Asia – Omega

Omega

Po dłuższej przerwie Asia wróciła w pierwotnym składzie odcinając się totalnie od tego, co się działo w latach 90. Powrót w czteroosobowym, pierwotnym okazał się strzałem w dziesiątka, a płyta „Phoenix” przywróciła ich do łask. A jak wiadomo, trzeba iść za ciosem i po dwóch latach wyszedł następny album.

Tym razem dla wytwórni Frontline Records i pod okiem producenta Mike’a Paxmana, który współpracował m.in. z zespołami Status Quo i Uriah Heep. Czy coś się brzmieniowo zmieniło? Nie. Nadal to głównie dynamiczne rockowe granie, okraszone progresywnymi sztuczkami, co potwierdza już otwierająca całość “Finger on the Trigger”. Ale Asia to nie tylko dynamiczne hiciory do podbijania radiowych stacji, każdy z członków świetnie gra na swoim instrumencie i wokal Wettona jest naprawdę dobry. Problem jednak polega na jednym, ale poważnym drobiazgu: nic nowego tutaj nie ma i powoli czuć z tego powodu pewne znużenie. A ballady, choć dość spokojne („Ever Yours” z ładną gitarą akustyczną), działały dość usypiająco, choć zdarzają się pewne drobne momenty przyjemności (fortepian, smyczki oraz solówka Howe’a w „Listen, Children” czy lekko bluesowe „Emily”), jednak trzeba przyznać, że to naprawdę solidnie zrobiona płyta. Jednak muszę się przyznać, że „Phoenix” bardziej na mnie podziałał. Ale „Omega” tez jest całkiem niezła.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Phoenix

Phoenix

Asia po wielu latach grania pozostawała jednym z popularnych zespołów progresywnych brzmień, jednak po odejściu z podstawowego składu prawie wszystkich członków, wielu fanów grupy wracało do dwóch pierwszych płyt, nie do końca akceptując Johna Payne’a na wokalu. Dlatego w 2006 roku, jedyny członek grupy działający od początku, klawiszowiec Geofff Downes postanowił dokonać restartu grupy i tak nastąpiła reaktywacja. Wrócili wokalista i basista John Wetton, perkusista Carl Palmer oraz gitarzysta Steve Howe. I dwa lata później wyszedł nowy album starej grupy, pod wiele mówiącym tytułem „Phoenix”. Czyżby rzeczywiście nastąpiło odrodzenie?

Za produkcję pierwszego od 25 lat albumu Asii w pierwotnym składzie odpowiadał sam zespół oraz Steve Raspin (współpraca m.in. z Fishem), a oczekiwania były naprawdę duże. Ale już otwierający całość „Never Again” pokazuje, że to stara, dobra Asia. Wyraziste gitarowe riffy Howe’a (czasami łkająca), mocna i dynamiczna perkusja, chwytliwy bas oraz klawiszowe popisy dają dwie rzeczy, za które zespół był kochany: chwytliwe melodie, podniosłe (wręcz chóralne śpiewane) refreny i świetny głos Wettona. Nie brakuje także ładnej akustycznej gitary („Nothing’s Forever”), delikatnego fortepianu („Heroine”), dziwacznej elektroniki (prawie 8-minutowa suita instrumentalne „Sleeping Giant” z piękną wokalizą, proste „No Way Back” z bluesową gitarą i krótkie „Reprise”, czyli powtórka z początku kompozycji), klarnet (piękne „I Will Remember You”) czy wiolonczelę („An Extraodrinary Life”). Innymi słowy, jest tutaj naprawdę jak zawsze, a nawet jeszcze lepiej, zaś godzina trwania mija bardzo szybko i przyjemnie.

Asia wraca do swojej wielkiej formy i nagrała swój najlepszy album od początku swojej kariery, będący destylatem tego, co najlepsze. A czy dalej było równie dobrze jak po „Phoenix”? Will see.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Asia – Silent Nation

Silent_Nation

Na kolejny album zespołu Asia trzeba było poczekać aż trzy lata. Tym razem do duetu John Payne/Geoff Downes dołączyli gitarzysta Guthrie Govan i perkusista Chris Slade. W tym składzie powstał „Silent Nation” (najdłuższa nazwa płyty w dorobku tej grupy), a produkcją zajął się sam Payne. I jaki jest efekt?

Nadal słychać, że to Asia (klawisze Downesa, podniosłe refreny – świetnie zaśpiewane i nakładające się głosy), choć gitara elektryczna brzmi tutaj jakby mocniej i ostrzej (bardziej rockowe „Long Way Home”), ubarwiając popowo-elektroniczne brzmienie (środkowa część „What About Love”, bluesowy „Midnight” ze świetnym basem oraz orientalną gitarą pod koniec), które zawsze dominowało w dorobku tej grupy. Nie brakuje tutaj nastrojowych piosenek („Blue Moon Monday” z delikatnymi zwrotkami i mocniejszymi refrenami oraz pięknym mostkiem, tytułowa kompozycja z basem, fortepianem i smyczkami oraz zapętlającymi się gitarami w refrenach czy „Ghost in the Mirror”, napisane przez byłego członka Yes, Billy’ego Sherwooda). Innymi słowy, nie ma tutaj niczego zaskakującego, choć elementy progresywne są dość mocno zaznaczone (imitacja średniowiecznych dźwięków w „Gone Too Far” czy chóralny wstęp do „Darkness Day”).

Payne jako wokalista radzi sobie dobrze, teksty nie należą do prostackich i brzmi to naprawdę dobrze. Asia poniżej pewnego pułapu po prostu nie schodzi. Jednak dla Johna Payne’a to był ostatni album, gdyż postanowiła powrócić w dawnym stylu. Ale to temat na inną opowieść.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Aura

Aura

Po eksperymentalnej płycie napisanej do filmu w Asii ostali się tylko Payne i Downes. Do nagrywania każdego utworu pozapraszali masę gości (m.in. gitarzystów: Guthrie Govana, Elliota Randalla, perkusistów: Vinnie Colaiutę czy Michaela Sturgisa) i tak powstał album „Aura” (powrót do nazywania albumów słowem na A). Jaka jest tutaj wydzielana aura?

Pozornie jest jak zawsze, czyli melodyjnie, gitarowo, klawiszowo i podniośle. Dla mnie najciekawsze były instrumentalne popisy Downesa, którego dźwięki klawiszy nakładały się na siebie tworząc naprawdę piękną aurę (imitacja średniowiecznych instrumentów w „Wherever You Are”, organy w „Ready to Go Home” czy przyśpieszenia w „Forgive Me”), a gitara elektryczna czasami robiła mocniejsze riffy, choć czasem zagra i delikatnie (tu najlepiej wypada Steve Howe w „The Last Time” i obowiązkowo w refrenach są chórki. Niby nic nowego, bo Asia tak w zasadzie grywa od samego początku i mimo różnic w składzie nie zmienili swojego brzmienia. A wokal Johna Payne’a brzmi coraz lepiej, choć fani Wettona marzyli, by wrócił do kapeli. Żeby nie było za słodko jest parę nijakich piosenek („On the Coldest Day in Hell” czy idący w stronę lekko latynowską „You’re the a Stranger” i instrumentalna „Aura”) i jedna mocna perła – prawie 8-minutowe dynamiczne „Free”, gdzie jest aż trzech gitarzystów dający popis swoich umiejętności.

„Aura” pozostaje dobrym albumem w dorobku grupy Asia. Czuć powoli pewne zmęczenie materiału, jednak muzycy jeszcze potrafią parę razy zaskoczyć. Panowie trzymają fason, jednak z Paynem grupa długo już nie pociągnęła. Ale to temat na inną porę.

7/10

Radosław Ostrowski


Asia – Rare

Rare

To najbardziej nietypowa płyta w dorobku grupy Asia z dwóch powodów. Po pierwsze, została nagrana w całości tylko przez Johna Payne’a i Geoffa Downesa. Po drugie, jest to płyta instrumentalna. Nic dziwnego, jest to w końcu ścieżka dźwiękowa do filmu przyrodniczego Davida Attenborough „Salmon: Against the Tides”.

Muzyka w całości oparta na basie i syntezatorach może być ciekawa, choć jest dość prosta. Downes nakłada na siebie różne partie klawiszy, łącząc je z fortepianem, czasem imitując dźwięki przyrody („The Seasons” czy „The Gods”), smyczki („The Waterfall”), harfę („The Gods”), nawet perkusję („The Whales”). Tylko problem w tym, że kompozycje i tematy są do siebie zbyt podobne, a wokal Payne’a w zasadzie ograniczał się do takich samych wokaliz. Na szczęście całość jest dość krótka (kompozycje nie trwają więcej niż 3 minuty), a kilka kompozycji naprawdę robi wrażenie („The Bears” z kotłami i fagotem czy bardzo mroczne „The Ghosts”, w którym pojawia się gitara elektryczna). Ale to cecha praktycznie każdego soundtracku, że pewne motywy się powtarzają. Ale coś tutaj mi przeszkadzało i znużyło. Jednak pozostaje to całkiem niezłą propozycją.

6/10

Ian Anderson – Homo Erraticus

Homo_Erraticus

Fani progresywnych brzmień znają Ian Andersona – wokalistę oraz multiinstrumentalisty zespołu Jethro Tull. Jednak Szkot już od dłuższego czasu gra solo. Ale czy jest nadal w dobrej formie? Na to pytanie może odpowiedzieć „Homo Erraticus”.

Andersonowi udało się zebrać grupę naprawdę zdolnych muzyków, m.in. znany z Jethro Tull basistę Davida Goodiera i klawiszowca Johna O’Harę, a także perkusistę Scotta Hammonda i gitarzystę Floriana Opahle’a, zaś producentem był Jakko Jaszczyk, gitarzysta King Crimson. Słychać tutaj wpływy progresywne zmieszane z folkiem – to tak w skrócie. Nie mogło zabraknąć obowiązkowego fletu współgrającego razem z gitarą elektryczną („Enter the Uninvaited”), organów Hammonda (najdłuższy, prawie 7-minutowy „Pure Ferox Adventus” ze świetną grą gitary) oraz oczywiście gitary elektrycznej. Niby mamy rok 2014, a tak naprawdę cofamy się do lat 70-tych. I nie brzmi to w żaden sposób sztucznie, a zdarza się wiele interesujących kompozycji jak utrzymana w formie kołysanki „Meliora Sequmor” z pozytywkową melodią w połowie zastąpiona przez organy czy pachnącą „marynarskimi” klimatami (dzięki akordeonowi) dynamiczny „The Turnpike Inn” oraz „The Engineer”. Jednak większość to krótkie (3-4 minuty) piosenki, które są w zasadzie dość do siebie podobne, choć zdarzają się też nietypowe melodie (akustyczne „Heavy Metals” czy instrumentalne „Tripudium Ad Bellum”.

Nie zmienia to jednak dwóch spraw. Po pierwsze, lekko starszawy i spokojniejszy głos Iana Andersona prezentuje się naprawdę dobrze, po drugie słucha się dobrze i zaskakująco przyjemnie. Pewnie pod warunkiem, że nie zna się dorobku Jethro Tull lub poprzednich płyt Iana Andersona. Może dzięki temu młodsi sięgną po poprzednie dokonania? Will see.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Arena

Arena

W 1996 roku w zespole Asia doszło do poważniejszych roszad. Z pierwotnego składu ostał się tylko Downes, Payne nadal grał na basie i był wokalistą, Sturgis pozostał perkusistą, za to pojawiło się aż dwóch gitarzystów: Elliott Randall i Aziz Ibrahim – obaj wcześniej byli muzykami sesyjnymi. I w tym składzie nagrali „Arenę”.

Na tym albumie jeszcze udzielił się perkusista Luis Jardin i gitarzysta Tomoyasu Hotei, który zagrał tylko w otwierającym całość instrumentalnym „Into the Arena”, a jego gra gitary elektrycznej przypominała trochę Carlosa Santanę. Bardzo delikatny i nietypowy wstęp. Że dalej jest to Asia słychać to najbardziej w grze klawiszy, które tworzą bardzo delikatne tło, ale w paru utworach mocno dają po sobie znać. A reszta to melodyjne, bardziej popowe piosenki z podniosłymi refrenami, chwytliwymi kompozycjami oraz porządna grą każdego z muzyków. I jak zawsze jest różnorodnie – od podniosłego „Heaven” ze świetnie zgraną perkusją i „plumkającymi” dzwoneczkami klawiszami po zmieniające tempo „Two Sides of the Moon”, które w połowie idzie w stronę mocniejszej gitary oraz szalonej perkusji, by pod koniec pójść w reggae.

I po raz pierwszy pojawia się duży utwór, który trwa prawie 10 minut – „The Day Before the War” zaczyna się dość spokojnie – organy i akustyczna gitara. Po dwóch minutach następuje mocne uderzenie perkusji, swoje robi też gitara, a perkusja brzmi jak seria z karabinu maszynowego. Wtedy wyciszenie, delikatnie gra gitara akustyczna i klawisze, swoje robi bas, pojawia się wokal Payne’a, w refrenach słychać echo oraz dziwnie brzmiące klawisze. Wtedy pojawia się „orientalna” elektronika i gitara. Zas pod koniec zapętlają się klawisze, które podobnie brzmią jak w „Tubular Bells” Oldfielda, serwując jeszcze bardzo niepokojące solo gitarowe. Perełka w dorobku Asii.

Dalej jest tak jak według sprawdzonej formuły, choć pojawiają się ciekawe drobiazgi jak przyśpieszające klawisze w „Never”, delikatna gra gitary w „Falling” czy orientalna gitara w „U Bring Me Down”. Za to Payne coraz pewniej się czuje jako wokalista.

„Arena” pozostaje najciekawszą płyta Asii z Paynem na wokalu, choć pozornie nic się tu nie zmieniło. Jednak grupa pokazuje, że potrafi zrobić parę niespodzianek, a duet produkcyjno-kompozytorski Payne/Downes trzyma się jak najlepiej. Czy dalej było tak dobrze? To opowiem wam później.

8,5/10

Radosław Ostrowski


RPWL – Wanted

Wanted

Niemiecki zespół RPWL rusza do natarcia. Ledwo wyszła płyta koncertowa, a już wydany został nowy studyjny album. I znów jest to concept-album, tym razem skupiającym się na postaci Giuseppe Garibaldiego.

Zespół brzmi tak jak zazwyczaj i nie wymyśla niczego nowego. Jest to nadal bardzo klimatyczne, progresywne brzmienie czerpiące z Pink Floyd. I to słychać już w otwierającym całość instrumentalnym „Revelation” ze „strzelającą” elektroniką, mocnymi uderzeniami perkusji i gitary oraz Hammondami w tle. Poza jednak muzyką słychać też krzyki, strzały czy marszowe kroki – innymi słowy to, co w przypadku wojny brzmieć powinno. Marszowe „Swords and Guns” jest mocniejsze i bardziej agresywne (poza delikatnymi refrenami z klawiszami), a wybija się najbardziej bas oraz klawisze pod koniec.  Krótsze, ale mroczniejsze jest „A Clear Cut Line” ze wstawkami elektronicznymi oraz wplecionymi słowami po włosku. Tytułowy utwór ma potencjał, by stać się radiowym hitem, podobnie „Perfect Day”. „Hide and Seek” z akustycznym wstępem, którym potem zostaje zmieniony w kakonadę perkusji, gitary i klawiszy (w drugiej połowie szaleją klawisze). „Disbelief” bardziej skręca w stronę mięsistego bluesa (ta gitara!!!), a zwrotki sa recytowane niż śpiewane, zas wyciszenie przynosi „Midguided Tonight” z ładna gitarą, Hammondami i spokojną perkusją oraz pojawiający się w wersji deluxe „Still Asleep”. Najmocniejsze pozostawili na sam koniec – „The Attack” to bardzo epicki i dynamiczny killer, zmocnymi uderzeniami perkusji oraz bardzo mocnym basem, a na finał dostajemy wyciszające „A New Dawn” z gitara akustyczną.

Nadal słychać tutaj inspiracje Pink Floyd (głównie przez grę gitary Kalle Walnera), także wokal Yogi Langa w paru miejscach przypomina Davida Gilmoura, jednak nie jest to w żadnym wypadku wada, a zespół jest bardzo mocno zgraną paczką. „Wanted” tylko potwierdza, że potrafią świetnie grać, tworzyć poruszające melodie oraz pisać naprawdę dobre teksty. Tu wszystko jest na swoim miejscu i gra naprawdę świetnie.

8/10

Radosław Ostrowski

Gazpacho – Demons

Demon

Muzycy z norweskiego Gazpacho przyzwyczaili do swoich progresywnych brzmień inspirując się m.in. Marillionem czy Purpucine Tree. Pojawiały się jednak zarzuty, że powoli zaczynają zjadać swój ogon. Pozornie „Demons” wydaje się podobną płytą wobec poprzedniego „March of Ghosts”. Ale tej ostatniej słuchałem dwa lata temu i pewnie coś mi się pokićkało.

„Demons” to kolejny koncept-album tej grupy. Punktem wyjścia dla historii opowiadanej na tej płycie jest znalezienie w Pradze tajemniczego manuskryptu. Jego autorem jest mężczyzna opętany przez demona. Utworów jest raptem cztery, ale mają one naprawdę siłę rażenia. I są one naprawdę różnorodne pod względem tempa. Więc prześledźmy poszczególne utwory.

„I’ve Been Walking part I” zaczyna się niepokojącą elektroniką. Potem delikatnie gra fortepian i wchodzi wokal, następnie dołączają skrzypce z kotłami i klawiszami, budującymi niepokojącą atmosferę kontrastowaną przez lekko grająca perkusję. Ale w ciągu półtorej minuty nastepuje wybuch perkusji i gitary elektrycznej, wyciszony przez klawisze i chórek, a także akustyczną gitarę. Wyciszenie, delikatna perkusja i klawisze, dochodzi melodia z pozytywki. Wraca fortepian i skrzypce, w połowie jest tylko pianino ze zmodyfikowanym głosem, brzmiącym jak nie z tego świata. I wtedy perkusja z gitara wracają na mocniejszych tonach (nawet drobne wyciszenie nie pomaga), coraz wyraźniej słychać organy, a na samym końcu „opadają” smyczki, gra mrocznie wiolonczela, a w tle elektronika.

„The Wizard of Altai Mountain” jest najkrótszy na płycie (niecałe 5 minut). Zaczyna się od „plumkającej” elektroniki i akordeonu z „pozytywkową” melodią. W dodatku bardzo wyciszoną i spokojną. W połowie utworu gra sam akordeon i to bardzo szybko, potem dołącza do niego kontrabas i skromna perkusja, co buduje bardzo etniczny klimat. A jak jeszcze do tego dodamy skrzypce, to już będzie po cygańsku.

I wtedy pojawia się pierwszy ponad 10-minutowy kolos, czyli druga część „I’ve Been Walking”. Zaczyna się delikatna melodią z pozytywki, do której dołączają delikatne głosy. W trzeciej minucie pojawia się żeński głos wzięty ze starej, gramofonowej płyty, do którego najpierw dołącza fortepian, by przyłoiła gitara z perkusją. I znów wyciszają za pomocą delikatnego fortepianu oraz solówki na skrzypcach, wspieranych przez chór, by pod koniec mocno zapętliła się perkusja z gitarą do „cięższego uderzenia”.

Na koniec zespół zostawił wejście do „Death Room”. Mocniejsza i ponura elektronika, wchodzi banjo, wokal przerobiony cyfrowo, w dodatku delikatnie gra perkusja i odzywają się „dziwne” głosy z fałszującymi smyczkami. Pojawiają się różne dzwonki, cymbałki aż w połowie pojawiają się pięknie grające skrzypce, podpierane przez banjo i zgraną sekcję rytmiczną. Wtedy pojawia się akordeon z banjem, a przez ostatnie sześć spokojna melodyjna z pianina zostaje „podrasowana” gitarą elektryczna oraz elektronicznymi wstawkami.

Nie przesadzali muzycy, twierdząc, że to najbardziej skomplikowany album w swoim dorobku. Piekna, mroczna i tajemnicza – wystarczy, żeby się zapoznać. Nawet jeśli wokal Jana Henrika Ohme nadal kojarzy się ze Stevem Hogartem z Marillion, co nigdy nie przeszkadzało w odbiorze.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Yes – Fly from Here

Fly_from_Here

Wydawało się, że zespół Yes pozostanie grupą koncertową. Aż tu nagle w 2011 roku pojawiła się informacja, że zespół Yes wraca z nową płytą. Tylko, że po drodze zrobiło się bardzo nieprzyjemne zamieszanie. Najpierw wrócił Rick Wakeman, potem odszedł (zastąpił go jego syn, Oliver – później on też odchodzi), ale w 2008 roku wokalista Jon Anderson dostał ataku astmy, co zmusiło zespół do koncertowej przerwy. Pozostali członkowie na zastępstwo wybrali nowego wokalistę Benoita Davida, po czym… podziękowali Andersonowi za współpracę i wyrzucili go z zespołu. Panowie, tak się nie robi. W dodatku znów zaprosili do współpracy Trevora Horna (został producentem) oraz klawiszowca Geoffa Downesa (Asia), który został nowym członkiem grupy. Obaj panowie współpracowali już przy płycie „Drama” i w tym składzie, ruszyli do studia. Tak powstało „Fly from Here”. Jaki jest tego efekt?

To Yes środka, czyli melodyjnie i chwytliwe, nie bez potencjału przebojowego. Sam początek to tytułowa suita (owertura i pięć części), którą Horn i Downes napisali już w 1980 roku. Więc po kolei. Uwetura to przede wszystkim popisy Downesa, pełne różnych efektów dźwiękowych oraz wspierającej pod koniec gitary Howe’a. Krótkie, ale przyjemne. Pierwsza część – „We Can Fly” – miała największy potencjał „hitowy”. Rytmiczne zgranie Howe’a, Squire’a i White’a oraz proste dźwięki klawiszy stworzyły mieszankę wybuchową. Bardziej wyciszony „Sad Night at the Airfield” wyróżnia się pięknym gitarowym wstępem Howe’a, jednak w refrenach dołącza sekcja rytmiczna oraz fortepian, bardzo melancholijny. „Madman at the Scenes” to bardziej rozbudowana melodia z owertury, zachowująca brzmienie i konstrukcję ze świetnym zgraniem sekcji rytmicznej oraz szybkimi solówkami Howe’a połączonymi ze wspólnie śpiewanym refrenem. „Bumpy Ride” to skoczna gra klawiszy z gitarą, gdzie pod koniec pojawia się wokal, zaś na sam koniec dostajemy podniosła powtórkę refrenu „We Can Fly”. W częściach II-V w tle przewijają się odgłosy pilota.

Następne utwory już nie robią aż takiego wrażenia. Wadą nie jest ich prostota czy chwytliwość, ale brak ciekawych pomysłów i pewna monotonia. „The Man You Always Wanted To Be” z wokalem Squire’a w zwrotkach (całkiem niezłym) z całkiem fajną gitarową melodią na początku staje się bardziej popowa (bronią się jeszcze bębenki). „Life on a Film Set” to podzielona na dwie części kompozycja. Pierwsza – spokojna i wyciszona (prosta gitara Howe’a), ale w połowie dołączają sekcja rytmiczna oraz klawisze, nadając dynamiki. Z kolei spokojniejszy „Hour of Need” (tutaj poza Davidem wokalnie udzlia się Squire i Howe) oraz instrumentalny „Solitaire” mnie wynudziły. Ale nadzieja wróciła wraz z dynamicznym finałem, czyli „Into the Storm”, gdzie Squire i Howe znów pokazują na co ich stać (zwłaszcza Howe pod koniec).

Nie wspomniałem o jednej postaci, czyli Benoit Davidzie. Powiedzmy sobie to wprost – Jona Andersona nie da się przebić, ale David nie próbuje go w żaden sposób imitować, tylko śpiewa po swojemu. I radzi sobie naprawdę przyzwoicie. Także teksty są solidne i nie przeszkadzają.

Jedno nie ulega wątpliwości – „Fly from Here” będzie dzieło fanów grupy Yes. Starych zasmuci odejście Andersona, nowych może zachęcić melodyjność i chwytliwość. I jest to zaledwie dobry album.

7/10

Radosław Ostrowski