Pan „Wypadek”

Jak się wraca z pracy albo pora jest dość upalna, to najchętniej by się chciało obejrzeć coś nieskomplikowanego, prostego i nie wymagającego myślenia. A nic się tak nie sprawdza w tym celu jak kino akcji – nie koniecznie za dużą kasę oraz wielkimi gwiazdami. Wystarczą pomysłowe walki, charyzmatyczny protagonista oraz porządny reżyser za kamerą. I tak dostajemy czystą pulpę w postaci „Pana Wypadka”.

Sam film oparty jest na komiksie Pata Millsa i Tony’ego Skinnera, którego akcja osadzona jest w Londynie. A dokładniej krąży wokół pubu Oaza – niby zwykłej knajpy, ale tylko dla zabójców, kierowanej przez emerytowanego cyngla, Wielkiego Raya (Ray Stevenson). I tutaj jest dość ekscentryczna galeria killerów, z których najlepszy jest Mike Fallon (Scott Adkins) znany jako Pan Wypadek. Skąd ta ksywa? Bo swoje zabójstwa robi tak, by wyglądały na wypadek. I jest w tym cholernie dobry, wszystko bez zadawania pytań kto, dlaczego oraz od kogo. To jest zasługą zbierającego zlecenia Amerykanina Miltona (David Paymer). Ale jeden telefon wywraca życie Fallona do góry nogami – jego była dziewczyna Beth, co rzuciła go dla… innej zostaje znaleziona martwa. Według policji kobieta została zaatakowana przez dwóch ćpunów, co po wszystkim… przedawkowali. Cóż za zbieg okoliczności!!! Sprawa się o tyle komplikuje, że nieboszczka była w ciąży. Zgadnijcie z kim.

Prościej fabuły filmu Jesse’ego V. Johnsona streścić się nie da. Czuć taki klimat pulpowych powieści, w czym pomaga narracja z offu głównego bohatera. Jest to kino zrobione za małą kasę, ale ze sporą pasją. Intryga jest z rodzaju łatwych do przewidzenia, gdzie nasz Pan Wypadek próbuje odkryć grubszy spisek, spuszczając łomot każdemu napotkanemu delikwentowi. Dla mnie najbardziej działał tu (czasem trochę prostacki) humor i niezłe one-linery oraz galeria dość ekscentrycznych kumpli naszego bohatera: brutalnego rzeźnika z siekierą, duet komandosów, małomówny truciciel, mistrzyni miecza samurajskiego czy Fred. Ten ostatni próbuje mniej konwencjonalnych metod zabijania i wydaje się najbardziej oderwany od rzeczywistości.

Zaś sama akcja? To głównie bohater Adkinsa walący po mordzie i/lub z buta, czyli pozornie prosta rzecz. Ale sama choreografia jest naprawdę niezła i sprawnie sfilmowana – bez szybkiego montażu, rozedrganej kamery, by ukryć jak bardzo sobie ludzie nie radzą ze scenami akcji. Ale Adkins sprawia, że nawet proste mordobicie potrafi wyglądać lepiej niż w większości produkcji skierowanych od razu do DVD i/lub VOD. Jest nawet cudna walka na ulicy z azjatyckim napastnikiem, gdzie jest parę mastershotów czy konfrontacja z parą komandosów na sali, granych przez Michaela Jai White’a oraz Raya Parka. To wygląda bardzo porządnie i chciałoby się takich scen więcej.

W ogólnym rozrachunku „Pan Wypadek” to kawał przyzwoitego kina klasy B, które jest nieźle zrobione. Adkins robi swoje i nawet gra nie najgorzej, reszta obsady też ma swoje momenty (szczególnie „Wielki Ray” Stevenson), zaś walki dostarczają frajdy. Czego więcej chcieć w przypadku filmu do oglądania po pracy, z kumplami przy piwku?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik II

Czy była potrzebna kontynuacja do „Francuskiego łącznika”? Wszak była otwarta furtka, ale nie miałoby to pokrycia w prawdziwych wydarzeniach. Ale dla hollywoodzkich szefów nie miało to żadnego znaczenia i po czterech latach „Popeye” Doyle znów ruszył do akcji. Nie wrócił za kamerą William Friedkin, którego zastąpił John Frankenheimer, ani scenarzysta Ernest Tidyman, tutaj podmieniony przez trójkę autorów pod wodzą Alexandra Jacobsa. To raczej nie miało prawa się udać, prawda?

Tym razem zamiast brudnego Nowego Jorku, mamy równie oszałamiającą wizualnie Marsylię. Tutaj przybywa Doyle (Gene Hackman), który jako jedyny widział (oraz przeżył spotkanie) z Alainem Charnierem (Fernando Rey). Handlarz narkotyków zbiegł ze Stanów razem ze swoją dostawą i ukrywa się przed światem. Nie oznacza to jednak bezczynności czy bierności, lecz przygotowuje kolejną transakcję, tym razem przez Szwajcarię. Zaś przybyły Doyle ma pomóc komisarzowi Henri Berthelamy’emu (Bernard Fresson), ale dochodzi do bardzo ostrych tarć.

Na pierwszy rzut oka „dwójka” wydaje się jednym z wielu filmów sensacyjnych, opierającym się na znanych schematach. Bo mamy gliniarz wrzuconego kompletnie w nieznany teren, równie porywczego (lecz zadziwiająco opanowanego wobec wyzwisk Doyle’a) francuskiego inspektora i nieobecnego dla policji Charniera. Ten ostatni w zasadzie wydaje się być drobnym epizodem, wręcz za bardzo chowającym się w cieniu, bez tej magnetyczności i charyzmy. Marsylia ma ten sam dualizm, co Nowy Jork – piękne plenery i eleganckie hotele mieszają się z brudem, chropowatością oraz nieprzyjemnymi spelunami jak pewien hotel. Z kolei brak znajomości języka francuskiego przez Doyle’a (oraz brak tłumaczenia francuskich dialogów) potęguje poczucie wyalienowania.

I tu Frankenheimer dokonuje pierwszego skrętu – Doyle zostaje porwany przez francuskiego łącznika oraz nafaszerowany heroiną. Po co? By wyciągnąć z niego informacje co tu robi. Wtedy „dwójka” dostaje prawdziwego kopa i szarpie. Szprycowanie narkotykami i przemiana brutalnego, gniewnego gliny w ćpuna nadal robi wrażenie. Ale jeszcze bardziej działa detoks wykonywany w policyjnej celi, gdzie Doyle’a męczy „głód” robi piorunujące wrażenie. Hackman bezbłędnie pokazuje cierpienie, fizyczny ból czy w absolutnie kapitalnej scenie, gdzie wydaje się powoli wracać do normy, ALE zaczyna coraz mocniej prosić o działkę. Taka mieszanka bezradności, bólu, gniewu, frustracji pogłębia charakter Doyle’a i to są najciekawsze sekwencje „Francuskiego łącznika II”.

Sama intryga oraz sceny akcji nie mają tego nerwu, co u Friedkina, ale Frankenheimer nadrabia to ciekawymi inscenizacjami jak podczas strzelaniny przy statku czy brawurowym, pieszym pościgu Doyle’a za Charnierem. W tym drugim przypadku parę razy reżyser pokazuje ujęcia z oczu bohatera, co pomaga podbić stawkę. Oraz samo zakończenie, które wydaje się oczywiste i jednocześnie takie nagłe. Francuscy aktorzy wypadają bardzo solidnie (zwłaszcza Fresson jako szorstki Berthelemy), jednak to Hackman dominuje oraz rozsadza ekran. Zarówno będąc naćpany, na przymusowym odwyku oraz dokonując w finale (ostatnie pół godziny) wściekłej zemsty.

„Francuski łącznik II” to kompetentny film sensacyjny i widać fachową rękę Frankenheimera. ALE nie jest w stanie dorównać klasykowi Friedkina z powodu braku tego wyrazistego charakteru, faktury i energii. Ale poszukiwacze sensacji znajdą tu parę mocnych momentów oraz scen, które zostaną na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień Matki

Polskie kino sensacyjne ostatnimi czasy jest w nie najlepszym stanie. Bo poza marnym Patrykiem Vegą i trochę lepszym Pasikowskim Władkiem, reszta albo jest całkiem przyzwoita („Jak zostałem gangsterem” Macieja Kawulskiego), albo słabo (produkcje Daniela Markiewicza – „Diablo. Gra o wszystko”, „Bartkowiak”, „Plan lekcji”). Teraz z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć młody reżyser Mateusz Rakowicz.

Fabuła „Dnia matki” skupia się na Ninie (Agnieszka Grochowska) – uznanej za zmarłą byłą agentkę tajnych służb. Jest wycofana, zamknięta w sobie i prowadzi życie żywego trupa. Po co ta maskarada? Żeby chronić swojego biologicznego syna, który mieszka z rodziną zastępczą. Ku jej zaskoczeniu, 17-letni Maks (Adrian Delikta) zostaje uprowadzony. Podobno stoi za tym pewien serbski mafiozo, który chce się zemścić za śmierć ojca. I wykorzystuje do swoich celów młodego gangstera o ksywie Woltomierz, który macza palce we wszystkim – handlu narkotykami, ludźmi, praniu brudnych pieniędzy. Nina korzysta z pomocy dawnego kolegi z pracy – Igor (Dariusz Chojnacki).

Na papierze fabuła jak coś w stylu „Uprowadzonej”, gdzie Grochowska jest Liamem Neesonem, choć obiecywano coś a’la „John Wick”. Rakowicz, co już pokazał w debiutancko „Najmro”, ewidentnie stawia tu na styl. Kolory są mocne i nasycone, momentami wręcz jaskrawe, klimat troszkę wzięty z kina lat 90., ale przeniesiony do dzisiejszych czasów. Sama fabuła i intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie po to się ogląda tego typu filmy. Tylko dla egzekucji, czyli mięsistych scen walenia sobie w mordę i/lub strzelania i wyrazistych bohaterów. Już sam początek zapowiada młóckę, gdy Nina idzie do sklepu po piwo. Wracając do domu widzi grupkę „narodowców” zaczepiających młodą kobietę. Zamiast przejść obojętnie i pójść do domu, kończy się to bójką z użyciem browarów (co za marnotrastwo alkoholu!!!).

Dalej nie brakuje kreatywnych momentów, z których najbardziej wybija się młócka w kuchni. Tutaj kamera niemal przyklejona jest do Niny, jedynie w zbliżeniach zwraca uwagę na detale i jest to świetnie zmontowane. W takich chwilach widać jak reżyser bawi się konwencją i odnajduje rytm. Nie brakuje tu małych twistów czy bardzo charakternego antagonisty (a właściwie to dwoje), których z pamięci nie da się wymazać. Nieważne, czy to absolutnie przejaskrawiony Woltomierz (szalony Szymon Wróblewski) czy piorąca brudne pieniądze dyplomatka ze wschodu (zaskakująca Jowita Budnik) – to mocne postacie, jakich dawno nie było i pasuje do tego, trochę campowego tonu.

Mnie się to podobało, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, parę scen akcji nie ma tak mocnego uderzenia czy tempa, a nawet widać markowane ciosy. Po drugie, syn bohaterki jest dość irytujący, co na początku jeszcze jest zrozumiałe, bo znalazł się w sytuacji, która go przerasta. I nie może się odnaleźć, a jego relacja z matką (o której nic nie wiedział) jest szorstka, niełatwa. Ale budowanie więzi między tą dwójką jest trochę bardziej przyjmowane na słowo, przez co nie kupiłem tego. A po trzecie, gdzieś w połowie „Dzień matki” traci impet i gdzieś pod koniec zaczynał wracać do dawnego rytmu.

Wszystko na swoich barkach trzyma Agnieszka Grochowskiej, jakiej nigdy nie mieliśmy szansę zobaczyć. Nina to twarda, szorstka, wycofana emocjonalnie, z twardymi pięściami oraz… poczuciem pustki. A wszystko to pokazane z jednej strony oszczędnie, mową ciała, a z drugiej w scenach akcji wypada bardzo przyzwoicie. Świetnie wypada też Dariusz Chojnacki jako pomagający protagonistce (ale czy na pewno?) Igor. Bardzo przekonująco pokazuje pewną nerwowość, poczucie presji (mruczenie pod nosem, dziwaczny coś jakby śmiech) oraz dość niełatwą relację z nastoletnią córką. Film jednak skradła zaskakująca Jowita Budnik, cały czas mówiąca pa ruski, kompletnie nie do rozpoznania oraz równie jaskrawy Szymon „Woltomierz” Wróblewski.

„Dzień Matki” nie zrobił na mnie aż tak piorunującego wrażenia jak debiutancki „Najmro”, ale to kawałek całkiem niezłego kina. Czuć tu pasję, sercę oraz kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, jednak doszło do paru potknięć. Niemniej jest to krok w dobrym kierunku, zaś zakończenie zostawia otwartą furtkę na ciąg dalszy i szansę na lepszy sequel. Czego bym sobie bardzo życzył.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One

Seria filmów z Tomem Cruisem jako agent Ethanem Huntem jest jedynym cyklem, stanowiącym jakąkolwiek konkurencję dla brytyjskiego szpiega wszech czasów. Wszystko w dużej skali, szalonymi popisami kaskaderskimi, z ograniczonymi do minimum efektami komputerowymi. Teraz pojawia się część siódma serii i trzecia w dorobku reżysera Christophera McQuarrie.

Tym razem amerykański odpowiednik Bonda będzie mierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem w historii serii: Bytem. Kim on jest? Sztuczną Inteligencją, która działa niczym wirus: jest w stanie zaszkodzić i zmanipulować wszystkimi danymi cyfrowymi. Zarówno instytucji cywilnych, wojskowych i wywiadowczych. Bardzo niebezpieczna broń, o czym przekonuje się dowódca rosyjskiego okrętu podwodnego Sewastopol (Marcin Dorociński), zaatakowany przez kod Bytu. Okręt zatonął zniszczony własną torpedą, która miał zatopić obecny na radarze wrogi statek, którego… nie było. Pocisku nie można było wyłączyć, co skończyło się śmiercią, zaś należący do oficerów dwuczęściowy klucz zniknął. I właśnie jego ma zdobyć Hunt, by jego szefowie mogliby kontrolować SI. ALE SI nabrało świadomości, przez co kontrolowanie jest utrudnione. Dla komórek wywiadowczych z całego świata nie stanowi to problemu i dla zdobycia władzy nad Bytem posuną się do wszystkiego.

Hurt oraz jego stała ekipa, czyli Luther (Ving Rhymes) i Benji (Simon Pegg) wyruszają w celu zdobycia drugiej połówki od kupca. Pojawiają się jednak dwa problemy: ekipa IMF zostaje uznana za złych i CIA wyznaczyła swoich ludzi do polowania na nich oraz w całą hecę wplątuje się cwana złodziejka (Hayley Atwell). Jest jeszcze trzecia strona, czyli reprezentujący Byt Gabriel (Esai Morales) – demon z przeszłości Hunta, pozbawiony cyfrowej tożsamości. Do tego nasz antagonista coraz szybciej się uczy, przewidując wszystkie możliwe scenariusze, nawet te najbardziej nieprawdopodobne.

Jestem kompletnie zaskoczony, że po tylu latach (prawie 30 od premiery pierwszej części) nadal można jeszcze coś wymyślić i podbić stawkę. Zwłaszcza kiedy reżyser robi już kolejną część z serii, należy spodziewać się raczej zniżki formy (bardziej lub mniej), co pokazał „Fallout”. Jednak pierwsza część „Dead Reckoning” jest wyjątkiem od reguły. Niby nic się nie zmieniło w serii, bo nadal mamy zabawę ze zmianami tożsamości (maska i modulator głosu), spektakularne pościgi, strzelaniny i popisy kaskaderskie oraz ciągle komplikujący się plan, który miał być o wiele prostszy w teorii. Czyli nic nowego. ALE dlaczego to tak wciąga i trzyma w napięciu? Nie chodzi tu tylko o poziom techniczny, gdzie prawie wszystko jest wykonywane praktycznie (absolutnie świetny pościg przez ulice Wenecji z użyciem m.in…. Żółtego, ciasnego Fiata; strzelanina z najemnikami podczas burzy pustynnej czy finał w rozpędzonym pociągu). Po raz pierwszy miałem poczucie, że dla Hunta i jego ekipy to zadanie może zakończyć się klęską. A nawet jeśli wygra, cena będzie za to bardzo wysoka. Tego przy tej marce nie czułem od czasu… „Ghost Protocol”, czyli części czwartej. I to zrobiło na mnie niesamowite wrażenie.

Aktorsko tutaj nie mogę się do nikogo przyczepić. Cruise jak to Cruise absolutnie błyszczy i dla niego Hunt to niemalże druga natura. Chemia między nim a Peggiem i Rhymesem nadal jest silna, działając mocno na korzyść. Starzy znajomi w ogóle nie zawodzą, a ich obecność cieszy. Największą niespodzianką dla mnie był powrót Eugene’a Kittridge’a, czyli szefa IMF z pierwszej części serii. Grający go Henry Czerny nadal jest świetny i ciągle nie można było rozgryźć jaki jest jego prawdziwy cel oraz motywacje. Z nowych bohaterów najistotniejsze są dwie, czyli złodziejka Grace oraz cyngiel Gabriel. Zarówno Hayley Atwell jak i Esai Morales są absolutnie fantastycznym uzupełnieniem sił. Pierwsza jest zaradną cwaniarą, nieświadomą w jakie szambo wpadła i wszelkimi sposobami próbuje się wydostać. Jej sceny z Cruisem to jedne z najlepszych momentów w całej serii. Z kolei Morales to bardzo chłodny, kalkulujący (niczym sam Byt) przeciwnik, bezwzględnie eliminujący każde potencjalne zagrożenie. Nawet w swoim otoczeniu.

Więcej nie powiem o samym filmie, ale jedno mogę stwierdzić z całą pewnością: pierwsza część „Dead Reckoning” to najlepsza część serii „Mission Impossible” w dorobku Christophera McQuarrie’ego. A być może nawet całego cyklu, gdzie akcja, napięcie, humor, przewrotki i twisty są wyważone w niemal idealnych proporcjach. Rozrywka perfekcyjna w wykonaniu oraz dająca masę satysfakcji. Już nie mogę się doczekać finału tej opowieści.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Sisu

Finlandia może kojarzyć się z wieloma rzeczami: z wódką, piosenką zespołu Świetliki, świętym Mikołajem, zimą oraz socjalem. A co jeśli wam powiem, że Finowie nie gęsi i swojego Johna Wicka zrobili? W pewnym sensie. Ale wszystko poukładajmy na spokojnie.

Jest rok 1944. Finlandia zawarła porozumienie z ZSRR, na mocy którego Skandynawowie mają rozbroić niedobitki wojsk niemieckich. Ci drudzy opuszczając kraj w kierunku Norwegii przez Laponię stosują taktykę spalonej ziemi, niszcząc wszystko na swojej drodze. I właśnie na tym terenie przebywa niejaki Aatami Korpi (Jorma Tommila) – poszukiwacz złota w wieku średnim. Po kilku dniach udaje mu się znaleźć bardzo duże złoża złota. Co może pójść nie tak w drodze do banku? W sumie nic. Chyba że trafi się na oddział hitlerowskich Szkopów. Ci chcą zabrać złoto, jednak nasz Aatami jest o wiele bardziej groźny niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Powiem szczerze, że idąc na „Sisu” spodziewałem się B-klasowej rąbanki, gdzie główny bohater masakruje Szkopów w tak okrutny i brutalny sposób, że mógłby dołączyć do ekipy „Bękartów wojny”. Krew się miała lać wiadrami, nasz bohater miał być klonem Rambo i Johna Wicka. Prosta, nieskomplikowana, rzeźnicka mordownia. Ale reżyser Jarmali Helander poszedł o krok dalej i zrobił coś więcej, niż kino klasy B.

Fabuła nie jest niczym oryginalnym czy zaskakującym. Podział na rozdziały, jasno zarysowany podział na dobro i zło (jesteś Szkopem, to jest zły w chuj), brutalną akcję oraz sytuacje na granicy prawdopodobieństwa. Nasz niezbyt rozmowny Aatami (ile emocji może wyrazić sama twarz?) to krzyżówka Rambo, Johna Wicka i… Williama Munny’ego z „Bez przebaczenia”. Zaskoczyło was to ostatnie? Bo nasz protagonista niczym bohater westernu Eastwooda jest człowiekiem naznaczonym krwawą przeszłością, ale teraz chce mieć święty spokój oraz prowadzić bardziej spokojne życie. To jednak zostaje zburzone i przez okoliczności musi wrócić do tego, co umie najlepiej – do zabijania. Krwistego, niemal na poziomie slashera, gdzie wrogowie są przejeżdżani, wieszani czy wysadzeni w powietrze (przez minę), ale bardzo satysfakcjonującego. Bo nic tak w Polsce nie poprawia samopoczucia jak obserwowanie brutalnych zgonów na hitlerowcach. Prawda?

Realizacyjnie reżyser mocno czerpie z estetyki… westernu, co dobitnie pokazuje sam początek filmu. Pięknie wyglądają tutaj fińskie krajobrazy (głównie wrzosowiska czy bagna), które mogłyby być tapetą pod komputer. W tle gra dość pokręcona muzyka, która miesza wokalizy, gardłowy zaśpiew mongolski z gitarami i odrobiną elektroniki. Nietypowy miks, ale zaskakująco zgrabnie działa oraz unosi się gdzieś duch Ennio Morricone. Jak to pompuje adrenalinę – o wiele bardziej niż oprawa muzyczna do wszystkich części „Johna Wicka” razem wziętych. A jeszcze bardziej dziwne jest to, że film pozostaje bardzo na serio. Pokazane jest tu okrucieństwo wojny i to bez ukrywania się za śmieszkami-heheszkami.

Jedynym zastrzeżeniem może być fakt, że Niemcy tutaj mówią po angielsku, ale mi to aż tak nie przeszkadzało. W ogólnym rozrachunku „Sisu” to świetnie zrobiony western w fińskim krajobrazie zmieszany z brutalną bezwzględnością hitlerowców pod wodzą świetnego Aksela Henniego. Ostra niczym żyleta, podlana absurdalnym humorem i nieprawdopodobnymi wyczynami naszego Korpiego dostarczą masy frajdy. Za tym bohaterem chce się iść i zobaczyć, co tym razem wymyśli.

8/10

Radosław Ostrowski

John Wick 4

Czy jest jeszcze jakiś fan kina akcji, który nie wie kim jest John Wick? Miłośnik czarnych garniturów, piesków oraz broni jest w coraz większej dupie. Ścigany przez Wielką Radę, w zasadzie pozbawiony przyjaciół chce już mieć święty spokój. Przez trzy części wykończył ruską mafię, skasował paru włoskich gangsterów, paru Azjatów też dostało. Ktoś jeszcze pamięta, że cała ta jatka i rzeźnia zaczęła się od zabicia pieseła, kradzieży auta oraz pobicia? Wszyscy zamieszani w tą akcję już dawno gryzą piach.

Co musi zrobić nasz Janek (Keanu Reeves), by cały ten mafijny półświatek odwalił się od niego? Odpowiedź wydaje się prosta: zabić ich wszystkich. Ale ta Rada jest jak Hydra – odstrzelisz jednego typa, już dadzą kolejnego. Janek dokonuje jedną chorą akcję, czyli zabija Starszego – członka Rady, co bywał na pustyni. Konsekwencje tej decyzji są okrutne: nowojorski hotel Continental zostaje zmieciony z powierzchni ziemi, menadżer Winston pozbawiony władzy, consierge Charon idzie do piachu, zaś Rada do powstrzymania naszego niezniszczalnego daje wszelkie uprawnienia markizowi de Gramont (Bill Skarsgard). A ten robi wszystko: ściąga z emerytury niewidomego wojownika Caine’a (Donnie Yen), do tego wynajmuje tropiciela niejakiego pana Nikogo (Shamie Anderson). Więc jak się z tego wyplątać?

Chad Stahelski to jest jakiś wariat, który przy tej serii cały czas szuka odpowiedzi na pytanie: czego jeszcze ludzie w kinie akcji nie widzieli? Jakie jeszcze szaleństwa możemy pokazać na ekranie? Jakich sposobów pozbawiania ludzi na ekranie nie widzieli? Z każdą częścią przygód faceta o imieniu John i nazwisku Wick reżyser podkręcał śrubę, jednocześnie rozwijając ten półświatek, jego reguły, strukturę, postacie. Co tam się nie działo? W ruch szły pistolety, karabiny, strzelby, noże, katany, a nawet… konie, psy i samochody. Tutaj nawet więcej osób ginie przejechanych przez samochód niż przez kule.

Fabuła w zasadzie przypomina grę komputerową: bohater ma zadanie, by je wykonać musi pogadać z paroma gośćmi, ci mu zlecą questa, one pomogą mu zdobyć ważne rzeczy, by stoczy finałową walkę z głównym bossem. I cała filozofia – to nie brzmi jak coś skomplikowanego. ALE to się tylko wydaje proste, bo trzeba to wszystko bardzo pewnie przygotować.

Same sceny dzielą się na dwie grupy: dialogi (niczym przerywniki filmowe w grze) oraz krwawa napierdalanka (gracz przejmuje kontrolę nad bohaterem). Te pierwsze pozwalają rozbudować świat i obyczaje tego świata, niejako pozwalając złapać oddech albo stanowią nadbudowę do scen mordu. Cała akcja obejmuje różne miasta: japońską Osakę (i tamtejszy hotel Continental), Nowy Jork, dyskotekę w Berlinie, zaś finał toczy się w Paryżu. Jeśli budzi to u was skojarzenie z Jamesem Bondem czy Ethanem Huntem, trafiliście. Sceny zabijania to kolejne perełki, pozwalające w pełni docenić technikalia oraz szalone popisy kaskaderskie. Czy mówimy o jatce w hotelu w Osace, brutalną walkę w berlińskiej dyskotece (muza jest tak głośna, albo ludzie są tak na haju, że widok zabijanych ludzi – nawet tuż przed nimi – nie robi na nich wrażenia) aż po prawdziwą poezję w Paryżu, gdzie zbierałem szczękę. Od szaleństwa przy Łuku Triumfalnym przez strzelaninę z opustoszonym domu pokazaną z góry jak w „Hotline Miami” aż do przebicia się przez schody do Sacre-Coure (dużo schodów, dużo zbójów do zabicia). A że nasz John ma… kuloodporny garnitur z kevlaru (to jest wynalazek przyszłości!!!), hordy przeciwników robiących za mięso armatnie atakuje pojedynczo (niczym w pierwszej części „Assassin’s Creed”), policja NIE istnieje albo zrobiła sobie wolne. O ślepym zabijace, który jest cholernie skuteczny nawet nie wspominam. To jest wszystko element konwencji, którą albo się kupuje i ma to w dupie, albo będzie drażnić i irytować.

Wizualnie ten film jest oszałamiający. Odpowiedzialny za zdjęcia Dan Laustsen (przy „Johnie Wicku” od części drugiej, ale pracował też m. in. z Guillermo del Toro) tutaj chyba przechodzi samego. Kolorystyka, oświetlenie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze do tego dodamy scenografię, która miesza różne style architektoniczne, oczopląs jest gwarantowany. Do tego wraca znajoma muzyka, czyli mieszanka rocka, elektroniki (wręcz dyskotekowe techno), pompującą adrenalinę do wszystkich części ciała. To było wręcz doświadczenie ekstatyczne, jakiego nie miałem od lat.

Niby w tego typu kinie aktorstwo jest sprawą drugorzędną, ale powiem to tylko raz i raz powiem tylko to: „czwórka” jest najlepiej zagraną częścią serii. Keanu Reeves – jak to on – lepiej się sprawdza w bardziej fizycznych rolach niż wygłaszając jakiekolwiek monologi czy dialogi. Dlatego w tej części mówi najmniej, jednak w scenach akcji zwyczajnie błyszczy. Biega, skacze, spada, strzela, dostaje taki łomot, że zwykły śmiertelnik nie powinien się podnieść. Ale przecież John Wick nie jest zwykłym śmiertelnikiem, więc może przyjść na siebie więcej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mam więcej frajdy z tego szaleństwa. Stara ekipa z poprzednich części nadal trzyma fason – zwłaszcza Ian McShane jako lawirujący i wygadany Winston, lecz to nowi bohaterowie robią zamieszanie.

Świetny jest nowy antagonista, czyli markiz w wykonaniu Billa Skarsgarda i nie chodzi tylko o fikuśne, eleganckie garnitury. To przebiegły manipulator, cwaniak oraz krętacz, który swoją władzę odziedziczył w spadku – niejako arystokrata w Wyższej Radzie. Ale jest też zbyt dumny i pewny siebie, a tacy długo nie pociągną. Drobne role Hiroyuki Sanady (Koji Shimizu, menadżer hotelu Continental w Osace), Clancy’ego Browna (Harbinger) oraz kompletnie nie do poznania Scotta Adkinsa (Killa, szef klubu w Berlinie) to drobne i bardzo przyjemne dodatki. Zwłaszcza Adkins pokazuje tu niezły talent komediowy oraz udowadnia, że potrafi coś więcej niż naparzać się z protagonistą, by potem zginąć (to nadal robi świetnie). Cudny jest także Shamier Anderson jako tajemniczy pan Nikt, będący tropicielem z towarzyszącym mu psem, który też chce dopaść Wicka. Choć może nie.

Ale całość kradnie legendarny Donnie Yen – mistrz kina kopanego. Jego Caine to postać troszkę zbliżona do Wicka, czyli zmuszony wbrew swojej woli do walki wojownik. Co z tego, że nie widzi – jest przez to jeszcze groźniejszy dla otoczenia, co pokazuje choćby podczas walki w kuchni w Osace. To jak korzysta z różnych „wspomagaczy” w walce jest niesamowite i jest jedyną postacią stanowiącą poważne wyzwanie dla Jana Wicka. Wspólne sceny obu panów są absolutnie cudowne do oglądania, nawet jeśli tylko rozmawiają (tak, są takie momenty – niewiele, ale jednak).

„John Wick 4” to film, w którym kompletnie zanurzyłem się w ten świat, nie zwracając uwagi na drobne pierdoły i bzdury wynikające z konwencji. To czysty akcyjniak, doprowadzający cała franczyzę do granic wytrzymałości oraz wyobraźni. Choć znając Stahelskiego za kilka lat na te słowa powie Potrzymaj mi piwo i w następnym filmie zrobi kolejne cuda wianki. A my wszyscy oszalejemy z zachwytu albo uznamy, że to totalna głupota. Ja należę do tej pierwszej grupy.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gra fortuny

Ostatnimi czasy filmy Guya Ritchie ograniczają jego wizualny styl, czyli bardzo teledyskowy montaż, łamanie chronologii oraz zabawę formą. Ostatnie dzieło „Jeden gniewny człowiek” zaskoczył o wiele poważniejszym tonem, mroczniejszym klimatem oraz bardzo krwistym finałem. Raczej wielu podejrzewało, że to będzie jednorazowy skok i Ritchie zacznie robić swoje. Ale „Gra fortuny” niejako kontynuuje tą drogę, tym razem idąc w stronę kina szpiegowskiego.

gra fortuny1

Bohaterem jest ekscentryczny agent tajnych służb Orson Fortune (Jason Statham), który obecnie przebywa na zasłużonym urlopie. Ściągnięty przez swojego szefa Nathana (Cary Elwes) ma bardzo trudne zadanie: odzyskać skradzioną rzecz z laboratorium na terenie Ukrainy. Nie wiadomo co to jest (roboczo nazwane Rączką), kto chce kupić i co może zrobić. Orson, Nathan i jego ekipa (strzelec JJ oraz amerykańska hakerka Susan) próbują dotrzeć do celu. Wiele wskazuje, że w sprawę może być zamieszany miliarder oraz handlarz bronią Greg Simmonds (Hugh Grant). Żeby zinfiltrować jego otoczenie Fortune decyduje się zwerbować gwiazdę kina akcji, Danny’ego Francesca (Josh Hartnett) – ulubionego aktora antagonisty.

gra fortuny2

W gruncie rzeczy nowe dzieło brzmi jak prosta sensacyjno-szpiegowska opowieść. Ale takie rzeczy byłyby za proste. Mamy tutaj ekipę doświadczonych agentów plus absolutnie nową w grupie agentką plus zwerbowanego aktora. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę okazuje się, że działa jeszcze jedna komórka wywiadowcza. I wydaje się, że chce tego samego. Ale dla kogo pracuje ten drugi zespół? Niezależni agenci? Inna ekipa rządowa? Reżyser komplikuje cała historię, lecz nie na tyle, żeby nie dało się tego śledzić. Chętnie korzysta z montażu równoległego, pewnie buduje sceny akcji (pościg za consigliere Simmondsa czy kulminacyjna rozwałka), przeskakując w różne lokacje i dodając odrobinę szorstkiego humoru.

gra fortuny3

W tym wszystkim bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Jason Statham robi tu w zasadzie to, co zazwyczaj – mówi niewiele, używając głównie twardych pięści, dużych pukawek oraz ostrych one-linerów. Cary Elwes na drugim planie jako szef ekipy sprawdza się dobrze, choć robi tu troszkę za tło. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to świetnie bawiący się Hugh Grant jako główny zły. Sprawia wrażenie wyluzowanego, dowcipnego i podekscytowany jako dziecko, ale jest w nim coś niepokojącego. Całości dopełniają także zaskakująca Aubrey Plaza (hakerka Sarah Field) oraz przeuroczy Josh Hartnett (Danny Francesco), dopinając reszty.

To nie jest Guy Ritchie z gangsterskich opowieści, jednak nadal pozostaje bezpretensjonalną i dostarczającą masę przyjemności rozrywką. Ktoś powie, że Brytyjczyka stać na wiele więcej, ale nie schodzi poniżej swojego poziomu. A to potrafi niewielu reżyserów.

7/10

Radosław Ostrowski

Plan lekcji

Kolejny polski film Netflixa – czyli entuzjazmu u mnie tyle, co kot napłakał. Poszedł on jeszcze niżej jak zobaczyłem reżysera tego dzieła. Daniel Markowicz, czyli producent beznadziejnego „Diablo. Gra wszystko” oraz reżyser nieudanego „Bartkowiaka” pachniał stęchlizną, amatorką i niechlujstwem. „Plan lekcji” ostatecznie nie był tak zły jak się spodziewałem, ale do miana dobrego brakuje sporo.

plan lekcji1

Bohaterem jest Damian Nowicki (Piotr Witkowski) – gliniarz działający pod przykrywką. Kiedy go poznajemy infiltruje gang narkotykowy i zostaje spalony, wskutek czego ginie jego żona. Nawet likwidacja gangu nie jest satysfakcjonująca, co doprowadza do opuszczenia służby mundurowej. Zamiast tego popija łyskacza, cierpi i jest strasznie smutny. Nawet dzwoniący do niego kumpel Szymon (Marcin Bosak) nie jest w stanie go wyrwać z marazmu. Kumpel uczy w liceum, gdzie handluje się dragami i prosi o pomoc. Damian odmawia, a jego kumpel decyduje się na własną rękę, co przypłaca własnym życiem. To staje się naszego herosa impulsem, by wrócić do gry. Jak? Zostając nauczycielem w zastępstwie za Szymona i oczyścić jego imię.

plan lekcji2

Brzmi znajomo? Zupełnie jakby reżyser odkrył pudełko z filmami VHS z lat 80. i 90. oraz postanowił przenieść to na nasze realia. Zaskoczeń nie ma, fabuła idzie jak po sznurku, od razu wiadomo kto jest głównym mózgiem całej operacji. Pojawiają się komplikacje, bo nie może być zbyt łatwo, dialogi są albo schematyczne, albo pełne sucharków (nawet zabawnych), postacie papierowe, zaś aktorstwo w zasadzie jest… troszkę drewniane. Zdjęcia parę razy stosują żabie oko – co nie dziwi, skoro zatrudniono Wojciecha Węgrzyna, zaś miejscami jest aż za jasno.

plan lekcji3

Ale prawda jest taka, że takie klasyczne mordobicie nie ogląda się dla fabuły czy aktorstwa. Tylko dla naparzania się oraz walenia po ryjach. I to muszę przyznać, że jest to zrobione nieźle. Reżyser parę razy korzysta z długich ujęć, choć parę razy za szybko przycina. Niemniej jest parę choreograficznych perełek jak mordownia trzech na jednego w sklepie czy konfrontacja w „dojo”. A to wszystko sprzedaje Piotr Witkowski, który tu błyszczy i jest wiarygodny we wszystkim, co robi: od bycia „kołczem” i mentorem przez miano króla sucharów po kopniaki. Jako jedyny nie przesadza z powagą, co jest sporą zaletą. Reszta aktorów albo robi za tło (głównie Antonina Juszczakiewicz jako polonistka czy drobne epizody Romy Gąsiorowskiej i Piotra Cyrwusa), albo bywa przerysowana (Rafał Zawierucha jako chemik-jąkała i Jan Wieczorkowski w roli dyrektora).

plan lekcji4

Spodziewałem się kompletnej padaki, a dostałem film… oglądalny. Może zbyt schematyczny i durny, lecz zaskakująco sympatyczny. Guilty pleasure w stanie czystym, choć nie zabrakło potknięć.

5/10

Radosław Ostrowski

Carter

Koreański film akcji od Netflixa? Nie takie rzeczy już widział świat, więc czemu by się na to nie skusić? Szczególnie, że za kamerą stanął reżyser Jung Byung-Gil, o którym nic nie wiedziałem. Poszedłem kompletnie w ciemno i… znowu dostałem z liścia. Bo „Carter” od początku się tu nie patyczkuje.

Wszystko skupia się wokół zaginionego naukowca oraz jego córki. Mężczyzna prowadził badania nad szczepionką, mającą uwolnić przed szalejącym wirusem. Osoby nim zarażone zmieniają się w żądne krwi, wściekłe bestie. Niektóre są nawet zdolne korzystać z broni palnej. Ale wszystko widzimy z perspektywy tajemniczego mężczyzny, znajdującego się w hotelowym pokoju. Nic nie pamięta, w pokoju jest masa krwi, a potem pojawiają się agenci CIA. Wszystko zamienia się w jedną krwawą łaźnię, z której Carterowi (jak się okazuje, tak ma na imię bohater) uciec. Nie na długo, a nasz bohater nie jest pewny komu może zaufać.

Historia początkowo wydaje się bardzo prosta i nie brzmi skomplikowanie. To wszystko jednak tylko pozory, bo wszystko napędzane jest akcją. Kamera niemal cały czas jest przyklejona do bohatera, niejako tańcząc dookoła. Bardzo rzadko pojawiają się momenty statyczne, nawet jak dostajemy ilościami ekspozycji. Bo dzieje się tutaj dużo: walka z pandemią, wspólne działanie obu Korei, na Północy planowany jest przewrót wojskowy, krążą jeszcze agenci CIA. Przeszłość bohatera wydaje się mglista i pojawia się kilka opcji (podwójny agent koreański, kret CIA), przez co na początku ciężko rozgryźć tą układankę. Ale muszę przyznać, że ta historia wciąga i angażuje.

Wszystko podbite to akcją pędzącą na złamanie karku, gdzie kamera idzie w niemal wszystkie możliwe kierunki, bez montażowych cięć. Nie ważne, czy nasz agent w pojedynkę walczy z członkami mafii w łaźni, nagi, mając tylko noże; ściga grupę ludzi na motorach i samochodach, kasuje gości na lince czy podczas finałowej konfrontacji walczy z głównym złolem w helikopterze… zaś na dole jedzie pociąg. To jest tak wykręcone, szalone i efekciarskie, ze śladową ilością slow motion. Oczopląs gwarantowany, przez co ciężko jest złapać oddech. Nawet zakończenie jest mocnym cliffhangerem, którego raczej powinno się spodziewać.

Jeśli kochacie kino akcji, na pewno już ten film widzieliście. Reszcie bardzo polecam, bo to prawdopodobnie najbardziej intensywny akcyjniak z szalonymi rzeczami na ekranie. Panowie z Hollywood nie mieliby cohones, by nawet spróbować czegoś takiego. Dawno nie widziałem takiej jazdy bez trzymanki, a przynajmniej od czasu ostatniej „Mission: Impossible”.

8/10

Radosław Ostrowski