Ukryty wymiar

Rok 2040. Zostaje zbudowany statek kosmiczny o nazwie Event Horizon, którego zadaniem było poruszanie się powyżej prędkości światła. Zamiast tego posiada napęd, pozwalający przenosić się poza czas i przestrzeń. Ale podczas testowego lotu maszyna znika poza Jowiszem. I nagle po siedmiu latach statek pojawia się w okolicy Jowisza. Co się stało? Gdzie był? I co przyniósł ze sobą? Do tego zadania zostaje wysłana ekipa pod wodzą kapitana Millera.

ukryty wymiar2

Dzisiaj nazwisko reżysera Paula W.S. Andersona kojarzy się z tandetnymi filmami pokroju kolejnych części „Resident Evil”. Ale na początku swojej kariery był bardzo interesującym, obiecującym twórcą z sukcesami jak choćby filmowy „Mortal Kombat”. Kolejnym filmem po tej udanej adaptacji gry komputerowej był skrętem w stronę horroru SF. Budżet był spory, obsada to mieszanka amerykańsko-brytyjska, a intryga to mieszanka „Obcego” z… „Solaris”. Statek wydaje się opustoszały, niemal wszędzie jest krew i wszystko sprawia wrażenie nieodgadnionej tajemnicy. I wygląda niczym wielki krzyż, co raczej nie jest przypadkiem. Potem okazuje się, że statek jest nawiedzony i trafił do miejsca, jakiego nikt nie chciałby przebywać z własnej woli.

ukryty wymiar3

I tu się zaczyna z jednej strony frajda, z drugiej strony problem. „Ukryty wymiar” w straszeniu korzysta z gore i makabrycznej jatki niczym z „Hellraisera” – w scenach retrospekcji czy krótkich przebitkach. Ale jednocześnie zdarza się członkom załogi mieć zwidy czy halucynacje z przeszłości. Ale czy to wszystko z powodu obecności dwutlenku węgla, czy może statek „wyciąga” z ich głowy wszystkie lęki oraz mroczne tajemnice? A jeśli tak, to czemu nie działa na wszystkich? Dlaczego dr Weir ma obsesję na punkcie statku?

ukryty wymiar4

Dziur i nielogiczności jest tu wiele, a część z nich może wynikać z wycięcia ponad 20 minut po pokazach testowych. I to prowadzi do drugiego problemu, czyli postaci. Są one w zasadzie zarysowane na poziomie podstawowym (czym się zajmują, jak się nazywają), ale nie wierzy się do końca w te relacje. Nie ma zbyt wielu scen, gdzie poznajemy tą załogę bliżej, tylko od razu przeskakujemy do następnej sceny, następnego straszenia. Bo to jest horror, rozumiecie? Przez to kompletnie nie obchodziły mnie te postacie, mimo znajomych twarzy (Laurence Fishburne, Jason Isaacs, Sean Pertwee, Kathleen Quinlan).

ukryty wymiar1

Jest jeszcze kwestia związania z dr Weirem, co ma twarz i aparycję Sama Neilla. Kiedy ten bohater jest naukowcem i tłumaczy jak działa Event Horizon, ma włączony tryb dra Granta i jest świetny. Najgorsze zaczyna się w momencie, gdy Weir zaczyna świrować – te skoki wydają się gwałtowne i szybko znikają, jakby nic się nie stało. Ale kiedy przechodzi na ciemną stronę Mocy, wygląda bardzo paskudnie, ale głos ma zbyt delikatny i nie budzi przerażenia. Także wplecione dialogi nie dają mu zbyt wiele do pokazania.

I to jest przypadek filmu z potencjałem, który z powodu udziału osób trzecich, został zamordowany. Wygląda świetnie, ma imponującą scenografię i mroczny klimat, ale to wszystko wydaje się takie płytkie, puste oraz bez ciężaru emocjonalnego.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Daybreakers – Świt

Ile już było filmów o wampirach? Nie miałbym nawet czasu i miejsce na wymienienie ich wszystkich, a pomysłów zwyczajnie brakuje. Nie oznacza jednak, że nie próbowano szukać nowych pomysłów na temat krwiopijców. W 2009 roku debiutujący bracia Spierig zrealizowali „Świt”, obiecując coś nowego. Ale czy jest to satysfakcjonujące doświadczenie?

Jest rok 2019, wybucha epidemia zmieniająca ludzi w wampiry, którzy hodują sobie ludzi jak pożywne jedzenie. Ludzie są przechowywani przez wielką korporację, zajmującej się dystrybucją ludzkiej krwi. Problem jednak jest taki, że minęło 10 lat, zaś ludzi zostało mniej niż 5% populacji. A niedostarczenie zapasów zmienia ludzi w zmutowane, coraz bardziej osłabione monstra zwane upadłymi. Jednym z przemienionych wampirów jest hematolog, Edward Dalton. Chcąc dać szansę na przetrwanie wampirom, pracuje nad stworzeniem substytutu zastępującego ludzką krew. Przypadkowo naukowiec trafia na samochód, gdzie przebywają ukrywający się ludzie. Oni, kierowani przez Lionela Cormaca twierdzą, że jest sposób na rozwiązanie tego problemu.

Sama koncepcja „Świtu”, gdzie wampiry dominują nad światem, a nie siedzą w cieniu to było naprawdę coś. Wampiry też są rozwarstwione, chodzą do pracy (oczywiście nocą), są politykami, policjantami czy żołnierzami. Oczywiście poruszają się nocą po mieście, a w dzień – bo słońce nadal je zabija – siedzą w domu, a jeśli muszą się przemieszczać to w autach ze specjalnymi szybami, co nie przepuszczają promieni słonecznych. No i ukrywająca się ludzkość, skazana na zagładę – to dawało wielkie pole do popisu. Muszę przyznać, że pierwsze 40 minut dostarczyło mi masę frajdy. Świetne zdjęcia, utrzymane w czerni i zieleni budują klimat niepokoju oraz tajemnicy.

To się oglądało naprawdę przyjemnie, choć moment spotkania Edwarda z Lionelem zmienia ton oraz tempo. Zaczyna pojawiać się więcej akcji, strzelania (kusze ze strzałami wybuchowymi vs strzałki usypiające) oraz szeroko pojęta rozpierducha. Pojawia się wiele pytań oraz potencjalnie ciekawych wątków, które nie zostają pogłębione: relacja Edwarda z bratem-wojskowym, działanie korporacji, struktura ruchu oporu. Dość ciekawym pomysłem jest sposób na wyleczenie z wampiryzmu, ale tego wam nie zdradzę. Zaczyna się jatka (całkiem fajnie zrobiona, z porządnymi efektami specjalnymi) oraz rzucane klisze, przez co oryginalność pozostaje tylko w warstwie wizualnej oraz kapitalnej muzyce.

Jeśli coś jeszcze trzyma całość w ryzach, to jest to zasługa aktorów. Ethan Hawke w roli Edwarda, czyli naukowca-wampira mimo woli sprawdza się dobrze. A to mnie akurat nie dziwi, ale szoł kradną świetnie bawiący się Willem Dafoe i Sam Neill. Pierwszy jako lider ruchu oporu dodaje odrobinę luzu i ciętego humoru, drugi złowrogie spojrzenie oraz charyzmę. Ale nawet oni nie są w stanie ukryć mielizn i niedoróbek scenariusza. Tym bardziej boli, że „Świt” nie do końca wykorzystuje potencjał na stworzenie oryginalnego filmu o wampirach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

W paszczy szaleństwa

Czy jesteście w stanie odróżnić prawdę od rzeczywistości? Przecież wystarczy zaufać naszym zmysłom, które są przecież niekwestionowalne – widzimy swoimi oczami, słyszymy uszami, dotykami różne przedmioty itd. Tylko, że to wszystko jest przefiltrowane za pomocą naszego mózgu i co jeśli on zrobi nam figla? O tym w swojej ostatniej części trylogii apokaliptycznej postanowił opowiedzieć w 1994 roku John Carpenter.

Zanim zacznie się cała opowieść widzimy, jak zostaje wydrukowana powieść niejakiego Suttera Cane’a „W paszczy szaleństwa”. Następnie trafiamy do szpitala psychiatrycznego, gdzie zostaje wysłany niejaki John Trent. Kim był ten człowiek, który w swojej celi narysował masę krzyży? Był detektywem ubezpieczeniowym, który badał sprawy różnych kantów mających na celu wyłudzić ubezpieczenie. Tym razem jednak dostaje bardzo trudne zadanie – chodzi o odszukanie bardzo poczytnego pisarza, Suttera Cane’a, pracującego nad swoim nowym dziełem, którego nikt nie czytał. Autor jest tak popularny, że jego czytelnicy dostają lekkiego kociokwiku. Detektywowi towarzyszy Linda – redaktorka oraz wielka fanka pisarza.

w_paszczy_szalenstwa1

Cokolwiek by nie mówić o Johnie Carpenterze, to jest to fachura w tworzeniu bardzo klimatycznych filmów grozy, nawet jeśli dzisiaj nie straszą aż tak mocno. Podobnie jest z tym filmem, którego sam początek jest bardzo tajemniczy, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy pokręconej układanki, zaczynając od próby zabójstwa za pomocą… siekiery (scena w restauracji) aż po odkryciu fikcyjnego (aby na pewno?) miasteczka Hobb’s End. I tutaj zaczynają się niezłe jaja, gdzie fikcja z rzeczywistością mieszają się ze sobą. Przy okazji pokazuje, jak wielką siłę może mieć słowo pisane, doprowadzając do szaleństwa. Pisarz zaś zaczyna powoli pełnić rolę kapłana czy proroka, który staje się otoczony kultem. W ten sposób apokalipsa wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczna, a zło nie do powstrzymania, ponieważ każdy twój ruch już wcześniej został zaplanowany, nawet zanim zdążysz o tym pomyśleć. I to budzi prawdziwe przerażenie, bo czym tak naprawdę jest rzeczywistość?

w_paszczy_szalenstwa2

Choć muszę przyznać, że klimat jest budowany pierwszorzędnie, to sam scenariusz jest dla mnie dość problematyczny. Odkąd trafiamy do miasta z książek Cane’a napięcie zaczyna się sypać i pojawia się wiele niejasności. Skąd Cane posiada moc tworzenia rzeczywistości? Skąd pochodzą te bestie, w które transformują się mieszkańcy? Nie ma też interakcji ze społecznością, która jest sterowana i pozbawiona swojej woli. Same te dziury wywołują niejasności w całej intrydze, której finał – nadal mocny oraz najbardziej gorzki ze wszystkich – był do przewidzenia. Z drugiej strony wrażenie robi świetna scenografia, ze szczególnym wskazaniem na kościół oraz całkiem przyzwoite efekty specjalne, muzyka buduje klimat (nawet ten zadziorny szarpidrut z czołówki), a montaż – zwłaszcza te krótkie zbitki – jest świetny. Same bestie wyglądają jakby żywcem wzięte z książek Clive’a Barkera czy obłąkanego umysłu Davida Cronenberga.

w_paszczy_szalenstwa3

Carpenter całkiem nieźle prowadzi swoją opowieść, w czym pomagają mu świetni aktorzy. Najbardziej błyszczy rewelacyjny Sam Neill w roli coraz bardziej zagubionego detektywa, balansując między obłędem, przerażeniem i cynizmem. Trent wydaje się niemal klasycznym detektywem z książek noir, który widział już wiele i świat nie jest w stanie go niczym rozczarować. Jednak im dalej w las, tym bardziej bohater zostaje wystawiony bardzo ciężkiej próbie, zmuszony do pogodzenia się z pewnymi wydarzeniami. Świetna jest Julie Carmen w roli zafascynowanej pisarzem redaktorki Lindy, powoli zatracającej się w szalonych tworach autora. Nie do końca wykorzystano Jurgena „Das Boot” Prochnowa jako Cane’a, ale za każdym razem jego obecność podnosi adrenalinę. Tej postaci jest zwyczajnie za mało i aż się prosi o bliższe poznanie.

Przyjęło się mówić o filmie „W paszczy szaleństwa”, że to ostatni udany film Johna Carpentera. Trudno mi się z tym nie zgodzić, na pewno jest lepiej wyreżyserowany niż napisany, chociaż sam pomysł był świetny. Nadal to klimatyczny horror, idący w innym kierunku niż typowi reprezentanci tego gatunku, ale czegoś zabrakło do pełni satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sweet Country

Australia kiedyś była słodkim krajem dla Aborygenów, lecz kiedy pojawił się pierwszy biały człowiek, wszystko się wywróciło do góry nogami. Jesteśmy w kraju już po I wojnie światowej i tutaj żyje Sam Kelly – poczciwy, porządny Aborygen mieszkający u pastora Freda Smitha razem ze swoją żoną i siostrzenicą. Ale spokojnie życie zmienia się z powodu sąsiada Harry’ego Marcha, który prosi Sama o pomoc w swojej farmie. March wypędza ich od siebie, gwałcąc wcześniej żonę Sama. Następnie wyrusza do ich domostwa w poszukiwaniu zbiegłego służącego, a kłótnia kończy się strzelaniną oraz śmiercią Marcha.

sweet_country1

Zapuszczenie się w australijską przeszłość przez Warwicka Thorntona to jedna z najciekawszych rzeczy tego roku. „Sweet Country” jest reklamowane jako western i po części jest to prawda. Mamy piękne krajobrazy, które są też bardzo niebezpieczne, szeryfa (tak naprawdę sierżanta armii) pilnującego porządku oraz ranczerów, próbujących żyć w tym obcym kraju. Ale tak naprawdę wszystko jest pokazane w bardzo mrocznych tonacjach, bo ludzie nie są tu dobrzy. A nawet jak się pojawi pozytywna postać, pozostaje bezsilna wobec okrucieństwa świata, pełnego uprzedzeń, nieufności oraz nienawiści. A wszystko to reżyser prezentuje w postawach trójki Aborygenów: małomównego, prostego Sama, próbującego wkupić się w łaski za pomocą posłuszeństwa starym Archie oraz młodego Philomaca, który dopuszcza się kradzieży i częściowo jest już „skażony” mentalnością białych. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo powolny, a klimat gęsty i ciężki niczym australijska pustynia, zaś od samego pościgu, strzelanin czy scen akcji (których jest tutaj na lekarstwo) liczą się postacie.

sweet_country2

Reżyser bardzo powoli zagęszcza atmosferę bardzo prostymi środkami: krótkimi przebitkami montażowymi (pozbawionymi dźwięku), kompletnym brakiem muzyki, powoli budowanym napięciem. Dialogi może nie pojawiają się rzadko, ale ich obecność jest dość ograniczona. Dodatkowo unika prostych rozwiązań czy pójścia na łatwiznę, doprowadzając do bardzo gorzkiego finału i stawiając pytania o przyszłość Australii. Jaka jest szansa na wyrwania się z tego klinczu? Na to odpowiedzi nie ma.

sweet_country3

Thornton za to znakomicie prowadzi aktorów, w większości naturszczyków. Kapitalny jest zwłaszcza Hamilton Morris w roli wycofanego, małomównego Sama. To prosty człowiek, który jest bardzo ufny i budzi sympatię aż do samego końca. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił Bryan Brown w roli sierżanta Fletchera. Szorstki, zmęczony życiem oficer, pełen wrogości oraz uprzedzeń. Ale ta sprawa (zwłaszcza sam proces) doprowadzają do zmiany postawy, co aktor pokazuje bardzo delikatnie i subtelnie. Klasę potwierdza za to Sam Neill w roli pastora, dodając troszkę ciepła do tego mrocznego świata.

Słodki kraj tak naprawdę okazuje się piekłem na Ziemi, gdzie przetrwają ci najbardziej bezwzględni oraz okrutni. Dobroć już dawno opuściła ten świat, przypominający „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Bardzo mroczny, gorzki dramat, będący bardzo nieoczywistym westernem, miejscami walący po gębie.

8/10 

Radosław Ostrowski

I nie było już nikogo

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że na wyspę należącą do niejakiego państwa Owen zostaje zaproszonych 8 nieznajomych, a służba ma zadbać o ich zadowolenie. Grupę gości stanowią: guwernantka, misjonarka, policjant, sędzia, chirurg, generał, podróżnik i młody chłopak z wyższych sfer. Powoli schodzą na Wyspę Żołnierzyków, a tam każde z nich (przez tajemniczy głos) zostaje oskarżone o morderstwo. I tego samego dnia umiera jeden z gości.

i_nie_bylo_juz_nikogo1

To, ze Agata Christie była mistrzynią kryminału jest oczywistą oczywistością. A powieść „I nie było już nikogo” (albo „Dziesięciu Murzynków”) to jedna z pereł w koronie tej pisarki, gdzie mamy do czynienia z koronkowo poprowadzoną intrygą, gdzie ciągle są mylone tropy. Możemy podejrzewać, kto jest mordercą, chociaż nie mamy jasnych poszlak. Kolejno bohaterowie zaczynają – niczym w slasherze – opuszczać ten świat, a sprawca jest jakby nieuchwytny, niewidoczny, ciągle wodzący wszystkich za nos. Ukrywa się, a może to jeden z gości? Powoli zaczynamy też odkrywać tajemnice oraz grzechy na sumieniu naszych bohaterów, chociaż na początku zaprzeczają – poza Philipem Lombardem – swoim winom. Zgrabnie jest to przedstawione za pomocą montażu, gdzie czasami retrospekcja pełni rolę sennego koszmaru albo mary, wprowadzając poważne zamieszanie.

i_nie_bylo_juz_nikogo2

Ale to wszystko reżyserzy mini-serialu trzymają na pulsie, a osadzenie wszystkiego w jednym, odciętym od świata miejscu, buduje klaustrofobiczny klimat i poczucie zaszczucia. Niby stylowe miejsce, ale potrafi ono zbudzić niepokój większy niż pułapki z „Piły”. Nawet jeśli przez chwilę przychodzi do głowy element nadprzyrodzony w tej układance, to wyjaśnienie jest bardzo satysfakcjonujące (chociaż finał mógł powiedzieć troszkę więcej o motywacji czy sposobie działania zabójcy). Więcej wam nie zdradzę poza tym, że jest to pierwszorzędnie wykonana robota telewizyjna. Klimat świetnie buduje niepokojąca muzyka, stylowe zdjęcia oraz bardzo wyrazista scenografia, z obowiązkowym wierszem – niczym fatum – oprawionym w ramkę.

i_nie_bylo_juz_nikogo3

Jest to znakomicie zagrane, a każda z postaci ma swój moment, by skraść całą scenę. Na mnie największe wrażenie zrobiły aż cztery postacie. Po pierwsze, sędzia Wargrave (niezawodny Charles Dance), emanujący spokojem, opanowaniem oraz trzeźwością umysłu, jakiej można wielu pozazdrościć. Drugim mocno narysowaną postacią jest Philip Lombard (fantastyczny Aidan Turner), który jest świadomy swoich czynów i nie ukrywa ich. Równie podchodzi do sprawy w sposób logiczny i racjonalny, wyciągając trafne wnioski, ale nie zamierza bezczynnie czekać na śmierć. Trzecia jest panna Vera Claythorne (cudowna Maeve Dermody), której poczynania, motywacja oraz tajemnica pociągają najbardziej. Pozornie niewinna i delikatna, jest tak naprawdę sprytną, przebiegłą manipulantką, co pokazuje w dramatycznym finale. Reszta aktorów – z Samem Neillem i Mirandą Richardson na czele – także spisuje się fantastycznie.

i_nie_bylo_juz_nikogo4

Tak powinno się realizować kryminały na ekranie, a sama Christie byłaby zadowolona. To rewelacyjnie zrealizowany serial, ze znakomicie budowanym klimatem, fenomenalnym aktorstwem oraz konsekwentnie opowiadaną intrygą. Perła w koronie brytyjskiej telewizji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dzikie łowy

Kiedy wydaje ci się, że już widziałeś wszystko i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć, to pojawia się taki szaleniec z krainy Hobbitów i Władcy Pierścieni, by cię zmasakrować. Albo to przyjmiesz, albo cię odrzuci. Tak miałem, gdy pojawiło się dzieło niejakiego Taity Waititi. Nie, nie chodzi mi o „Thora: Ragnarok” (pytanie kto pozwolił na takie wariactwo, ale to innym razem), ale o produkcji nie pokazanej w naszym kinie, a szkoda.

dzikie_owy1

Naszym bohaterem jest Ricky Nelson – młody, 13-letni chłopak, którego nikt nie chce. Jest mocno przy kości, prawdziwą miłością darzy rap oraz haiku. Tylko, że jest dość niepokorny (rapowanie, graffiti, niszczenie mienia) i przez to trafia od rodziny zastępczej do rodziny zastępczej. Aż trafia na kompletny wygwizdów, gdzie mieszka niemłode już małżeństwo Belli i Hectora. Ona przyjmuje go ciepło, on jest bardziej szorstki i ma jakieś ale. Może i z czasem by się to ułożyło, ale kobieta umiera, a chłopiec ma wkrótce trafić pod kuratelę opieki społecznej. Nie jest to naszemu Ricky’emu w smak, więc decyduje się uciec, ale policja uważa, że Hec porwał chłopca.

dzikie_owy2

Pozornie sama historia to proste kino inicjacyjne. Ale nic z Nowej Zelandii nie jest takie proste, bo reżyser miesza tutaj konwencje, doprowadzając do szalonego ekstremum. Wywrotowa komedia, kino survivalowe (tylko Beara Gryllsa jakoś brak), dramat obyczajowy. Na pozór wydaje się, że taki koktajl nie może się udać, ale reżyser ciągle trzyma rękę na pulsie, odmierzając wszystko w idealnych proporcjach. Film wygląda przepięknie, a nowozelandzki busz zachwyca swoim pięknem („majestatyczniejszym”), jak i surowością, gdzie nieobyty może się pogubić. Ale tak naprawdę jest to opowieść o powoli rodzącej się, trudnej przyjaźni między szorstkim Hektorem a Ricky’m, których – pozornie – dzieli wszystko, a łączy poczucie zagubienia oraz potrzeba akceptacji i bycia kochanym. A tego chyba wszyscy (bardziej lub mniej) szukamy. Po drodze dużo miejscami absurdalnych scen (spotkanie z leśniczymi), galeria dość ekscentrycznych postaci jak Psychol Sam i prześliczna Kahu oraz ucieczek z obowiązkowym spektakularnym pościgiem (rewelacja). A zakończenie i muzyka czerpiąca garściami ze stylistyki lat 80. – cymesik.

dzikie_owy4

Ale to wszystko, by się nie udało (mimo świetnego scenariusza i reżyserii), gdyby nie rewelacyjny Julian Dennison. W jego wykonaniu Ricky sprawia wrażenie postrzelonego, ekscentrycznego dzieciaka z wielkimi marzeniami oraz pewną nieporadnością, a jego przemiana jest poruszająca, wiarygodna, bez cienia fałszu. Chłopak jest po prostu uroczy, kradnąc każdą scenę. Za partnera ma tutaj samego Sama Neilla, którego dawno nie widziałem. Fantastycznie wszedł w skórę szorstkiego, obytego z buszem człowieka, przy którym Rambo jest mięczakiem. I to ta więź jest kołem zamachowym tego fantastycznego kina. Nie sposób nie wspomnieć o wręcz demonicznej Rachel House (Paula z opieki społecznej) czy Oscarze Kightleyu (ciapowaty glina Andy).

dzikie_owy3

Ten dziwny miks z Nowej Zelandii jest przykładem nie tylko kreatywności i tworzeniu oryginalnych filmów, ale jednocześnie jest pełen emocji i skłania do refleksji. Dowcipne, inteligentne kino, gdzie wszystkie elementy są zgrane w jedną całość, tworząc coś bardzo wyjątkowego. Absolutnie nie do przeoczenia, niczym dzikie zwierzęta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Park Jurajski

Tytułowy park należy do dość ekscentrycznego milionera Johna Hammonda, a w nim może zwiedzać dinozaury. Co z tego, że wyginęły? Za pomocą umieszczonych w bursztynach komarach z krwią gadów, genetyka jest w stanie zrobić cuda. Ale park musi być bezpieczny i w celu sprawdzenia bezpieczeństwa zostają wysłani na wyspę Isala Nubla naukowcy: Alan Grant, Ellie Sattler i Ian Malcolm. W tym czasie na wyspę przybywają wnuki Hammonda, a jeden z pracowników zamierza wykraść DNA dinozaurów. Żeby jednak było więcej atrakcji zbliża się burza deszczowa.

park_jurajski1

Spielberg znów w służbie komercji i dobrej zabawy. Tym razem przeniósł na ekran bestsellerową powieść Michaela Crichtona i zaserwował nam żywe dinozaury. Poza tym jest to tak naprawdę rasowy thriller, który nie wyróżnia się niczym innym od reszty. Przeraża w dość sprawdzony i skuteczny sposób, skręcając niemal w stronę horroru (pierwszy atak dinozaura, gdzie najpierw widzimy dzieło zagłady stwora, a dopiero potem jego samego). Osadzenie akcji w opuszczonej wyspie, w czasie burzy (jedna noc i dwa dni) tylko potęguje atmosferę osaczenia, zaś działa chciwego komputerowca tylko bardziej nakręcają spirale wydarzeń. I nie brakuje tutaj krwi, choć nie jest to brutalny shasher. A mimo lat, dinozaury prezentują się naprawdę okazale i imponująco, zaś scena zobaczenia pierwszego dinozaura nadal robi wrażenie. Jednak problem polega na tym, że Spielberg gra znaczonymi kartami i nie robi już takiego wrażenia jak w dniu premiery. To solidne kino, gwarantuje całkiem przyzwoitą zabawę.

park_jurajski3

Swoje też robią naprawdę trzymający fason aktorzy. Sprawdza się tutaj zwłaszcza Sam Neill, czyli dr Grant. Niepozbawiony sprytu, trochę zachowawczy, a strojem budzi skojarzenia z samym Indianą Jonesem. Razem z Laurą Dern (dr Sattler) tworzy naprawdę mocny duet, choć razem nie pojawiają się zbyt często. Kontrapunktem dla nich jest matematyk dr Malcolm (świetny Jeff Goldblum), którego sceptycyzm i zdrowy rozsądek mocno kontrastuje z jego poczuciem humoru oraz wyglądem luzaka.

park_jurajski2

Jednak z całej obsady chyba najbardziej w pamięci utkwił John Hammond poprowadzony przez nieżyjącego już Richarda Attenborough – to ekscentryczny przedsiębiorca, który sprawia wrażenie serdecznego i sympatycznego staruszka, dbającego mocno o swój biznes. Ale jak każdy człowiek bawiący się w Pana Boga, musi ponieść karę za swoją pychę. Bo jak wiadomo – „natura zawsze znajdzie sposób”.

To nie jest najlepszy film w dorobku Spielberga, ale mimo upływu lat pozostaje kawałkiem dobrej rozrywki z dinozaurami w rolach głównych. Czego o ciągu dalszym nie da się powiedzieć, ale to temat na inną opowieść.

7/10

Radosław Ostrowski

Plan ucieczki

Ray Breslin to facet, który ma dość nietypową pracę – zajmuje się uciekaniem z więzienia, by udoskonalić system zabezpieczeń. Po kolejnej takiej akcji, dostaje bardzo trudne zlecenie. Trafia do pilnie strzeżonego więzienia CIA, gdzie ma sprawdzić tamtejsze zabezpieczenia i zrobić to bez wsparcia. Ale miejsce to piekło – w dodatku znajduje się w środku samego oceanu. I wtedy dostaje nieoczekiwana pomoc od współwięźnia Emila Rottmayera i razem planują zwiać.

ucieczka1

Był kiedyś taki czas, że dominowało dwóch wielkich twardzieli ery VHS – Sylwester Stalowy i Arnold Żelazny (za długie nazwisko, by je wymówić), ale jakoś nie mieli czasu zagrać wspólnie w jednym filmie. Aż do 2010 roku, gdy pojawili się „Niezniszczalni”. Tylko, że Arnold robił tam za epizod. I trzeba było poczekać jeszcze trzy lata, by panowie zagrali razem w rolach głównych. Wykonawca tego dość ryzykownego przedsięwzięcia został Mikael Hafstrom i muszę przyznać, że udało mu się wskrzesić klimat oldskulowego kina akcji z lat 80. Prosta fabuła, sucharowe żarty (naprawdę strawne), surowe zdjęcia i duża ilość mordobicia połączona ze strzelaniem (zwłaszcza finał). Intryga jest sprawnie poprowadzona, samo więzienie robi naprawdę duże wrażenie, zaś technicznie nie ma się do czego przyczepić. Owszem, może i to trochę nie trzyma się logiki, ale chrzanić to. W końcu ma to być porządna naparzanka, a nie kino moralnego niepokoju.

ucieczka2

Obaj panowie radzą sobie naprawdę dobrze i czuć chemię między nimi, w dodatku maja przebłyski talentu (Schwarzenegger w izolatce mówiący po niemiecku – bezcenne!). Ale i tak całe szoł kradnie Jim Caviezel jako naczelnik Hobbes. Bezwzględny, brutalny i ostry facet – prawdziwy bad ass. Poza nim jeszcze pojawia się dawno nie widziany Sam Neill (doktor więzienny), bezwzględny Vinnie Jones (szef strażników Drake) czy znienawidzony przeze mnie 50 Cent (informatyk Hush – co za drewno).

ucieczka3

Film może nie zaszaleje na rynku DVD, ale jeśli kochacie oldskulowe kino akcji, musicie to zobaczyć. I nie ma lipy.

7/10

Radosław Ostrowski