Lista Adriana Messengera

Adrian Messenger jest bardzo uznanym i cenionym pisarzem brytyjskim. Pewnego dnia przed wyjazdem do USA prosi swojego przyjaciela, emerytowanego generała MI5 o sprawdzenie ludzi z listy. Wieczorem samolot, którym leci pisarz zostaje wysadzony w powietrze. Jedynym ocalałym jest francuski weteran ruchu oporu, Raoul Le Berg. Generał Gethryn postanawia przeprowadzić własne śledztwo, w czym pomaga mu Francuz i okazuje się, że wszyscy z listy Messengera zginęli w dziwnych wypadkach.

adrian messenger1

John Huston sięgnął po utwór Philipa MacDonalda, tworząc coś w stylu mistrza Alfreda Hitchcocka (suspens, zagadka) oraz książek Agathy Christie (brytyjskie wyższe sfery). Film oparty jest na tajemnicy, która bardzo oszczędnie jest odkrywana przez naszego „detektywa”. Gethryn w wykonaniu George’a C. Scotta mógłby spokojnie być uwspółcześnioną wersją Sherlocka Holmesa, wykorzystując dedukcję oraz zdolność szybkich kojarzeń. Sama realizacja przypomina staroświecki, elegancki kryminał, gdzie zbrodnie są pokazywane niejako poza ekranem, zaś antagonista jest ciągle o krok przed naszymi bohaterami. Do tego osadzenie w środowisku brytyjskiej arystokracji dodaje pewnego specyficznego klimatu.

adrian messenger2

I jest jeszcze jeden istotny myk, który sprawia, że film zostaje w pamięci: gościnne cameo wielkich gwiazd (m.in. Robert Mitchum, Frank Sinatra czy Burt Lancaster), które zostały tak ucharakteryzowane, iż nie ma możliwości ich rozpoznać od razu (dopiero w finale zostają zdjęte maski). Wyjątkiem od tej reguły jest Kirk Douglas, który jest tutaj głównym antagonistą, zaś jego zdolności kamuflażu są pokazane niemal od pierwszej sceny. Dla wielu może pewnym problemem być wyjaśnienie całej intrygi oraz motywacja naszego złola, która brzmi dość niepoważnie. Jakby wymagała ona zbyt dużo wysiłku do osiągnięcia swojego celu, ale można na to przymknąć oko. Tak samo na drobny portrecik arystokracji, która ciągle urządza polowania na lisa oraz gra w karty. Można się czepić drobnych niedoróbek (przywiązane linki do aktorów widoczne przy zbliżeniach podczas polowania na lisa), jednak zarówno zdjęcia, jak i scenografia czy jazzująca muzyka Jerry’ego Goldsmitha z szybkim motywem fortepianowym są wysokiej jakości.

adrian messenger3

Huston dobrze się bawi w układanie całej intrygi, w czym pomaga mu obsada. Wspomniani już Scott i Douglas po prostu błyszczą, choć ten pierwszy wydaje się mieć o wiele więcej do roboty. Kirk nadal ma w sobie sporo uroku, który tutaj dodaje mu odrobinę demonicznego charakteru, pasując do przebiegłości jego postaci. Poza tym duetem warto wspomnieć o czarującej Danie Wynter (lady Bruttenholm) oraz Jacques Roux (pomagający w śledztwie Le Berg), dodając animuszu do całości.

adrian messenger4

„Lista” to jeden z lżejszych filmów w karierze Hustona, który nadal potrafi dostarczyć sporo rozrywki. Mimo pewnej staroświeckości, a może dzięki niej, potrafi dostarczyć masę frajdy, jakiej rzadko się dzisiaj dostaje. Elegancka zabawa w tajemnicę.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Bóg jeden wie, panie Allison

Rok 1944, gdzieś na Pacyfiku płynie ponton ze zmęczonym żołnierzem. Trafia na wyspę, gdzie jedyną osobą jest siostra zakonna Angela. Samo miejsce, poza sporym miejscem oraz poczuciem osamotnienia, wydaje się być rajem. Powoli nasza dwójka zaczyna się bliżej poznawać, lecz na wyspie pojawiają się Japończycy.

mr_allison1

John Huston w jakimś sensie robi powtórkę z rozrywki, czyli coś w stylu „Afrykańskiej królowej”, tylko inaczej. Zapomnijcie o jakimś wiszącym w powietrzu romansie, tutaj nawet takich sugestii nie ma. Nie oznacza to jednak, że nie dochodzi do pewnych spięć. Dialogi są niepozbawione lekkości oraz humoru, gdy dochodzi do zderzeń dwóch postaw. Z jednej strony kapral marines, dla którego wojsko jest jedynym sensem życia (brak żony, rodziny, kryminalna przeszłość), z drugiej zakonnica jeszcze przed przyjęciem ostatecznych ślubów. Reżyser bardzo dobrze balansuje między humorem (dialogi, polowanie na żółwia) a dramatem (ukrywanie się przed Japończykami w jaskini czy choroba siostry Angeli), pokazując coraz bardziej tworzącą się więź między bohaterami: szacunek, sympatię, nawet przyjaźń. Nie ma tutaj ckliwości czy sentymentalizmu, czego troszkę się obawiałem, nawet stawka jest tutaj bardziej namacalna i odczuwalna. Nie brakuje tutaj scen batalistycznych, chociaż są pokazywane one są z daleka, co jest absolutnie zrozumiałe, a napięcie wynikające z tego faktu budowane jest mocno, konkretnie i treściwie. Jakby wróg był niemal wszechobecny.

mr_allison2

Sama wyspa też wygląda dość okazale, podobnie jak solidna scenografia, która ulega zniszczeniu z każdą sekundą. Miałem wrażenie naturalności całego miejsca, a większa przestrzeń powoduje, że film wydaje się mniej teatralny. Jedyna rzecz, do której mógłbym się przyczepić to troszkę słabsze zakończenie, gdzie wątek naszych bohaterów dość mocno się urywa.

Wszystko na barkach zmuszony jest nieść duet naszych bohaterów, grany przez Roberta Mitchuma i Deborah Kerr. Zwłaszcza Mitchum tutaj błyszczy jako prostolinijny (ale nie prostacki) wojak, serwujący swoim żargonem, niepozbawiony sprytu. Każdą emocję wygrywa bezbłędnie, co świetnie pokazuje mowa ciała czy scena rozmowy po pijaku.

To pozornie bardzo kameralny film w dorobku Hustona, chociaż pełen emocji oraz świetnie poprowadzonego duetu Mitchum/Kerr. Odpowiednio zabawny, inteligentny, ale i poruszający, bez popadania w ckliwe, melodramatyczne tony. Tylko trzeba wczytać między słowami.

8/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Przylądek strachu

Sam Bowden jest bardzo szanowanym adwokatem. Osiem lat temu zeznawał jako świadek przeciwko Maxowi Cady’emu doprowadzając go do skazania na osiem lat więzienia za pobicie. Teraz Cady wychodzi z więzienia, gdzie „studiował” prawo i zaczyna terroryzować rodzinę Bowdena. Prawnik będzie wystawiony na ciężką próbę.

capefear1

Jak można stwierdzić po opisie, mamy do czynienia z thrillerem, choć czasy w których nakręcono wymagały większej finezji (obowiązywał jeszcze w 1962 roku Kodeks Hayesa). Choć nakręcony na czarno-białej taśmie i ze sporą liczbą dialogów, reżyser Jack Lee Thompson potrafi zbudować napięcie i wykreować bardzo ponurą atmosferę. Krwi tu nie zobaczycie, ale bijatyki nie i przemocy nie brakuje. Wszystko to jest tworzone w dość klasyczny sposób (ponura muzyka Bernarda Herrmanna, gra oświetleniem czy powolne ujęcia – kapitalna scena ucieczki Nancy w szkole). Może dzisiaj nie robi to aż takiego wrażenia, jednak nie brakuje tutaj kilku świetnych scen, jak choćby finałowa konfrontacja na Przylądku strachu. Jednocześnie reżyser pokazuje, że prawo można też wykorzystywać do popełniania zbrodni. Drugi problem jaki miałem z tym filmem wynika z tego, że najpierw obejrzałem remake autorstwa Martina Scorsese, który nadał tej opowieści mroczniejszy i mniej jednowymiarowy wydźwięk plus fantastycznego Roberta De Niro w roli czarnego charakteru.

capefear2

Tutaj zamiast niego jest nie gorszy Robert Mitchum, który potrafi wystraszyć samym spojrzeniem. Cady to śliski typek, którego od innych psycholi wyróżnia spryt i prawo, które umie wykorzystać na swoją korzyść. Jego przeciwnikiem jest Gregory Peck – ikona prawości i sprawiedliwości, choć tutaj zdarza mu się balansować na krawędzi prawa (wynajęcie zbirów, by pobić Cady’ego). Wiadomo, trzeba chronić rodzinę, czasami ponad prawem. I czuć, że panowie nie przepadają za sobą, a wspólne sceny podnoszą miejscami temperaturę. Postacie kobiece są tutaj w zasadzie tłem dla konfrontacji dwóch facetów (wyjątkiem jest Barrie Chase jako ofiara Cady’ego), a na drugim planie wyróżniają się Martin Balsam (Mark Dutton, szef policji) i Telly Savalas (detektyw Charles Shivers), którzy trzymają mocno fason.

capefear3

 

Mimo lat „Przylądek strachu” Thompsona pozostaje naprawdę kawałem porządnego dreszczowca. Jednak to, co później zrobił Scorsese spowodowało, że oryginał trochę stracił siły i mocy. Ale tylko troszkę.

7/10

Radosław Ostrowski