Śpiewający detektyw

Poznajcie Dana Darka. Facet jest autorem tanich, tandetnych kryminałów noir. Jednak z powodu poważnej choroby skóry, zwanej artropatią łuszczycową, nie jest w stanie tworzyć. A wygląda on tak:

spiewajacy_detektyw1

Co gorsza, teraźniejszość, przeszłość i świat jego książek zaczyna się nakładać na siebie. I wtedy spróbuje mu pomóc działający z dość niekonwencjonalny sposób dr Gibbon.

spiewajacy_detektyw2

To takie krótkie streszczenie tego pokręconego filmu, bazującego na brytyjskim serialu TV napisanym przez Dennisa Pottera. Reżyser Keith Gordon miesza gatunki, bawi się konwencjami, tworząc nieprawdopodobna mieszankę, komedii, musicalu, czarnego kryminału i dramatu psychologicznego. W ręku niedoświadczonego reżysera ten kolaż, skończyłby się totalną porażką. Ale o dziwo efekt jest interesujący, chociaż intryga jest tak zamotana węzeł gordyjski. Innymi słowy mamy tutaj aż trzy przestrzenie, które nawzajem przenikają. W pierwszej pisarz Dirk jest w szpitalu, wygląda paskudnie i podejrzewa swoją żonę o niewierność. W drugim świecie Dark jest tytułowym detektywem – bohaterem swojej powieści, który dostaje kolejne zlecenie. Wreszcie jest przestrzeń trzecia, czyli przeszłość Darka, która okazuje się kluczem do rozwiązania jego obsesji. Dzięki bardzo pomysłowemu montażowi, te światy przeplatają się ze sobą, tworząc naprawdę porywający wizualnie koktajl, zwłaszcza pastisz czarnego kryminału robi naprawdę wielkie wrażenie, m.in. dzięki świetnej scenografii oraz bardzo mrocznym zdjęciom. Wszystko to jest polane mocno absurdalnym sosem (wstawki musicalowe, gdzie aktorzy udają, że śpiewają) w stylu Davida Lyncha oraz okraszone miejscami naprawdę dowcipnymi, ironicznymi dialogami.

spiewajacy_detektyw4

W całej tej szalonej konwencji odnajdują się też aktorzy. Najlepiej sobie radzi Robert Downey Jr. i to w podwójnej roli Dana Darka. Zarówno jako połamany fizycznie i psychicznie pisarz (świetna charakteryzacja), któremu zaczyna odbijać jak i prywatny detektyw z ironicznymi tekstami oraz pewnością siebie jest bardzo wiarygodny. Bogart mógłby być z niego dumny. Drugi plan jest z kolei naprawdę bogaty – tutaj najbardziej wybija się niezawodna Robin Wright (jeszcze) Penn (żona Nicole, apetyczna femme fatale Blondie oraz damulka Nina), dziarski duet Adrien Brody/Jon Polito (dwaj kilerzy) oraz urocza Katie Holmes (pielęgniarka).

spiewajacy_detektyw3

Jednak i tak najbardziej zaszalał Mel Gibson w roli ekscentrycznego lekarza, dr Gibbona. Trudno go poznać bez włosów na głowie i stosującego różne metody, m.in. manipulację. Sceny terapii z nim i Darkiem mają silny ładunek emocjonalny.

spiewajacy_detektyw5

Czasami miałem wrażenie dużego przeładowania wątków, postaci i sytuacji, ale reżyser naprawdę mocno trzyma rękę na pulsie i nie przesadza z dawkami. Zaskakująco udana mieszanka, choć nie wszystkim się to szaleństwo spodoba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Iron Man 3

Wszyscy fani komiksów znają Tony’ego Starka ps. Ajron Men. Jeden z najbardziej wyluzowanych superherosów ostatnio nie ma lekko. Po ostatniej akcji z Avengersami, gdzie o mało nie zapłacił tego własnym życiem, przeżywa napady lękowe. Ale jeśli myślicie, że facet będzie miał urlop powiem krótko: nie będzie. Światu (czyt: Ameryce) zagraża tajemniczy terrorysta Mandaryn i pomagający mu Adrian Killian – szalony naukowiec.

im2

Powiem tak: jeśli widzieliście poprzednie części, wiecie czego należy się spodziewać – efektownej rozpierduchy, bez patosu i smęcenia, bo to jest rozładowywane żartem, ironią i humorem. Nie jest to aż tak efektowne i widowiskowe jak „Avengers”, ale i tak zabawa jest przednia. Intryga w zasadzie jest prosta, ale bardzo zgrabnie poprowadzona (tożsamość Mandaryna mnie akurat zaskoczyła), ostateczna konfrontacja jest efektowna, efekciarska i w ogóle, prosty schemat na dobrych i złych, psychologia jest uproszczona, ale umówmy się. To miała być czysta rozrywka i Shane Black (zastąpił Jona Favreau na stołku z napisem: director) wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie, zaś finał (operacja „Melanż”) to zadyma na maksa. Choćby dla tego warto zobaczyć ten film (jest dostępny z polskim dubbingiem, choć nie polecam).

im3

Scenariusz może nie jest zbyt logiczny i jest parę bzdur, ale to akurat jedyna wada. Aktorzy dopasowują się i wypadają rewelacyjnie. Robert Downey Jr. w poprzednich częściach brylował i był strzałem w dziesiątką. Tutaj tylko to potwierdza i czuje się w tej roli jak ryba w wodzie, nawet w dramatycznych sytuacjach nie traci poczucia humoru. Ze starej ekipy zostali jeszcze Gwyneth Paltrow (Pepper Potts) i Don Cheadle (pułkownik Rhodes, kumpel Starka), którzy trzymali fason, zaś silnym wzmocnieniem są koncertowi Guy Pearce (jako Killian potwierdza, że jest świetny w rolach czarnych charakterów), Ben Kingsley (Mandaryn – niesamowicie ucharakteryzowany) i Rebecca Hall (Maya Hansen, była dziewczyna Starka).

im1

Infantylna, trochę naiwna, ale za to bardzo widowiskowa bajka w starym, dobrym stylu. Ajron Men wrócił i to w wielkiej formie. Pytanie tylko jak sobie poradzą sobie Avengersi?

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Jak zawsze w tej serii, po napisach końcowych jest jedna zabawna scenka.

Robert Downey Jr. – The Futurist

robert downey jr. - the futurist

Aktor śpiewający to dość niebezpieczne zjawisko. Zwłaszcza, gdy to robi za pierwszym razem, musi być pewny tego, co robi. Inaczej można się rozczarować i przejechać. Ale w 2004 roku tego zadania podjął się pewien upadły aktor, którego kariera była na rozdrożu. A to wszystko dzięki narkotykom i alkoholowi. Jednak zanim do tego, miał opinię naprawdę obiecującego i cholernie zdolnego.

Był Chaplinem, pilotem helikoptera w „Air America”, cynicznym dziennikarzem w „Urodzonych mordercach” czy adwokatem, który zdobył serce Ally McBeal (m.in. ze wsparciem Stinga). Na planie serialu „Ally McBeal” odkrył talent wokalny. Być może wtedy padła decyzja o wydaniu płyty. A osobnikiem tym był Robert Downey Jr.

Ten młody facet na swoim albumie „The Futurist” nagrał 10 utworów utrzymanych w lekko jazzowej stylistyce. Za produkcję odpowiadali Jonathan Elias (kompozytor muzyki filmowej) oraz Mark Hudson, który współpracował m.in. z Ozzym Osbornem, Stevenem Tylerem, Katie Melua czy Andreą Bocelli. Czyli wzięli się zawodowcy. A efekt jest dla mnie satysfakcjonujący, a twórcy idą w stronę wyciszenia i delikatnego chilloutu, a aranżacje są naprawdę bardzo solidne, tak jak bogate instrumentarium, gdzie dominuje fortepian, na którym gra sam Downey. Ale poza nim przewijają się też smyczki („Man Like Me”, „Kimberly Glide” czy „Smile”), gitara akustyczna („Broken”, „The Futurist”), bas („Broken”), a nawet skrzydłówka („Details”). Także kompozycje są dość zróżnicowane i nie ma tu kopiowania innych.

Robert Downey Jr. poza użyczeniem głosu jest w większości autorem tekstów i muzyki, z wyjątkiem dwóch piosenek. Są to „Smile” Charliego Chaplina oraz „Your Move”, który jest połówką „I’ve Seen All Good People” zespołu Yes. Ogólnie liryka jest bardzo w porządku, zaś wokal Downeya w paru miejscach fałszuje, jednak wrażenie jest dobre, nie ma udawania, zaś warstwa liryczna jest napisana nieźle, choć tematyka mało odkrywcza.

Po tym albumie kariera Downeya Jr. nabrała rozpędu i pokazała wszechstronny talent tego aktora, stając się Iron Manem. A tak na poważnie to dobra płyta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Chaplin

Film biograficzny to gatunek bardzo trudny i niełatwy do opowiedzenia. Bo jak opowiedzieć o człowieku, zwłaszcza uznanym za geniusza i to w taki sposób, żeby to nie była tylko notatka z encyklopedii? Wielu twórców próbuje i to nawet z sukcesami. ‚Ray”, „Capote” czy „Marzyciel” były takimi ciekawymi i niezwykłymi filmami w tym gatunku. Do tego miana aspirował też Richard Attenborough, kręcąc biografię Charliego Chaplina. Czy mu się to udało?

chaplin1_300x300

Tu mam pewien mały problem, choć reżyser dość nieźle z tego wybronił. Punktem wyjścia filmu jest rozmowa z wydawcą Georgem Haydenem na temat ostatecznego wyglądu autobiografii Chaplina. Wydawca zadaje mu pytania na tematy, których brakuje lub są dość mętne, czyli jego trudnego dzieciństwa, początków jego kariery oraz jego życiu osobistemu, choć Chaplin dość niechętnie o tym mówi. To wyjaśnia pewną skrótowość w pokazaniu życiorysu jednego z najważniejszych twórców filmowych XX wieku, choć nakręcono to z dużym rozmachem (prawie 2,5 godziny) i wiernie odwzorowując atmosferę początków Hollywood. Z drugiej strony o samym Chaplinie dowiadujemy się bardzo niewiele, choć nie brakuje ciekawych wątków – romanse z nieletnimi aktorkami, deportacja z kraju czy jego trudne relacje z matką. Tutaj miałem wrażenie pewnego powierzchownego dotykania. Jest jednak parę pomysłowych ujęć (w ogóle zdjęcia są bardzo dobre) jak początek filmu, gdy Chaplin zdejmuje cały strój oraz charakteryzację włóczęgi (całe ujęcie jest czarno-białe) czy zmontowanie filmu „Brzdąc” w Salt Lake City i cała scena próby namierzenia ich przez policję nakręcona w przyśpieszeniu przypominająca jeden z filmów Chaplina. Małe perełki po prostu. Także piękna muzyka Barry’ego zasługuje na uznanie.

chaplin3_300x300

Zaś jeśli chodzi o aktorów to mamy gwiazdozbiór, którym można było obdzielić niejeden film, zaś większość z nich gra tutaj epizody jak James Woods (adwokat Joseph Scott), Kevin Dunn (J. Edgar Hoover), Dan Aycroyd (Mack Sennett, reżyser filmowy) czy Milla Jovovich (Mildred Harris). Trochę więcej czasu dostali, m. in. Kevin Kline (Douglas Fairbanks, gwiazdor kina akcji), Anthony Hopkins (George Hayden) czy Moira Kelly (tancerka Hetty Kelly oraz Oona O’Neill, ostatnia żona Chaplina). Jednak i tak wszystkim ukradł film jeden człowiek. Jeśli ktoś kiedykolwiek wątpił w talent Roberta Downeya Jra pseudonim Ajron Men, to po tym filmie powinien zmienić zdanie. Tutaj ten aktor tworzy swoja życiową rolę i jest po prostu GENIALNY. Nie gra Chaplina, tylko nim jest, a takie kreacje tworzą wielcy.

chaplin2_300x300

Attenborough może i nie namieszał, ale stworzył solidną biografię w starym stylu. Niby niewiele, ale jedna obserwacja jest ważna – Jeśli chcesz mnie zrozumieć, obejrzyj moje filmy.

7/10

Radosław Ostrowski