Mission: Impossible – The Final Reckoning

To już niemal 30 lat, gdy ruszyła kinowa maszyna zwana „Mission: Impossible”. I chyba nikt, ani Tom Cruise, ani reżyser Brian De Palma nie spodziewał się jak bardzo ta seria się rozrosła. Teraz dostajemy część ósmą, która pierwotnie miała być drugą połową części siódmej. Jednak dość słabe (jak na tą serię) wyniki box office doprowadziły do zmiany tytułu. I tak zamiast „Dead Reckoning, Part Two” pojawia się „The Final Reckoning”. Czyżby to miał być le grande finale całej serii i ostatnia misja niemożliwa?

Ethan Hunt (Tom Cruise) nie może sobie pozwolić na jakakolwiek chwilę oddechu. Szczególnie w poprzedniej części serii, gdzie pojawiła się sztuczna inteligencja zwana Bytem. Jej kod źródłowy znajduje się gdzieś na dnie oceanu we wraku rosyjskiego okrętu podwodnego, zaś sama AI wywołuje chaos oraz dezinformację w świecie wirtualnym. Teraz jednak chce przejąć cały nuklearny arsenał świat i odpalić, doprowadzić do kompletnej zagłady ludzkości. Ukrywający się Hunt ma cztery (CZTERY) dni, by znaleźć kod źródłowy (Podkowę) i zniszczyć. Ale to nie będzie łatwe nie tylko przez pełniącego fizyczną wersję Bytu Gabriela (Esai Morales), lecz także przełożonych samego Hunta, chcących kontrolować AI.

Z całej tej szalonej, pełnej nieprawdopodobnych popisów kaskaderskich Toma Cruise’a oraz odpowiedniego balansu między powagą a zgrywą, ta część ponownie zrobiona przez Christophera McQuarrie działa inaczej. Pierwsze 30 minut (mniej więcej) to tak naprawdę połączenie wydarzeń z niemal wszystkich części (ze szczególnym naciskiem na pierwszą, trzecią i siódmą) do tego momentu. Ten segment zawiera masę przebitek, retrospekcji i dialogów, które potrafią przytłoczyć. „The Final Reckoning” jest o wiele mroczniejsze oraz bardziej poważne, co dla wielu może być dość ciężkostrawne i nieznośnie patetyczne. Rozumiem, że chodziło o podbicie stawki i przypomnienie, co się wcześniej działo (szczególnie w części poprzedniej), jednak mnie to troszkę wybiło. Jednak w momencie, gdy Hunt trafia na okręt wojenny, wszystko zaczynało wracać na odpowiednie tory. Akcja skupia się wokół dwóch wielkich scen kaskaderskich: penetracja wraku okrętu podwodnego (bardzo klaustrofobiczna, nerwowa oraz pięknie wyglądająca) oraz pościg z dwoma dwupłatowcami nad ślicznymi krajobrazami południowej Afryki (z wielkim oddechem, świetnie nakręconą i zmontowaną), dziejąca się równolegle z dwoma innymi – równie intensywnymi – momentami.

Nie wiem, jak oni to robią, ale znowu udało im się podnieść mi ciśnienie i sprawić, że oglądałem film na skraju fotela. Że nie ma to za wiele wspólnego z naszą rzeczywistością i sensu w tym niewiele, to już inna sprawa. Trudno nie być pod wrażenie technicznych umiejętności twórców, którzy wyciskających maksimum możliwości. Nawet zmiana kompozytora nie odbija się za bardzo na jakości. Montaż jest intensywny, zdjęcia są o wiele mroczniejsze niż poprzednio, scenografia także wygląda przekonująco. Można czasem odnieść wrażenie, że dzieje się aż za dużo, niemniej to nadal działa.

A jak sobie radzi z tym wszystkim obsada? Tom Cruise robi to, co zwykle i nadal szaleje w scenach kaskaderskich (po tym filmie jestem coraz bardziej przekonany, że ten aktor to amerykański odpowiednik Jackie Chana), zaś w innych momentach też radzi sobie porządnie. Stała ekipa (Simon Pegg, Ving Rhymes oraz wracający z poprzedniej części Hayley Atwell, Henry Czerny i Pom Klementieff) ciągle wypada świetnie, zaś z nowych postaci najbardziej zapadają dwie drobne role: Tramella Tillmana (kapitan okrętu podwodnego Bledsoe) oraz Hannah Waddington (admirał Neely). Jednak niespodzianką był dla mnie Rolf Saxon (William Donloe), który pojawił się w pierwszej części „Mission Impossible” w epizodzie i tutaj powraca w większej roli.

Czy „The Final Reckoning” to naprawdę ostatnia część tej serii? Zważywszy na to, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak zrobić lepsze, groźniejsze zagrożenie od Bytu (przynajmniej ja) oraz fakt, że Tomek „Kaskader” Cruise nie robi się coraz młodszy, wydaje się to całkiem realne. Nie jest to najlepsza część serii, lecz (mimo pewnych rys) jest to godne zakończenie tej prawie 30-letniej franczyzy. Lepszego blockbustera na początek letniego sezonu nie zobaczycie (przynajmniej w tym miesiącu).

8/10

Radosław Ostrowski

Rambo II

Sukces „Rambo: Pierwszej krwi” przerósł oczekiwania wszystkich. Przy 15 milionach dolarów zarobił ponad 125 milionów, więc kontynuacja wydawała się kwestią czasu. Ale był jeden poważny problem: w powieści Davida Morrella Rambo zginął, więc nie było żadnego materiału źródłowego. Jednak po czterech latach pojawił się drugi „Rambo”.

Fabuła (za którą odpowiadają Sylvester Stallone i… James Cameron) jest prosta niczym konstrukcja cepa: John Rambo (Sylwek Stalowy) odsiaduje wyrok więzienia za swoje szaleństwa z poprzedniej części. Teraz pojawia się jego dawny dowódca, pułkownik Trautman (Richard Crenna) i ma dla niego propozycję. Siły specjalnie chcą przywrócić naszego bohatera do służby w celu potwierdzenia obecności jeńców wojennych z Wietnamu. W zamian nasz bohater może dostać prezydenckie ułaskawienie. Jest tylko jeden haczyk: Rambo ma… zrobić zdjęcia, co jest raczej ponad jego kwalifikacje. Niemniej dowodzącemu akcją, majorowi Murdockowi (Charles Napier) to kompletnie nie przeszkadza. Ale znając Rambo, na fotografiach akcja się nie skończy.

Tym razem za kamerą stanął George P. Cosmatos, który później zrobi ze Stallone’m kultową „Cobrę”, a następnie niedoceniony horror SF „Lewiatan” czy równie kultowy western „Tombstone” (kiedyś muszę do niego wrócić). Drugi „Rambo” jest o wiele prostszy, jego fabuła jest cieniutka niczym barszczyk i jest pretekstem do jednego: siania rozpierduchy. A ta jest wręcz o skali epickiej, bo Rambo zabija – za pomocą noża, łuku oraz… helikoptera (bo czemu nie) – setki ludzi. Głównie Wietnamców, ale też napatoczyli się Ruscy pod wodzą podpułkownika Pudowskiego (Steven Berkoff). Tutaj Rambo jest kreowany jako niezniszczalna maszyna do zabijania, co umie wszystko, a ból nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Niespodzianek tu nie ma, niemniej potrafi dostarczyć sporej rozrywki.

Sama akcja jest tutaj sfilmowana bardzo energicznie, co jest zasługą II reżysera Petera Macdonalda. Sceny z użycia helikoptera mają mocarnego kopa, muzyka Jerry’ego Goldsmitha brzmi epicko, eksplozje są ogromne, zaś akcja (pozbawiona jakiegokolwiek suspensu) dostarcza. Szczególnie ataki z łuku, gdzie dźwiękowcy dorzucają do wybuchów odgłosy zwierząt. Niemniej dzieje się jedna rzecz, która mi psuła frajdę z oglądania akcji: miejscami bardzo płaskie dźwięki wybuchów oraz strzałów (choćby zabicie piratów i eksplozja wskutek zderzenia statków). Także fakt, że postacie są o wiele bardziej uproszczone (szczególnie Rambo oraz Trautman), pełniące proste role: wspierający mentor, zdrajca, stereotypowy tępy złol.

Jakbym miał podsumować „Rambo II”, jest to destylat lat 80. – pełen patriotyzmu, z superherosem w głównej roli, przerysowaną akcją oraz odrobiną dawki kiczu. O wiele bardziej uproszczony portret człowieka, który z udręczonego PTSD żołnierzem staje się jednoosobową armią, co fanów oryginału mocno wkurzy.

7/10

Radosław Ostrowski

Rambo: Pierwsza krew

11 kwietnia tego roku w wieku 94 lat zmarł kanadyjski reżyser Ted Kotcheff. Czy można lepiej uczcić pamięć tego reżysera niż sięgnięcie po jeden z jego filmów. Jak choćby jego najgłośniejszy film w jego karierze – „Rambo: Pierwsza krew”.

Pierwsza część z serii jest najbardziej nietypowa z całego cyklu. Nie ma tu ganiana po dżungli, zabijania przeciwników liczonej w dziesiątkach lub setkach czy jakiegokolwiek politycznego wkrętu. Tutaj idziemy w zupełnie inną stronę. Nasz John Rambo (Sylvester Stallone) wrócił już z wojny i próbuje się odnaleźć w swoim domu. W końcu trafia do miasteczka Hope, gdzie nie jest zbyt życzliwie traktowany przez szeryfa (Brian Dennehy). Widząc w nim włóczęgę, stróż prawa odprowadza go do granicy miasta, ale nasz bohater nic sobie z tego nie robi. Co doprowadza do aresztowania Rambo, zaś tamtejsi zastępcy traktują go jak śmiecia. Wskutek tego traktowania coś się w nim budzi i zaczyna atakować gliniarzy oraz ucieka z posterunku. Szeryf nie jest w stanie odpuścić, co doprowadza do obławy.

A więc co jest nietypowego w „Pierwszej krwi”? Ma o wiele mniejszą skalę, dzieję się w USA (w okolicach świąt Bożego Narodzenia) i bardziej skupia się na psychologii głównego bohatera oraz z jaką wrogością jest traktowany. Facet służył krajowi, a po tej służbie traktowany jest jak śmieć. I to wywołuje w nim efekt PTSD, zupełnie jakby znowu był w Wietnamie. Co nie znaczy, że nic się tu nie dzieje, bo Kotcheff trzyma wszystko o wiele bardziej przyziemnie. Od przygotowanych pułapek w lesie (przypominającym wietnamską dżunglę) przez ucieczkę do zalanej kopalni pełnej szczurów (zaskakująco klaustrofobicznie) aż do niemal odcięcie miasta i parę eksplozji. Wszystko w bardzo płynnym tempie, bez zbędnych przestojów ani linijki dialogu. Najbardziej zaskakujący jest tutaj finał, gdzie Rambo pierwszy raz mówi więcej niż jedno zdanie, pierwszy raz puszczając gardę i wyrażając swoje emocje.

Tutaj Sylvester Stallone najbardziej błyszczy jako aktor, choć przez cały film gra bardzo powściągliwie. Mówi rzadko, a każde słowo ma swój ciężar. Ale poza nim najbardziej Kotcheff skupia się na kolejnej dwójce: szeryfa Teasela i pułkownika Trautmana, granych przez Dennehy’ego oraz Richarda Crenny. Pierwszy to ewidentny przypadek nadużycia władzy dla szeroko rozumianego „utrzymania porządku”, drugi jest przełożonym Rambo i zna go najlepiej ze wszystkich ludzi. Ma w sobie sporo empatii, ale jest najbardziej świadomy powagi sytuacji, zaś Crenna gra go bardzo poważnie. Ta dwójka razem ma wiele konfrontacyjnych momentów, gdzie zderzają się ideologię oraz światopoglądy.

„Rambo: Pierwsza krew” pozostaje najlepszą częścią tej franczyzy i pokazuje jak cholernie uzdolnionym aktorem potrafił być Sylvester Stallone. Zadziwiający poruszający, trzymający w napięciu film, ze świetnymi dialogi, fantastycznym aktorstwem oraz kapitalną muzyką mistrza Jerry’ego Goldsmitha. Po ponad 40 latach nadal stoi na własnych nogach.

8/10

Radosław Ostrowski

Ronin

W feudalnej Japonii ronin to określenie samuraja bez pana. Po jego śmierci wojownik miał dwa wyjścia: albo zostać najemnikiem u innego pana, albo zostać bandytą. Jednak w przypadku filmu Johna Frankenheimera ten termin odnosi się do byłych agentów tajnych służb, którzy po zakończeniu zimnej wojny przestali być potrzebni swoim „panom” i działają jako najemnicy. Komu? Każdemu, kto zapłaci – gangsterom, terrorystom, bez znaczenia.

Takim bohaterem jest tutaj Sam (Robert DeNiro) – były agent CIA, który trafia do Paryża. Razem z grupą innych najemników: Francuza Vincenta (Jean Reno), Anglik Spence (Sean Bean), Niemiec Gregor (Stellan Skarsgard) i Larry (Skipp Sudduth) dostają robótkę do wykonania. Za zleceniem stoi Deirdre (Natascha McElhone), zaś celem jest zdobycie pewnej walizki. Co w niej jest? Ważne, że chcą ją Irlandczycy, ale – jak się potem okaże – nie tylko oni. Niby udaje się zdobyć walizkę, jednak dochodzi do zdrady.

Frankenheimer zaczyna swój film niczym szpiegowską historię w stylu Johna le Carre. Dużo tutaj miejsca ma ostry jak brzytwa dialog, odrobina czarnego humoru oraz skupienie na atmosferze. Oraz główny bohater sprawia wrażenie inteligentnego, opanowanego zawodowca. Nie oznacza to jednak, że brakuje tu napięcia, choć akcja początkowo jest trzymana w ryzach (zakup broni). Ale w momencie sceny przejęcia walizki oraz pościgu samochodowego w Nicei, adrenalina wbija się ponad sufit. Same pościgi są bardzo ekscytujące: od ujęć z maski auta przez jazdę w ciasnych uliczkach (jak na europejskie drogi przystało) po bardzo ostre zakręty i stłuczki. Wszystko robione praktycznie, bez komputerowych sztuczek (chociaż moment palenia gumy przez Vincenta wygląda… dziwnie, delikatnie mówiąc), ze świetnymi popisami kaskaderskimi. Tak samo jest z rzadkimi chwilami eksplozji – strzelaniny też potrafią być intensywne, jednak bez przesady a’la Michael Bay.

Reżyser nie daje się zdominować popisami pirotechniczno-kaskaderskimi, dając sporo przestrzeni na dialog oraz interakcje między postaciami. W szczególności między Vincentem a Samem, którzy zaczynają budować silną więź – można nawet nazwać to przyjaźnią. Co w świecie pełnym zdrad i nielojalności jest bardzo rzadkie. Ale zakrętów i niespodzianek jest o wiele więcej, jednak więcej nie zamierzam zdradzać. Jedyny rysa w tej historii jest w zasadzie fakt, że nie poznajemy zbyt dokładnie graczy. Jednak wydaje się to celowym zabiegiem, bo najważniejsi są tutaj nasi „ronini” – najemnicy, których po akcji w zasadzie można się pozbyć. No i jeszcze dziwny był fakt jak szybko reagowała francuska policja (a dokładnie jeden radiowóz, pojawiający się znikąd – czemu tylko jeden?).

Obsada tutaj błyszczy, dając z siebie maksimum możliwości. Robert De Niro w roli Sama jest powściągliwy oraz opanowany, sprawiający wrażenie najbardziej doświadczonego i inteligentnego (te dialogi!) z całej ekipy. Równie mocno wspierają go świetni Jean Reno (Vincent), Stellan Skarsgard (Gregor) oraz Natascha McElhone (Deirdre), będący pozornie papierowymi postaciami, lecz mający troszkę więcej charakteru. To samo można powiedzieć o drobnych rolach Seana Beana (Spence) oraz Michaela Lonsdale’a (Jean-Pierre), dodających odrobinę kolorytu.

„Ronin” był uznawany za powrót Frankenheimera do formy po wielu, wielu latach posuchy oraz renesansie reżysera dzięki współpracy z telewizją. Bardzo dynamiczny, choć stonowany wizualnie thriller akcji w czasie post-zimnowojennym, ze świetną obsadą, dialogami (co jest zasługą współautora Davida Mameta) oraz tempem. Staroświecki w formie, ze sporą ilością praktycznych efektów, jaki nie mógłby dzisiaj powstać. Tak jak bohaterowie film Frankenheimera jest reliktem swoich czasów, które już nie powrócą.

8/10

Radosław Ostrowski

Niespotykane męstwo

Wietnam dla Amerykanów był jedną z najbardziej niezagojonych ran tego narodu. Wielu wróciło stamtąd bardziej poharatani i zniszczeni niż na jakiejkolwiek wojnie kiedykolwiek. O czym powstało wiele filmów, książek itp., ale nie o tym będzie dzisiaj. Dziś o jednym z filmów należącym do trendu zwanego „ratowaniem naszych chłopaków, co trafili do niewoli w Wietnamie”.

Bohaterem „Niespotykanego męstwa” jest emerytowany pułkownik James Rhodes (Gene Hackman). Jego syn wyruszył walczyć za kraj w Wietnamie, ale nie wrócił. Przez lata próbował znaleźć jakiekolwiek informacje na temat syna i gdzie może się znajdować. W końcu po 7 latach udaje się dzięki przyjacielowi znaleźć potencjalną lokację. Rhodes postanawia nie czekać na działania rządu (bo trwają za długo i nic nie robią), więc decyduje się zebrać ekipę kolegów z oddziału syna, przygotować do akcji oraz ruszyć.

Reżyser Ted Kotcheff stworzył ten film rok po „Rambo – Pierwszej krwi”, więc był już dość rozpoznawalnym filmowcem. Do tego temat Wietnamu był ciągle na fali po takich tytułach jak „Łowca jeleni”, „Czas Apokalipsy” czy „Powrót do domu”. Tutaj jednak skala jest o wiele mniejsza i bardziej przypomina to historie o grupie komandosów, co muszą wykonać bardzo niebezpieczną misję („Parszywa dwunastka”). Tutaj są to ludzie, co zostawili wojnę za sobą i muszą poprzypominać pewne dawne umiejętności. A galeria jest dość ciekawa: nożownik, saper, pilot, lekko psychiczny oraz młody rekrut. Zaskoczeń nie ma, nawet jeśli pojawiają się pewne komplikacje (zdobycie broni, spotkanie z patrolem podczas drogi do obozu, tarcia między ekipą). Ale najbardziej liczy się tutaj akcja i ta wygląda bardzo porządnie (może poza dźwiękami strzałów i eksplozji) – kule świszczą, wybuchy wyglądają imponująco, a każda śmierć ma swój ciężar. Do tego jeszcze w tle przygrywa militarystyczna muzyka Jamesa Hornera.

Obsada jest solidna, ale nie ma tutaj jakiejś wyrazistej, mięsistej postaci. Gene Hackman jako napędzany obsesją na punkcie odzyskania syna daje radę. I szkoda, że ten aspekt postaci nie został mocniej zaakcentowany. Poza tym to silny dowódca, bardzo opanowany oraz zimny. Równie dobrze odnajduje się Patrick Swayze jako młody rekrut Scott, próbujący się odnaleźć w ekipie doświadczonych, zaprawionych w boju żołnierzach. A tych grają charakterystyczni aktorzy jak Fred Ward, Randall „Tex” Cobb czy Reb Brown, zaś ich chemia jest namacalna.

To zdecydowanie jeden z tych filmów, który byłby wielkim hitem wypożyczalni kaset video i zaczęły pojawiać się podobne produkcje („Zaginiony w akcji”, „Rambo II”). Może i jest prosty w obsłudze, mało zaskakujący, bardziej skupiony na akcji niż na postaciach. Jednak jako bardziej rozrywkowe kino sensacyjno-wojenne jak najbardziej daje radę i czasami więcej nie trzeba do szczęścia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pierwszorzędne cięcie

Michael Ritchie debiutanckim „Szaleńczym zjazdem” zaimponował w owym czasie krytykom. To także była pierwsza kolaboracja reżysera z Genem Hackmanem. Panom się tak dobrze pracowało, że reżyser zatrudnił aktora do kolejnego filmu – sensacyjnego „Pierwszorzędnego cięcia”.

Tutaj Hackman gra „Mary Ann” – lokalnego gangstera z Kansas City i właściciela sporej trzody bydła. Prowadzi dobry biznes, ale… jest winien chicagowskiej mafii kupę kasy. Do tej pory ci, co próbowali watażkę „naprostować” kończyli nieciekawie. Albo zabijani, albo przerobieni na mięso. Teraz ludzie z miasta tracą cierpliwość i wysyłają swojego cyngla, Nicka Devlina (Lee Marvin) z paroma ludźmi do pomocy.

Sama fabuła nie brzmi jakoś powalająco czy oryginalnie. Jednak filmowi bliżej do porządnie wykonanego kina klasy B czy wręcz komiksowej opowiastki. Sama intryga prowadzona jest prosto i bezpośrednio, dialogi są pełne one-linerów, zaś klimat jest… rednecki. Lokalsi nie traktują naszych gości z szacunkiem, większość to chłopy ze strzelbami, a poza handlem bydłem jest też prostytucja dziewczyn z sierocińca (mocna scena licytacji), widok mięsa robionego z krów. Całość jest zaskakująco krótka, bo ma niecałe półtorej godziny i mija bardzo szybko. A jednocześnie Ritchie potrafi budować napięcie oraz zwyczajnie zaszaleć: jest ucieczka przez pole pszenicy przed ścigającymi redneckami oraz… kombajnem, wjazd ciężarówką w szklarnię (zakończony całkowitą destrukcją) czy finałowa konfrontacja w stodole.

A wszystko na swoich barkach (niemal) trzyma Lee Marvin, będący w trybie znanym choćby z „parszywej dwunastki”. Czyli jest szorstki, małomówny człowiek czynu. Może i bandzior, ale ma zasady – jak Franz z „Psów”. Hackman pojawia się rzadko, jednak nadal robi wrażenie. Jest dość ekscentryczny, bywa prostacki, lecz jest bardzo pewny siebie. Zderzenie tej dwójki jest nieuniknione. Trzeba też wspomnieć o debiutującej na ekranie Sissy Spacek w roli jednej z dziewczyn, Poppy. Ma wielkie… oczy (nie wiem, o czym myśleliście), rude włosy i wygląda pięknie.

Ritchie bawi się tu w pulpową sensację/komiks, który całkiem nieźle znosi próbę czasu. Jest bardzo kreatywny, dzieją się rzeczy nie do uwierzenia, a prosta opowieść wciąga. Dzięki aktorstwu Marvina i Hackmana całość wchodzi na wyższy poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Fachowiec

Idąc na film z Jasonem Stathamem raczej nie należy się spodziewać kina moralnego niepokoju czy filozoficznych rozkmin na temat ludzkiej kondycji. Ten facet w filmie robił masę profesji: był drobnym cwaniaczkiem („Porachunki”), Transporterem, najemnikiem, konwojentem, ochroniarzem, a ostatnio pszczelarzem. Bo Statham to facet pracujący i żadnej pracy się nie boi. Dlatego w nowym filmie Statham jest… Fachowcem.

Na czym polega jego fach? Tym razem nazywa się Levon Cade (w sumie nie ma to żadnego znaczenia, bo jest Jasonem Stathamem) i pracuje jako kierownik budowy. Przedtem służył w brytyjskim wojsku UK przez ponad 20 lat, córkę wychowuje teść (żona odebrała sobie życie), a sam mieszka w samochodzie. Coś za słaby żołd dają w brytyjskiej armii. Ale nieważne, bo Levon/Jason daje sobie radę. Sytuacja jednak się komplikuje, kiedy nastoletnia córka jego szefa znika. Nasz twardziel musi wrócić do zabijania oraz dotrzeć do sprawcy, czyli… rosyjskich gangsterów. Handel ludźmi dla najbogatszych, dilerka, duże pieniądze – dla Levona to jest kolejny poniedziałek.

„Fachowiec” to druga współpraca Jasona Stathama z reżyserem Davidem Ayerem. Do tego jeszcze współscenarzystą jest sam Sylvester Stallone, opierając się na powieści Chucka Dixona. W zasadzie wiadomo czego się spodziewać. Prostego kina akcji, z satysfakcjonującą dawką mordobicia, strzelania, potencjalnych eksplozji. Niby tak jest tutaj, jednak – w przeciwieństwie do „Pszczelarza” – jest o wiele gorzej wykonane. Sceny akcji są szybko (zbyt szybko) zmontowane, pozbawione kopa adrenaliny, a nasz Statham w zasadzie pozostaje nie do pokonania. Nikt tutaj nie stanowi dla niego wyzwania, tylko są drobnymi przeszkodami, zaś antagoniści to albo przerysowani idioci (bracia Kharczenko wyglądający niczym chłopaki z boysbandu początku lat 2000 – jednego z nich gra… Piotr Witkowski), albo tępi sadyści (dwójka porywaczy), albo kompletnie nieodpowiedzialny ćpuń (Maximilian Osinski). Do tego jest masa pobocznych wątków, co pojawiają się znikąd i… znikają jeszcze szybciej jak gangusy zaczepiające jednego z pracowników na budowie (na szczęście zostają wypędzeni strzelbą – bo każdy kierownik budowy ma gdzieś schowane takie kopyto) czy negatywnie nastawiony teściu, obwiniający o śmierć swojej córki/żony Levona naszego protagonistę. Przez to tempo cierpi okropnie, zaś poczucie stawki w zasadzie nie istnieje.

Jason Statham jak gra, każdy widzi. Jeśli wam to odpowiada, będziecie zadowoleni, jeśli nie, to wasz problem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że aktor gra na autopilocie i czuć lekkie znudzenie. Poza nim najbardziej wybija się na drugim David Harbour jako niewidomy (dlatego nosi okulary oraz długą brodę – nie dlatego, żeby nikt go nie rozpoznał) kumpel Levona z woja. Tylko jest go zwyczajnie za mało, bo raptem trzy sceny i chciałoby się więcej momentów z tym duetem. Może jeszcze wspomnieć Jasona Flemynga, który wciela się w rosyjskiego gangstera, Wolo. Jednak jego rola jest krótka i dość szybko znika z ekranu, by zrobić wrażenie.

Jakim cudem z połączenia sił Stathama, Ayera i Stallone’a powstał film, który nie miałby szans nawet na bycie hitem wypożyczalni video? Akcyjniak nie wywołujący żadnej ekscytacji, z bardzo średnimi dialogami, takim sobie aktorstwem, masą absurdu i brakiem adrenaliny. Temu fachowcowi podziękujemy.

4/10

Radosław Ostrowski

Balerina

To, że Netflix produkuje filmy ze wszystkich stron świata jest wiedzą powszechną, nawet z krajów azjatyckich. Przyznaję się, że tych ostatnich nie oglądam zbyt wiele i… nie wiem dlaczego. Może dlatego, że wiem dla kogo to powstaje i jakość raczej pozostawia wiele do życzenia. Dlatego na „Balerinę” podchodziłem z ostrożnością sapera badającego pole minowe bez sprzętu. Koreański film akcji – brzmiało zachęcająco, ale… tylko brzmiało.

Główną bohaterką jest niejaka Ok-joo (Jong-seo Jun) – kiedyś zajmowała się ochroną, potem pracowała w strzelnicy, a teraz zajęcia jako takiego nie ma. Przyjaźni się z poznaną przypadkiem Min-hee (Yoo-rim Park), czyli tytułową baletnicą. Być może nawet jest coś więcej, ale to nie pada wprost. Relacja ta jednak kończy się dość brutalnie, gdy balerina popełnia samobójstwo. Pozostawiona notka zostawia poszlakę i jedną wiadomość: „Pomścij mnie”. Powoli trafia na trop wielkiego miłośnika sado-maso oraz… dilera narkotykowego. Więc decyzja wydaje się prosta: znaleźć gościa, złapać i zabić.

Jeśli spodziewacie się pełnego adrenaliny i popisów strzeleckich a’la „John Wick”, to pomyliście mocno adresy. „Balerina” więcej czasu spędza na powolnym podbudowaniu oraz bliższemu poznawaniu naszych rywali niż na scenach walki. Z jednej strony może to być zaletą, dając szansę na zbudowanie wiarygodnego portretu psychologicznego czy relacji głównego złola z resztą mafijnego półświatka. Problemy jednak są dwa. Po pierwsze, spowalnia to mocno i tak żółwie tempo. Po drugie, nie angażuje to aż tak emocjonalnie jak sobie zaplanowali twórcy. W czym nie pomagają ani dialogi, ani bardzo specyficzne aktorstwo. Pojawiają się pewne drobne akcenty humorystyczne (para staruszków sprzedająca broń czy wyluzowany szef mafii, co beszta i upokarza naszego antagonistę), co jest pewnym przełamaniem. Czego nie można powiedzieć o odrobinę kiczowatej warstwie melodramatycznej (ta k-popowa piosenka na końcu) czy pojawiającej się znikąd dziewczynie z hotelu. Wszystko to sprawia wrażenie na siłę skróconego do półtorej godziny smętu.

Samej akcji jest raptem ze 2-3 sceny, ale one są zrobione całkiem nieźle zrobione. Pełne dynamicznej energii, krwawej przemocy i szybkiego montażu nie pozwalają na złapanie oddechu. Nie jest to może poziom „Johna Wicka”, ale daje radę. To jednak za mało, by polecić „Balerinę” nawet najbardziej zatwardziałym fanom akcyjniaków. Nie wciąga, nuży, ma niezbyt ciekawych bohaterów i nie wyróżnia się z tłumu tak bardzo jakby chciał.

4/10

Radosław Ostrowski

Pszczelarz

Idąc na film z Jasonem Stathamem nie należy się spodziewać dramatu psychologiczno-społecznego o kondycji człowieka w dzisiejszym świecie. Tutaj chodzi o czystą akcję, gdzie bohater Stathama (imię i nazwisko w zasadzie nieistotne) staje się Niepowstrzymaną Maszyną do Zabijania, aby na świecie panowało prawo i sprawiedliwość (nie, nie chodzi o partię polityczną). Nie inaczej jest w przypadku „Pszczelarza”, który jest dostarczającym frajdę bzdurą. Wszystko po kolei.

Tytułowym Pszczelarzem jest Adam Clay (tak naprawdę Jason Statham) – niepozorny facet, który jest… pszczelarzem. Prowadzi ul pszczół, zbiera miód, walczy z szerszeniami itp. Wynajmuje stodołę u niejakiej Eloise Parker od paru lat i wszystko jest cacy. Ale wszystko się zmienia, gdy kobieta pada ofiarą skamu i wszystkie jej konta bankowe (w tym fundacji charytatywnej zawierające dwa miliony dolców) zostają wyczyszczone. Jest tak źle, że Eloise strzela sobie w łeb. Dla naszego Pszczelarza to jest za dużo i wtedy poznajemy kim on jest naprawdę. Czyli byłym agentem super, super, super tajnej organizacji, która ma pilnować sprawności systemu. No i puszczają mu hamulce, co oznacza jedno – masę trupów, poważny spisek oraz… dużo tekstów z pszczołami.

Za cały ten obłęd odpowiada reżyser David Ayer („Furia”) i scenarzysta Kurt Wimmer („Królowie ulicy”, „Prawo zemsty”). Dlaczego obłęd? Bo „Pszczelarz” bardzo mocno przypomina akcyjniaki wyciągnięte z lat 90. Jest jednoosobowa armia w postaci emerytowanego „ducha”, który jest NIE DO POWSTRZYMANIA, spuszczonym ze smyczy wariatem. Gdy prawo i system daje ciała, wtedy wkracza on. Antagonistami są komputerowi oszuści, co wyłudzają kasę od samotnych, starszych ludzi. To wystarczający powód, żeby życzyć im śmierci – krwawej, brutalnej i bezkompromisowej. Oraz by się zaangażować w tą opowieść. Prostą, czasem mocno absurdalną i wręcz idiotyczną, ale dającą masę frajdy.

Kiedy po 15 minutach wydaje się, że jest po wszystkim (znalezienie call center, które odpowiadało za skam i wysadzenie go w pizdu) sprawa okazuje się o wiele poważniejsza. W sprawę są zamieszani politycy i biznesmeni Białego Domu, dlatego nasz Pszczelarz znajduje się na celowniku wszystkich: FBI, CIA, SWAT, komandosów, Secret Service, najemników, a nawet PZPN-u. To może wydawać się bardziej pasować do jakiegoś „Raportu Pelikana” czy innego „Stanu gry”, ale Ayer czyni z tego dość sympatyczny dodatek. Chociaż kilka postaci (dyrektor CIA, wicedyrektor FBI) wydają się zmarnowane i niewykorzystane. Tak samo zbędna wydawała mi się agentka FBI (córka Eliose) i jej partner, gdzie dynamika próbuje być jak w kinie kumpelskim, tylko ten humor za działa.

Ale jeśli chodzi o akcję, jest więcej niż kompetentnie. Krew się leje, kości są łamane, palce obcinane, budynki oraz ludzie podpalani, kule świszczą – znacie te zasady. Nawet jak nasz Pszczelarz jest otoczony przez kilkunastu UZBROJONYCH po zęby gości, unieruchamia ich gołymi pięściami (w większości), choć po spluwę też sięgnie i postrzela. Choć sceny akcji są dość szybko cięte, nie zmieniają się w nieczytelny chaos, podbite jeszcze dobrym udźwiękowieniem. A już w finale (satysfakcjonującym jak cholera), jest totalna młócka na eksplozje, karabiny, kopniaki z buta, noże i kastety.

Aktorsko jest o wiele lepiej niż ma prawo być. Jason Statham niby robi to zawsze, tylko jest bardziej bezczelny i bezwzględny, walczy jak wariat. Ale ma też parę poważniejszych momentów, które ogrywa naprawdę nieźle. Za to sporym zaskoczeniem byli Josh Hutcherson oraz Jeremy Irons. Pierwszy jako szef tego skamowego przekrętu wypada najlepiej z całej obsady. Bywa on irytującym dzieckiem Gen Z, co ma zajoba na wege żarcie czy medytacje i masaże, a z drugiej to wyszczekany gówniarz przekonany o nietykalności. Irons jako były dyrektor CIA, obecnie „fixer” firmy wnosi odrobinę ironii oraz przypomina zmęczonego cynika, zbyt inteligentnego wobec swojego otoczenia.

To nie jest film zmieniający oblicze ziemi, tej ziemi. Ayer zrobił bardzo kompetentny akcyjniak w starym stylu, zachowując względny realizm (gdzieś do połowy). Potem hamulce puszczają, schematy wchodzą, a i tak zabawa jest przednia. Warte obejrzenia, szczególnie z kumplami lub kumpelami przy piwku.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Meg 2: Głębia

Pamiętacie jak parę lat temu Jason Statham walczył z prehistorycznymi rekinami? Czyli megalodonami zwanymi meg? Pierwszy „Meg” był średnim, głupim filmem klasy B za dużą kasę (głównie z Chin), który mógł dawać masę frajdy. Przy okazji zarobił też kupę kasy, więc sequel był nieunikniony. Tym razem za kamerą stanął sam Ben Wheatley, czyli twórca „Kill List”, „High Rise” czy „Free Fire”. Ale to nie miało jakiegoś dużego wpływu na styl czy jakość.

meg2-1

Statham wraca jako Jonas Taylor – doświadczony płetwonurek, który pracuje dla chińskiego Instytutu Oceanicznego. Przy okazji wkurza wszystkich, co niszczą morza np. wrzucając tam toksyczne substancje w beczkach. Ale też mierzył się ze znajdującymi się na dnie oceanu prehistorycznymi rekinami, co przebiły się na powierzchnię. Tym razem szef grupy badawczej, Zhang Jiuming (Wu Jing) chce badać dno oceanu i pracuje nad specjalnymi egzoszkieletami. Podczas ekspedycji (gdzie jeszcze przekrada się 14-letnia Meiying, wkurzając ojca i Jonasa) odkrywają kolejne megi, jednak nie to jest największym problemem. Jest nim za to pewna funkcjonująca stacja, gdzie… prowadzone są wydobycia rzadkich surowców.

meg2-2

Druga część ma więcej tego, co było poprzednio: więcej rekinów, więcej morza, więcej Chińczyków, więcej ekspozycji i… więcej nudy. Cała ta intryga związana z wydobywaniem surowców wydaje się być wzięta z innego filmu. Do tego traktowana jest ze śmiertelną powagą, co jeszcze bardziej gryzie się z całą resztą. Najlepszy jest absolutnie początek, czyli akcja Jonasa na statku wyrzucającym toksyczne beczki oraz półgodzinny finał, gdzie rekiny atakują ludzi. I z nimi mierzy się Jason Statham. Wiążę się z tą decyzją jedno ważne pytanie: CZEMU TAK PÓŹNO? Ja cały film czekałem na Niezniszczalnego Jasona robiącego to, co potrafi najlepiej – spuszczać łomot.

Tylko, że zamiast tego mamy kompletną bzdurę z wydobywaniem rzadkich minerałów z oceanu, co przynosi od groma piniądzorów. Oraz pójście w klimaty z „Otchłani” Jamesa Camerona. Po twarzy dostajemy ekspozycyjnymi dialogami i wymuszonym humorem, co trafia w cel niczym ślepiec z karabinu snajperskiego na odległość 10 km. Do tego kompletnie nijacy antagoniści, których nie da się traktować poważnie, dopasowany do tego poziomu drugi plan oraz niezbyt dobre efekty komputerowe.

meg2-3

Najgorsze jest jednak coś zupełnie innego, co kryje się w dwóch słowach: chiński rynek. Co oznacza dwie istotne kwestie. Po pierwszy, więcej azjatyckich twarzy. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale postać Jiuminga i jej córki mają w zasadzie wincyj czasu ekranowego od Stathama, rzekomej gwiazdy tego filmu. A taka parka wychodzi z każdych tarapatów, szczególnie tatuś. Bo ja wiadomo, wszyscy Chińczycy są superinteligentni, znają kung fu i mają od cholery szczęścia. Trochę śmierdzi to propagandą. Po drugie, oznacza to całkowity brak krwi, a ta by się tutaj bardzo przydała. Ale we Chinach filmów z R-ką pokazywać nie można, ponieważ nie są w ogóle dystrybuowane (albo jak mówił Ryan Reynolds dostają kategorię wiekową: Pierdol się i tak tego nie zobaczysz). A sama obecność posoki podbiłaby klimat kina klasy B i dałaby więcej frajdy.

meg2-4

Jestem strasznie wkurzony i rozczarowany drugim „Meg”. Dać Jasona Stathama oraz masę rekinów do rozwalenia, podkręcić absurdalność, a także dodać paru kumpli do wsparcia – DLACZEGO ZROBIENIE TEGO BYŁO DLA TWÓRCÓW ZA TRUDNE???!!! I jest jeszcze niebezpieczna nadzieja, że powstanie część trzecia. Boże, daj mi siły!!!

4/10

Radosław Ostrowski