Uncharted

Jak jest klucz do zrobienia udanej adaptacji gry komputerowej? Wielu szuka do tej pory sposobu, lecz dobrego tytułu to trzeba szukać bardzo głęboko. Wielu wyczekiwało planowanej od dawna adaptacji serii gier „Uncharted”. Planowana od 2008 roku, miała masę problemów (ciągła zmiana reżysera: od Davida O. Russella przez Shawna Levy’ego po Rubena Fleischer), scenarzystów, wreszcie zmiana odtwórcy głównej roli – Marka Wahlberga zastąpił Tom Holland), ale się w końcu udało doprowadzić sprawę do końca. Ale czy warto było czekać?

uncharted1

Film jest niejako prequelem do cyklu gier, gdzie poznajemy początki działalności łowcy skarbów i awanturnika Nathana Drake’a. Pierwszy raz go widzimy, gdy razem z bratem są w sierocińcu i zostają rozdzieleni. 15 lat później Nathan (Tom Holland) pracuje jako barman i drobny złodziejaszek, żyjąc sobie spokojnie. I wtedy w barze pojawia się niejaki Victor Sullivan (Mark Wahlberg) – poszukiwacz przygód oraz łowca skarbów, który poluje na łup ukryty przez załogę Ferdynanda Magellana. Mężczyzna werbuje Drake’a, bo znał jego brata. Ale nie są jedynymi poszukiwaczami, bo w ślad za skarbem rusza bogaty magnat Santiago Moncada (Antonio Banderas) oraz jego grupa najemników. Kto dotrze pierwszy?

uncharted2

Co ja mogę powiedzieć? Film jest kolejnym klonem, czerpiących z szablonów znanych z serii przygód Indiany Jonesa. Czyli mamy zagadki do rozwiązania, by dotrzeć do skarbu, egzotyczne lokacje, pościgi, strzelaniny, zdrady, wbijane noże w plecy. No i jeszcze kradzieże, które bardziej pasowałyby do „Ocean’s Eleven”, a zbyt dużo czasu skupia się na scenach planowania. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, film wygląda… tanio, brakuje znanego z gier rozmachu, spektakularnych, wręcz niebezpiecznych scen akcji, pędzącej na złamanie karku adrenaliny. Nawet żarty kompletnie nie działają, a wszystko jest dziwnie blisko ziemi, zaś budowanie kluczowych postaci… nie obchodziło mnie. Fabuła jest przewidywalna, gdzie bardzo łatwo można domyślić się przebiegu wydarzeń, zaś dialogi pozbawione są wyrazistości.

uncharted3

Także aktorsko nie ma tu szału, a kilka decyzji jest zadziwiających. Tom Holland w roli Drake’a wypada całkiem nieźle i robią wrażenie wykonywane przez niego popisy kaskaderskie, ale to nie jest trafiony wybór. Ja wiem, że to prequel gier z otwartą furtką na potencjalną franczyzę (scena po napisach) i jest to pierwsza poważna przygoda, ale za młodo wygląda i zbyt dużo wie na temat historii, choć nie wiadomo skąd ją posiadł. Z kolei Mark Wahlberg jako Sullivan jest bardzo niespójny. Z jednej strony to taki stary cwaniaczek, rzucający żarcikami, a z drugiej robi tu za walczącego twardziela. Wszystko w zależności od sytuacji. Reszta postaci zwyczajnie jest nijaka i pozbawiona charakteru (z wyjątkiem nieźle bawiącego się, choć niewykorzystanego Antonio Banderasa oraz Sophia Ali jako wspólniczka Sully’ego, Chloe).

uncharted4

Widać, że to bardziej studiu zależało na tym, by ten film powstał. Niby kino rozrywkowe, ale pozbawione duszy, serca, pasji i charakteru. „Uncharted” wygląda jak film nakręcony przez dziecko, które dostało kamerę do ręki i nie ma kompletnie pojęcia co robi. Dlatego powstało nudne, bezpieczne quasi-widowisko.

5/10

PS. Jeśli chcecie zobaczyć lepszą wersję przygód Nathana Drake’a, polecam sprawdzić ten fanowski film sprzed paru lat:

Radosław Ostrowski

Gangster Squad. Pogromcy mafii

Los Angeles, rok 1949. Niby miasto ma swoje władze, ale tak naprawdę rządzi nim bezwzględny gangster Mickey Cohen, który zbudował swoje wielkie imperium. Policję to on ma w kieszeni i dlatego wszyscy mogą mu skoczyć. Jednak naczelnik Parker powołuje specjalny oddział policji, którego zadaniem jest schwytanie i aresztowanie Cohena. Jej dowódcą jest John O’Mara – twardy i bezkompromisowy gliniarz.

gangster_squad1

Jeśli czytając ten opis nasuwają się wam skojarzenia z „Nietykalnymi” Briana De Palmy, to… macie racje. Takie też było moje pierwsze skojarzenie na temat filmu Rubena Fleischera, twórcy „Zombieland”. Ambicje były wysokie, a celem było zapewnienie rozrywki i połączenie starego (tematu) z nowym (technika). Efekt jest jednak rozczarowujący. Bohaterowie są bardzo jednowymiarowi i płascy – albo to przesadnie dobrzy kolesie albo są źli do szpiku kości i balansując na granicy groteski, sama historia przewidywalna i mało angażująca, choć twórcy postarali się jak mogli, by odtworzyć realia lat 40., które znamy z filmów noir. Jakby było tego mało, całość jest kręcona kamerami cyfrowymi, co już mi przeszkadzało we „Wrogach publicznych” Michaela Manna. Strasznie to kłuje, zwłaszcza w scenach akcji (w dodatku ostatnia konfrontacja jeszcze w slow-motion – litości). Owszem, scenografia i kostiumy robią wrażenie, ale to trochę przy mało.

gangster_squad2

Aktorzy też próbują coś wycisnąć z postaci, ale to było z góry skazane na przegraną. Najgorzej wypada Sean Penn w roli Cohena. O ile jeszcze charakteryzacja jest, powiedzmy, znośna, o tyle barwa głosu i sposób gry pozostawia wiele do życzenia. Trudno traktować go na poważnie, bo jest do bólu zły i przerysowany. Nieco lepiej wypada będący głównym antagonista Josh Brolin, ale jego bohater (O’Mara) jest z kolei zbyt bohaterski i prawy do bólu. O pozostałych aktorach (m.in. Ryan Gosling, Anthony Mackie, Giovanni Ribisi czy Robert Patrick) można powiedzieć, że po prostu byli po ekranie, ale jakoś niespecjalnie zapadli w pamięć. Trochę szkoda, bo potencjał był wręcz ogromny.

gangster_squad3

Cóż mogę powiedzieć dobrego na temat „Pogromców mafii”? Oczekiwania miałem spore, ale efekt jest mocno rozczarowujący. Jeśli liczycie na kino gangsterskie w stylu retro, lepiej po raz kolejny zobaczyć „Ojca chrzestnego” czy wspomnianych „Nietykalnych”.

5/10

Radosław Ostrowski