Pan Peabody i Sherman

Wbrew pozorom, pan Peabody to pies o nieprzeciętnym umyśle (dwie Nagrody Nobla nie wzięły się z nieba), a Sherman to jego adoptowany syn, który jest… człowiekiem. Tak, wiem jak to brzmi, ale tak jest. Peabody jest takim geniuszem, ze razem z synem podróżowali w czasie, dzięki skonstruowanemu wehikułowi. Wszystko się jednak zmienia, kiedy chłopiec idzie do szkoły. Z powodu swojego mądrzenia się zwraca uwagę krnąbrnej i nieznośnej Penny, co kończy się bójką. By załagodzić spór, Peabody zaprasza do siebie rodziców dziewczynki. Chłopiec niechcący wspomina o podróży w czasie, przez co ona trafia do… starożytnego Egiptu. To oznacza tylko kłopoty.

pan_peabody1

Najnowszy film wytwórni DreamWorks to produkcja oparta na popularnym (przynajmniej w USA) serialu z lat 50., ale nazwisko reżysera (Rob Minkoff, współtwórca „Króla Lwa” oraz „Stuarta Malutkiego”) nie zapowiadało niczego dobrego. Ale efekt przeszedł oczekiwania. Po pierwsze, to dynamiczne, przygodowe kino akcji, gdzie atrakcji jest cała masa. Pojedynki na szpadę (z samym Robespierrem), koń trojański, pościgi, gonitwy. Po drugie, twórcy przy okazji tworzą coś w rodzaju przyswajalnego i dowcipnego podręcznika historii, gdzie odkrywamy wydarzenia od epoki lodowcowej (nauka jazdy na lodzie) aż do braci Wright i Alberta Einsteina, który nie może… ułożyć kostki Rubika. Ale też twórcy (w konwencji familijnego kina) pokazują, że podróże w czasie mogą się źle skończyć, szczególnie wtedy jak cofniemy się do czasów, w których żyjemy. Finał jest dramatyczny i chwyta za gardło – w ogóle sceny akcji to wypadkowa Indiany Jonesa (egipska sekwencja) i… Sherlocka Holmesa (gdy na ekranie pojawiają się różne dane, pomagające wyplątać się z tarapatów) spod znaku Guya Ritchiego.

pan_peabody2

Trudno się przyczepić do animacji, bo tu jest naprawdę dobry poziom, a kilka sekwencji – tych bardziej dynamicznych – jest zrealizowanych z fantazją. Może tylko ludzie wyglądają nienaturalnie, ale nie o realizm tu chodzi. Zabawa jest przednia, a poza rozrywką (i banalnym morałem) dostajemy inteligentne i po prostu fajne kino.

Pochwalić też należy polski dubbing wyreżyserowany przez legendarnego Jarosława Boberka. Nie dość, że tłumaczenie zawiera dodatkowe smaczki (Agamemnon nawijający do swoich wojaków „Jest siła”), to jeszcze aktorzy idealnie odnaleźli się w swoich postaciach. Znakomity jest Artur Żmijewski w tytułowej roli superinteligentnego i samotnego psa, który próbuje radzić sobie w roli rodzica. Nie jest łatwo, bo niemal chce kontrolować swojego syna, tresując go i nie pozwalając mu dorosnąć. Sherman (równie przekonujący Franciszek Dziduch) sprawia wrażenie niby mądrego, ale ciapowatego chłopca – bezradnego wobec rozrabiających dziewczyn (tak, chodzi o Penny) i próbującego buntować się wobec swojego ojca. Ale w decydującym momencie wykorzystuje ukryty intelekt.

pan_peabody3

„Pan Peabody…” bardzo spodobał się w USA, co jest zrozumiałe i wynika ze znajomości pierwowzoru. U nas, mimo małej wiedzy o tym psiaku, powinien się spodobać. Lekkie, sympatyczne, zabawne, ale też mądre i kształcące kino. Taka nietypowa mieszanka, która nie przynudza.

7/10

Radosław Ostrowski

Król Lew

Dla osób, które miały szczęście być dziećmi w 1995 roku i widziały go w kinie lub na VHS, jest to bezdyskusyjny klasyk kina animowane sprzed ery Pixara i DreamWorks. Pytanie tylko, czy dzisiaj, gdy w animacjach przemyca się i robi pewne jaja z popkultury jest miejsce na tego typu historie zrobione bardziej na serio? No właśnie.

Sama historia nie jest specjalnie zaskakująca, choć jak na Disneya dość mroczna. Bohaterem jest mały lew Simba – syn Mufasy, który pod wpływem dramatycznych wydarzeń ginie z ręki brata Skazy, który chce przejąć władzę za pomocą hien. Simba ucieka i potem wraca, by odzyskać swoje dziedzictwo. Przewidywalne to jak kolejność dni w tygodniu, w dodatku okraszone piosenkami (w przypadku Disneya to nadal standard, choć mnie te sceny z musicalu nigdy nie przeszkadzało) i bardzo dobrą muzyką Hansa Zimmera, animacja może nie jest w pełni trójwymiarowa, a postacie nie tak szczegółowe jak teraz. Jednak ten film nadal ma w sobie coś, co przyciąga uwagę i pozwala dobrze spędzić czas. Zwłaszcza, jeśli mamy obok siebie kilkuletnie dziecko (do lat 7-8).

krol_lew1

Druga rzecz, która nadal przyciąga uwagę (bo jeszcze to wszystko działa i jest solidnie zrobione) to polski dubbing. W przypadku filmów animowanych akurat nam się to udaje, że potrafimy zrobić to dobrze. I tutaj też głosy są dobrze naprawdę dobrze i są dopasowane do postaci. Może nie ma tutaj żartów popkulturowych czy przenoszenia na naszą rzeczywistość, ale to nie jest potrzebne. Najbardziej w pamięci pozostaje duet Krzysztof Tyniec/Emilian Kamiński, czyli Timon i Pumba, którzy wnoszą humor do całej opowieści, a także Wiktor Zborowski (dobry Mufasa, ojciec Simby), Marek Barbasiewicz (zły Skaza) i Tadeusz Borowski (Zazu – scena składania raportu genialnie zagrana). Reszta obsady trzyma fason, ale jakoś niespecjalnie porywa.

krol_lew2

Mogę po latach stwierdzić, ze „Król Lew” nie wywołał we mnie takich emocji jak kilka tysięcy filmów temu i nie może konkurować za bardzo z nowszymi produkcjami, ale nadal pozostaje solidnym filmem, który trochę jest za krótki i za szybko się kończy. Niemniej pozostaje dobrym filmem – po prostu. I hakuna matata.

7/10

Radosław Ostrowski