zmęczony, jednak pełny energii (taniec na imprezie u kochanki jest nieprawdopodobny). Stonowany i w cieniu, ale wyrazisty. Te paradoksy czynią najciekawszą postać filmu i może (przynajmniej chciałbym tego) przynieść nominację do Oscara.

Frears nie schodzi poniżej swojego wysokiego pułapu i mimo niespełnienia wszystkich obietnic, to „Boską Florence” ogląda się z wielką przyjemnością. Jest świetnie zagrana, potrafi prawie razy zaskoczyć i utrzymać w napięciu (stres przed występem w Carnegie Hall). O samej Florence dowiadujemy się tyle ile trzeba, ale zawsze można poszperać głębiej, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski

Rebecca Ferguson – Lady Sings the Blues

Lady_Sings_the_Blues

Z Rebeccą Ferguson już raz się zetknąłem przesłuchując jej poprzedni album “Freedom”, który był całkiem niezły. Tym razem jednak wokalistka r’n’b postanowiła zmierzyć się z utworami Billie Holiday na swoim trzecim albumie.

Za produkcje odpowiada Troy Miller, który współpracował m.in. z Amy Winehouse czy Laurą Mvalą. I pierwsze, co uderza to aranżacja. Pojawiają się dęciaki, elegancki fortepian i kontrabas, a także zwiewne smyczki. Ma pachnieć starym, eleganckim stylem z lat 50. i tak też się dzieje, jednak nie ma tutaj miejsca na przynudzanie czy trzymanie cały czas jednego tempa. A swingujące dęciaki uatrakcyjniają cały czas płytę. Pojawiają się też delikatne utwory jak „Blue Moon” z fletami, cymbałkami i fortepianem, nadajacym lekkości i intymności. Chociaż są to same rovery, to Ferguson odnajduje się tutaj bez problemu, mimo że ta muzyka niczym nie zaskakuje. Ale czy zawsze musi? Sam głos Ferguson jest więcej niż czarujący, a wiele ciekawych wersji („Blue Moon”, „Get Happy” czy „Embracealbe You”) zostanie mi w głowie na długo.

Może pod koniec robi się troszkę sennie, ale na szczęście cała reszta jest dużo lepszej jakości. innymi słowy, jest dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebecca Ferguson – Freedom

Freedom

Nagrać pierwsza płytę podobno jest bardzo łatwo. Trzeba mieć znajomości, siłę przebicia albo wziąć udział (a najlepiej wygrać) jakiś program typu talent show. Tego ostatniego dokonała Brytyjka Rebecca Ferguson, choć przegrała. I trzy lata temu wyszedł jej debiutancki album. Ale ponieważ nie można żyć przeszłością, to trzeba było wydać album nr 2, co też nastąpiło.

Za „Freedom” odpowiada sztab producentów, co już nie wróży zbyt dobrze (zwłaszcza, ze są to mi nieznani goście jak TMS, Eg White czy Toby Gad) – czytaj: będzie tandetnie, plastikowo, bazując na współczesnych trendach i być może wpadnie w ucho. Na pewno jest to ostatnie – sporo elektroniki („Fake Smile”), która jednak nie wywołuje irytacji i nie zajeżdża Pitbullem czy innym wściekłym zwierzem, tylko ma być bardziej delikatnie, wręcz balladowo („Bridges” w pięknym duecie z Johnem Legendem, zaś w tle standardowo fortepian i smyczki). Jednak robi się tu wszystko, żeby nie było nudno czy monotonnie, dlatego serwuje się skoczne i szybkie melodie („My Best” z dobrymi chórkami), doda się jakieś imitacje melodii z pozytywki („All That I’ve Got”) czy pojawi się gitara akustyczna („Hanging On”). I ogólnie wyszedł z tego całkiem przyzwoity album popowy, który nie wywołuje ani rozdrażnienia czy poczucia zażenowania. Melodie są chwytliwe i wpadają w ucho, zaś elementy elektroniczne nieźle się komponują z resztą, a sam głos Rebeki jest naprawdę mocny i poruszający.

Jeszcze jest wydanie deluxe zawierające piosenki w wersjach koncertowych, które lekko podnoszą ocenę i atrakcyjność samej płyty. Naprawdę udanej i całkiem przyjemnej w odbiorze.

7/10

Radosław Ostrowski