Urodzeni mordercy

To, że Oliver Stone jest bardzo wyrazistym i kontrowersyjnym reżyserem wiedzą wszyscy. Potrafi uderzyć mocnymi obrazami oraz niewygodnymi tematami jak w „Plutonie” czy „JFK”. Ale nawet to nie było w stanie mnie przygotować na to, co też twórca zrobił w 1994 roku. A wszystko w oparciu o (mocno przerobiony) scenariusz Quentina Tarantino.

A wszystko skupia się wokół dwójki bohaterów – młodych, zakochanych na zabój ludziach. Podobno to przeznaczenie ich do siebie przyciągnęło. Oboje mieli na imię M – Mickey (Woody Harrelson) oraz Mallory (Juliette Lewis), a miłość to była od pierwszego wejrzenia. Poznali się przed drzwiami w domu jej ojca (Rodney Daggerfield), gdy on przywiózł mięso. I oboje uciekli, a potem połączyło ich jeszcze coś, co zawsze cementuje taką miłość – morderstwo jej rodziców. A to tak naprawdę był początek krwawej trasy, rozpoczętej na drodze 666 (sataniści mieliby tu coś do powiedzenia) i zakończonej w aptece. Oboje trafiają do więzienia, gdzie – jak się wydaje – nastąpi koniec.

Ja widziałem wiele pokręconych, dziwnych i zwariowanych rzeczy, ale nawet to mnie nie przygotowało na „Urodzonych morderców”. Już sam początek to totalna psychodelia, która robi w głowie sieczkę. No bo masa dziwnych kątów (dutch angles), kolor przechodzi w czerń i biel, wiele zbliżeń na detale oraz frapująca ścieżka dźwiękowa. Zwykła wizyta w barze kończy się brutalną, ale bardzo przerysowaną i przejaskrawioną – nawet kreskówkowo. Dziwnie? To co powiecie na historię rodzinę Mallory, gdzie ojciec jest przemocowy i jeszcze swoją córkę po pijaku przeleciał. Wskutek czego przyszedł na świat syn. I to wszystko zrobione w konwencji… sitcomu, co wywołuje dezorientację.

Mało wam? Stone jeszcze do tego wrzuci fragment programu telewizyjnego „Amerykańscy Maniacy” niejakiego Wayne’a Gale’a (Robert Downey Jr. w najbardziej diabolicznym wcieleniu), w którym mamy zarówno co pikantniejsze opisy zbrodni, jak i rekonstrukcję wydarzeń. A jakby tego było mało parę razy obraz zmienia się jakbyśmy oglądali nie film, tylko… telewizję. Reżyser pokazuje masowe ogłupienie wywoływane przez telewizję za pomocą jej języka. Stąd taki bardzo szybki, wręcz teledyskowy montaż, nakładane kolorowe filtry oraz bardzo krótko obecne przebitki. We mnie wywoływało to poczucie przeładowania bodźcami. Do tego jeszcze wiele scen (głównie jazdy samochodem) celowo wygląda sztucznie. Widać, że tło jest na projektorze pokazywane, pojawiające się tornado w tle to jest jakiś żart, a za oknem mamy… obraz z telewizji. Ta pokręcona mieszanka Stone’a, Tarantino i… Lyncha (pod wpływem ostrych narkotyków) poza efektem szoku oraz niedowierzania zwyczajnie NIE pozwala o sobie.

Wszystko wymierzone w telewizję i popkulturę, która gloryfikuje przemoc oraz z takich osób jak Mickey i Mallory czyni idoli. To jest tak prosto w twarz, ze chyba się już bardziej nie da. Wypowiedzi młodych ludzi, dla których ci zwyrodnialcy oraz psychopaci są wzorcem do naśladowania wywołało we mnie śmiech oraz niepokój. Zresztą nasza parka to nie jedyni szaleńcy w tym zdegenerowanym świecie. No bo jest nasz żądny sławy, blasku kamer dziennikarz Gale, ścigający naszą parkę gliniarz-celebryta z fetyszem duszenia oraz upokarzania kobiet (Tom Sizemore) czy mocno prawicowy i trzymający twardą ręką więzienie naczelnik Dwight McClusky (demoniczny Tommy Lee Jones).

Ten film mimo 30 lat na karku pozostaje totalnie szalonym, dzikim, psychodelicznym i zrobionym po bandzie. Wymykający się jakiejkolwiek szufladce, brutalny, szokujący, postmodernistyczny zjazd jakiego nie widziałem nigdy. Brawurowo wyreżyserowany, genialnie zmontowany, kapitalnie zagrany oraz napisany. Jednak nie jest to przyjemna eskapada, więc uważajcie.

10/10+ znak jakości

Radosław Ostrowski

Freestyle

Po obejrzeniu „Zadry” straciłem jakąkolwiek nadzieję na dobry polski film o rapie lub z rapem w tle. Wcześniej było „Jestem bogiem” o Paktofonice czy „Inni ludzie” Terpińskiej, ale to trochę niewiele. Teraz niczym młody, zdolny chłopak w dresiku przybył – niczym rycerz na białym koniu – Netflix ze swoim nowym dziełem. Czyli „Freestyle”, co w slangu rapowym oznacza improwizowaną nawijkę na zadany temat.

Naszym głównym bohaterem jest Darek zwany Diego (zaskakujący Maciej Musiałowski) – młody chłopak z Krakowa, syn znanego ojca w półświatku. Razem z kumplem „Mąką” (Michał Sikorski) szykują się do nagrania rapowej płyty. Ale, niestety, jego kumpel to totalny patafian i tępy piździelec, co go ciągnie ze sobą na dno. Bydlak nawet podczas sesji nagraniowej ukradł mikrofon. Jednak jest szansa na naprostowanie sprawy i zarobienie – trzeba zawieść towar na słowacką stronę. Tam lokalny gangster Martin (Jakub Nosiadek) proponuje kolejny dil, czyli sprzedaż dwóch kilo koksu. Coś, czym kiedyś -nasz heros się zajmował, lecz już wypadł z gry. Razem z dawnym kumplem „Batonem” oraz braćmi Stary przygotowuje towar i rusza. Co może pójść nie tak? Ano pojawia się psiarnia, Mąka zostaje zatrzymany, zaś Diego z towarem udaje się uciec. No i się zaczyna się wyścig z czasem.

Za „Freestyle” odpowiada Maciej Bochniak, czyli reżyser znany głównie z filmu „Disco polo”. Nawet jeśli początkowo można było odnieść wrażenie, że dostaniemy coś w klimacie „8. mili”, to jest tylko złudzenie. Bliżej jest tutaj do klimatów kina braci Safdie zmieszanego ze… „Ślepnąc od świateł”. Mimo że akcja toczy się w Krakowie, a nie stolicy. Gdzieś jest tutaj podobne poczucie ciągłego pośpiechu, ruchu i zaciskającej się pętli, zaś Diego desperacko sięga po kolejne brzytwy, by utrzymać się na powierzchni. A każda próba jedynie komplikuje całą – i tak niełatwą – sytuację. I ja czekałem na ten moment, gdy ta nakręcająca się spirala w końcu huknie w spektakularny sposób.

Nawet jeśli zbiegi okoliczności wydają się absurdalne jakby Kraków nagle zmienił się w bardzo małe miasteczko, zaś zachowanie niektórych postaci (bracia Stary, co niby są twardzi i bezwzględni, ale tak naprawdę to chcą pomóc naszemu Diego wyjść z tarapatów) budzi pewne wątpliwości, to ogląda się to całkiem nieźle. Kamera niemal cały czas jest skupiona na protagoniście, czy to filmując go zza pleców, czy w dużych zbliżeniach; w tle przygrywa bardzo pulsująca muzyka, zaś wszystko spowite jest szarzyzną i mrokiem. Niemniej czasem zgrzytają dialogi, gdzie za bardzo próbujemy rzucać slangiem i w dużej ilości bywa to niezbyt strawne. Także otwarte zakończenie mnie akurat rozczarowało.

Aktorsko jest całkiem nieźle, głównie dzięki obsadzeniu raczej mniej znanych i ogranych twarzy. Poza Maciejem Musiałowskim, który od mniej więcej trzech lat magnetyzuje swoją obecnością. Tutaj wypada dobrze i jest przekonujący. Tak samo jak znany z „Sonaty” Michał Sikorski w roli robiącego coraz większe przypały „Mąki”, który okazuje się większym cwaniakiem niż się wydaje. Za to sporym zaskoczeniem była obecność kompozytora Pawła Mykietyna, wcielającego się w „Tumana” oraz całkiem niezły Artur Krajewski (lichwiarz Zbigniew) czy świetny duet Roman Gancarczyk/Olek Krupa (bracia Jacek i Józef Stary). Za to słabiej wypadają panie, czyli Nel Kaczmarek (influencerka Miki) i Hanna Nobis (Kira), które nie mają zbyt wiele do zagrania.

Więc jak podejść do tego „Freestyle’u”? Bochniak czerpie dobre wzorce i nawet jeśli jest to zbyt znajome, nie wywołuje poczucia znużenia czy zażenowania. Czuć dobrą rękę reżysera, ale także nie do końca wykorzystano potencjał tego dzieła.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Operacja: Soulcatcher

Polski oddział Netflixa próbuje robić wszystko, by ubarwić trochę poziom kina gatunkowego na naszym podwórku. W większości przypadków z marnym skutkiem i raczej kolejne premiery nie wywołują zbyt wielkiego szumu. Takie są też produkcje Daniela Markowicza – producenta filmowego, który próbuje sił jako reżyser. W raczej nieudanych filmach pokroju „Bartkowiaka” i „Planu lekcji”, ale jak to się mówi: do trzech razy sztuka.

soulcatcher1

„Operacja: Soulcatcher” opowiada o byłym żołnierzu, a obecnie najemniku Kle (Piotr Witkowski). Zostaje wysłany z grupą sprawdzonych wojaków do Czeczenii z tajną misją. Plan jest prosty: zdobyć materiały i wyciągnąć niejaką Elizę Mazur (Michalina Olszańska), ale od początku wszystko idzie nie tak. Najpierw zostaje zabity przewodnik, a następnie grupa wpada w zasadzkę. Jakby tego było mało, podczas akcji ginie paru członków grupy oraz pojawia się tajemnicze urządzenie. Jak się okazuje po powrocie jest to Soulcatcher – cacko, co miało wyleczyć ludzi z raka, a zamienia ich we wściekłych zombie-wojaków. A posiadanie takiego cacka może stworzyć armię większą niż wojska III Rzeszy i Armii Czerwonej razem wzięte. To nie może się stać, więc Kieł tym razem – z poręczenia rządu – wyrusza na tajną akcję.

soulcatcher4

Fabuła jest tak prosta jak konstrukcja cepa, ale w takich filmach to sprawa drugorzędna. Wszystko tutaj zależy od realizacji, a ta ewidentnie celuje w rejony kina klasy B. Postacie są szczątkowo zarysowane, jednowymiarowe niczym komiks i jest to tak schematyczne, że bardziej się nie da. Mamy milczącego twardziela z wyrzutami (Kieł), śmieszka (pilot Krzysiek), klona Jasona Momoy (Byk), eks-twardzielkę, co wraca do gry (Burzę). Mało wam? Jest też nowy członek zespołu, co w kluczowym momencie okazuje się zdrajcą (Damian) – oczywiście, że tak; zmuszonego do współpracy dobrego naukowca (zmarnowany Jacek Poniedziałek) czy absolutnie przejaskrawionego złego generała (Mariusz Bonaszewski powinien mieć zakaz mówienia po angielsku – CHRYSTE PANIE, CO TU SIĘ ODJANIEPAWLIŁO).

soulcatcher2

Na te bzdury i przewidywalność jeszcze można byłoby przymknąć oko, ALE… same sceny akcji są troszkę słabiutkie. Nawet mordobicie w „Planie lekcji” czy walki w „Dniu matki” wyglądały bardziej ekscytująco. Same zdjęcia są tutaj całkiem niezłe, jednak brakuje tutaj adrenaliny, kreatywności i finezji w formie. Przy „Tylerze Rake’u” to prezentuje się zwyczajnie blado, szczególnie przy strzelaninach ze sporym użyciem MOCNO widocznych efektów komputerowych. Nieliczne sceny mordobicia po prostu… są i tyle mogę o nich powiedzieć. Nie jest to chaotyczne czy nieczytelne, ale pozbawione oryginalności, przez co staje się dość szybko nudny.

soulcatcher3

„Operacja: Soulcatcher” jest, niestety jednym z największych zawodów tego roku. Nie oczekiwałem wiele, ale dostałem jeszcze mniej. W zasadzie nie ma tutaj zbyt wiele zalet i wydać bardzo słabą rękę Markowicza jako reżysera. Jeśli będzie chciał sięgnąć za kamerę, niech to poważnie i głęboko przemyśli, bo kolejna wpadka może być końcem kariery.

3/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 1

Warszawa – miasto najbardziej znane z dwóch rzeczy: bycia stolicą kraju, gdzie stykają się wielka polityka oraz biznes, a także z powodu lokalizacji. Albowiem miasto to leży między Pruszkowem a Wołominem. Tutaj też działa gazeta „Kurier”, gdzie pracuje Piotr Grodecki (Marcin Dorociński). Dziennikarz prowadzi śledztwo w sprawie przekrętów finansowych w firmie, której dyrektorem operacyjnym jest jego brat Daniel (Jacek Poniedziałek). Sprawa wydaje się zamknięta, kiedy Daniel popełnia samobójstwo podpalając się. 9 miesięcy później dzieje się jednak coś dziwnego, a dokładnie notariusz przekazuje pakiet od zmarłego Daniela. Tam znajduje się lokalizacja i godzina, zaś na miejscu jest świadkiem samobójstwa biznesmena Andrzeja Bogusza. Piotr razem z zaprzyjaźnioną agentką CBŚ Weroniką (Marta Nieradkiewicz) próbuje odkryć cała tą tajemnicę.

Stworzony przez HBO serial Marka Lechkiego jest remakiem norweskiego mini-serialu „Układ”. Nie znam tego dzieła, niemniej czuć tutaj pewną „skandynawskość” w klimacie. Bardzo chłodnym, niemal wypranym z kolorów świecie pełnym mroku, tajemnic, manipulacji i tajemnicy. Warszawa tak groźnie i niepokojąco nie wygląda tak później (może w „Ślepnąc od świateł”), gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Wróg wydaje się bardzo potężny, działający o krok przed bohaterami, co może skończyć się: a) poczucie paranoi i ciągłego osaczenia, b) zastraszeniem i poczuciem bezsilności, c) śmiercią. Przez co niemal cały czas trzeba było uważnie śledzić i łączyć wszystkie elementy układanki. Dawkowanej bardzo powoli, bez pośpiechu, gdzie cały czas czuć zagrożenie. Nawet politycy nie wydają się być bezpieczni, o czym przekonuje się minister gospodarki Skalski (Adam Woronowicz).

Sama intryga jest więcej niż sprawnie opowiedziana, z paroma zaskoczeniami i twistami. Do tego jeszcze mamy tu spojrzenie na świat mediów, gdzie bardziej liczy się klikalność czy chronienie tyłka samej gazecie i redakcji. Krótko mówiąc pogoń za newsem zamiast weryfikacji źródeł, co bardzo pomaga manipulować dziennikarzy. I to też jest źródłem konfliktu między naczelnym (Andrzej Konopka), a szefem działu (Witold Dębicki), co jest zgrabnym wątkiem pobocznym. To jednak jest niejako przy okazji, nadal pozostając dziennikarskim śledztwem. Kolejne powiązania, postacie oraz pozostający w cieniu ludzie Paktu, którzy dość brutalnie wymuszają lojalność. Jest naprawdę niepokojąco, tajemniczo i mrocznie.

Jedyną bardzo poważną wadą jest w zasadzie dźwięk, czyli miejscami bardzo niezrozumiałe dialogi. Co jest poważną dolegliwością większości polskich produkcji czy zakończenie, gdzie pozostaje parę znaków zapytania. Za to absolutnie błyszczą aktorzy. Marcin Dorociński potwierdza klasę w roli nieustraszonego Piotra przypomina twardzieli z dawnych czasów. Szorstki, zdeterminowany i podążający za tropami, lecz nie piszący niczego bez potwierdzenia. Klasyczny śledczy w nowych fatałaszkach. Ale prawdziwym odkryciem jest dla mnie Marta Nieradkiewicz w roli agentki CBŚ Weroniki. Z jednej strony mocno napędzana przez obsesję i determinację, ale z drugiej bardzo wycofana i coraz bardziej naznaczona przez swoją pracę, co doprowadza do nasilającej się paranoi. Na drugim planie jest masa znajomych twarzy: od solidnych – jak zawsze – Dębickiego, Woronowicza, Konopki i Grzegorza Damięckiego przez zaskakującą Alicję Dąbrowską, dawno niewidzianego Edwarda Linde-Lubaszenko aż po drobne epizody Sebastiana Fabijańskiego, Tomasza Ziętka oraz Mariusza Bonaszewskiego. A to nie wszyscy warci wymienienia.

Kolejny przykład, że polskie seriale z wątkami kryminalnymi zawsze trzymają wysoki fason. Na ile to zasługa oryginalnego tekstu i przeniesieniu na nasze podwórko, a ile naszej warstwy realizacyjnej – trudno powiedzieć. Nie zmienia to faktu, że „Pakt” jest kolejną perełką w dorobku HBO – przynajmniej pierwszy sezon. A jak sobie poradzi drugi, już oparty na autorskim scenariuszu? To temat na osobną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski

Pan Wypadek: Wakacje zabójcy

Pamiętacie Mike’a o ksywie Pan Wypadek. Ten wyszkolony zabójca po wydarzeniach z poprzedniej części został zmuszony do opuszczenia Londynu. I wydawało się, że zostanie kimś w rodzaju ulicznego mściciela, ale nie. Przeniósł się na Maltę, wypoczywa w bogatej chacie oraz ćwiczy w towarzystwie poznanej Siu-Lin. Czy jednak zrezygnował z wykonywania zleceń? Absolutnie nie. Podczas jednej z akcji trafia na Freda – specjalistę od niekonwencjonalnych wynalazków.

pan wypadek2-1

Sprawy się jednak komplikują do tego stopnia, że Fred zostaje porwany. Dlaczego? Bo ktoś próbował zabić syna szefowej lokalnej mafii. Problem w tym, że zabójca próbował zrobić tak, by wyglądało to na wypadek. Jak nasz stary kumpel Mike, tylko że on odrzucił to zlecenie. Matka chłopaka o imieniu Dante zmusza naszego protagonistę, by powstrzymał zabójców albo Fred zginie. Niewesoło. Zwłaszcza, że wśród chętnych na zlecenie jest pewien stary znajomy.

pan wypadek2-2

„Wakacje zabójcy” nadal trzymają poziom solidnego kina klasy B, choć tym razem za kamerą stanęli bracia Kirby. Niemniej zachowany zostaje klimat oryginału, czyli prostej naparzanki w pulpowym sosie. Parę razy widać niezbyt duży budżet, głównie przy efektach specjalnych jak dym z wystrzeliwanej broni czy krew w CGI. Ale same sceny walki są zrobione naprawdę przyzwoicie, gdzie kamera głównie krąży dookoła walczących. Nie ma tu szybkich cięć, trzęsącej się kamery czy nie nadążania za ruchami postaci. Jest trochę slow-motion, ale bez przesady. Za to nadal jest dużo humoru, niezłej choreografii, galerii ekscentrycznych cyngli: od ninja do klauna (oczywiście).

pan wypadek2-3

Sama fabuła nie jest skomplikowana, a wszystko jest przerysowane. Do granic przesady, ale zabawy jest tu sporo. Adkins trzyma poziom i walczy jak trzeba, reszta składu odnajduje się w tej konwencji. Krwawej i brutalnej, a jednocześnie bardzo jaskrawej i komediowej. Zawsze można gorzej zmarnować półtorej godziny swojego życia.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan „Wypadek”

Jak się wraca z pracy albo pora jest dość upalna, to najchętniej by się chciało obejrzeć coś nieskomplikowanego, prostego i nie wymagającego myślenia. A nic się tak nie sprawdza w tym celu jak kino akcji – nie koniecznie za dużą kasę oraz wielkimi gwiazdami. Wystarczą pomysłowe walki, charyzmatyczny protagonista oraz porządny reżyser za kamerą. I tak dostajemy czystą pulpę w postaci „Pana Wypadka”.

Sam film oparty jest na komiksie Pata Millsa i Tony’ego Skinnera, którego akcja osadzona jest w Londynie. A dokładniej krąży wokół pubu Oaza – niby zwykłej knajpy, ale tylko dla zabójców, kierowanej przez emerytowanego cyngla, Wielkiego Raya (Ray Stevenson). I tutaj jest dość ekscentryczna galeria killerów, z których najlepszy jest Mike Fallon (Scott Adkins) znany jako Pan Wypadek. Skąd ta ksywa? Bo swoje zabójstwa robi tak, by wyglądały na wypadek. I jest w tym cholernie dobry, wszystko bez zadawania pytań kto, dlaczego oraz od kogo. To jest zasługą zbierającego zlecenia Amerykanina Miltona (David Paymer). Ale jeden telefon wywraca życie Fallona do góry nogami – jego była dziewczyna Beth, co rzuciła go dla… innej zostaje znaleziona martwa. Według policji kobieta została zaatakowana przez dwóch ćpunów, co po wszystkim… przedawkowali. Cóż za zbieg okoliczności!!! Sprawa się o tyle komplikuje, że nieboszczka była w ciąży. Zgadnijcie z kim.

Prościej fabuły filmu Jesse’ego V. Johnsona streścić się nie da. Czuć taki klimat pulpowych powieści, w czym pomaga narracja z offu głównego bohatera. Jest to kino zrobione za małą kasę, ale ze sporą pasją. Intryga jest z rodzaju łatwych do przewidzenia, gdzie nasz Pan Wypadek próbuje odkryć grubszy spisek, spuszczając łomot każdemu napotkanemu delikwentowi. Dla mnie najbardziej działał tu (czasem trochę prostacki) humor i niezłe one-linery oraz galeria dość ekscentrycznych kumpli naszego bohatera: brutalnego rzeźnika z siekierą, duet komandosów, małomówny truciciel, mistrzyni miecza samurajskiego czy Fred. Ten ostatni próbuje mniej konwencjonalnych metod zabijania i wydaje się najbardziej oderwany od rzeczywistości.

Zaś sama akcja? To głównie bohater Adkinsa walący po mordzie i/lub z buta, czyli pozornie prosta rzecz. Ale sama choreografia jest naprawdę niezła i sprawnie sfilmowana – bez szybkiego montażu, rozedrganej kamery, by ukryć jak bardzo sobie ludzie nie radzą ze scenami akcji. Ale Adkins sprawia, że nawet proste mordobicie potrafi wyglądać lepiej niż w większości produkcji skierowanych od razu do DVD i/lub VOD. Jest nawet cudna walka na ulicy z azjatyckim napastnikiem, gdzie jest parę mastershotów czy konfrontacja z parą komandosów na sali, granych przez Michaela Jai White’a oraz Raya Parka. To wygląda bardzo porządnie i chciałoby się takich scen więcej.

W ogólnym rozrachunku „Pan Wypadek” to kawał przyzwoitego kina klasy B, które jest nieźle zrobione. Adkins robi swoje i nawet gra nie najgorzej, reszta obsady też ma swoje momenty (szczególnie „Wielki Ray” Stevenson), zaś walki dostarczają frajdy. Czego więcej chcieć w przypadku filmu do oglądania po pracy, z kumplami przy piwku?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik II

Czy była potrzebna kontynuacja do „Francuskiego łącznika”? Wszak była otwarta furtka, ale nie miałoby to pokrycia w prawdziwych wydarzeniach. Ale dla hollywoodzkich szefów nie miało to żadnego znaczenia i po czterech latach „Popeye” Doyle znów ruszył do akcji. Nie wrócił za kamerą William Friedkin, którego zastąpił John Frankenheimer, ani scenarzysta Ernest Tidyman, tutaj podmieniony przez trójkę autorów pod wodzą Alexandra Jacobsa. To raczej nie miało prawa się udać, prawda?

Tym razem zamiast brudnego Nowego Jorku, mamy równie oszałamiającą wizualnie Marsylię. Tutaj przybywa Doyle (Gene Hackman), który jako jedyny widział (oraz przeżył spotkanie) z Alainem Charnierem (Fernando Rey). Handlarz narkotyków zbiegł ze Stanów razem ze swoją dostawą i ukrywa się przed światem. Nie oznacza to jednak bezczynności czy bierności, lecz przygotowuje kolejną transakcję, tym razem przez Szwajcarię. Zaś przybyły Doyle ma pomóc komisarzowi Henri Berthelamy’emu (Bernard Fresson), ale dochodzi do bardzo ostrych tarć.

Na pierwszy rzut oka „dwójka” wydaje się jednym z wielu filmów sensacyjnych, opierającym się na znanych schematach. Bo mamy gliniarz wrzuconego kompletnie w nieznany teren, równie porywczego (lecz zadziwiająco opanowanego wobec wyzwisk Doyle’a) francuskiego inspektora i nieobecnego dla policji Charniera. Ten ostatni w zasadzie wydaje się być drobnym epizodem, wręcz za bardzo chowającym się w cieniu, bez tej magnetyczności i charyzmy. Marsylia ma ten sam dualizm, co Nowy Jork – piękne plenery i eleganckie hotele mieszają się z brudem, chropowatością oraz nieprzyjemnymi spelunami jak pewien hotel. Z kolei brak znajomości języka francuskiego przez Doyle’a (oraz brak tłumaczenia francuskich dialogów) potęguje poczucie wyalienowania.

I tu Frankenheimer dokonuje pierwszego skrętu – Doyle zostaje porwany przez francuskiego łącznika oraz nafaszerowany heroiną. Po co? By wyciągnąć z niego informacje co tu robi. Wtedy „dwójka” dostaje prawdziwego kopa i szarpie. Szprycowanie narkotykami i przemiana brutalnego, gniewnego gliny w ćpuna nadal robi wrażenie. Ale jeszcze bardziej działa detoks wykonywany w policyjnej celi, gdzie Doyle’a męczy „głód” robi piorunujące wrażenie. Hackman bezbłędnie pokazuje cierpienie, fizyczny ból czy w absolutnie kapitalnej scenie, gdzie wydaje się powoli wracać do normy, ALE zaczyna coraz mocniej prosić o działkę. Taka mieszanka bezradności, bólu, gniewu, frustracji pogłębia charakter Doyle’a i to są najciekawsze sekwencje „Francuskiego łącznika II”.

Sama intryga oraz sceny akcji nie mają tego nerwu, co u Friedkina, ale Frankenheimer nadrabia to ciekawymi inscenizacjami jak podczas strzelaniny przy statku czy brawurowym, pieszym pościgu Doyle’a za Charnierem. W tym drugim przypadku parę razy reżyser pokazuje ujęcia z oczu bohatera, co pomaga podbić stawkę. Oraz samo zakończenie, które wydaje się oczywiste i jednocześnie takie nagłe. Francuscy aktorzy wypadają bardzo solidnie (zwłaszcza Fresson jako szorstki Berthelemy), jednak to Hackman dominuje oraz rozsadza ekran. Zarówno będąc naćpany, na przymusowym odwyku oraz dokonując w finale (ostatnie pół godziny) wściekłej zemsty.

„Francuski łącznik II” to kompetentny film sensacyjny i widać fachową rękę Frankenheimera. ALE nie jest w stanie dorównać klasykowi Friedkina z powodu braku tego wyrazistego charakteru, faktury i energii. Ale poszukiwacze sensacji znajdą tu parę mocnych momentów oraz scen, które zostaną na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień Matki

Polskie kino sensacyjne ostatnimi czasy jest w nie najlepszym stanie. Bo poza marnym Patrykiem Vegą i trochę lepszym Pasikowskim Władkiem, reszta albo jest całkiem przyzwoita („Jak zostałem gangsterem” Macieja Kawulskiego), albo słabo (produkcje Daniela Markiewicza – „Diablo. Gra o wszystko”, „Bartkowiak”, „Plan lekcji”). Teraz z tym gatunkiem postanowił się zmierzyć młody reżyser Mateusz Rakowicz.

Fabuła „Dnia matki” skupia się na Ninie (Agnieszka Grochowska) – uznanej za zmarłą byłą agentkę tajnych służb. Jest wycofana, zamknięta w sobie i prowadzi życie żywego trupa. Po co ta maskarada? Żeby chronić swojego biologicznego syna, który mieszka z rodziną zastępczą. Ku jej zaskoczeniu, 17-letni Maks (Adrian Delikta) zostaje uprowadzony. Podobno stoi za tym pewien serbski mafiozo, który chce się zemścić za śmierć ojca. I wykorzystuje do swoich celów młodego gangstera o ksywie Woltomierz, który macza palce we wszystkim – handlu narkotykami, ludźmi, praniu brudnych pieniędzy. Nina korzysta z pomocy dawnego kolegi z pracy – Igor (Dariusz Chojnacki).

Na papierze fabuła jak coś w stylu „Uprowadzonej”, gdzie Grochowska jest Liamem Neesonem, choć obiecywano coś a’la „John Wick”. Rakowicz, co już pokazał w debiutancko „Najmro”, ewidentnie stawia tu na styl. Kolory są mocne i nasycone, momentami wręcz jaskrawe, klimat troszkę wzięty z kina lat 90., ale przeniesiony do dzisiejszych czasów. Sama fabuła i intryga jest prosta jak konstrukcja cepa, ale nie po to się ogląda tego typu filmy. Tylko dla egzekucji, czyli mięsistych scen walenia sobie w mordę i/lub strzelania i wyrazistych bohaterów. Już sam początek zapowiada młóckę, gdy Nina idzie do sklepu po piwo. Wracając do domu widzi grupkę „narodowców” zaczepiających młodą kobietę. Zamiast przejść obojętnie i pójść do domu, kończy się to bójką z użyciem browarów (co za marnotrastwo alkoholu!!!).

Dalej nie brakuje kreatywnych momentów, z których najbardziej wybija się młócka w kuchni. Tutaj kamera niemal przyklejona jest do Niny, jedynie w zbliżeniach zwraca uwagę na detale i jest to świetnie zmontowane. W takich chwilach widać jak reżyser bawi się konwencją i odnajduje rytm. Nie brakuje tu małych twistów czy bardzo charakternego antagonisty (a właściwie to dwoje), których z pamięci nie da się wymazać. Nieważne, czy to absolutnie przejaskrawiony Woltomierz (szalony Szymon Wróblewski) czy piorąca brudne pieniądze dyplomatka ze wschodu (zaskakująca Jowita Budnik) – to mocne postacie, jakich dawno nie było i pasuje do tego, trochę campowego tonu.

Mnie się to podobało, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, parę scen akcji nie ma tak mocnego uderzenia czy tempa, a nawet widać markowane ciosy. Po drugie, syn bohaterki jest dość irytujący, co na początku jeszcze jest zrozumiałe, bo znalazł się w sytuacji, która go przerasta. I nie może się odnaleźć, a jego relacja z matką (o której nic nie wiedział) jest szorstka, niełatwa. Ale budowanie więzi między tą dwójką jest trochę bardziej przyjmowane na słowo, przez co nie kupiłem tego. A po trzecie, gdzieś w połowie „Dzień matki” traci impet i gdzieś pod koniec zaczynał wracać do dawnego rytmu.

Wszystko na swoich barkach trzyma Agnieszka Grochowskiej, jakiej nigdy nie mieliśmy szansę zobaczyć. Nina to twarda, szorstka, wycofana emocjonalnie, z twardymi pięściami oraz… poczuciem pustki. A wszystko to pokazane z jednej strony oszczędnie, mową ciała, a z drugiej w scenach akcji wypada bardzo przyzwoicie. Świetnie wypada też Dariusz Chojnacki jako pomagający protagonistce (ale czy na pewno?) Igor. Bardzo przekonująco pokazuje pewną nerwowość, poczucie presji (mruczenie pod nosem, dziwaczny coś jakby śmiech) oraz dość niełatwą relację z nastoletnią córką. Film jednak skradła zaskakująca Jowita Budnik, cały czas mówiąca pa ruski, kompletnie nie do rozpoznania oraz równie jaskrawy Szymon „Woltomierz” Wróblewski.

„Dzień Matki” nie zrobił na mnie aż tak piorunującego wrażenia jak debiutancki „Najmro”, ale to kawałek całkiem niezłego kina. Czuć tu pasję, sercę oraz kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, jednak doszło do paru potknięć. Niemniej jest to krok w dobrym kierunku, zaś zakończenie zostawia otwartą furtkę na ciąg dalszy i szansę na lepszy sequel. Czego bym sobie bardzo życzył.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One

Seria filmów z Tomem Cruisem jako agent Ethanem Huntem jest jedynym cyklem, stanowiącym jakąkolwiek konkurencję dla brytyjskiego szpiega wszech czasów. Wszystko w dużej skali, szalonymi popisami kaskaderskimi, z ograniczonymi do minimum efektami komputerowymi. Teraz pojawia się część siódma serii i trzecia w dorobku reżysera Christophera McQuarrie.

Tym razem amerykański odpowiednik Bonda będzie mierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem w historii serii: Bytem. Kim on jest? Sztuczną Inteligencją, która działa niczym wirus: jest w stanie zaszkodzić i zmanipulować wszystkimi danymi cyfrowymi. Zarówno instytucji cywilnych, wojskowych i wywiadowczych. Bardzo niebezpieczna broń, o czym przekonuje się dowódca rosyjskiego okrętu podwodnego Sewastopol (Marcin Dorociński), zaatakowany przez kod Bytu. Okręt zatonął zniszczony własną torpedą, która miał zatopić obecny na radarze wrogi statek, którego… nie było. Pocisku nie można było wyłączyć, co skończyło się śmiercią, zaś należący do oficerów dwuczęściowy klucz zniknął. I właśnie jego ma zdobyć Hunt, by jego szefowie mogliby kontrolować SI. ALE SI nabrało świadomości, przez co kontrolowanie jest utrudnione. Dla komórek wywiadowczych z całego świata nie stanowi to problemu i dla zdobycia władzy nad Bytem posuną się do wszystkiego.

Hurt oraz jego stała ekipa, czyli Luther (Ving Rhymes) i Benji (Simon Pegg) wyruszają w celu zdobycia drugiej połówki od kupca. Pojawiają się jednak dwa problemy: ekipa IMF zostaje uznana za złych i CIA wyznaczyła swoich ludzi do polowania na nich oraz w całą hecę wplątuje się cwana złodziejka (Hayley Atwell). Jest jeszcze trzecia strona, czyli reprezentujący Byt Gabriel (Esai Morales) – demon z przeszłości Hunta, pozbawiony cyfrowej tożsamości. Do tego nasz antagonista coraz szybciej się uczy, przewidując wszystkie możliwe scenariusze, nawet te najbardziej nieprawdopodobne.

Jestem kompletnie zaskoczony, że po tylu latach (prawie 30 od premiery pierwszej części) nadal można jeszcze coś wymyślić i podbić stawkę. Zwłaszcza kiedy reżyser robi już kolejną część z serii, należy spodziewać się raczej zniżki formy (bardziej lub mniej), co pokazał „Fallout”. Jednak pierwsza część „Dead Reckoning” jest wyjątkiem od reguły. Niby nic się nie zmieniło w serii, bo nadal mamy zabawę ze zmianami tożsamości (maska i modulator głosu), spektakularne pościgi, strzelaniny i popisy kaskaderskie oraz ciągle komplikujący się plan, który miał być o wiele prostszy w teorii. Czyli nic nowego. ALE dlaczego to tak wciąga i trzyma w napięciu? Nie chodzi tu tylko o poziom techniczny, gdzie prawie wszystko jest wykonywane praktycznie (absolutnie świetny pościg przez ulice Wenecji z użyciem m.in…. Żółtego, ciasnego Fiata; strzelanina z najemnikami podczas burzy pustynnej czy finał w rozpędzonym pociągu). Po raz pierwszy miałem poczucie, że dla Hunta i jego ekipy to zadanie może zakończyć się klęską. A nawet jeśli wygra, cena będzie za to bardzo wysoka. Tego przy tej marce nie czułem od czasu… „Ghost Protocol”, czyli części czwartej. I to zrobiło na mnie niesamowite wrażenie.

Aktorsko tutaj nie mogę się do nikogo przyczepić. Cruise jak to Cruise absolutnie błyszczy i dla niego Hunt to niemalże druga natura. Chemia między nim a Peggiem i Rhymesem nadal jest silna, działając mocno na korzyść. Starzy znajomi w ogóle nie zawodzą, a ich obecność cieszy. Największą niespodzianką dla mnie był powrót Eugene’a Kittridge’a, czyli szefa IMF z pierwszej części serii. Grający go Henry Czerny nadal jest świetny i ciągle nie można było rozgryźć jaki jest jego prawdziwy cel oraz motywacje. Z nowych bohaterów najistotniejsze są dwie, czyli złodziejka Grace oraz cyngiel Gabriel. Zarówno Hayley Atwell jak i Esai Morales są absolutnie fantastycznym uzupełnieniem sił. Pierwsza jest zaradną cwaniarą, nieświadomą w jakie szambo wpadła i wszelkimi sposobami próbuje się wydostać. Jej sceny z Cruisem to jedne z najlepszych momentów w całej serii. Z kolei Morales to bardzo chłodny, kalkulujący (niczym sam Byt) przeciwnik, bezwzględnie eliminujący każde potencjalne zagrożenie. Nawet w swoim otoczeniu.

Więcej nie powiem o samym filmie, ale jedno mogę stwierdzić z całą pewnością: pierwsza część „Dead Reckoning” to najlepsza część serii „Mission Impossible” w dorobku Christophera McQuarrie’ego. A być może nawet całego cyklu, gdzie akcja, napięcie, humor, przewrotki i twisty są wyważone w niemal idealnych proporcjach. Rozrywka perfekcyjna w wykonaniu oraz dająca masę satysfakcji. Już nie mogę się doczekać finału tej opowieści.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski