Ciemno, prawie noc

Wałbrzych. Miast pełen brudu, kopalni oraz szarzyzny. I to właśnie tutaj przybywa dziennikarka Alicja Tabor, która kiedyś tu mieszkała. Próbuje napisać o sprawie zaginięcia trójki dzieci, mimo starań policji. Ale kobieta jeszcze próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości, co może mieć istotny wpływ.

ciemno prawie noc1

Borys Lankosz po latach przerwy wraca z kolejną adaptacją literacką. Tym razem wziął na warsztat powieść Joanny Bator, której – niestety, albo na szczęście nie czytałem. Niby mamy tutaj coś w rodzaju dochodzenia, gdzie nasza bohaterka prowadzi rozmowy. Czy to z matką jednej z zaginionych dzieci, ciotką drugiego czy dyrektorem z domu dziecka „Aniołek”. I do tego jeszcze mamy przebitki z przeszłości, odkrywania tajemnic z życia samej Alicji (a dokładniej zniknięcia jej siostry) oraz wiele innych zagadek. I muszę przyznać, że atmosfera oraz klimat tajemnicy naprawdę wciąga. Poczucie obcości potęgują znakomite zdjęcia Marcina Koszałki (zarówno te nocne, jak i przyrody) oraz świdrująca uszy muzyka. Ale dla mnie największym problemem jest tutaj scenariusz, który całe to śledztwo spycha absolutnie na daleki, BARDZO daleki plan. Twórcy przypominają sobie o tym w ostatnich 30 minutach, gdzie znikąd pojawia się pewien trop. Do tego jeszcze przeskakujemy z postaci na postać, z wątku na wątek, już do niego nie wracając.

ciemno prawie noc2

Bo im dalej w las, tym więcej patologii, brudu i degrengolady zobaczycie. Gwałty, zabijanie zwierząt, pedofilia, pornografia dziecięca, handel dziećmi, kazirodztwo, Kotojady, morderstwo – chyba niczego więcej nie pominąłem. Problem jednak w tym, że im bardziej oddalamy się od śledztwa oraz niby bliżej poznajemy tło, tym bardziej miałem to kompletnie w dupie. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach, co jest kompletnie zaskakujące. Samo szokowanie brutalnością, podłością i okrucieństwem świata, gdzie słońce już dawno opuściło to miejsce jest bardzo nieskuteczną strategią. Zamiast współczucia jest nuda, śmiech, obojętność (niepotrzebne skreślić).

ciemno prawie noc3

Reżyser jest jednak na tyle sprytny, że zaprosił iście gwiazdorską obsadę i częściowo próbuje ratować ten bajzel. Ale te duże nazwiska w większości pojawiają się na kilka, kilkanaście minut. Podobać może się wycofana Magdalena Cielecka w roli Alicji Tabor, tylko że nie bardzo byłem w stanie wejść w jej skórę. Niewiele się o niej dowiadujemy, albo inaczej: ta historia jest strasznie poszatkowana. Poza nią najbardziej wybija się z tego grona Piotr Fronczewski (dyrektor domu dziecka) oraz bardzo pogubiona Roma Gąsiorowska (Mizera).

Oglądając „Ciemno, prawie noc” cały czas miałem skojarzenia z „Ostrymi przedmiotami”, tylko że Lankoszowi ktoś bardzo stępił pazury. Zamiast emocji oraz tajemnicy, pojawia się przerost formy nad treścią, a kolejne dokręcanie patologicznej śruby po prostu irytuje. Nie spodziewałem się takiego rozczarowania.

4/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Warsaw by Night

Kolejny film nowelowy z Polski, który mignął przez kina i tyle go widzieli. Tym razem za kamerą stanęła Natalia Koryncka-Gruz wracająca po długiej przerwie do dużego ekranu. Ale czy pobyt i praca przy serialach telewizyjnych nie pozbawiła intuicji reżyserki Jeden lokal, cztery kobiety w różnym wieku i ich historie: od młodej nastolatki z niebieskimi włosami (czyżby ktoś oglądał „Życie Adeli”?) przyjeżdżającej do Warszawy przez niby żyjącą w związku młodą dziewczynę, dojrzałą kobietę próbującą pomóc swojej rozhisteryzowanej siostrze po rozwiedzioną starszą panią śledzącą swojego byłego męża.

warsaw_by_night1

Wszystkie te opowieści skupiają się na tej jednej nocy (ewentualnie dniu przed nią), lecz sprawiają wrażenie bardzo takich pourywanych, z wieloma niedopowiedzeniami – zbyt wieloma – oraz bardzo krótkim czasie skupionym na każdej postaci, co bardzo mocno mnie zabolało. Jednak niemal wszystkie bohaterki (poza wizytą w toalecie) łączy jeszcze jedna rzecz: poczucie samotności, znudzenia, odrzucenie. Tylko, że te obserwacje reżyserki wydają się kompletnie pozbawione emocji, zaś zachowanie niektórych osób (niekoniecznie na pierwszym planie) wydaje się co najmniej zastanawiające. O ile jeszcze Igę, decydującą się pójść na rozmowę zamiast siostry z kochanką jej męża jestem w stanie zrozumieć, o tyle najbardziej drażni mnie Maja. Niby jest w związku, ale traktuje swojego partnera jak śmiecia (pyskuje, jest egoistką, do restauracji ubiera się jak na dyskotekę, nie słucha go), nie liczy się z jego zdaniem i jest tak odpychająca, że brakuje słów. Jeszcze uwagę potrafi skupić niebieskowłosa Renata oraz jej pobyt w Warszawie, zakończony gwałtowną wizytą u – nie, tego wam nie zdradzę – czy ubarwiony odrobiną humoru wątek Igi oraz jej rozmowy z kochanką.

warsaw_by_night2

Tylko, że reżyserka nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału swojego filmu o różnych aspektach miłości, polanych melancholijnym sosem. Dialogi miejscami przyprawiają o ból głowy, zaś obecność taksówkarza pytającego o pewien nadprzyrodzony problem, wydaje się zbyteczna. Muszę przyznać, że ładnie to wygląda, w tle gra bardzo pulsująca muzyka i nie jest to produkcja w stylu TVN-u. To wszystko jednak jest mocno nijakie, sztuczne, bez początku oraz końca, lekko telenowelowe. Gdyby każdy z tych wątków rozbudować, dodając jakieś 15-20 minut, dałoby się z tego wycisnąć dużo soczystości.

warsaw_by_night3

Najlepiej z tej kosmicznej obsady robi Stanisława Celińska, czyli najbardziej doświadczona przez życie Helena. Troszkę zgorzkniała, rozczarowana i pełna żalu, bólu, poczucia niespełnienia, gdy wypowiada swoje pretensje swojemu partnerowi (mocny Marian Dziędziel) nie czuć w niej fałszu. Drugim mocnym punktem jest wtedy kompletnie nieznana Marta Mazurek (Renata) – zbuntowana, skrywająca pewną tajemnicą, chociaż jej tło pozostaje niezbyt zarysowane (chociaż wybija się Gabriela Muskała jako matka). Za to kompletnie drażniła mnie Roma Gąsiorowska (Maja), wywołująca sprzeczne emocje niż sobie założyli twórcy. A drugi plan jest wręcz przebogaty, że głowa mała, a najbardziej z tego tłumu wybija się Łukasz Simlat (tajemniczy Filip) oraz Joanna Kulig (kochanka).

Jak wygląda Warszawa nocą? Bywa ładna, czasami potrafi poruszyć, jednak przez większość czasu zwyczajnie nuży. Przerwa od realizacji filmów była zdecydowanie za długo, chociaż czuć było duży potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Plan B

Nowelowe kino ostatnio znowu przeżywa renesans. Ale z drugiej strony takie filmy, gdzie mamy przeplatane historyjki kilku postaci wymagają więcej precyzji, skupienia i zgrania wszystkich elementów do kupy. Tego zadania postanowiła podjąć się Kinga Dębska w swoim trzecim filmie „Plan B”.

Akcja toczy się parę dni przed Walentynkami, zaś bohaterami jest czworo ludzi znajdujących się w tym momencie, gdzie ich życie zaczyna się wywracać do góry nogami. Mirek właśnie wyszedł do więzienia, a w domu nikt na niego nie czeka, u Natalii (kiedyś wiolonczelistka) córka wyjeżdża za granicę i zostawia ją mąż, Agnieszka (wykładowca) traci ukochanego w wypadku, zaś Klara bardziej skupia się na życiu swojego ojca niż własnym. Innymi słowy spokojne i stabilne życie zostało zburzone w ułamku sekundy. Tylko co dalej?

plan_b1

Jak wspominałem historie tutaj się przeplatają, czyli przeskakujemy z jednej postaci do drugiej, chociaż niektóre wątki są bardzo luźno ze sobą powiązane. Wszystkie mają za to jeden wspólny mianownik: samotność. Każdy z bohaterów musi się pogodzić z zastaną sytuacją i odnaleźć swoje miejsce. Ale od czego są inni ludzi, bo czasem przypadkowe zdarzenie może doprowadzić do czegoś nowego, znalezienia nowej, bliskiej osoby (z którą raźniej można iść przez drogę zwaną życiem), przewartościowania, znalezienia nowego planu na siebie. Same przejścia nie wywołują dezorientacji czy chaosu, a całość polana jest sporą ilością ciepłego humoru. Tylko, że to wszystko wydaje się (dla mnie) zbyt skrótowe, pewne problemy są nagle rozwiązywane, poza kadrem. I przez to nie byłem w stanie do końca wejść w ten tytuł. Nie brakuje kilku zapadających w pamięć momentów (pierwsze spotkanie Mirka z psem i wspólny posiłek, zdemolowanie kuchni przez Natalię czy scena pogrzebu), nawet wręcz dramatycznych, tylko scenariusz mocno kuleje, mimo iż Dębska wyciska z niego wszystko. Za łatwo to wszystko wchodzi, postacie są dość lekko zarysowane, a wiele scen zasługuje na rozwinięcie.

plan_b2

Ale trzeba przyznać, że wszystko to jest świetnie zagrane. Na pierwszy plan wybija się Marcin Dorociński, który od początku budzi sympatię, a jego interakcje z psem dodają bardzo dużo lekkości. Klasę także potwierdza Kinga Preis (Natalia) oraz dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Edyta Olszówka (Agnieszka), przekonująco pokazując stany emocjonalne swoich bohaterek w bardzo powściągliwy sposób. Za to odkryciem dla mnie była Małgorzata Gorol (Ania), dodając odrobinę dynamiki w relacji z Agnieszką. No i jeszcze Roma Gąsiorowska pokazująca się z dobrej strony.

plan_b3

Powiem szczerze, że „Plan B” wywołał we mnie poczucie lekkiego niedosytu. Można było troszkę rozciągnąć i rozbudować każdy z tych wątków, bo scenariusz jest najsłabszym ogniwem. Ale seans pozostaje bardzo przyjemny, wręcz działa kojąco, co jest ogromną zasługą Dębskiej. Tylko przyzwoite dzieło.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Tarapaty

Poznajcie Julkę – młodą dziewczynkę, której rodzice mieszkają w Kanadzie i ma wkrótce do nich pojechać na wakacje. Niestety, rodzice to dość zapominalscy ludzie, więc dziewczynka spędza więcej czasu z ciotką, specjalistką od dzieł sztuki. Zapalnikiem wydarzeń jest kradzież cennych planów z domu ciotki, w czym Julka – pośrednio – miała wpływ (zostawiła otwarte okno). I wtedy na jej drodze pojawia się Olek – chłopiec prowadzący na własną rękę śledztwo w sprawie częstych kradzieży.

tarapaty1

Wydawałoby się, że w Polsce już kina dla młodych widzów się nie robi, chociaż ostatnio powoli coś się zmienia. Do tego trendu próbuje się wpisać debiut Marty Karczewskiej, przypominający troszkę klimaty książek Adama Bahdaja oraz Edmunda Niziurskiego, przeszczepiony do dzisiejszych realiów. Widać, że to produkcja skierowana do bardzo młodego widza, zaczynającego swoją przygodę z X Muzą. Jest to klasyczne kino, pełne zagadek, mylenia tropów oraz poszukiwania skarbu, który jest bardzo ciekawy (rysunek warszawskiej Syrenki od Pablo Picassa). Sama historia niezbyt mnie wciągnęła i jest pełna ogranych klisz (antypatyczny duet niań Pulchna i Chuda, oschła ciotka, troszkę nieporadni dorośli), które starszym odbiorcom będą zwyczajnie przeszkadzać. Całość idzie bardzo po sznurku, czasami jest dużo zbiegów okoliczności, a miejscami jest wręcz mrocznie jak w tunelu i zaskakująco poważnie jak na film familijny. Tutaj najważniejsza jest kwestia zaufania do innych, która jest wystawiana na próbę oraz przyjaźń Julki z Olkiem, o czym ciągle opowiada sama bohaterka z offu.

tarapaty2

Trudno się przyczepić do realizacji, bo jest bardzo porządnie wykonana. Ładne są zdjęcia z wykorzystywanym motywem z perspektywy otwieranych drzwi czy niszczonej ściany. Nawet dialogi są całkiem niezłe. Ale brakuje jakiegoś błysku czy czegoś, co wybijałoby ze stanu średniego, chociaż doceniam wyjście poza budynki.

tarapaty3

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do popisu, zaś dzieciaki (Hania Hryniewiecka oraz Jakub Janota-Bzowski) miejscami brzmią sztucznie, przyprawiając parę razy o ból uszu. Ok, to są debiutanci i nie należy wiele wymagać, jednak można było nad tym popracować. Troszkę luzu wniósł Piotr Głowacki (tajemniczy „Szef”) oraz przerysowany duet Maria Maj/Jadwiga Jankowska-Cieślak. Poważniejsza jest Joanna Szczepkowska (ciotka) i pojawiający się na dość krótko Krzysztof Stroiński (muzealnik).

Jeśli chcecie zobaczyć film dla młodego odbiorcy, to lepiej sięgnąć po „Za niebieskimi drzwiami” czy nawet „Klub włóczykijów”. Debiut Karwowskiej jest pewną nadzieją dla kina dziecięcego, chociaż dla mnie troszkę działał ziewogennie. Niemniej chciałbym więcej tego rodzaju kina w Polsce.

5/10

Radosław Ostrowski

PolandJa

Kino nowelowe czy posiadające polifoniczną narrację nie jest niczym nowym czy zaskakującym – bez względu na gatunek czy konwencję. Na wieść o polskiej komedii składającej się z kilku wątków, podchodziłem dość sceptycznie. Zwłaszcza, że jest t dzieło debiutanta.

polandja1

O czym jest „PolandJa”? to zbiór kilku historii pokazujących Polaków portret własny, czyli opisem naszej zawiści, nienawiści, pracoholizmu, nietolerancji. Problem w tym, że kilka z tych nowelek kompletnie nie działa, a poczucie humoru oparte na rzucaniu kurew, pizd i innych wulgarnych słów. Trzeba jednak przyznać, że twórcom nie brakuje pomysłów na historyjki: ojciec jadący na spotkanie, by potem dotrzeć do córki na zawody sportowe, profesor akademicki korzystający z usług prostytutki (okazuje się ona jego… studentką), dwójkę nacjonalistów, chłopak próbujący pozbyć się węża, policjanta i bandziora gadającego o kobietach, pracownicę korporacji zwolnioną z pracy, a punktem spójnym jest budka z kebabem „Istambuł”.

polandja2

To miejsce dochodzi do finałowego zderzenia, ale to wszystko nie łączy się w jedną opowieść – brak jakiegoś wydarzenia, będącego klejem. Wszystko w oparach absurdu, a reżyser próbuje skomentować obecną sytuację kraju, mierzącego się z imigracją i „brudasami”. Bywa czasami dosadnie (rozmowa Iwo z Erykiem), nawet lekko romansowo (studentka w związku z pracownikiem budki z kebabem) czy wręcz purnonsensowo (wątek Szymona i tajemniczego kloszarda), ale to wszystko ani ciekawe, ani zabawne, czy nawet wnikliwe – wszystko ociera się o banał, wyciągając mało odkrywcze, a nawet krzywdzące wnioski (że mało Polaków w Polsce przez „brudasów” czy innych „ciapatych”).

polandja3

„PolandJa” jest miejscami topornie zrealizowana, choć zdjęcia są niezłe. Broni się też muzyka Andrzeja Smolika, dobrze pasująca do wydarzeń ekranowych, nawet zgrabnie wykorzystująca piosenki. Ale sami bohaterowie są ledwo liźnięci i pozbawieni jakiegoś wyraźnego tła czy motywacji. Czułem się wrzucony w środek historii, bez początku czy puenty, przez co miałem tak naprawdę gdzieś ich losy. Jeśli jednak ktoś wyróżnia się z tego grona postaci, to byłyby zdecydowanie role Izy Kuny (Jola), Borysa Szyca (żołnierz w ostatniej sekwencji) oraz Jerzego Radziwiłowicza (profesor). Jeszcze można wspomnieć Janusza Chabiora (menel) i Michała Żurawskiego (Eryk, czyli typowy Janusz), tworzący wyrazisty drugi plan.

polandja4

Tylko, że to wszystko nie wystarcza, bo „PolandJa” nie daje ani dobrej (lub co najmniej przyzwoitej) rozrywki, ani jakiejś trafnej obserwacji rzeczywistości (nieudolne próby pozbycia się węża czy próba wysadzenia kebabu) lub solidnej realizacji. Poza aktorami nie ma tu zbyt wiele do pokazania, co mocno smuci.

polandja5

4/10

Radosław Ostrowski

Bodo

Nie jest niczym nowym fakt, że seriale są przerabiane na kinowy ekran. To praktyka znana na Starym Kontynencie od lat, więc kiedy pojawiły się wieści o kinowej wersji serialu „Bodo” nie byłem ani zdziwiony, ani zaskoczony. Spodziewałem się ścinek scen, które nie koniecznie będą ze sobą powiązane, ale przynajmniej będzie się to dobrze oglądało i zachęci do obejrzenia serialu. Jak udało się w przypadku filmu Michała Kwiecińskiego?

bodo1

Lepiej niż się spodziewałem, chociaż do ideału daleko. Całość jest biografią Eugeniusza Bodo – jednego z najpopularniejszych polskich aktorów okresu przedwojennego. Już jako młody chłopak pragnął być artystą, chociaż rodzice mieli wobec niego inne plany – medycyna. To przyniosłoby spokój, stabilizację, szacunek innych ludzi. Ale Bodzio (tak był nazywany) uparł się i konsekwentnie szedł swoją drogą. Sława, pieniądze, kobiety, blichtr – niby udaje się zrealizować swoje marzenie, ale jednocześnie czego w tej drodze zabrakło. Widać, że twórcy próbują balansować między życiem zawodowym aktora a prywatnym – pełnym miłostkom, romansom oraz ciągłych myślach o tej jednej, co go dawno temu zostawiła. Stanowi to główny wątek filmu i jednocześnie staje się to siłą napędową poczynań naszego bohatera. Tylko, że nadal (bo w końcu to fragmenty serialu) widać skrótowość i wiele wątków jest tutaj bardzo szybko wprowadzanych, by uciąć, już więcej do nich nie wracając. Dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co widzimy na ekranie. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie potrafiło chwycić za gardło.

bodo2

Jestem za to pod dużym wrażenie strony realizacyjnej. Scenografia i kostiumy bardzo zgrabnie odtwarzają czasy przedwojenne. Dlatego tak często jesteśmy albo na scenie, teatrze czy kawiarni. Sceny występów wyglądają wręcz oszałamiająco, porażając przepychem, świetną pracą kamery oraz choreografią. Jeśli do tego dodamy bardzo czarującą muzykę, mieszającą przedwojenną elegancję ze współczesnym sznytem, nasze zmysły będą usatysfakcjonowane.

bodo3

Aktorsko jest całkiem dobrze, chociaż tak naprawdę skupiono się na samym Bodo. Jego młodsze oblicze (dobry Antoni Królikowski) to młody, ale już mający sprecyzowany plan. Pierwsze próby są średnio udane (nauka tańca idzie opornie), jednak widać determinację oraz upór. Z kolei starsza wersja (fantastyczny Tomasz Schuhardt) to już świadomy swojej wartości aktor, chociaż bardzo mocno skupiony na sobie, swojej karierze, a kobiety traktujący niemal jak rękawiczki. Ja mógłbym uwierzyć w tą miłość do Ady, dla której pozostawił swoje miejsce w sercu, gdyby nie grająca tą rolę Anna Pijanowska. Tak złego grania nie widziałem od dawna – sztuczny, pozbawiony emocji głos, fatalna dykcja, sprawia prawdziwy ból uszu. Reszta pań radzi sobie przyzwoicie (Roma Gąsiorowska, Patrycja Kazadi), robiąc dobre wrażenie w partiach musicalowych.

bodo4

„Bodo” to przykład kina, które ma zaintrygować na tyle, by obejrzeć wersję pełną, czyli telewizyjny serial. Udało się twórcom odtworzyć klimat tej epoki, jej blichtr oraz blask, chociaż mocno czuć skrótowy scenariusz. Niemniej efekt jest zaskakujący, co także jest zasługą fantastycznej roli Schuhardta, dla którego warto spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 2

Pierwszą część „Listów do M.” wspominam bardzo ciepło – to była jedna z fajniejszych komedii ostatnich lat na polskich ekranach. Mimo product placementu i wrzucaniu co modnych przebojów, była autentycznie zabawna oraz momentami wzruszająca. Druga część, robiona przez innego reżysera (Mitję Okorna zastąpił Maciej Dejczer) i innych scenarzystów, niestety, cierpi na tzw. syndrom sequela. Niby jest więcej wszystkiego, ale tak naprawdę nic się nie dzieje.

listy_do_m_21

Wracają nasi starzy znajomi, ale od tego czasu zmieniło się wiele: Karina napisała powieść i rozwiodła się ze Szczepanem, obecnie taksówkarzem. Mikołaj nadal jest radiowcem, mieszka z Doris oraz synem Kostkiem, ale jeszcze nie zdecydował się na pierścionek, proszenie o rękę itp. Mel, jak to Mel, mimo tego, iż ma syna, nie zmienił się w ogóle – nadal naciąga na kasę i podrywa mężatki. Jest jeszcze Małgorzata, szefowa Mikołaja, która ciężko choruje. Chociaż zebrano kasę na operację dla niej, nie chce się na nią zdecydować. Ale jest też nowy bohater – trębacz Redo, podejmujący wybór między obecną narzeczoną Moniką a poznaną po latach pierwszą miłością.

listy_do_m_22

Jak widać, miłości jest tutaj sporo i to w różnych odcieniach. Bywa poważnie, stara się być momentami lekko, ale poczucie humoru nagle wyparowało. Pamiętam z pierwszej części rozbrajające teksty Mela i Mikołaja (kolejno Tomasz Karolak i Maciej Stuhr), którzy kradli film całej reszcie obsady. W tej części najlepszy jest Karolak jak próba zrobienia „Złego Mikołaja” na naszym podwórku oraz absolutnie poważny Piotr Adamczyk (ten Szczepan jest taki zadziorny, że trudno go nie polubić). Reszta postaci (z nowymi twarzami – Maciejem Zakościelnym a.k.a. Drewienko oraz Martą Żmudą-Trzebiatowską) sprawia wrażenie znudzonych i nie zainteresowanych swoimi postaciami. Dodatkowo nie mają specjalnie czego grać. Wszystko jest tu aż nadto poważne, jest więcej reklamy pewnej stacji, która produkowała ten film i jest tak mdło, że bolą zęby. I co tam robi Piotr Głowacki, snujący się po tym mieście?

listy_do_m_23

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o drugich „Listach”, ale zwyczajnie nie potrafię. Owszem, zdjęcia są ładne, muzyczka niezła, ale to wielkie rozczarowanie. Ganianie za owcą po markecie było mało zabawne. Jak na komedię było zbyt poważnie, a nie o to w tym gatunku chodzi.

listy_do_m_24

5/10

Radosław Ostrowski

 

Córki dancingu

Wyobraźcie sobie Warszawę lat 80. jako miejsce pełne barw i kolorów, gdzie mieszkańcy bawią się w eleganckich lokalach. I to właśnie w tych knajpach wielką popularność zdobywa zespół Figi i Daktyle, do którego dołączyły dwie młode dziewczyny, wychowywane przez wokalistkę zespołu. Złota i Srebrna – tak mają na imię obydwie laski – skrywają jedną, ważną tajemnicę. Są syrenami – takimi z ogonami i dlatego ładnie śpiewają.

corki_dancingu1

Debiutująca na dużym ekranie Agnieszka Smoczyńska postanowiła wypełnić pustkę związaną z brakiem dobrych polskich musicali, tworząc oniryczną opowieść z bardzo mrocznym klimatem. I nie dajcie się zwieść tej kiczowatej wizualnie otoczce oraz dyskotekowej muzyce lat 80. Reżyserce udaje się barwnie odtworzyć realia (niesamowita taneczna scena zakupów w sklepie Sezam), jednak tak naprawdę jest to baśń o sławie, dojrzewaniu i miłości. Syreny nasze, niczym te ze starożytnych mitów, mają zniewalający głos, dzięki któremu mogą manipulować ludźmi, a za zranienie ich uczuć lub zniewagę, odpowiadają krwią. Film może wprawić w dziwaczną konsternację, gdzie sceny oniryczne, czyli każde w których widzimy nasze syreny w całej okazałości (z ogonami) przeplatają się z występami zespołu w całej wizualnej orgii. Sama ta wizja, jak i zestaw piosenek robi imponujące wrażenie.

corki_dancingu2

Dodatkowo mamy kilka drobnych wątków pobocznych uatrakcyjniających całość – jest romans między Srebrną a Basistą zespołu, który komplikuje siostrzaną relację, jest morderstwo i spożywanie ludzi przez syreny. I jest to dość naturalistycznie pokazane, co słabsze osoby może wystraszyć. Smoczyńska cały czas balansuje między kiczem, mrokiem i baśnią, ciągle zmieniając klimat i styl. Mimo pewnego niewykorzystania kilku postaci (pani porucznik MO czy kucharka Rakieta), to bilans wychodzi pozytywnie. Miks kiczowatego musicalu z horrorem jest smaczny, intryguje do samego końca (świetna muzyka duetu Ballady i Romanse), dodatkowo zagrane jest na wysokim poziomie.

corki_dancingu3

Nic złego nie powiem o Kindze Preis, która znów potwierdza klasę i jej głos (gdy śpiewa) potrafi oczarować. Podobnie drobne epizody Zygmunta Malanowicza (kierownik z wąsami), Romy Gąsiorowskiej (Rakieta) i Katarzyny Herman (porucznik MO), jednak film ukradły tytułowe bohaterki, zagrane przez Michalinę Olszańską oraz Martę Mazurek. Pierwsza to klasyczny, drapieżny wamp, świadomy swojej atrakcyjności, z kolei druga (Srebrna) to delikatna, miła dziewczyna dopiero odkrywająca smak życia. Czuć silną więź między syrenami (dziwaczne dźwięki w tle – ich mowa), tym bardziej porusza finał.

corki_dancingu4

Takiego filmu jeszcze na naszym podwórku nie było – z jednej strony prawie jak „Disco Polo” (podobna estetyka wizualna), z drugiej coś takiego mogło powstać w umyśle Davida Cronenberga (pod warunkiem, że byłby Polakiem). Na pewno „Córki” podzielą wszystkich widzów, ale na pewno jest to taki film, którego nie da się po prostu wymazać.

7/10

Radosław Ostrowski