Kill Bill: The Whole Bloody Affair

Nawet w największych snach się nie spodziewałem, że będę miał kiedykolwiek obejrzeć „Kill Billa” na dużym ekranie. Żeby jednak było jeszcze bardziej ekscytująco, Tarantino sklei obydwie części w jeden długi film. Ponad 4-godzinny epos (z 15-minutową przerwą) o zemście może brzmieć przytłaczająco, ale już od pierwszych scen wszystko staje się jasne.

Jak wszyscy pamiętamy historia skupia się wokół ciężarnej Panny Młodej (Uma Thurman), która pada ofiarą rzezi przed ślubem. Giną w niej wszyscy uczestnicy (w tym pastor, pan młody, świadkowie i organista). Mimo postrzału w głowę nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. Po czterech latach w końcu się wybudza, przekonana o śmierci dziecka, planując jeden cel i jeden cel tylko: zemścić się na swoich zabójcach. A byli to jej dawni znajomi, należący do grupy Zabójczego oddziału Żmij pod wodzą Billa (David Carradine). Poza nim celami są: O-Ren Ishii (Lucy Liu) – obecna szefowa Yakuzy, brat Billa Budd (Michael Madsen), jednooka Elle Driver (Daryl Hannah) oraz Vernita Green (Vivica A. Fox).

Tarantino, jak to w swoim stylu, bawi się konwencją, chronologią oraz estetykami. W kolejnych rozdziałach poznajemy historię panny młodej (na początku jej imię jest ocenzurowane), pozostałych członków barwnych zabijaków oraz ich sprzymierzeńców. Zderzenie wschodnich sztuk walki, amerykańskich gangsterów, Yakuzy, mieczy samurajskich, kung-fu, westernowej muzyki od Luisa Bacalova i Ennio Morricone tworzy jedną z najbardziej zwariowanej, nieoczywistej mieszanki. Okraszonej jak zawsze świetnymi dialogami, niepozbawionymi humoru i odniesień do popkultury, niemal ciągle zmieniając rytm i tempo. O ile pierwsza połowa jest brutalna, krwawa oraz (ciągle) szokująco makabryczna – krew leje się wiadrami niczym w slasherze, o tyle druga bardziej skupia się na dialogach, włącznie z finałową konfrontacją z Billem.

Całość jest świetnie sfotografowana – to była pierwsza współpraca reżysera z Robertem Richardsonem, znanym ze współpracy m. in. z Oliverem Stonem i Martinem Scorsese – oraz bardzo efektownie zmontowana. Nie brakuje tu długich ujęć (akcja w japońskiej knajpie przed jatką), przejść z koloru na czarno-białą taśmę (chwila przed zabójstwem Panny Młodej czy zakopanie kobiety żywcem), a nawet dłuższej sekwencji anime (przeszłość O-Ren i jej krwawa droga zemsty – kapitalny moment, który sprawdziłby się jako krótki metraż), więc nie ma tu miejsca na nudę. Sama akcja jest bardzo intensywna, bardzo szybko (choć czytelnie) zmontowana: wielka rozpierducha z Obłędem 88 – tym razem pokazana w kolorze, pełnej okazałości – pełna szaleństwa i nadal imponujących popisów kaskaderskich z lataniem niczym w filmach wuxia, bardzo ciasna walka w kamperze z Elle czy intensywny trening u szorstkiego Pai Mei. Te momenty zostają na długo w pamięci.

Jedynym dla mnie zgrzytem tej wersji „Kill Billa” jest dodany na końcu (dłuuuuuuuuuuuuuuugim końcu z ilością napisów końcówki dłuższą niż we „Władcy Pierścieni”) zagubiony rozdział. Czyli animowana sekwencja osadzona w świecie… gry „Fortnite”. Kreska w stylu growym wypada ok, głosy brzmią nieźle (włącznie z samym Tarantino), ale tak naprawdę jest zwyczajnie zbędna i niepotrzebna.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Kill Bill: The Whole Bloody Affair” jest fenomenalnym doświadczeniem, który całkowicie pochłania. Od absolutnie kapitalnego aktorstwa (dla mnie to najlepszy występ Umy Thurman, ale także rewelacyjny są David Carradine, Lucy Liu, Michael Madsen czy w podwójnej roli Michael Parks) przez oszałamiającą zabawę warstwą audio-wizualną aż po rewelacyjnie napisany scenariusz. Absolutnie nie spodziewałem się, że produkcja z 2003 roku będzie najbardziej elektryzującym filmem obejrzanym w tym roku. Wstyd nie znać.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielka Warszawska

Tytułowa Wielka Warszawska to najbardziej prestiżowe wyścigi konne w Europie, która odbywa się od 1895 roku na warszawskim torze Służewiec. I to wokół tego wydarzenia toczy się akcja nowego filmu sensacyjnego. Oparty na scenariuszu Jana Purzyckiego, będącą częścią nieoficjalnej trylogii (po „Wielkim Szu” i „Piłkarskim pokerze”) skupionej wokół hazardu, sportu oraz korupcji, był jednym z bardziej oczekiwanych polskich filmów tego roku. Czy warto było czekać?

Akcja toczy się w roku 1991, skupiając się wokół młodego i aspirującego dżokeja Krzyśka Salomona (Tomasz Ziętek). Chłopak z Sopotu pracuje w stajni pod okiem trenera Jana Peltza (Tomasz Sapryk), doglądając koni i marząc o braniu udziału w wyścigach. Tak jak kiedyś jego ojciec (Ireneusz Czop) wygrał prestiżową Wielką Warszawską w 1969 roku. Problem w tym, że zrobił to wbrew oczekiwaniom bukmacherów i za to złamano mu nogę. Jednym z egzekutorów był niejaki Omar (Marcin Bosak), który obecnie ustawia wyniki. Jednak wskutek okoliczność Krzysiek wsiada na konia i zaskoczeniu wszystkich wygrywa. Tutaj zaczyna się prawdziwa gra, gdzie chłopak zostanie zderzony z brutalną rzeczywistością układów oraz przekrętów.

Tym razem za kamerą stanął Bartłomiej Ignaciuk, który zadebiutował zaskakująco udaną komedią romantyczną „Podatek od miłości”, a także współreżyserował „Wielką wodę”. Więc na pierwszy rzut oka był to zaskakujący wybór do realizacji tego typu produkcji. Niemniej muszę przyznać, że byłem dość pozytywnie zaskoczony. Reżyser przekonująco odtwarza realia początków III RP – kraju będącego na skraju sporych możliwości oraz potencjału. Powoli razem z bohaterem zaczynamy odkrywać kolejnych graczy, którzy próbują zarobić na hazardzie – od drobnych bukmacherów (zwanych bukami) przez dżokei, większych graczy pokroju Omara aż po mafię. Każdy próbuje go wykorzystać i kusić, a my trafiamy do nocnych klubów, prywatnych domów, a nawet i trafiamy na Bazar Rózyckiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, zaś w tle gra zarówno świetnie dobrane piosenki z lat 80. oraz instrumentalne dzieło duetu Jan Komar/Bartłomiej Tyciński, bardzo przypominająca mi pierwsze soundtracki Daniela Blooma. Świetnie wypadają także same sceny wyścigów, choć jest tu sporo zbliżeń na twarze dżokejów, ale obok pojawia się plansza pokazująca obecną pozycje zawodników. Dzięki temu udaje się uniknąć dezorientacji oraz zagubienia.

W zasadzie mam tutaj dwa duże problemy. Po pierwsze, jest tu aż tłoczno od postaci i wątków, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony pokazuje jak bardzo jest to bogaty świat, pełen barwnych, wyrazistych postaci. Problem w tym, że przez ten nadmiar wiele postaci sprawia wrażenie zbędnych. Tak jest w przypadku właściciela koni, Marka Lewandowskiego (Tomasz Kot) czy potencjalnej dziewczyny Krzyśka (debiutująca Mary Pawłowska) czy dżokei granych m. in. przez Piotra Trojana czy Adama Bobika. Druga sprawa to przyspieszenie akcji w drugiej połowie, dające dodatkowe kopa i bardziej skupione na sprytnym planie młodego. Problem w tym, że jest to storpedowane przez urwane zakończenie, sugerujące o wiele ciekawszą historię. A tak dostajemy strzał z liścia, co potwierdza moje podejrzenia, że pierwotny skrypt został skompresowany oraz powycinany.

Sytuację ratuje tutaj obsada z masą bardzo rozpoznawalnych twarzy. Tomek Ziętek jest przekonujący w roli aspirującego dżokeja, którego idealizm zostaje zderzony z układami, klikami oraz dużymi pieniędzmi. Jak się zachowa i czy będzie w stanie lawirować między dziwnymi siłami? I to działa. Ale wszystko tutaj robi świetna obsada drugoplanowa: od solidnego Ireneusza Czopa (złamany przez życie ojciec Krzyśka, coraz bardziej cyniczny i pozbawiony złudzeń) przez bardziej poważnego Tomasza Sapryka (trener Pelz) i mocnego Ernesta Nitę (dżokej Zbyszek) aż po bardzo dobrego Marcina Bosaka (Omar) oraz niezawodnego Andrzeja Konopkę (bukmacher Zyga Kaparski). Warto jednak wspomnieć dwie najciekawsze, wręcz kradnące ekran występy. Po pierwsze Agnieszka Żulewska w roli Ireny, która przedstawia się jako dziennikarka, pewna siebie kobieta, lecz tak naprawdę skrywa desperację zaplątanej w długi. Ale największe wrażenie robi Mirosław Kropielnicki wcielający się w pana Ryszarda – bardzo opanowanego i spokojnego gościa, ale bardzo bezwzględnego gangstera. Fakt, że aktor wygląda niczym sam Piotr Fronczewski jeszcze bardziej podbija jego prezencję.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Wielka Warszawska” mocno odstaje od dwóch poprzednich dzieł opartych na scenariuszach Purzyckiego. Niemniej pozostaje bardzo przyzwoitą i satysfakcjonującą rozrywką, przypominającą klimatem choćby serialowy „Rojst”. Technicznie porządny, ze zgrabnymi dialogami i dobrem aktorstwem, ale jednak czegoś mi tu zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Doberman

Francuskie kino sensacyjne potrafiło mocno uderzyć, ale nawet ja nie byłem gotowy na „Dobermana”. Adaptacja serii komiksów Joela Houssina to kino efekciarskie, mocno próbujące wszczepić amerykańską estetykę na bardziej europejski grunt. Taka jest też ta produkcja z 1997, mocno komiksowo-teledyskowa w stylu samego Quentina Tarantino.

Tytułowy Doberman (Vincent Cassel) to szef grupy porąbanych gangsterów, którzy zajmują się napadami na bank. Poza nim grupę tworzą głuchoniema Cyganka Nathalie (Monica Bellucci), narwany Moskit (Antoine Basler), naćpany Pitbull (Chick Ortega) oraz bardzo ekscentryczny Ksiądz (Dominique Bettenfeld). Są bezwzględni, brutalni i grają ostro. Policja próbuje ich wytropić, ale za każdym razem wymykają. Po ostatnim napadzie, w którym zostało postrzelonych kilku policjantów, sprawy się komplikują. Bo do akcji wkracza inspektor Cristini (Tcheky Karyo), stawiający sobie za punkt honoru schwytanie Dobermana.

Już od samego początku mamy do czynienia z absolutnie pokręconym filmem. Już podczas sceny chrztu Dobermana, gdzie mamy wielkiego psa przed kościołem czy noworodka, któremu do kołyski wpada… pistolet typu Magnum. Reżyser Jan Kounen kompletnie bawi się formą: od szybkich cięć montażowych i dynamicznych ruchów kamery poprzez łamanie kadrów (scena napadu na bank) po ujęcia z ręki. Trudno nie odmówić intensywności, efekciarstwa oraz bardzo ekscentrycznej galerii postaci. Wszystko jest tu przerysowane i przejaskrawione: od samego gangu i wspierających ich Cyganów przez pomagającego im transwestytę aż po grupę policjantów. Ale wśród jest inspektor Cristini – facet tak odpychający, brutalny i bezwzględny, że nawet swoi nim gardzą, porównując go do gestapowca.

Sam film jest pełen szaleństwa oraz przesady: od napadu na ciężarówkę konwojentów przez wybuchowy (dosłownie) napad na bank aż po intensywny nalot policji na nocny klub. Jedyne, co mocno zdradza wiek filmu to komputerowe efekty specjalne: od przypominającą jakąś grę czołówkę oraz wszelkie eksplozje, które kłują oczy. W rzadkich momentach montaż bywa dość chaotyczny, niezbyt pomagając w śledzeniu akcji. Ale wszystko rekompensuje finałowa konfrontacja z policją oraz otwarte zakończenie.

Wszystko jeszcze podkręca świetna obsada. Vincent Cassel w roli Dobermana jest niemal idealnym bandziorem, który zachowuje opanowanie i spokój nawet w intensywnych momentach. Jednak to drugoplanowe postacie kradły ekran. Tutaj dla mnie całość kradł Dominique Bettenfeld ze swoimi tekstami, brzmiącymi niczym nawiedzone modlitwy oraz duet Basler/Ortega, niemal non stop w stanie nerwowości. No i jest jeszcze Monica Bellucci, która nawet nic nie mówiąc, jest bardzo pociągająca i magnetyzująca.

Ale jest jeszcze niesamowity Tcheky Karyo w roli inspektora Cristini, który wrył się najmocniej w pamięci. Jest równie przerysowany niczym Stanfield z „Leona zawodowca”, bardzo niebezpieczny niczym „Zły porucznik” z filmu Ferrary, do tego lubiący rzucać angielskimi słówkami. Grając z bardzo dziwnym spokojem czyni go wręcz tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować agresją i przemocą. Choćby scena „przesłuchania” w domu jednego ze wspólników Dobermana, gdzie m. in. podchodzi do niemowlaka z granatem, rzuca wyzwiskami i terroryzuje całą rodzinę. Absolutnie rewelacyjna kreacja i jeden z najbardziej niezapomnianych bandziorów z odznaką.

„Doberman” jest destylatem kina lat 90., które mocno czerpie z komiksowej pulpy, pełnej wyrazistych indywidualności oraz pulsującej techno muzyki w tle. Niby tylko kolejna opowieść o policjantach i złodziejach, ale w drugiej połowie nabiera takiego tempa oraz energii, która nie pozwala wymazać go sobie z głowy. Szalone, efekciarskie, bardzo tarantinowskie w duchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sisu: Droga do zemsty

Trzy lata temu poznaliśmy niejakiego Attamiego Korpi – fińskiego poszukiwacza złota, który okazał się złodupnym komandosem. Przekonała się o tym grupa nazistów, co chciała ukraść mu kruszec. Teraz nasz heros musi wrócić, choć już wojna się skończyła. Ale czy ona tak naprawdę się kończy? Dobra, bo zaraz zrobi się zbyt poważnie.

„Sisu: Droga do zemsty” dzieje się w roku 1946, kiedy to rozpętał się pokój. Wskutek niego Finlandia oddała część ziemi Związkowi Radzieckiemu. To właśnie tam wyrusza Korpi (Jorma Tormilla) ze swoim wiernym pieskiem, by rozebrać swój rodzinny dom i zbudować go po fińskiej stronie granicy. Żona i dzieci nie żyją, co jest zasługą Ruskich, a to obudziło w naszym herosie maszynę do zabijania. I dlatego Armia Czerwona nie chce Korpiego tak łatwo puścić, zaś schwytania/zabicia podejmuje się kat jego rodziny, Jegor Dragunow (Stephen Lang).

Reżyser Jalmari Helander nadal robi mieszankę spaghetti westernu z bardzo krwawym kinem eksploatacji lat 70. Dialogi w zasadzie są ograniczone do minimum, za to dostajemy imponującą przestrzeń i piękne krajobrazy. A także (znowu) brutalną grę w kotka i myszkę, gdzie Korpi będzie próbował uciec z łap Ruskich. A ci rzucą na jego stronę wiele: od prostych piechurów przez motocyklistów w metalowych zbrojach (nie, nie byłem pijany na sali) po samoloty. Jednak pokonanie niemal nieśmiertelnego herosa będzie zadaniem karkołomnym. O ile pierwsza część relatywnie trzymała się ziemi (poza finałowym odlotem – dosłownie i w przenośni), tutaj hamulce zostają puszczone już w pierwszej potyczce. I przekraczana jest granica między „to było cool” a „co tu się odjaniepawla?”. A w ruch idą wszystkie możliwe narzędzia: ciężarówka, granat wbity między szprychy motocyklu, kilof, dwie (!!!) pepesze i… rakieta. O akcji z czołgiem nie wspomnę.

Jednocześnie czuć tutaj inne inspiracje jak „Mad Mad: Na drodze gniewu” czy Indiana Jones, a jak się odnajdziemy w tej groteskowo-absurdalnej konwencji, zabawa potrafi być przednia. Nasz protagonista nadal jest milczący, bo wszystko wyraża swoją mimiką oraz posturą. Tormilla kolejny raz sprawdza się w roli zdeterminowanego i wściekłego, ale też zmęczonego gościa, który znowu musi walczyć oraz obudzić w sobie bestię. Jedynie w dwóch scenach pozwala sobie na bardziej emocjonalną reakcję: na początku (wchodząc do swojego domu) oraz w finale, którego NIE zdradzę. Obydwa momenty uderzają ze sporą siłą. Nie zawodzi także Stephen Lang z fałszywym akcentem jako twardy, bezwzględny Dragunow. Dwie brutalne, wręcz zwierzęce bestie w nieprawdopodobnym finale.

Choć druga część „Sisu” nie ustępuje w kreatywności oraz jeszcze bardziej podkręca absurdalność całej sytuacji, jest tylko troszkę słabsza. Jak się świetnie bawiliście przy poprzedniku, widok masakrowanych Ruskich powinien być równie satysfakcjonujący. Fiński dziadek Johna Wicka jest w formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Road House

Są takie filmy, którym remake jest tak potrzebny jak łysemu grzebień. Bo raczej nie da się przebić pewnego poziomu i pułapu, do którego sięgnął poprzednik. Albo są dziełami swoich czasów, które nie są możliwe do odtworzenia. Czy te obawy sprawdziły się w przypadku nowego „Wykidajły”, eeee, „Road House”?

Tym razem naszym herosem jest Elwood Dalton (Jake Gyllenhaal) – gość niepozorny i opanowany, który dorabia sobie w nielegalnych walkach. Jednak chyba nie idzie mu za dobrze, bo mieszka w samochodzie. Wtedy zgłasza się do niego Frankie (Jessica Williams) – właścicielka przydrożnego baru w miasteczku na Florydzie. Potrzebny bramkarz do opanowania bałaganu oraz rozrabiaków. Po awarii samochodu, decyduje się wyruszyć. Resztę znacie z oryginału, choć jest lekko zmodyfikowane. Czyli staje na odcisk lokalnego biznesmena (Billy Magnussen), który chce przejąć lokal dla własnego interesu.

Tym razem nową wersję „Road House” nakręcił Doug Liman, czyli specjalista od kina akcji („Tożsamość Bourne’a”, „Na skraju jutra”) i w teorii wydawał się odpowiednią osobą do tego zadania. Remake sprawia wrażenie filmu nie aż tak szalonego i przerysowanego jak poprzednik, zaś zmiana realiów (słoneczna Floryda) na pewno pomogła. Jest bardziej poważnie, pojawiają się krótkie retrospekcje z mrocznej przeszłości Daltona (bo protagonista bez mrocznej przeszłości jest nudny) – gdy jeszcze był zawodnikiem mieszanych sztuk walki. Nie oznacza to, że humor wyparował całkowicie – jest parę one-linerów i ciętych tekstów. Sama akcja jest o wiele bardziej dynamiczna, ze sporą ilością zbliżeń oraz szybkiej pracy kamery. Pierwsza bójka z plaskaczem czy finałowa konfrontacja ze zmianami perspektyw potrafią dać sporo frajdy.

Problem jednak w tym, że ta historia traci swój impet. Motocykliści, jedzący krokodyl, jachty, skorumpowany szeryf. O dziwo w pierwszej połowie jest zadziwiająco więcej muzyki niż się spodziewałem. Dialogi są niezłe, ładnie to wygląda, a w tle gra głównie gitarowa muzyka. Niemniej samo zakończenie lekko rozczarowuje, efekciarska akcja nie ekscytuje i jest przegięta (nawet mamy eksplozję i wjazd do baru… motorówką).

I wtedy w połowie filmu pojawia się Conor McGregor jako silnoręki Knox, który ma rozwiązać sprawę. Facet w zasadzie gra samego siebie, ze swoim irlandzkim akcentem, robiąc kompletną rozpierduchę. Dosłownie i w przenośni, bo grać on kompletnie nie umie, ale jak ma się naparzać, to się naparza. A jak sobie radzi z główną rolą Gyllenhaal? Jest cholernie dobry, ma sporo charyzmy i wiele razy prezentują swoją seksowną klatę, by panie miały na czym zawiesić oko. Absolutnie dobry casting. Reszta postaci w sumie jest (najbardziej wybija się B.K. Cannon jako córka właściciela księgarni oraz przerysowany Magnussen jako rzekomy czarny charakter), wypadając poprawnie.

Czy potrzebny był ten remake? W zasadzie nie, bo nie ma ani tego szaleństwa, brawury oraz potężnej dawki przerysowania. Niemniej potrafi dostarczyć odrobiny frajdy z seansu, głównie dzięki niezawodzącemu Gyllenhaalowi i pięknemu otoczeniu.

6/10

Radosław Ostrowski

Wykidajło

Złote lata 80. i 90., czyli czasy wielkiej popularności produkcji na kasety video. Filmów prostych, pozbawionych jakichś głębszych refleksji na temat kondycji świata, człowieczeństwa i innych Wielkich, Poważnych Spraw. A wszystkie problemy można było rozwiązać twardymi pięściami, bronią palną albo białą. Do tego szalonego świata zaprasza powstały w 1989 roku „Wykidajło”.

Punkt wyjścia to bardzo uwspółcześniony western. Kowboj nazywa się James Dalton (Patrick Swayze) i studiował filozofię. Lecz zamiast dumać i myśleć zaczął słuchać Franka Kimono, co zmieniło jego mentalność. Ciosy karate ćwiczył z bratem, a potem stanął na bramce i nikogo się nie bał. Ma reputację na dzielni taką jak w świecie zabijaków ma John Wick. Czyli jest taką legendą, że ludzie specjalnie chcą się z nim naparzać i ogarnia porządek. W końcu przychodzi do niego niejaki Tilghman (Kevin Tighe), co prowadzi bar zwany Double Douce, gdzieś na obrzeżach Kansas City. Chodzi o zrobienie porządku, bo miejsce zmienia się w jedną wielką mordownię. Zespół gra zakratowany, ludzie się naparzają, butelki i noże lecą, więc łatwo nie będzie. Do tego jeszcze w okolicy krąży pewien dziany bonzo Brad Wesley (Ben Gazzara) – facet bierze haracze od wszystkich, ma gliniarzy w kieszeni i masę sługusów do robienia za niego brudną robotę. Konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Jeśli myślicie, że to brzmi jak kompletnie przerysowana fantazja z jakiejś pulpowej literatury, to… właśnie tak jest. Reżyser Rowdy Herrington tworzy historię tak szablonową i oczywistą, że bardziej się już nie da. Jedyne, co może przyciągnąć uwagę, to podkręcenie wszystkiego do ekstremum. Nasz heros jest wręcz mieszanką opanowanego mistrza zen z mroczną przeszłością, serwujący swoje mądrości, zaś między waleniem w mordę wypala papierosa za papierosem. Jakim cudem jest w stanie zachować taką kondycję? Nie wiem. Główny złol jest kompletnie opanowany, zaś w swojej wypasionej chacie ma choćby… galerię wypchanych zwierząt przez niego upolowanych. Jest jeszcze równie cool mentor (legendarny Sam Elliott z siwymi włosami i wąsami), co zna go lepiej niż ktokolwiek, piękna pani doktor (Kelly Lynch), bardzo wredny silnoręki, niewidomy gitarzysta. Nie da się tego traktować z pełną powagą i twórcy wydają się być tego świadomi.

Technicznie jest to zrobione lepiej niż miałoby to prawo być. Po pierwsze, jest to cholernie dobrze nakręcone przez Deana Cundeya (wówczas znanego ze współpracy z Johnem Carpenterem). Same walki nie są szybko przycinane ani kręcone z bardzo bliska, za to mają pełno energii i surowe. W tle przygrywa rockowa muza, scenografia nie wygląda tanio, zaś dialogi są niezapomniane. Nawet jeśli wydają się zbyt znajomo brzmiące, to aktorzy wypowiadają je w bardzo przekonujący sposób. Zupełnie jakby wiedzieli w czym grają. Nawet jeśli postacie są jednowymiarowe, co jest imponujące.

Po latach „Wykidajło” wydaje się dziwnym reliktem z przeszłości. Ostateczna definicja „guilty pleasure”, czyli filmu niekoniecznie dobrego, lecz dającego ogromną masę frajdy. Bezpretensjonalna, może nawet durna rozrywka do obejrzenia ze znajomymi po bardzo ciężkim dniu pracy. I powiem wam – nie jesteście gotowi na taką jazdę bez trzymanki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zamach na papieża

Czasy się zmieniają, a Władysław Pasikowski niekoniecznie. Konsekwentnie tworzy szeroko rozumiane kino sensacyjne w starym stylu. Po trzeciej części „Psów”, teraz reżyser wraca z mieszanką sensacji oraz politycznego thrillera. Czyli jak miało dojść do „Zamachu na papieża” znanej też (przynajmniej tutaj) jako operacja „Paproch”.

Bohaterem film jest emerytowany kapitan wywiadu Konstanty „Bruno” Brusicki (Bogusław Linda). Więcej czasu spędza na wędkowaniu, ciszy i spokoju. Pewnie by to tak trwało, gdyby nie nowotwór. W najcięższym stadium, bez szans na operację oraz parę miesięcy życia. Więc Bruno wyrusza na prowincję, kupuję dom oraz wprowadza się z prostytutką „Bianką” (Karolina Gruszka), by spędzić ostatnie chwile życia. Jednak rzeczywistość ma wobec niego zupełnie inne plany. Pewnego dnia pojawia się u niego dawny przełożony, pułkownik Szymurek (Ireneusz Czop) i jego kolega, Władeczek (Dobromir Dymecki) – mają dla niego zadanie. Padł rozkaz zabicia Jana Pawła II z Kremla, zaś wykonawcą jest Turek Ali Agca. Bruno ma zabić zamachowca po wykonaniu wyroku. Niechętnie i pod wpływem szantażu zgadza się. Powoli zaczynają się przygotowania.

Idąc na ten film mniej więcej wiadomo czego się spodziewać. Czyli akcji, napięcia oraz komplikującej się intrygi. Jednocześnie jest to film zaskakująco powolny oraz melancholijny, w niczym nie przypominającym poprzednich dokonań reżysera. Mocno osadzony w realiach początku lat 80., gdzie większość ludzi marzy o ucieczce z tego kraju, ale nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. A także działań służb specjalnych, zawsze działających w bezwzględny sposób.

Intryga i przygotowania do zamachu to jeden z elementów tej historii, bo wątków pobocznych jest sporo. Sam pobyt w małym miasteczku ma parę ciekawych wątków jak m.in. seryjny morderca dzieci, co wyrzuca ciała do rzeki czy pierwszego sekretarza (Adam Woronowicz), lubiącego mocno dać w palnik. Mogą one wydawać się zapchajdziurą, jednak nawet tutaj Pasikowski trzyma wszystko w ryzach. Technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia są bardzo ładne, scenografia (szczególnie w miejscach poza miasteczkiem) robi wrażenie detalami, zaś w tle przygrywa nostalgiczno-jazzowa muzyka Daniela Blooma (bardzo przypominająca brzmienia Michała Lorenca).

A wszystko z bardzo mocną obsadą. Bogusław Linda nie zawodzi w roli zmęczonego, cynicznego Bruna z wyrzutami sumienia oraz twardymi zasadami. To nadal jest jeden z tych aktorów, który potrafi wyrazić wiele bez słów. Pozorny stoicki spokój skrywa wiele: od gniewu aż po żal i wyrzuty sumienia. Dla mnie film skradli Ireneusz Czop z Dobromirem Dymeckim, czyli duet oficerów wywiadu z najlepszymi tekstami oraz dodając odrobiny (czarnego) humoru, a także dobry Wojciech Zieliński w roli lokalnego aptekarza. Jest jeszcze czarująca Karolina Gruszka, będąca tutaj partnerką Bruna i nawet ta dynamika intryguje.

Pasikowski wraca do formy i „Zamachem na papieża” tworzy swój najlepszy film od paru lat. Świetnie napisany, zagrany, z mocnymi dialogami, niepozbawiony krwawych scen oraz paru niespodzianek w tle. Niby jest znajomo, ale jakby inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trick

Czym jest trick? Sztuczką, elementem mistyfikacji, który ma na cel wyprowadzić w pole, odwrócić uwagę. Taki właśnie numer postanowił w 2010 roku przygotować reżyser Jan Hryniak, lecz chyba nikt nie dał się nabrać. Z kolei marketing promował „Trick” jako komedię kryminalną w stylu „Vabank”, co było… sztuczką. Zacznijmy od początku.

Bohaterem jest niejaki Marek Kowalewski (Piotr Adamczyk) – znakomity fałszerz pieniędzy, specjalizujący się w 100-dolarowych banknotach. Podczas jednego ze zleceń zostaje schwytany i trafia do więzienia. Tam zaprzyjaźnia się z niejakim „Profesorem” (Marian Dziędziel), co trafił za kratki przez swojego wspólnika. Panowie planują ucieczkę z więzienia, jednak ich plan może wziąć w łeb. Wszystko z powodu pewnej propozycji od majora Bukowskiego (Andrzej Chyra) z ABW. Otóż w Afganistanie został porwany pewien poseł (Henryk Talar) przez talibów. Rząd oficjalnie ściąga do kraju talibów negocjatora, ale wiceminister spraw wewnętrznych Bąk (Jerzy Trela) ma inny plan. Chodzi o zapłacenie okupu (6 milionów dolarów) za pomocą… fałszywej kasy, którą ma zrobić Kowalewski. W zamian ma dostać skrócenie wyroku.

Reżyser chce tutaj zaserwować sensacyjną opowiastkę, która coraz bardziej zaczyna się komplikować, gmatwać i mącić. Widzimy masę postaci oraz wydarzeń, co wywołuje początkowo konsternację. Bo jeszcze mamy tutaj jeszcze dziennikarkę (Agnieszka Warchulska), odwiedzającą „Profesora” i prowadzącą własne śledztwo, jest jeszcze dziewczyna Marka (Karolina Gruszka), wspólnika Marka obsługującego maszyny do drukowania (Łukasz Simlat), jeszcze inny agent wywiadu (Robert Więckiewicz) węszący wokół Bukowskiego. O dwóch kolegach Marka i Profesora z celi – jeden z nich to osiłek o aparycji Eryka Lubosa, drugi to uzdolniony iluzjonista (Bartłomiej Topa). Innymi słowy, jest strasznie ciasno, chaotycznie i niełatwo połapać się w plątaninie układów, planów, kombinacji. Kto tu kogo chce oszukać, wykiwać – nie idzie nadążyć. Zaś niezbyt dobrze udźwiękowione dialogi nie pomagają w śledzeniu tej plątaniny.

Nie wiem, czy Hryniak chciał zrobić kino, będące jednocześnie zrobione na bogato i w stylu Davida Mameta. Bo akcja raczej dzieje się w różnych gabinetach, celach (innymi słowy bardzo ograniczonej przestrzeni), a jednocześnie wszystko ma być pełne twistów oraz niespodzianek. Tylko, że przez tą gmatwaninę nie byłem w stanie się zaangażować emocjonalnie. Dopiero w ostatnich 30 minutach wszystko zaczęło się krystalizować, jednak nawet tu jest zwyczajnie za późno. Nawet wygląda to bardzo przyzwoicie, czuć piniądz, efekty specjalnie nie kłują w oczy, zaś obsada wyciska ile się da. Ale tak przekombinowanego scenariusza nie dało się uratować. Szkoda, bo był potencjał na naprawdę fajną rozrywkę i zwyczajnie spudłowano.

5/10

Radosław Ostrowski

Stacja

Ciągle są jakieś filmy – głównie z naszego podwórka – które porównuje się do innych tytułów, by nadać im „lepszego” statusu. Tak działają głównie krytycy albo specjaliści od marketingu. Tak było z „Domem złym” Smarzowskiego, gdzie wskazywano podobieństwa do Tarantino czy braci Coen. O wiele bliżej pasowałoby to (choć też na siłę) do powstałej w 2001 roku „Stacji”.

Film Piotra Wereśniaka dzieje się w jakimś małym miasteczku gdzieś w górach. Tam znajduje się z dala od zgiełku stacja paliw, prowadzony przez niejakiego Dymeckiego (Zbigniew Zamachowski). Mężczyźnie pomaga młody student zwany Bananem (Bartosz Obuchowicz). Ruch jest niewielki, więcej czasu trzeba na zbicie nudy oraz rozmowach o pierdołach. Ale wtedy pojawia się Audi, prowadzone przez niezbyt młodego gościa (Bogusław Linda). Chcąc się załatwić za krzakami, bo toalety nie ma, traci przytomność. Panowie chcą wezwać pogotowie i policję, jednak nieznajomy wyciąga pistolet. To oznacza jedno: albo będą wykonywać polecenia gangstera (zamiast lekarza z NFZ – prywatna wizyta za sporą kasą) i przy okazji dostaną niezły hajs albo pójdą do piachu. Takiego dnia nie da się zapomnieć.

Reżyser i scenarzysta we własnej osobie próbuje zrobić swoją wariację „Fargo”. Zimowa sceneria, torba z pieniędzmi, policjanci, a nawet pewien moralny dylemat (choć mi skojarzył się z „Prostym planem” Raimiego) – tak, są pewne wspólne elementy. Jakby cała ta historia skupiła się wokół trójki, mógłby to być ciekawy thriller. Problem w tym, że Wereśniak dorzuca do tego wątku jeszcze masę pobocznych postaci. Jakby rozumiem, że trzeba dodać odrobinę kolorytu i osadzić całość w szerszej perspektywie. Tylko tych postaci jest zwyczajnie za dużo: lekarz (Sławomir Orzechowski) mający problemy z żoną oraz dorosłym synem, co podkradł auto; dwójka ochroniarzy zabitego biznesmena; komendant policji na chorobowym z grypą (Olaf Lubaszenko). Te poboczne opowieści z jednej strony potrafią dodać odrobiny humoru (nawet jeśli opartego na rzucaniu przekleństwami), ale z drugiej mocno zaburzają tempo oraz atmosferę. Czuć tu całkiem niezłe ucho do dialogów, poczucie izolacji oraz miejscami zaskakujące zbiegi okoliczności. Jednak to wszystko się nie spina ze sobą, pozostawiając pewne wątki bez jakiegoś rozwiązania. Najgorsze jednak jest kompletnie niesatysfakcjonujące zakończenie, sprawiające wrażenie nagle urwanego.

„Stacja” jest porządnie sfotografowana, ma dość dziwną muzykę, jakby nie do końca pasującą tonalnie i potrafi zamulić swoim tempem. Nawet bardzo rozpoznawalne twarze nie są w pełni wykorzystane (szczególnie Katarzyna Figura, Sławomir Orzechowski czy znowu będący twardym – choć umierającym – cynglem Boguś Linda). Największym paliwem napędowym jest duet Obuchowicz/Zamachowski, gdzie ten pierwszy jest młodym, naiwnym chłopakiem z zasadami, drugi stanowi mieszankę prostactwa (klnie jak szewc), prostolinijności oraz szansy na łatwy zarobek. Przynajmniej na początku, gdyż z kolejnymi minutami zaczyna się zmieniać.

Dziwaczne, pomieszane, chaotyczne kino, które wymaga sporej cierpliwości i uwagi. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że Wereśniak bardziej sprawdza się jako scenarzysta niż reżyser. Bo „Stacja” sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału, który w rękach pewniejszego reżysera dałby o wiele mocniejsze, intensywniejsza albo ostrzejsze kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nikt 2

Sequele to twardy orzech do zgryzienia. Jak dać jednocześnie coś znajomego, ale innego? Nie ma jednej konkretnej odpowiedzi, jednak najczęściej spotykany wariant to: podbić bardziej stawkę, zwiększyć skalę i zachować podobną intrygę. Tak postanowiono zrobić z przygodami pana Nikogo w „Nobody 2”.

Tym razem Hutch Mansell (Bob Odenkirk) wrócił do profesji, co polega na zabijaniu innych dla niejakiego Fryzjera (Colin Salmon). Powód? Bo jest w tym strasznie dobry i – wskutek działań z pierwszej części – ma ogromny dług do spłaty. Ale przez swoją profesję zaniedbuje swoją rodzinę, co budzi straszną frustrację. By ją przełamać decyduje się zrobić przerwę i wyruszyć na wakacje do Plummersville, gdzie znajduje się… wesołe miasteczko. Miejsce, które odwiedził jako dzieciak i nadal budzi w nim pozytywne wspomnienia. Ale na miejscu zostaje zderzony z rzeczywistością. Bo miejsce okazuje się szlakiem przemytniczym dla szefowej mafii (Sharon Stone), skorumpowanego szeryfa (Colin Hanks) i właściciela parku (John Ortiz).

Tym razem za kamerą stanął Timo Tjahjanto, czyli indonezyjski reżyser kina akcji znany najbardziej z „Przychodzi po nas noc”. I każdy kto widział przynajmniej jeden film akcji z Indonezji wie, że akcja jest u nich bardzo brutalna, intensywna oraz krwista do tego stopnia, iż może wywołać dyskomfort. Tutaj jednak sceny akcji są jednocześnie ostre, jednocześnie są kreatywne oraz… zabawne (bójka na statku, pierwsza konfrontacja Hutcha z lokalsami). Czuć tutaj rękę producentów „Johna Wicka” w choreografii i kaskaderce, zaś sama akcja jest płynnie sfotografowana oraz zmontowana. Zaś sam finał (niemal westernowy w duchu) jest bardzo efekciarski, z ogromną skalą, dając absolutną masę frajdy. Przy okazji twórcy próbując eksplorować temat trudnych relacji ojca i syna, gdzie ten pierwszy nie chce, by ten drugi poszedł jego ślady. Jakby przy okazji film pokazuje jakie reperkusje może dać przyniesienie „pracy” do domu i wpływ przemocy na najbliższy.

Jednak „Nobody 2” to nie dramat psychologiczny, tylko letni akcyjniak i jako taki naprawdę dowozi. Sam Odenkirk nadal dobrze prezentuje się jako niepozorny mistrz zabijania. Widać, że próbuje się powstrzymać, ale ciągle coś mu w tym przeszkadza. Równie świetna jest Connie Nielsen w roli żony, czy wracający na drugim planie Christopher Lloyd (ojciec Hutcha) oraz raper RZA (brat). Z kolei antagoniści może nie są aż tak wyraziści jak Julian z pierwszej części, ale też dodają sporo ognia i jest aż troje. Ortiz ma najwięcej głębi w roli właściciela parku, którego z Hutchem ma podobną przeszłość oraz obawę o swojego syna, Hanks jest śliski oraz przekonany o swojej sile, zaś Stone jako szefowa mafii jest totalnie przerysowana (dla mnie za bardzo) i ma masę frajdy z grania.

Drugie spotkanie z „Nikim” nie jest może aż tak zaskakujący jak pierwsza część, lecz pozostaje niezobowiązującym kinem rozrywkowym. Zgrabnie balansuje między krwawą jatką a humorem, całość jest pewnie wyreżyserowana, a Bob Odenkirk absolutnie błyszczy w roli niepozornego, aczkolwiek bardzo efektywnego i bezwzględnego zabijaki.

7,5/10

Radosław Ostrowski