Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Przekładaniec

Bohaterem jest pewien młody, inteligentny chłopak w kolorze blond. Jest biznesmenem, który dostarcza towar, dostaje za to kasę i płaci działkę szefowi. Niby pierze swoje pieniądze, a ma ich dużo, dzięki biznesowi: dilerce narkotyków. Jednak coraz bardziej zaczyna myśleć o emeryturze. Przed tym dostaje dwie robótki do wykonania. Pierwsza dotyczy odnalezienia córki starego przyjaciela, która za bardzo lubi ćpać i zniknęła bez śladu. Druga sprawa to standard, czyli dobicie targu i sprzedaż tabletek ecstasy. Problem w tym, że jest to towar kradziony.

przekladaniec1

Na hasło brytyjskie kino gangsterskie dzisiaj wymawiane jest jedno nazwisko: Guy Ritchie. Nakręcony w 2004 „Przekładaniec” miał być kolejnym jego filmem, ale Brytyjczyk był zajęty innym projektem. Zamiast niego pojawił się jeden z jego współpracowników, czyli producent Matthew Vaughn. Czuć ten klimat znany z „Porachunków” i „Przekrętu”, chociaż jest to bardziej serio niż w/w. Bliżej jest do późniejszej „Rock’n’Rolli”, gdzie mamy zderzenie grubych ryb z drobnymi płotkami, nie brakuje gangsterów wykorzystujących policję dla własnych celów. Jest też w końcu prosty plan, który z każdą minutą coraz bardziej zaczyna się sypać, a poczucie bycia sprytnym od reszty wydaje się iluzoryczne. Pojawia się też humor, jednak jest go o wiele mniej niż w pierwszych film Ritchiego czy tego montażowego stylu. Zabawa w podchody, serbscy zabójcy, drobne cwaniaczki, kompletni idioci – dzieje się tu dużo, a posklejanie elementów układanki potrafi dostarczyć wiele frajdy. Nie brakuje trzymania w napięciu (akcja ze snajperem czy zabicie szefa mafii), jak i poważniejszych momentów.

przekladaniec2

Wygląda to bardzo porządnie i stylowo. Vaughn jeszcze nie jest tak efekciarski jak w „Kingsman”, ale potrafi bawić się równoległym montażem. Wszystko podbite bardzo fajną muzyką oraz eleganckimi zdjęciami. Vaughn spokojnie prowadzi narrację i potrafi ciągle zaskakiwać aż do finału zakończonego cliffhangerem.

przekladaniec3

Do tego mamy prawdziwą plejadę aktorów, którzy – w większości – nie są tak rozpoznawalni jak teraz. W roli naszego bezimiennego protagonisty wciela się Daniel Craig i to dosłownie przed zagraniem agenta 007. Pan X wydaje się bardzo pewny siebie, działa według określonego planu, jakby mając wszystko pod kontrolą. Niby wydaje się taki cool, ale to wszystko jest kamuflaż i parę razy widać, że w tej głowie coś się dzieje. Magnetyzująca, charyzmatyczna postać. Nie zawodzi Colm Meaney jako bardzo lojalny Greg, będący gangsterem starej daty, nie znoszący sprzeciwu Kenneth Granham, czyli szef Jimmy oraz bardzo śliski Michael Gambon (Eddie Temple). Gdybym miał wymienić wszystkie rozpoznawalne twarze, nie starczyło by czasu, ale mamy choćby znanych z „Porachunków” Jasona Flemynga i Dextera Fletchera, jest też Tom Hardy, Sally Hawkins czy Sienna Miller. Każde z nich ma te swoje przysłowiowe pięć minut, dodając swoją cegiełkę.

Największym grzechem debiut Matthew Vaughna jest pewne poczucie deja vu. Niemniej „Przekładaniec” to ciągle świetny brytyjski kryminał z przełomu wieków oraz wprawka do kolejnych, droższych produkcji tego producenta.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paddington

13 października 1958 dla dzieciaków z Wielkiej Brytanii miał się stać bardzo ważny, ponieważ otrzymały nowego, fajnego bohatera dla swoich czasów. Pochodził z Peru, lubił marmoladę, mówił po angielsku, był dobrze wychowany, ale też troszkę nieporadny i pakował się w różne tarapaty. Jego imię było dość trudne do wymówienia, więc dostał ludzkie imię – Paddington, gdyż na tym dworcu w Londynie został znaleziony. Miś Paddington spodobał się wszystkim, a ich autor Michael Bond (1926-2017) zapewnił sobie sympatię milionów czytelników. Kwestią czasu był fakt, żeby zainteresowali się nim filmowcy. Najpierw w formie animowanego seriali, by w 2014 stworzyć pełnometrażowy film aktorski. Zadania podjął się Paul King, reżyser wcześniej pracujący dla telewizji. I muszę przyznać, że z realizacji wyszedł dość obronną ręką.

paddington11

Sama historia to niejako – posługując się terminologią superbohaterską – origin story, gdzie poznajemy naszego misia jeszcze w Peru, wychowywanych przez wujostwo. Ich życie zmienia się z przybyciem pewnego odkrywcy, który poznał ich z cywilizacją i zaprosił ich do Londynu. Wiele, wiele lat później okoliczności zmuszają naszego misia do opuszczenia domu oraz ruszenia do Londynu, gdzie trafia do rodziny Brownów. Familia próbuje pomoc misiowi znaleźć odkrywcę i pozwalają na chwilę przenocować. Tylko, że ktoś bardzo dybie na życie niedźwiadka i chce zrobić z niego wypchanego pluszaka.

paddington12

Reżyser nie wstydzi się sięgać po ograne klisze i archetypy znane z kina familijnego – jest odpowiedzialny i zbyt nadopiekuńczy ojciec, zdrowo postrzelona matka, córka nie mogąca się odnaleźć w tym świecie oraz syn, marzący o karierze astronauty. Całość jest pełna ciepła, prostego humoru opartego na slapsticku, bo nasz miś jest strasznie nieporadny i potrafi wywołać wręcz mały Armageddon (pierwsza próba umycia się czy próba zaklejenia urwanej kartki taśmą), chociaż jest to bardzo sympatyczny i kulturalne zwierzątko z głosem Bena Whishawa. i mimo tego rodzaju humoru, to wszystko naprawdę działa. Choć film jest przewidywalny, serwuje proste przesłanie (bycie dobrym zawsze się opłaca, zło zawsze ukarane jest, a dobro zawsze wraca, rodzina to siła), robi to w sposób bezbolesny (chociaż końcówka korzysta troszkę z łopaty). A realizacyjnie ma kilka ciekawych pomysłów jak przedstawienie rodziny za pomocą… domku dla lalek, gdzie w każdym z pokoi widzimy członków i to, co robią, co dodaje troszkę świeżości czy wizyta w Gildii Geografów, wyglądającej w lekko retro-futurystycznej wersji.

paddington13

Aktorsko jest solidnie, każdy robi swoje, zaś postaci są na tyle zarysowani, że potrafią zapaść (zwłaszcza bardzo skontrastowani państwo Brown, czyli Hugh Bonneville i Sally Hawkins oraz ich sąsiad – lekko wścibski pan Curry w wykonaniu Petera Capaldiego). Ale film kradnie zarówno wspomniany Whishaw, jak i Nicole Kidman w roli czarnego charakteru – opanowanej, chłodnej manipulantki, której motywacja jest zaskakująco jasna, a w realizacji celu jest bezwzględna.

„Paddington” jako wprowadzenie do większej całości sprawdza się dobrze, mimo że troszkę trąci myszką. Niemniej potrafi zaangażować, ma w sobie wiele uroku, chociaż wydaje się być skierowany głównie do młodego widza. Ja się bawiłem całkiem nieźle i doceniam połączenie starego stylu z nowoczesnym sznytem. Widzę potencjał na większą serię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kształt wody

Poznajcie Elizę – to niezbyt młoda, w dodatku pozbawiona głosu kobieta, pracująca jako sprzątaczka. Ale nie w byle jakim miejscu, tylko w tajnej bazie, gdzie pracują naukowcy, wojskowi oraz tajny agenci. Pewnego wieczora (bo to nocna praca jest) do placówki trafia tajemnicze coś – istota będąca taka humanoidalną dużą rybą. Ma być zbadana lub (w razie braku powodzenia) zlikwidowana. Kobieta zaczyna potajemnie „spotykać się” (o ile można to tak nazwać) z tym stworem.

ksztalt_wody1

„Kształt wody” to najnowsze dziecko Guillermo del Toro – jeden z najbardziej wyrafinowanych plastycznie twórców kina. Sam film to bardzo dziwna mieszanka baśni, horroru, kina szpiegowskiego oraz melodramatu, bardzo niekonwencjonalnego. Jakimś dziwnym cudem to wszystko nie rozłazi się i nie wywołuje zgrzytów. Realizm splata się z fantastyką, miłość z przemocą i krwią, a wszystko to reżyser prowadzi bardzo zgrabnie, tworząc bardzo unikającą opowieść o inności, bliskości oraz przyjaźni. Ale i realia nie są wybrane przypadkowo – lata 60. to czas, gdy nieliczni mogli być traktowani jak ludzi (czarnoskórzy, homoseksualiści), przez co traktowano ich z uprzedzeniami oraz lękiem. Tak jak naszego stwora, mającego stanowić nową broń w walce z Sowietami.

ksztalt_wody2

Wszystko się zaczyna gmatwać, ale reżyser bez cienia fałszu, za to z ogromnym ładunkiem subtelności oraz empatii. Te jajka, troszkę nieśmiałe gesty, grana muzyka czy wreszcie fizyczny kontakt (spokojnie, bez obrzydliwości). Nie brakuje lekkości w kilku scenach („taniec” przed telewizorem), ale jednocześnie jest konsekwentnie budowane napięcie jak w wątku szpiegowskim czy podczas próby porwania istoty. Wszystko to wygląda nieprawdopodobnie pięknie, a kilka kadrów (finał, krople deszczu podczas jazdy autobusem czy czarno-biała partia musicalowa) zostanie w pamięci na długo. Ale najbardziej zaskakuje tu fakt, że to bohaterowie uznawani za wykluczonych (niemowa, gej, czarnoskóra) okazują się być najbardziej szlachetnymi oraz normalnymi ludźmi w tym szalonym świecie pełnym wrogości, uprzedzeń, nienawiści. Del Toro, mimo wszystko wierzy w człowieka, że potrafi wznieść się ponad zabijanie czegoś, co jest nieprzydatne lub niezrozumiałe.

ksztalt_wody3

A w tym wszystkim znakomicie sekundują aktorzy. Największe wrażenie robi Doug Jones, czyli nasz stwór, który się nie odzywa, ale ma w sobie coś tak poruszającego, że nie da się go traktować tylko jako zwierzątka. Poruszająca, znakomicie wyglądająca postać. Z ludzi zachwyca Sally Hawkins, która miała utrudnione zadanie – jak pokazać emocje bez mówienia? Robi to wybornie za pomocą gestów oraz mowy ciała, z każdą minutą coraz bardziej promieniejąc oraz nabierając kolejnych sił do konfrontacji. Jej przemiana z szarej myszki do silnej kobiety robi ogromne wrażenie. Partneruje jej znakomity Richard Jenkins (sąsiad-gej Giles), a także Octavia Spencer (koleżanka Zelda). Ale film kradnie absolutnie magnetyzujący Michael Shannon w roli pułkownika Stricklanda – pozornie opanowany i spokojny, lecz bezwzględnie dążący do realizacji celu.

ksztalt_wody4

Nie wiem jakim cudem sprawił to Del Toro, ale „Kształt wody” porusza, jest pełen wrażliwości oraz dopieszczony wizualnie. To wizja romantyka, który może i jest naiwny, ale szczery w swoim przekazie. Brzmi to bez sensu? Sprawdźcie to sami – ja to kupuję.

8/10

Radosław Ostrowski

Maudie

Sztuka dzisiaj wydaje się i kojarzy się głównie z galeriami, muzeami czy kolekcjonerami. Ale czy są jakieś kryteria osoby, mającej tworzyć coś, co może być uznane za dzieło sztuki? Jedną z takich osób jest skromna, wyglądająca na troszkę upośledzoną Maud. Mieszka z ciotką w jej domu, bo jej rodzinne gniazdo zostało sprzedane przez brata. Próbuje być samodzielna oraz pokazać, że jest w stanie zadbać o siebie. I to właśnie plus pewne ogłoszenie sprowadziło ją do Everetta Lewisa – mieszkającego samotnie na odludziu handlarza ryb. Staje się gosposią i – przy okazji – zaczyna malować.

maudie1

Biograficzny film Aisling Walsh zaskakuje swoją prostotą oraz brakiem kombinowania. Pozornie może się to wydawać brakiem ciągu przyczynowo-skutkowego. Widzimy jak nasza bohaterka próbuje się zaaklimatyzować u boku bardzo szorstkiego, nieufnego mężczyzny oraz jego rutyny codziennego dnia. Sprzątanie, rąbanie drewna, sprzedawanie ryb oraz bardzo powolne docieranie się tej dwójki odmieńców, skrywających pewne tajemnice. A wszystko rozgrywa się w pięknych krajobrazach kanadyjskich prowincji. Przyroda idealnie wpasuje się w nastrój tego niespiesznego filmu, bardziej skupionego na relacji bohaterów niż na sile tworzenia oraz kreacji.

maudie2

Wrażenie robią też same obrazy, które są pozornie proste, wręcz z dziecięcej perspektywy. Mogą one wydawać się zbyt proste, wręcz prymitywne (właściciel sklepu twierdzi: „Mój syn by to lepiej namalował”). Ale jest w nich coś pozytywnego, ciepłego, wręcz łagodnego. Wszystko wynika ze swoich wspomnień, delikatnych obserwacji (portret Maud i Everetta) dnia codziennego. Wszystko to pokazane z prawdziwą delikatnością oraz sympatią wobec bohaterów, co jest bardzo trudne do osiągnięcia. Wszystko spójnie poprowadzone, bez robienia laurki oraz prostych, jednowymiarowych postaci.

maudie3

I to właśnie postacie nakręcają ten film, a właściwie dwie. Tytułową Maudie odtwarza Sally Hawkins i jest rewelacyjna. Pozornie troszkę dziwna (ten chód), ale jest pełna energii, empatii, wręcz nieopisanej radości, takiego wewnętrznego ciepła. Kontrastem dla niej jest znakomity Ethan Hawke, który tworzy jedną z bardziej skomplikowanych postaci. Everett wydaje się początkowo szorstkim, chłodnym człowiekiem. Jego twarz pełna jest grymasów, z ust słychać mruknięcia, chrząknięć, zacięć. Facet skrywa pewną tajemnicę i widać, że przeszedł wiele. Ale pod tym wszystkim skrywa się coś więcej, a aktor pokazuje to znakomicie. Duet pozornie nie pasujący do siebie, lecz nie takie sytuacje widzieliśmy na ekranie.

„Maudie” nie jest klasyczną biografią skupioną na trzymaniu się faktów, lecz bardzo poruszająca historia miłosna dwójki outsiderów. Zaskakuje bardzo delikatną realizacją oraz bardzo pogłębionymi portretami postaci, które z czasem nie potrafią bez siebie żyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Godzilla

Wielki japoński potwór zwany Godzilla po latach powrócił do amerykańskiej ziemi. Po nieudanej wersji dokonanej przez Rolanda Emmericha, tym razem wielkie monstrum wziął na warsztat Gareth Edwards, który wcześniej nakręcił strasznie usypiającą „Strefę X”.

Całość zaczyna się w roku 1999, gdzie na Filipinach grupa naukowców organizacji Manners znajduje coś – jajo wielkiego stwora. W tym samym czasie w Japonii dochodzi do awarii reaktora, która doprowadza do śmierci żony pracownika elektrowni – Joe Brody’ego. Piętnaście lat później cała historia zaczyna się powtarzać, gdy w tym samym miejscu budzi się bestia. Pojawienie się monstrum zwanego MUTO budzi do życia Godzillę – w walkę między stworami o ludzkość włącza się (a przynajmniej próbuje) armia, a także syn Brody’ego, porucznik Ford.

godzilla4

Umówmy się, ze fabuła jest tylko pretekstem do pokazania świata po destrukcji dokonywanych przez wielkie monstra – większe niż najwyższe wieżowce. I tak naprawdę chodzi tylko o to, ale reżyser próbując opowiadać o ludziach wplątanych w ta walkę jedzie po wszelkich możliwych kliszach – armia liczy na siłową konfrontacje, ludzie reagują przerażeniem, a cywile robią to, co potrafią najlepiej: spierdalają w siną dal. Ale mimo to „Godzilla” trzyma w napięciu, ma wielki rozmach, wzorując się mocno na Stevenie Spielbergu. Po pierwsze: samej Godzilli nie ma zbyt często na ekranie, ale jak się pojawia – robi piorunujące wrażenie. To jest OLBRZYMIE bydle większe niż wszystko, co do tej pory widziałem. Roboty  i monstra z „Pacific Rim” przy tym, to wykałaczki. Po drugie: akcja jest dynamiczna, przenosimy się z miejsca na miejsce (ale i tak największa rozróba jest w USA – ciekawe dlaczego), a kilka scen mocno zapada w pamięć. Na pewno obudzenie MUTO, wielki korek z powodu rozbitego samolotu czy walka na moście Golden Gate. Wtedy reżyser trzyma za gardło i robi piękną wizualnie robotę. Szkoda jednak, że wątek porucznika Brody’ego (mdły Aaron Taylor-Johnson) jest mało angażujący i mamy gdzieś to, co się stanie.

godzilla3

W ogóle tutaj aktorzy nie maja nic do pokazania. Naukowcy jako jedyni mają zdrowy rozsądek (Sally Hawkins i mocno zamyślony oraz głęboko patrzący Ken Watanabe), o wojsku mówiłem (reprezentowany przez Davida Strathairna, czyli admirała Stenza), ale tylko jeden aktor zapada najmocniej w pamięć – to grający paranoicznego ojca Brody’ego Bryan Cranston. Może i on jest trochę przerysowany, trochę nadekspresyjny, ale to jego ze wszystkich ludzi pamiętam. Jak widać to jest bardziej walka potworów – Godzilli (strażnika ludzkości) z mutantami powstałymi wskutek nadmiernego używania broni nuklearnej.

godzilla1

„Godzilla” przywraca godność temu potworowi i przy okazji zapewnia naprawdę porządną rozrywkę z potężną rozpierduchą. Podejrzewam, że ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

godzilla2

 

7/10

Radosław Ostrowski


Blue Jasmine

Jasmine była żoną strasznie dzianego faceta w Nowym Jorku. No właśnie, była. Ponieważ jej mąż okazał się oszustem finansowym (kimś w rodzaju Madoffa), została pozbawiona wszelkich środków i nieruchomości. I co może zrobić? Decyduje się przyjechać do swojej siostry na zadupie (czyli San Francisco), by pozbierać się. A może pojawi się jakiś nowy facet?

jasmine1

Wszyscy znamy Woody’ego Allena jako twórcę błyskotliwych komedii z inteligentnymi dialogami, wnikliwymi obserwacjami damsko-męskimi. Ale jego najnowszy film to zupełnie inna półka. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru bazującego na zderzeniu świata bogatego z proletariackim, ale jest to bardzo gorzki dramat z bardzo wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci. Wyraźnie jest tutaj skontrastowane spokojne i bardziej ciepłe San Francisco z pełnym blichtru i bogactwa Nowym Jorkiem – pełnym zakłamania i hipokryzji (to miasto poznajemy tylko w retrospekcjach, przeplatających się z rzeczywistością). Ale tak naprawdę jest to historia o tym, że życie nie jest łatwe ani przyjemne, że szklanka jest do połowy pusta. Zaś postacie to przede wszystkim ludzi pełni buty, pozerstwa i głupoty, ale oni nigdy się nie zmienią. I co wtedy zrobić, żeby żyć dalej. Są dwa wyjścia – albo żyć złudzeniami, że jeszcze będzie lepiej (Jasmine) albo pogodzić się z tym faktem i brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza (Ginger). Owszem, widać elementy charakterystyczne Allena (dialogi, jazzowa muzyka i prosta czołówka), jednak tym razem nabiera to innego wydźwięku. I mimo pewnej zmiany tonu, ogląda się to naprawdę dobrze, choć ta pigułka jest naprawdę mocna i brutalnie szczera.

jasmine2

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. Nie brakuje tutaj wyrazistych ról takich aktorów jak Bobby Carnivale (trochę prymitywny, ale szczery Chili), Michael Stuhlberg (dr Flicker, podkochujący się w Jasmine), Alec Baldwin (Hal, mąż Jasmine) czy bardzo atrakcyjny Peter Saarsgard (Dwight, marzący o karierze polityka).

jasmine3

Jednak tutaj dominują panie. Zacznę od świetnej Sally Hawkins – prostej kobiety, która zazdrościła swojej siostrze bogactwa, elegancji, ale jednocześnie nie znosi w niej dystansu wobec reszty. Mocna i ciekawa postać. Ale cały splendor idzie w stronę Cate Blanchett, która tworzy naprawdę wielka kreację. Jasmine to kobieta, która jest przyzwyczajona do życia na pewnym poziomie (nawet spłukana przylatuje samolotem lecąc pierwszą klasą). Co jeszcze? Neurotyczka mająca napady braku oddechu i gadająca czasem do siebie, uzależniona od leków oraz mocno żyjąca złudzeniami, wręcz naiwna. Blanchett gra ta rolę na granicy przerysowania, wręcz groteski, ale tak naprawdę było mi żal tej kobiety i naznaczając ją pewnym tragicznym rysem, nigdy nie przekraczając granicy przesady.

jasmine4

„Błękitna Jasmine” wprawiła mnie mocno w konsternację, gdyż spodziewałem się trochę innego filmu od Allena. Nie oznacza to, że seans był kompletnie nieudany. To kawał mocnego, poważnego kina, które skłania do refleksji i pokazuje Allena z troszkę innej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sen Kasandry

Ian i Terry są braćmi pochodzącymi z nizin społecznych, zaś ich rodzinę od lat wspiera wuj Howard. Pierwszy pomaga ojcu przy restauracji, choć marzy o prowadzeniu hoteli, drugi zaś pracuje w warsztacie samochodowym i jest nałogowym hazardzistą, wpędza się w długi. Kiedy przyjeżdża wuj Howard, bracia chcą pomocy, ale to Howard potrzebuje pomocy od nich – trzeba usunąć pewnego człowieka, przez którego wuj może pójść do więzienia.

sen_kasandry1

Woody Allen znów w Londynie i znów o zbrodni, ale tym razem bez wygłupów. To poważny dreszczowiec, w którym słychać echa „Wszystko gra” oraz Dostojewskiego. Jednak jeśli oglądaliście „Wszystko gra” ten film was rozczaruje. Mamy podobną intrygę, mamy bohaterów walczących z wyrzutami sumienia i ponury, wręcz antyczny dramat mogący skończyć się tylko w jeden sposób. Ponura atmosfera jest budowana zarówno przez oszczędne zdjęcia Vilmosa Zsigmonda, jak i zapętlającą się muzyką Philipa Glassa. I co z tego, skoro cały film jest dość wtórny. Allen opowiada tą samą historię, ale wchodzenie drugi raz do tej samej rzeki nie wychodzi najlepiej, zwłaszcza w przypadku poważniejszych filmów Allena. Technicznie i realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić.

sen_kasandry2

Aktorsko też jest więcej niż dobrze. Ewan McGregor i Colin Farrell jako dwaj bracia są po prostu świetni oraz ich przemianę jaką zachodzą w trakcie opowieści. Także Tom Wilkinson potwierdza klasę jako pozbawiony skrupułów wuj. Poza tym triem mamy jeszcze apetyczną Hayley Atwell (Angela) i ciepłą Sally Hawkins (Kate).

sen_kasandry3

Cóż, ten Allen nie jest tak udany jak „Wszystko gra” i chyba Londyn przestał służyć temu reżyserowi. Dlatego zmienił klimat, ale to temat na inny wpis.

6/10

Radosław Ostrowski