Styx – The Mission

Styx_The_Mission_album_cover_%282017%29

Czy ktoś z tu obecnych kiedyś słyszał o grupie Styx? To jeden z amerykańskich weteranów rocka z elementami progresywności, który lata świetności miał w latach 70/80, osiągając multiplatynowe nakłady. Tylko kto to pamięta, zwłaszcza że ostatni album wyszedł w 2003 roku. Ze starego składu ostał się “szkielet”, czyli wokalista i gitarzysta Tommy Shaw, basista Chuck Panozzo oraz gitarzysta James Young, lecz reszta brzmienia pozostała po staremu. Czego się spodziewać po nowym dziele?

“The Mission” to concept album, opowiadającym o misji na Marsa. Choć utworów jest dużo, to sporo z nich nie przekracza nawet dwóch minut, pełniąc role łączników jak choćby epicki, instrumentalny wstęp “Overture” czy “All Systems Stable”. Całość brzmi jak rock z lat 70., czyli dużo gitar, syntezatorów, a wokalnie czuć zgranie, jakby to był jeden głos, a nie trzy. Dominuje tutaj spokój, chociaż początek jest bardzo czaderski (szybkie “Gone Gone Gone”), będący podrasowanym i melodyjnym wcieleniem Queen. Spokojniej, choć nie bez gitar i basu, jest w “Hundred Million Miles from Home”, a refren brzmi świetnie (harmonia wokalna). Do tego jeszcze fortepian pod koniec. Bardziej w stronę reaggae (dziwaczna perkusja  oraz wolny riff) skręca “Trouble At The Big Show”, by mocniej zagrać riffami z każdą sekundą. Rozmach powraca w podniosłych balladache “Locomotive”, “The Greatest Good” oraz “Radio Silence”, dając spore pole instrumentom (organom, klawiszom i gitarom), a agresywniej się na początku “Time May Bend”, co jest zasługą świdrujących klawiszy.

A im bliżej końca, tym robi się ciekawiej jak w epickim “Red Storm”, szybkim pianistycznym walcu “Khedive” ze sporadyczną ilością smyczków, przesiąkniętym mocno Vangelisem (te klawisze na początku) “The Outpost”, zmieniającym się w hard rockowy popis, kończąc pogodnym “Mission To Mars”.

Cóż, ja mogę powiedzieć? Styx nie idzie zgodnie z prądem i nowymi trendami, tylko gra swoje. A że nie jest to dzisiaj muzyka popularna, przynosząca milionowe nakłady, to już inna kwestia. Za to jest spójnie, klimatycznie i miejscami z dużą dawką ognia. Oby jeszcze formacja pokazała, na co ją jeszcze stać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Steven Wilson – To The Bone

to the bone

Drugiego tak ważnego dla brzmień progresywnych muzyka jak Steven Wilson po prostu nie ma. W tym roku 50-letni muzyk i wokalista najpierw powrócił w wielkim stylu z Blackfieldem, teraz postanowił wydać piaty album solowy, po dwuletniej przerwie. Jednak tym razem Wilson zmienił wytwórnię (Kscope tym razem zastąpiło Caroline Records) i na dzień dobry dostaliśmy aż pięć singli. Pojawiły się głosy, że nasz kochany frontman sprzedał się. Jaka jest prawda?

Truth is individual calculation. Which means, because we all have different perspectives, there isn’t just one singular truth, is there? – tymi słowami zaczyna się cały album oraz tytułowy utwór, który jest bardzo mroczny. Elektroniczna, minimalistyczna perkusja, mocne odgłosy harmonijki niemal żywcem wzięte z „Again”, wokaliza w tle, a potem dołącza mocna gitara, by pod koniec wyciszyć się. I już tutaj słychać skręt Wilsona w stronę bardziej popowego i przystępnego grania. Bardziej nastrojowo robi się przy „Nowhere Now”, gdzie całość oparta jest na fortepianie i akustycznej gitarze. A kiedy wydaje się, że cały czas będzie ostro wchodzi pierwszy singiel, czyli pełna ciepłego tła ambientu „Pariah” z gościnnym udziałem Ninet Tayeb. Spokojna kompozycja coraz bardziej nabiera wyrazistości, by w finale zaatakować dźwiękową ścianą, by zaraz wrócić do pop-rockowego (z naciskiem na rockowego) kopniaka w postaci „The Same Asylum as Before”, gdzie Wilson śpiewa… falsetem, by znowu wejść do ambientu w „Refugee” – magia wraca, by znowu podkręcić całą aurę i zaatakować najpierw perkusją, smyczkami, gitarą oraz harmonijką.

Ale co się odwaliło w „Permanating” to nie jestem tego w stanie zrozumieć. Takie taneczne, wręcz dyskotekowe popisówki fortepianu, Wilson znowu myśli, że jest zaginionym bratem Gibb i to tak gryzie się z cała resztą, że sprawia wrażenie wrzuconego na siłę. Podobnie krótki, oparty na flecie „Blank Tapes”, a ogień wraca w rytmicznym „People Who Eat Darkness”. „Song of I” zaśpiewane ze szwajcarska wokalistką Sophie Hunger początkowo odpycha minimalistyczną, niepokojącą perkusją oraz smyczkami, działając dość usypiająco. Z wyjątkiem środkowej partii, gdzie znów dochodzi do dźwiękowej eksplozji. A najlepsze dostajemy na koniec – 9-minutowy „Detonation” to mieszanka styli i gatunków, czyli stary dobry Wilson. Tutaj mamy elektroniczno-perkusyjne cykania, przesterowany głos, ostre wejścia gitar, mocna perkusja, skręt w cudowny ambient ze smyczkami oraz niemal reagge’owe riffy. I na finał „Song of Unborn” – wyciszona, piękna kompozycja z niemal sakralnym zakończeniem (te chórki są cudowne).

„To The Bone” to bardzo problematyczny i nierówny album, w którym Wilson za bardzo chce zaszaleć stylistycznie. Problem w tym, że jako całość jest zbyt rozstrzelona, gryzie się ze sobą i jest niespójna. Muzyk za bardzo upraszcza, przez co dawna magia pojawia się tylko fragmentarycznie. Troszkę szkoda, ale mam nadzieję, ze to tymczasowy wyskok.

7/10

Radosław Ostrowski

Kansas – The Prelude Implicit

Kansas-The-Prelude-Implicit

Jak wszyscy wiemy, ojczyzną rocka progresywnego była Wielka Brytania. Ale jest pewien zespół grający ten nurt na początku jego istnienia w Stanach Zjednoczonych. To weterani z zespołu Kansas, których przeciętnych słuchacz kojarzy z poruszającego „Dust In The Wind” oraz hard rockowego „Carry On Wayward Son” (ostatnio przerobione przez Anthrax). Od ostatniej płyty formacji minęło 16 lat i w tym czasie frontman oraz klawiszowiec Steve Welsh (w 2014 roku przeszedł na emeryturę), zastąpiony przez Ronniego Platta. Z pierwotnego składu ostał się tylko perkusista Phil Eilart oraz gitarzysta Rich Williams. Tak powstało zeszłoroczne dzieło grupy – „The Prelude Implicit”.

Czy warto było czekać? Zaczyna się od szybkich uderzeń perkusji oraz przestrzennych klawiszy w „With This Heart”, do której dołącza się gitara oraz skrzypce, nadając wręcz epickiego rozmachu. Ciężej i mocniej się dzieje przy „Visibility Zero”, gdzie gitara pozwala sobie na więcej, tłumiona przez klawisze. Spokojniej się robi przy „The Unsung Heroes”, gdzie znów klasę pokazują smyczki oraz fortepian. I jeszcze całkiem niezły, podniosły riff. Problematyczne jest „Rhythm In The Spirit”, który zaczyna się hardrockowym ciosem gitarowo-klawiszonym, by w zwrotce zmienić się w banalny, popowy kawałek jakich wiele. Ale to tylko na pierwszej zwrotce, potem wszyscy dają do pieca, by na koniec się wyciszyć. Stary fanom na pewno spodoba się poruszające, akustyczne „Refugee” oraz utrzymane w duchu progresywności 8-minutowe „The Voyage of Eight Eighteen”, gdzie muzycy mają szansę się popisać swoimi umiejętnościami. Równie ostry jest mocarny „Camuflage” z bardzo soczystym riffem, napędzającym całość oraz mocarne „Crowded Isolation”.

Problemem dla mnie jest bardzo delikatny wokal Platta, który bywa zagłuszany przez instrumenty i nie zawsze jestem w stanie zrozumieć padające słowa.  Brakuje w nim mocy, jakby ktoś mu nie dał wystarczającej siły. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest zły czy słaby wokalista, tylko miałem wrażenie, że nie pasuje do reszty składu. Ale nie zmienia faktu, że weterani nadal potrafią oczarować swoją muzyką, nie rezygnując z klimatu oraz popisów instrumentalnych. To dużo jak na grupę, która teoretycznie powinna być w muzeum.

7/10

Radosław Ostrowski

Anathema – The Optimist

The_Optmist_%28Anathema_album%29

Brytyjska progresywna formacja Anathema kierowana przez braci Cavanagh skupiła moją uwagę przy znakomitym „Weather Systems” z 2012 roku. Następca („Distant Satellites”) już nie zrobił na mnie takiego wrażenia, więc z pewnymi wątpliwościami podchodziłem do najnowszego dzieła. czyli „The Optymist”. Ale może tym razem będzie więcej niż dobrze?

Za produkcję odpowiada Tony Doogan, najbardziej znany ze współpracy z Mogwai oraz Belle & Sebastian. Czyżby prog-rockowa grupa miała zamiar uprościć swoja muzykę? Początek jest krótki i tajemniczy w postaci „32.63N 117.14W”, gdzie słyszymy jazdę samochodem, sapanie, kopanie, by skończyć na włączeniu radia. Kończący fragment minimalistyczna, elektroniczna perkusja nakręca „Leaving It Behind”, gdzie odzywa się mniej przyjemna gitara, a głosy braciszków podkręcają poczucie niepokoju. Druga połowa to przyspieszenie tempa oraz wręcz kosmiczną elektronikę. Petarda, po której dostajemy spokojniejszy „Endless Ways”, do którego wprowadza nas fortepian z ciepłym głosem Lee Douglas. Lecz po minucie robi się coraz agresywniej i ostrzej, co jest zasługą zmieniającej tempo perkusji, by na koniec wyciszyć się… dźwiękiem telefonu. Tytułowy utwór znowu czaruje fortepianem oraz wokalnym duetem, by w połowie zmienić tempo perkusją, a na finał zaatakować tnącymi niczym żyletki riffami. Zaskoczeniem jest instrumentalny „San Francisco” oparty na szybkim temacie pianistycznym, wokół którego dołączają kolejne instrumenty, osiągając wręcz spektakularne wymiary.

„Springfield” tym razem zaczyna się gitarowo-pianistycznym wstępem, do którego dołącza Lee ze swoim czarującym głosem, pełnym ekspresji. Jak dodamy do tego mocniejsze wejścia gitarowe, to mamy kolejnego killera. Tempo zmienia się w oszczędnym „Ghosts”, gdzie elektronika buduje dziwną aurę, tak jak wokalizy i jazzowa perkusja. A gdy dochodzą jeszcze smyczki, robi się po prostu pięknie. Dynamiczniejszy „Can’t Let Go” jest bardziej rozmarzony niż się wydaje tak jak spokojniejszy (lecz nie kojący) „Close Your Eyes”, gdzie pod koniec pojawia się trąbka. To jedyny utwór nie do końca pasujący do reszty. A na koniec muzycy zaskakują „Wildfires”, gdzie wokale brzmią jakby były puszczone od tyłu, a dalej jest w stylu grupy (spokój i coraz silniejsze rozkręcanie) i dostajemy ponad 10-minutowy „Back To The Start”. Morza szum, gitara gra, ładnie śpiewa się, potem perkusja z fortepianem dołączają (by się nie nudzili). I kiedy myślicie, że to wszystko, w środku wchodzą smyczki, jakieś klaskanie, pukanie, otwieranie drzwi, pytanie „How Are You?”  i… cisza. Trwa ona aż trzy minuty, bo ostatnie półtorej minuty utworu to ukryty kawałek, śpiewany przez dziecko.

„The Optymist” to przykład tego, co w zespole z Liverpoolu najlepsze: klimatyczne piosenki grane w typowym dla nich tempie, czyli powoli rozkręcające się kompozycje, chwytające swoim wysmakowaniem oraz energią. Czyste progresywne granie z ładnymi wokalami i drobnymi wstawkami. Z pozytywnymi nadziejami bierzcie ten materiał.

8/10

Radosław Ostrowski

Procol Harum – Novum

Procol_Harum_Novum

Równo 50 lat temu swój debiutancki album wydał brytyjski zespół Procol Harum kierowany przez Gary’ego Brookera. I to właśnie z niego pochodzi najsłynniejszy przebój zespołu, czyli klawiszowy „A Whiter Shade of Pale”. Do tego czasu doszło do rozpadu grupy (front man odszedł na 14 lat), wielu roszad w składzie (z pierwotnego założycielskiego ostał się tylko Brooker) i ciągle nagrywa. Na nowe wydawnictwo trzeba było czekać aż 14 lat. To sporo czasu, ale czy „Novum” jest spełnieniem tego oczekiwania?

Zaczyna się od ładnego pianina w bluesowym „I Told On You”, gdzie tnie gitara Geoffa Whitehorne’a oraz sam Brooker na klawiszach. Klimat zmienia się na cieplejszy w wyciszonym „Last Chance Motel” z wybijającymi się klawiszami oraz troszkę mocniejszym refrenem. Ciężej, choć nadal w duchu bluesa szaleje „Image of The Beast”. Znowu odzywa się gitara, wsparta przez klawisze, mieszające organy z fortepianem, pod koniec pozwalając sobie na odrobinę psychodelii. Uszy mi drażniła plastikowy początek w rozmarzonym „Soldier”, w którym wszystko inne układa się w piękna całość. Kontynuuje tą atmosferę „Don’t Get Caught” z ładną, delikatną gitarą, co w refrenie (razem z klawiszami) pozwala sobie na więcej. Krótkim oddechem jest szybkie (ale krótkie) „Neighbour” z akordeonem, pozwalające sobie na luz.

Kompletnie wprawiło mnie w zaskoczenie nostalgiczne „Sunday Morning” z pięknym klawesynem na początku, werblową perkusją oraz gitarą akustyczną. Nawet te elektroniczne smyczki spinają wszystko w śliczną całość. Pozornie spokojny „Businessman” to powrót do bardziej rockowych brzmień. Podobnie jak najdłuższy w zestawie „Can’t Say That” mający w sobie bluesowy sznyt, zgrabne popisy klawiszowe oraz solówki gitary i perkusji w środkowej części utworu. W zbliżonym stylu, choć bardziej pianistyczny jest „The Only One” i finałowy „Somewhere”.

Grupa nie wywraca niczego do góry nogami, ale powraca w wielkim stylu, czarując i dając wiele pięknych melodii. Głos Brookera nadal ma siłę ognia (troszkę przypomina Zucchero, ale tylko w wyższych rejestrach), reszta grupy też ma swoje pięć minut i przypominają, że mają u siebie gitarzystę nie bez powodu. Żadne „Novum”, ale bardzo wysoka półka.

8/10

Radosław Ostrowski

SBB – Za linią horyzontu

0005Y1V1XS9WSB3K-C122

Fani polskiego rocka progresywnego muszą znać zespół SBB. Trzy lata temu do grupy powrócił perkusista Jerzy Piotrowski, więc kapela Józefa Skrzeka dalej działa jako trio. W zeszły roku wydali swój premierowy materiał (po 4 latach przerwy) „Za linią horyzontu”, który miał być powrotem do formy. Czy tak było?

Na dzień dobry dostajemy epickich „Słonecznych wojowników”, gdzie słyszymy ładnie brzmiącą elektronikę, a w tle wspiera ją troszkę ostrzejszą (ale tylko troszkę) gitarę. W podobnym, spokojnym tempie grany jest „Najwyższy czas”, gdzie ciągle wybija się Moog oraz nakładające się głosy Skrzeka (jeden śpiewający, drugi bardziej recytujący). Ale w połowie wchodzi Piotrowicz tnącą gitarą robiąc przebojową solówkę. Mroczniej i wręcz onirycznie robi się w długim, instrumentalnym „360 do tyłu”, gdzie sklejka riffów (brzmiących bardzo egzotycznie), perkusji oraz nakładających się klawiszy tworzy koktajl Mołotowa. Zaskakuje spokojniejszy, ciepły „Goris” zdominowany przez bardzo łagodną elektronikę, jazzowo-reggae’ową perkusję oraz drobne wokalizy Skrzeka. Powrotem do zwartej, szybkiej piosenki jest numer tytułowy ze zwartą solówką Lakisa (w połowie dochodzi do ostrej konfrontacji między gitarą i perkusją), by dać potem odsapnąć wolniejszemu „Pacific”, gdzie Lakis maluje niczym pędzel spokój oceanu. Czuć błogi nastrój przy tym utworze, tak samo w cichym „Zielonym, niebieskim, żółtym” (najkrótszy utwór na płycie), który mógłby się spokojnie znaleźć na solowej płycie Davida Gilmora.

Ale na sam koniec dostajemy „Suitę nr 9”, czyli to oblicze SBB jakie lubią jego najwierniejsi fani. 15-minutowa kompozycja, zaczynająca się niczym szybki, rockowy numer (perkusja pędzi jak szalona), gitara czasami skręca w strone funku, ale klawisze (te ciężkie smyki w tle) tworzą atmosferę niemal z horroru. Wchodzi z impetem i nawet, jeśli pojawiają się chwile oddechu (łagodniejsza gitara od 3 minuty), to nie pozwalają oderwać uszu od pierwszego planu, gdzie szaleje Skrzek na klawiszach, coraz bardziej atakując i dominując do samego końca. Ale okolice 5:30 następuje bardzo ostrożne spowolnienie, chociaż perkusja wydaje swoje ostatnie chwile, a klimat staje się bardziej epicki. Gitara jest podniosła, Skrzek wrzuca swoja wokalizę i czuć prog-rocka z lat 70., by znowu przyspieszyć, a na sam finał dając totalne wyciszenie z cichym głosem Skrzeka, wracając do melodii z początku.

SBB wraca do swojej dobrej formy i fani będą usatysfakcjonowani. Ale czy młodsi też zwrócą uwagę? Obecność na zeszłorocznym Męskim Graniu świadczy, że jest zapotrzebowanie, więc może się trafi jakiś wrażliwy człowiek zaintrygowany „Za linią horyzontu”, iż może sięgnąć po poprzednie dzieła SBB.

7,5/10

Bjorn Riis – Forever Comes To An End

KAR126CD_Digital_Front_Cover-e1490215402120

O tym, że norweski rock progresywny ma się świetnie wie każdy, kto nie tylko słucha Gazpacho, ale też coraz bardziej przebijającego się do naszego kraju działalność grupy Airbag. Do tej pory grupa wydała aż pięć płyt (w tym 3 EP-ki), przesiąkając całkowicie brzmień późnego Pink Floyd, co jest spowodowane grą gitary Bjorna Riisa. Muzyk ten wydał też trzy lata temu swój solowy debiut. A teraz wydaje drugi solowy album, który intryguje (tak jak poprzednik).

Przy nagrywaniu pomagali koledzy z macierzystej formacji (perkusista Henrik Fossum oraz wokalista Asle Torstup – tutaj programujący dźwięki). Całość zaczyna się od tytułowego utworu, który ma mocny i szybki początek niczym rozpędzony pociąg pozbawiony hamulców, ale w drugiej minucie dochodzi do spowolnienia tempa, wchodzi gitara akustyczna i ciepłe klawisze. To był jednak tylko refren i jeszcze raz pojawi się taki postój po kolejnym przyspieszeniu. Za drugim melodia zapętla się, a gitara coraz bardziej zaczyna grać pojedyncze, niepokojące riffy, wiercąc niczym młot pneumatyczny z atakującą we wszystkich kierunkach perkusją, na koniec dając silny podmuch wiatru, łączący z krótkim „Absence”, gdzie gra bardzo melancholijny fortepian (a używa go Simen Calldal Johannessen) i łkająca gitara. To tylko instrumentalny przerywnik, kończący się dźwiękiem morskich fal. I to one zaczynają „The Waves”, gdzie znów zaczyna fortepian i brzmi to jak Airbag. Nawet wejście perkusji niewiele zmienia w tej materii. Dopiero gitara zaczyna się zapętlać niczym wichura dookoła domu i na koniec dać odsapnąć.

Nawet początek instrumentalnego „Getaway” zapowiada chwilę oddechu z ładnymi klawiszami, choć pulsującymi. Dochodzą potem smyczki i elektroniczne wstawki jakby tykające, by wejść w delikatne, aczkolwiek szybkie riffy gitary oraz bardziej przestrzenne klawisze niczym płynące łzy. Kiedy w połowie dochodzi do spowolnienia, a wchodzi minimalistyczna perkusja, zapowiada się spokój. Nawet wchodząca wtedy gitara bardziej koi niż atakuje. Wtedy wraca wszystko do początku, a riffy są corz cięższe i ostrzejsze, aż czuć rękę hard rockową. Ukojenie przynosi niemal akustyczny „Calm”, z fortepianem grającym walczyk i… śmiechem ludzi. To wprawka przed 10-minutowym „Winter”, gdzie dzieje się strasznie dużo i nie da się tego słowami opisać. Tak samo jak intensywny finał w postaci „Where Are You Now”.

Zaskakuje bardzo ciepły i delikatny wokal Riisa (troszkę przypominający… młodego Davida Gilmoura), który scala się w jedność z muzyką i nie wywołuje irytacji. Jednak to jego umiejętności gitarowe wnoszą całość na bardzo wysoki pułap, jak w przypadku debiutu. I kolejny raz jest to najpiękniejsza rzecz, o jakiej może marzyć fan rocka progresywnego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Roger Waters – Is This the Life That Really Want?

Roger_Waters_-_Is_This_the_Life_We_Really_Want%3F_%28Artwork%29

Fani progresywnych dźwięków znają dorobek Rogera Watersa. Basista, wokalista i kompozytor odpowiedzialny za największe przeboje grupy Pink Floyd rzadko nagrywa swoje płyty. Na swoją obecną kazał czekać 25 lat, więc fani liczyli na bardzo wiele, a od strony producenckiej za całość odpowiada klawiszowiec Radiohead, Nigel Goodrich. I znowu dostajemy ważkie pytanie: czy takiego życia chcemy (mocny tytuł), ale ważnie brzmiało czy warto było czekać?

Początek to bardzo krótkie intro, które przypomina odsłuchiwanie serwisu informacyjnego, gdzie nakładają na siebie głosy, a w tle słyszymy tykanie zegara. Te dźwięki będą wielokrotnie się pojawiać, przez co słyszymy jak mocny wpływ na nas mają media („The Last Refugee” zaczyna się życzeniami i pożegnaniami, a kończy podniosłymi smykami i odgłosem mew). Wszystko to płynnie przechodzi do „Deja vu”, które rzeczywiście brzmi znajomo. Akustyczna gitara niemal wzięta z „Wish You Were Here” (fortepian też), do których dochodzi reszta muzyków z chwytliwymi smyczkami w tle (od połowy). Mroczniej się robi przy gitarowym, zapętlonym „Picture That”, gdzie słyszymy coraz bardziej niepokojące obrazy zniszczeń i cierpienia i kumulując w środku (szybka gitara, nakładające się pasaże i riffy), by następnie wyciszyć się w niemal folkowym „Broken Bones” z wyciem w tle oraz niemal spektakularnym finałem. Podobnie trzyma za gardło melancholijny utwór tytułowy, gdzie smyki dają bardzo nieprzyjemny pomruk, a gitara niemal płacze (i nawet słychać krzyki w tle), płynnie przechodząc do „Bird In a Gale” ze strzelającą perkusją na początku oraz bardziej brudnymi gitarami. Ale w połowie wszystko się niby uspokaja, jednak tak naprawdę bicie dzwonów i zapętlone głosy ludzi wprawiają w zakłopotanie, a końcowy śmiech bardziej przeraża.

Wielu może zaskoczyć nostalgiczno-melancholijne „The Most Beautiful Girl” z przewijającym się na pierwszym planie fortepianem, ale już singlowe „Smell The Roses” utrzymuje się w tonie Floydów. Na koniec dostajemy trzy bardziej intymne utwory, układające się w swoistą trylogię: „Wait for Her” (do tekstu palestyńskiego poety, Mahmuda Darwisha), krótki mostek w postaci „Oceans Apart” i „Part of Me Died”. I tutaj swoje miejsce ma przede wszystkim fortepian oraz gitara akustyczna.

Sam Waters bardziej recytuje czy krzyczy niż śpiewa, ale jest w tym wszystkim moc. Także w bardzo ostrych tekstach, gdzie atakuje głupotę, prezydenta Trumpa, wojnę i wszelkiego rodzaju niesprawiedliwość. Jak zawsze celuje w punkt i prowokuje do myślenia. Co prawda czuć tutaj mocny wpływ Pink Floyd, przez co fani zespołu znajdą wiele odniesień i skojarzeń do dawnych piosenek. Na szczęście nie jest to autocytowanie, tylko silna inspiracja, która daje podwalinę do mocnej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Eye of the Soundscape

Wiele razy pojawiała się prog-rockowa warszawska formacja Riverside. Rok 2016 był jednak dla nich bardzo ciężki, gdyż zmarł jeden z filarów grupy – gitarzysta Piotr Grudziński. I to było w trakcie pracy nad nowym materiałem, który ostatecznie ujrzał światło dzienne. I jest to dość nieoczywisty album, nie tylko dlatego, że dwupłytowy.

Haczyk polega na tym, ze to album… instrumentalny i to w sporej części oparty na elektronice, co dla fanów zespołu było co najmniej szokujące. Druga sprawa, że muzycy nie patyczkują się i dają bardzo długie kompozycje, a trzecia sprawa jest taka, że wiele z tych utworów już się pojawiło wcześniej jako bonusy na poprzednich albumach. Takiej składanki nikt się nie spodziewał, ale jest też sporo nowego stuffu. Taki jest bardzo chłodny „Where The River Flows”, gdzie słyszymy coś jakby dzwony, przemielony ambient, zimne smyczki. Dopiero w drugiej minucie pojawia się perkusja – bardzo stonowana i oszczędna, też brzmiąca bardzo mechanicznie, by doskoczyła niemal minimalistyczna gitara, bardzo łkająca i troszkę westernowa. Dwie minuty później coraz bardziej idziemy w stronę ambientu i „cykanej” perkusji, gdzie intensywność dźwięków przypomina wyprawę kosmiczną. Trwa to jeszcze trzy minuty, by wszedł bas na solo razem z wokalizami Dudy.

Oddechem jest wybrane na singla „Shine” – krótki (bo nieco ponad 4 minuty), gdzie dochodzi do zespolenia mocnej perkusji, pulsującej i coraz bardziej nakładającej się elektroniki z tnącą gitarą elektryczną, dzięki której nadal wiemy, że to Riverside oraz nadal potrafią grać z ogniem. Następny w kolejny jest zmiksowany na nowo „Rapid Eye Movement”, który zaczyna się od mocnych szumów wiatru i czegoś, co nazwałbym mocnym burczeniem w brzuchu, szarpiącą elektroniką. A dalej jest równie tajemniczo: jakieś dziwne głosy, skręty w stronę Tangerine Dream (pulsujący elektroniczny bas) oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca tajemnicę gitara coraz bardziej nawarstwiająca się, by od połowy zaatakować (także głęboko ukrytym fortepianem).

Płynnie przechodzi do dwuczęściowego „Night Session”, opartego na improwizacjach muzyków i o ile część pierwsza jest bardzo wyciszona, odrobinę melancholijna (z pięknymi organami oraz niesamowity dzwonkami), a gitara buduje klimat tajemnicy, o tyle w drugiej atakuje saksofon oraz dziwaczne szumy, do których dołącza strzelająca perkusja i… harfa, pozwalajac w finale na wyciszenie. I tak się kończy pierwsza płyta.

Druga zaczyna się od oniryczno-tanecznego „Sleepwalkers”, gdzie powolne i spazmatyczne wejścia elektroniki połączone z dyskotekową perkusją, a w środku wchodzi krótka wokaliza. Następnie dostajemy zmiksowany na nowo „Rainbow Trip”, gdzie pierwsze skrzypce gra bas, delikatne klawisza oraz kojąca gitara, by po dwóch minutach przyspieszyć gwałtownie. Wyciszenie i ukojenie daje przestrzenny, minimalistyczny „Heavenland” skontrastowany z mrocznym „Return” (te szumy robią robotę) oraz pełnym nakładających na siebie pasaży „Aether” (znowu bas genialny). Dynamiczniej się dzieje w płynących „Machines”, a także akustycznej „Promise”, by eksplodować w finałowym utworze tytułowym, gdzie ostatni raz zagrał Grudziński (bardzo delikatnie i epicko).

Trudno mi się do tego kolosa było przekonać, gdyż takiego brzmienia po warszawskim kwartecie się kompletnie nie spodziewałem. I to nie tylko dlatego, że jest ona w pełni instrumentalna, ale też pełna progresywnej elektroniki. Duda i spółka wydając tego dwupłytowego kolosa zamykają pewien rozdział, zaczynając nowy (Grudziński zastąpił Marcin Meller z Quidam). Album ten wymaga i zmusza do skupienia, w zamian oferując piękną podróż pełną melancholii oraz refleksji. Bardzo ciekawe doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kyvler – The Island

The Island

Nie od dziś wiadomo, że Wielka Brytania to ojczyzna progresywnych dźwięków: Genesis, Pink Floyd, Yes, Marillion. Można tak wymieniać i wymieniać, ale pojawił się nowy narybek. To grupa Kylver, która jest grupą stricte instrumentalną. Tworzy ją czterech kumpli z Newcastle nad Tyne i tworzą ją: Jonny Scott (gitara), James Bowmaker (gitara basowa), Barry Micheson (perkusja) oraz Neil Elliot (organy). W zeszłym roku wydali swój drugi materiał, w którym garściami czerpią z dokonań lat 70.

„The Island” zawiera jedynie pięć utworów, ale są tak długie, że nie ma jakiejkolwiek szansy usłyszenia tego w radiu. Na dzień dobry dostajemy „The Great Storm of 1703” – 13-minutowy fresk zrobiony  agresywnej gitary na początku, po którym każdy z instrumentów przejmuje i wygrywa swój fragment: potężne organy, marszowa perkusja, riffy stają się coraz bardziej intensywne. W drugiej minucie następuje zmiana melodii, wszystko wali jak szalone, by podkreślić charakter tego sztormu: przyspieszenia, spowolnienia, chwile wyciszenia, by uderzyć w ostatnich pięciu minutach niczym obuchem. I kiedy wydaje się, że będzie spokój wchodzi mały, ale bezwzględny „Hy-Brasil”, gdzie gitara i organy walą niczym syrena alarmowa, a ty próbujesz uciec nie wiadomo przed kim i dlaczego. Tempem przypomina fragment debiutu Sound of Contact. To jednak tylko rozgrzewka do „Monolith”. 9-minutowy kolos zaczyna się bardzo spokojnie, wręcz ospale z ładnymi dzwoneczkami niczym z pozytywki. Wtedy dołącza spokojna gitara akustyczna, łagodna elektryczna i te organy. Tylko one wprawiają w niepokój, tworząc wręcz metafizyczną atmosferę (od około 4 minuty) kompletnie atakując gitarowymi riffami wplecionymi z organami, by w finale zmienić się w niemal Black Sabbath.

Podobnie wybrzmiewa „The Abyss”, gdzie znowu na początku mamy dzwoneczki i dalej następuje coraz mocniejsze świdrowanie niczym płynąca fala. Niby w połowie robi się troszkę spokojniej (dzwoneczki przyjemne dla ucha), by pod koniec dać pole dla akustycznej gitary. A na finał dostajemy oniryczny „The Great Race”, co początkowo brzmi jak echo, by powoli dochodziły kolejne instrumenty. Po trzech minutach brutalnie się wycisza, by z większą mocą zaatakować.

Niby mało utworów, ale intensywność i biegłość warsztatowa robi imponujące wrażenie. Jeszcze nie raz usłyszymy o Kylverze, który już teraz potrafi oczarować. Czekam na więcej.

8/10

Radosław Ostrowski