Szlachectwo zobowiązuje

Pamiętacie jak kilka miesięcy temu pojawił się „Przepis na morderstwo” z Glenem Powellem w roli głównej. Sam film był mocno średni i – o czym w trakcie seansu nie wiedziałem – był remakiem uznawanego za klasyka brytyjskiej produkcji z roku 1948. Właśnie teraz przyszła okazja obejrzeć oryginał, który – jak w 9 na 10 przypadków – wypada o wiele lepiej od późniejszej imitacji.

Tym razem bohaterem jest niejaki Louis Mazzini (Dennis Price). Mężczyzna pochodził z – jakby to elegancko nazwać – małżeńskiego mezaliansu bogatej arystokratki z rodu D’Ascoyne z włoskim śpiewakiem operowym. Reszta rodziny zniosła to spokojnie, a mianowicie odcięła się całkowicie od niej. Zarówno po śmierci ojca Louisa (niemal od razu po porodzie), jak też jego matki, która chciała być pochowana w rodzinnym grobowcu. Do czego nie doszło, a ta zniewaga krwi wymaga. Co oznacza, że młodzieniec planuje odebrać swoje i zemścić się na nieznanej familii. Problem w tym, że kolejka do rodzinnej fortuny jest dłuższa niż droga z Olsztyna do Zakopanego i trzeba będzie sobie pobrudzić rączki.

Reżyser Robert Haner miesza czarną komedię z satyrą na wyższe sfery oraz kwestie klasowe. Sama historia zaczyna się, kiedy Louis w więziennej celi czeka na wyrok śmierci, a jego historię poznajemy w formie retrospekcji. Towarzysząca narracja z offu niepozbawiona jest typowej brytyjskiej ironii w bardzo eleganckim stylu, który dzisiaj jest rzadkością. To właśnie w dialogach oraz monologach jest największa siła humoru, gdzie jest zderzenie arystokracji (i to tuż po zakończeniu II wojny światowej) z naszym protagonistą, próbującym się dopasować do tego otoczenia. Poboczny wątek związany jest z dawną przyjaciółką, Sibella (Joan Greenwood), która bierze ślub z dzianym przyjacielem, lecz nie pozostaje Louisowi obojętna. Ta komplikacja okaże się jedną z niespodzianek w całej historii, tak jak efektywne sceny zabójstw (bez pokazywania samego mordu czy krwi) rodzinki – od użycia trucizny i podmiany jednego z płynów na benzynę po użycie strzelby czy… łuku.

Co bardzo zaskoczyło mnie to strona techniczna. Mimo czarno-białych zdjęć (jedna z wcześniejszych prac Douglasa Slocombe’a – później stworzy zdjęcia m. in. do „Jesus Christ Superstar”, „Wielkiego Gatsby” czy trylogii Indiany Jonesa) wygląda to naprawdę ładnie. Spore wrażenie wrażenie robi też scenografia (od samego zamku D’Ascoyne i kościoła aż po wynajmowane mieszkanie) oraz barwne i zróżnicowane kostiumy. A wszystko spina się w dość nieoczywisty finał, którego nie zamierzam zdradzać. A także jest to świetnie zagrane. Fantastyczny Dennis Price w roli Louisa potrafi zarówno budzić sympatię i współczucie, ale także sprytnie odnajduje się na salonach swoim sposobem wysławiania się. Jednak całość tutaj dominuje kapitalny Alec Guinness jako rodzina D’Ascoyne. Nie, nie pomyliłem się – gra tu aż 8 (w tym jedną kobietę) członków familii w różnym wieku: od młodego pasjonata fotografii przez starego bankiera i zmęczonego generała po niezbyt lotnego proboszcza oraz upartego admirała. Za każdym razem brzmi inaczej, wygląda inaczej (charakteryzacja jest imponująca), tworząc bardzo wyraziste postacie, nawet jeśli pojawiają się na krótko. A wszystko to bez komputerowych sztuczek czy efektów specjalnych – samo to powinno być zachętą do obejrzenia filmu.

Aż nie chce się wierzyć, że od premiery minęło aż 77 (!!!) lat. Bo „Szlachectwo zobowiązuje” nic nie straciło zarówno z lekkiego tonu oraz kąśliwej satyry na uprzywilejowane, próżne oraz pasożytnicze wyższe sfery. A to rzadko można powiedzieć o aż tak wiekowych filmach, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Przepis na morderstwo

Czy są tutaj fani Glena Powella? Aktor przebił się do szerszej widowni drugoplanową rolą w drugim „Top Gun” i od tamtej pory pojawia się częściej na ekranach, także w głównych rolach. Aczkolwiek ostatnio coś chyba Amerykanin nie ma szczęścia (gdzieś od czasu chłodno odebranego „Uciekiniera” – jeszcze nie widziałem), zaś produkcje z jego udziałem ponoszą komercyjną oraz artystyczną porażkę. Czy to mnie zniechęciło do sprawdzenia „Przepisu na morderstwo”? Nie, ale trochę żałuję zmarnowanego czasu.

W najnowszym filmie Johna Pattona Forda Powella gra Becketa Redfellowa – młodego faceta z bardzo zamożnej rodziny. Tylko, że jego matka spłodziła go z jakimś gołodupcem jak miała 18 lat i miała dwa wyjścia – aborcja z dostatnim, wygodnym życiem albo urodzić, będąc wykluczoną z rodu. Co wybrała, możecie się domyślić. Tak z bogatego pałacu trafiła do skromnego mieszkania w Belleville i pracowała jako urzędniczka. Mimo to jednak starała się dać chłopakowi odpowiednie wykształcenie oraz ogładę godną dżentelmena z wysokich sfer. Dając też nadzieję, że wkrótce odziedziczy ogromny majątek. Jednak kobieta umiera, gdy Becket jeszcze jest dzieciakiem i początkowo nie radzi sobie za dobrze. Już jako dorosły mężczyzna Becket planuje odzyskać, co swoje i musi zrobić tylko jedno: pozbyć się pozostałych siedmioro członków rodziny.

Całość brzmi jak czarna komedia z satyrycznym zacięciem na elitę najbogatszych. Reżyser pozwala Becketowi samemu opowiedzieć historię… księdzu na kilka godzin przed egzekucją. Pozornie może wydawać się pozbawieniem napięcia, bo wiemy, że plan się nie udał. Niemniej byłem zaciekawiony. Ale mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony humor opiera się na mocno przerysowanych postaciach „rodziny” jak ekscentrycznego artystę (znany z „Doliny Krzemowej” Zach Woods), pastora lubiącego nadużywać ulg podatkowych (Topher Grace) czy planującego lot w kosmos wuja (Alexander Hanson). Z drugiej brakuje tutaj napięcia, zaś słodko-gorzkie zakończenie niby daje satysfakcję, lecz jest przewidywalne.

Drugim mocnym problemem była dla mnie postać dawnej przyjaciółki Julie granej przez Margaret Qualley. Bardzo chaotyczna, wyrazista i żywiołowa, ewidentnie kreowana na femme fatale, od początku wydawała mi się strasznie śliska i odruchowo czułem, że te „przypadkowe” spotkania z naszym protagonistą miały pewien ukryty motyw. Co mi strasznie zgrzytało, bo między tą dwójką nie czuć było żadnej chemii. Sytuację częściowo ratuje sam Powell, będący czarującym i sympatycznym facetem, próbującym stać się hitmanem. Choć jest bardzo stonowany oraz grający bardzo oszczędnie, trzymałem i kibicowałem mu całkowicie. Z dość barwnego drugiego planu, gdzie raczej aktorzy nie mają zbyt wiele czasu ekranowego najbardziej wybija się niezawodny Bill Camp w roli Warrena Redfellow, szefa firmy inwestycyjnej. I jako jedyny z całej rodziny wydaje się najbardziej ludzki, przyziemny, co jest sporą niespodzianką.

Więc czy warto wybrać się na „Przepis na morderstwo”? Szczerze mówiąc nie, bo nie sprawdza się zarówno jako ostra satyra na nowobogackich elit, ani jako trzymający w napięciu thriller, ani czarna komedia. Jest to film okej, który niby ogląda się dobrze, ale bardzo szybko wypada z głowy. Produkcja bardziej nadająca się na streaming niż na duży ekran.

5,5/10

Radosław Ostrowski