Wielki sukces Shafta

John Shaft, czyli czarnoskóra inkarnacja Philip Marlowa powrócił. Po kasowym sukcesie pierwszej części kontynuacja była nieunikniona i pojawiła się zaledwie rok później. Reżyser Gordon Parks i scenarzysta Ernest Tidyman wrócili tak samo jak grający główną rolę Richard Roundtree. Niemniej jednak coś się po drodze zmieniło.

John Shaft nie zmienił swojej profesji – nadal jest prywatnym detektywem w nowojorskim Harlemie, do którego kobiety lgną bardziej niż muchy na lep. Tym razem jednak sprawa jest bardziej osobista, bo zostaje zamordowany przyjaciel, niejaki Cal Asby. Facet prowadził firmę ubezpieczeniową i zakład pogrzebowy, ale – o czym wie niewielu – nielegalną loterię ze wspólnikiem Johnnym Kellym. Nieboszczyk przed śmiercią schował pieniądze z sejfu. A tymi pieniędzmi interesuje się Kelly zadłużony u włoskiej mafii. Shaft będzie miał kolejną trudną sprawę do rozwiązania.

„Wielki sukces Shafta” na pierwszy rzut oka wydaje się podobny w tonie i klimacie do poprzednika. W tle gra funkowa muzyka, dialogi niepozbawione są ciętego humoru oraz barwne, wyraziste postacie. Widać większy budżet, nawet scenografia prezentuje się lepiej (nocny lokal, komisariat policji czy siedziba głównego złola). Tylko jest jedno poważne ALE. Kontynuacja „Shafta” to bardziej film sensacyjny niż kryminał. Sama intryga jest dość łatwa i szybko wyjaśniona, choć nasz protagonista musi połączyć kropki, atmosfera czarnego kryminału oraz brudnej ulicy wyparowuje. Zamiast tego większy nacisk jest na akcję, czyli strzelaniny, bijatyki (w tym jedna z użyciem slow-motion przeplatana tańcami w klubie – dziwnie to wyszło) i pościgi. Dla wielu zmiana naszego bohatera w typa bardziej jak James Bond (minus gadżety) może być nie do przeskoczenia.

Niemniej muszę przyznać, że same sceny akcji są całkiem nieźle zrealizowane. Szczególnie wrażenie robi finałowy pościg oraz konfrontacja na terenie opuszczonej stoczni. Tutaj jest mocne napięcie, wybuchy, gonitwy, a nawet strzelanina z… helikopterem. To się nadal przyjemnie ogląda, zaś Richard Roundtree nadal czuje postać Shafta i jest zwyczajnie świetny. Ze starych znajomych wraca w drobnej roli Moses Gunn (Bumpy) oraz Drew Boudini Brown (Willy), zaś nowi antagoniści, czyli gangster Muscola (Joseph Mascolo) i Johnny Kelly (Wally Taylor) wypadają bardzo porządnie.

„Wielki sukces Shafta” to zdecydowanie sukces komercyjny w dorobku serii, bardziej skupionej na akcji niż kryminale. Nadal trzyma klimat epoki, muzyka jest przyjemna, zaś dialogi mają swój styl. Choć troszkę słabsza, ciągle potrafi sprawić masę przyjemności, więc warto dać tej części szansę.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez litości 3. Ostatni rozdział

Robert McCall – człowiek z długą i krwawą przeszłością, choć zakończył swoją pracę jako agent CIA. Problem jednak w tym, że jest on typem nie umiejącym przejść obojętnie wobec ludzkiej krzywdy. Przekonali się o tym członkowie rosyjskiej mafii oraz dawni agenci, co zostali najemnikami w poprzednich częściach „Bez litości”. I powrócił w tej części, której polski dystrybutor dał podtytuł „Ostatni rozdział”. Czyżby to miał być finał naszego dobrego Samarytanina? Nie obraziłbym się.

Tym razem McCall (Denzel Washington) trafia na Sycylię, do winnicy należącej do pewnego gangstera. Robertowi udaje się ściągnąć mafiozo, a cała akcja kończy się rzeźnią. Niestety, nasz bohater zostaje postrzelony i trafia do lokalnego doktora. Rehabilitacja zmusza do pozostania w miasteczku Altamonde, by nabrać sił. A jednocześnie zaczyna coraz bardziej asymilować się z otoczeniem. Jak się jednak domyślacie, spokój jest tymczasowy. Wszystko przez braci Quaranta z kamorry, którzy terroryzują mieszkańców miasteczka. McCall kontaktuje się z agentką CIA Emmą Collins (Dakota Fanning) i – jak się potem okaże – masakra w winnicy oraz działalność Quaranta jest powiązana.

Cała seria to nie pędząca na złamanie karku rozpierducha z McCallem walczącym z przeciwnikami niczym spuszczone ze smyczy Punisher. Ale Antoine Fuqua bardziej idzie w kierunku powolnie budującego klimat thrillera. I tak jak wcześniej ważniejsze są interakcje między McCallem a lokalsami, zaś sama akcja jest tylko dodatkiem. Kiedy jednak dochodzi do strzelanin czy bójek, są one brutalne, krótkie i bardzo intensywne. Niczym w westernie czy filmie o samurajach, do których najbliżej jest serii „Bez litości”. A to – paradoksalnie – działa najlepiej, jak pokazała to (mocno niedoceniona przeze mnie) część pierwsza. W powolnej eksploracji dnia codziennego oraz prostych, ale efektywnych dialogach.

I dla wielu to powolne, żółwie tempo będzie barierą nie do pokonania. Ale cierpliwość się tutaj popłaca, co pokazuje bardzo satysfakcjonujący finał. Aczkolwiek mam pewien problem z antagonistami. Nie chodzi o to, że są słabo napisani czy zagrani, ale dla naszego (może i starego, ale jarego) McCalla nie stanowią zbyt dużego wyzwania. Nasz bohater jest zbyt doświadczony, zaś jego refleks i opanowanie zbliżają go do komiksowego herosa niż postaci z krwi i kości. Nie żebym miał z tym problem, bo Denzel Washington nadal radzi w swej roli dobrze. Nawet zwyczajnie siedząc oraz przypatrując się sytuacji prezentuje pozostaje bardzo wyrazisty i pełnym charyzmy. Przyjemnym dodatkiem jest obecność Dakoty Fanning jako działającej pierwszy raz w terenie agentce Collins. Ich wspólne sceny elektryzują i trochę przypominają relację mistrz-uczennica, która jest zgrabnie poprowadzona.

„Bez litości 3” dla mnie to najlepsza część serii Antoine’a Fuqua. Być może spokojniejsze tempo odstraszy i zniechęci wielu osób, ale potrafi poruszyć, wciągnąć, zaangażować. Satysfakcjonujące zwieńczenie trylogii o samotnym przybyszu, co pomaga ludziom gnębionym przez zło.

7/10

Radosław Ostrowski

F/X 2

Pamiętacie naszego speca od efektów specjalnych, Ronnie’ego Tylera (Bryan Brown)? Po tych pięciu latach od wydarzeń z „jedynki” skupia się na robieniu zabawek i bardziej mechanicznych cudów. Poznał także nową dziewczynę – nauczycielkę Kim (Rachel Ticotin) oraz prowadzi o wiele spokojniejsze życie. Ale nic co dobre, nie trwa wiecznie. O pomoc prosi go kumpel z policji, Mike Brandon. Chodzi o przygotowanie zasadzki na psychola, co chce zabić młodą kobietę. Niestety, akcja kończy się śmiercią Mike’a przez innego zabójcę i Tyler pakuje się w kolejną poważną intrygę. Tym razem jednak ma wsparcie prywatnego detektywa Leo McCarthy’ego (Brian Dennehy).

Czy nakręcony w 1986 roku film „F/X” potrzebował sequela? Właściwie to nie, choć zostawił pewną otwartą furtkę. Tym razem za kamerą stanął Australijczyk Richard Franklin znany wówczas z „Psychozy II”, zaś scenariusz stworzył stawiający swoje pierwsze kroki w branży Bill Condon. Co powstało z tego połączenia? Znajoma opowieść, które może konstrukcyjnie nie przypomina oryginału, jednak ma swoje momenty. W sensie znajomy jest szkielet, gdzie prosta akcja okazuje się częścią o wiele bardziej skomplikowanego planu. Od razu domyślamy się kto za tym stoi, ale nie wiemy o co tak naprawdę tu chodzi. I odkrywanie kolejnych tropów dla mnie działało najmocniej.

Tak samo jak kumpelska relacja Tylera z McCarthym, której w poprzednim filmie nie było. Wspólne sceny Bryan Browna z Brianem Dennehy iskrzą humorem, ale też jak obaj próbują rozwiązać tajemnicę. Rozwiązanie i odkrycie o co tak naprawdę tu chodzi było zaskakująco satysfakcjonujące, ALE… „dwójka” za bardzo idzie w stronę akcji. Samych sztuczek z użyciem efektów specjalnych jest o wiele mniej (poza sterowanym przez specjalne ubranie… klownem), zaś sama akcja wydaje się jakby z innej bajki. Tyler jeszcze bardziej przypomina MacGyvera, który pokonuje przeciwników sprytem niż siłą. Jednak sceny ze ścigającym go zabójcą (poza sekwencją w sklepie) były pozbawione napięcia, zaś postacie pobocznie bywają ledwo zarysowane. No i w finale złole trochę mają nie za wysoki poziom IQ, ale to w zasadzie drobna pierdoła.

I to jest dziwny paradoks: „F/X 2”, choć nie ma tak dobrego scenariusza, to jednak bawiłem się całkiem dobrze. Paliwem była tu chemia między Brownem a Dennehym, zgrabnie dodany humor oraz angażująca intryga. O wiele lepszy sequel niż miałem prawo podejrzewać.

7/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 2

Jak dobrze wiemy, bardzo rzadko zdarzają się udane kontynuacje. Najczęściej to łatwiejszy skok na kasę w imię prastarej zasady „więcej, mocniej, bardziej”, bo skoro coś się dobrze sprzedało raz, można zrobić to znowu. Więc czy był sens dalszej historii „Teściów”, czyli jak (nie doszło) do ślubu młodych przez ich rodziców z dwóch różnych światów.

Teraz mamy drugie podejście, bo młodzi (Łukasz i Weronika) są zdeterminowani, uparci, szaleni. Naprawdę chcą się chajtnąć, a tym razem uroczystość ma mieć miejsce… nad morzem. Na plaży przy hotelu, już za swoje pieniądze. Więcej przyjeżdżają przyszli teściowie, co zwiastuje zderzenie czołowe: prowincjusze Wanda i Tadeusz (Izabela Kuna i Adam Woronowicz) oraz reprezentująca inteligencję Małgorzata (Maja Ostaszewska) z mamusią (Ewa Dałkowska). Na czym polega myk? Kobieta rozstała się z Andrzejem (ten ma się pojawić później) i na ślub przybywa w towarzystwie młodszego Jana (Eryk Kulm) – kolegi z pracy. Wszystko dwa dni przed ceremonią, więc co może pójść nie tak?

Za drugą część tym razem odpowiada Kalina Alabrudzińska i na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Nadal siłą humoru jest kontrast między inteligencją a wsią, co daje odrobinę śmiechu. Szczególnie wobec bardzo poczciwego Tadeusza, który pierwszy raz jest w hotelu i widzi osoby z innych krajów oraz… koloru skóry. No i nie byłby sobą, gdyby tego nie skomentował, co czasami wywoływało we mnie ciarki żenady. Tutaj bardziej skręcamy ku komedii stricte, nawet idąc ku farsie (pojawienie się „stalkera”), ALE to nie ma tej siły rażenia jak „jedynka”. Nie czuć tutaj takiego wrzenia oraz coraz nasilającego się napięcia, zaś gagi z czasem stają się powtarzalne. A nawet finałowa mowa Małgorzaty była dla mnie zbyt dosłowna i niekomfortowa w oglądaniu.

Sama lokacja wnosi świeżego powietrza i zahacza klimatem o „Biały Lotos” (te szklane pokoje, masaże), co ładnie wygląda w obrazku. Najbardziej jednak mnie zaskakiwało to skupienie na postaciach, głównie naszych paniach. Obie, choć z różnych środowisk, mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Iza Kuna i Maja Ostaszewska fantastycznie wygrywają (przez większość czasu) swoją tłumioną seksualność, samotność oraz ciągłą potrzebę zaspokajania potrzeb innych niż własne. Co dodaje – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – ciężaru emocjonalnego, wybrzmiewając najmocniej. Nadal także błyszczy Adam Woronowicz, czyli bardzo wycofany Tadeusz. Może i ma bardzo archaiczne przekonania (oraz rzuca najbardziej żenujące teksty), ale nadal potrafi wywołać sympatię swoją poczciwością. Niejako w cieniu pozostaje Eryk Kulm jako młody partner Małgorzaty, jednak ma kilka momentów i okazuje się solidnym wsparciem.

Druga część „Teściów” jest dla mnie, niestety, sporym rozczarowaniem. Strasznie wtórny, powtarzalny, choć nadal jego siłą pozostają wyraziści bohaterowie. Aktorstwo ciągnie ten film wyżej, choć balans między humorem a zażenowaniem jest silnie zaburzony. ALE jest bardzo silna sugestia, że będzie część trzecia i może uda się odzyskać moje zaufanie.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pan Wypadek: Wakacje zabójcy

Pamiętacie Mike’a o ksywie Pan Wypadek. Ten wyszkolony zabójca po wydarzeniach z poprzedniej części został zmuszony do opuszczenia Londynu. I wydawało się, że zostanie kimś w rodzaju ulicznego mściciela, ale nie. Przeniósł się na Maltę, wypoczywa w bogatej chacie oraz ćwiczy w towarzystwie poznanej Siu-Lin. Czy jednak zrezygnował z wykonywania zleceń? Absolutnie nie. Podczas jednej z akcji trafia na Freda – specjalistę od niekonwencjonalnych wynalazków.

pan wypadek2-1

Sprawy się jednak komplikują do tego stopnia, że Fred zostaje porwany. Dlaczego? Bo ktoś próbował zabić syna szefowej lokalnej mafii. Problem w tym, że zabójca próbował zrobić tak, by wyglądało to na wypadek. Jak nasz stary kumpel Mike, tylko że on odrzucił to zlecenie. Matka chłopaka o imieniu Dante zmusza naszego protagonistę, by powstrzymał zabójców albo Fred zginie. Niewesoło. Zwłaszcza, że wśród chętnych na zlecenie jest pewien stary znajomy.

pan wypadek2-2

„Wakacje zabójcy” nadal trzymają poziom solidnego kina klasy B, choć tym razem za kamerą stanęli bracia Kirby. Niemniej zachowany zostaje klimat oryginału, czyli prostej naparzanki w pulpowym sosie. Parę razy widać niezbyt duży budżet, głównie przy efektach specjalnych jak dym z wystrzeliwanej broni czy krew w CGI. Ale same sceny walki są zrobione naprawdę przyzwoicie, gdzie kamera głównie krąży dookoła walczących. Nie ma tu szybkich cięć, trzęsącej się kamery czy nie nadążania za ruchami postaci. Jest trochę slow-motion, ale bez przesady. Za to nadal jest dużo humoru, niezłej choreografii, galerii ekscentrycznych cyngli: od ninja do klauna (oczywiście).

pan wypadek2-3

Sama fabuła nie jest skomplikowana, a wszystko jest przerysowane. Do granic przesady, ale zabawy jest tu sporo. Adkins trzyma poziom i walczy jak trzeba, reszta składu odnajduje się w tej konwencji. Krwawej i brutalnej, a jednocześnie bardzo jaskrawej i komediowej. Zawsze można gorzej zmarnować półtorej godziny swojego życia.

6/10

Radosław Ostrowski

Francuski łącznik II

Czy była potrzebna kontynuacja do „Francuskiego łącznika”? Wszak była otwarta furtka, ale nie miałoby to pokrycia w prawdziwych wydarzeniach. Ale dla hollywoodzkich szefów nie miało to żadnego znaczenia i po czterech latach „Popeye” Doyle znów ruszył do akcji. Nie wrócił za kamerą William Friedkin, którego zastąpił John Frankenheimer, ani scenarzysta Ernest Tidyman, tutaj podmieniony przez trójkę autorów pod wodzą Alexandra Jacobsa. To raczej nie miało prawa się udać, prawda?

Tym razem zamiast brudnego Nowego Jorku, mamy równie oszałamiającą wizualnie Marsylię. Tutaj przybywa Doyle (Gene Hackman), który jako jedyny widział (oraz przeżył spotkanie) z Alainem Charnierem (Fernando Rey). Handlarz narkotyków zbiegł ze Stanów razem ze swoją dostawą i ukrywa się przed światem. Nie oznacza to jednak bezczynności czy bierności, lecz przygotowuje kolejną transakcję, tym razem przez Szwajcarię. Zaś przybyły Doyle ma pomóc komisarzowi Henri Berthelamy’emu (Bernard Fresson), ale dochodzi do bardzo ostrych tarć.

Na pierwszy rzut oka „dwójka” wydaje się jednym z wielu filmów sensacyjnych, opierającym się na znanych schematach. Bo mamy gliniarz wrzuconego kompletnie w nieznany teren, równie porywczego (lecz zadziwiająco opanowanego wobec wyzwisk Doyle’a) francuskiego inspektora i nieobecnego dla policji Charniera. Ten ostatni w zasadzie wydaje się być drobnym epizodem, wręcz za bardzo chowającym się w cieniu, bez tej magnetyczności i charyzmy. Marsylia ma ten sam dualizm, co Nowy Jork – piękne plenery i eleganckie hotele mieszają się z brudem, chropowatością oraz nieprzyjemnymi spelunami jak pewien hotel. Z kolei brak znajomości języka francuskiego przez Doyle’a (oraz brak tłumaczenia francuskich dialogów) potęguje poczucie wyalienowania.

I tu Frankenheimer dokonuje pierwszego skrętu – Doyle zostaje porwany przez francuskiego łącznika oraz nafaszerowany heroiną. Po co? By wyciągnąć z niego informacje co tu robi. Wtedy „dwójka” dostaje prawdziwego kopa i szarpie. Szprycowanie narkotykami i przemiana brutalnego, gniewnego gliny w ćpuna nadal robi wrażenie. Ale jeszcze bardziej działa detoks wykonywany w policyjnej celi, gdzie Doyle’a męczy „głód” robi piorunujące wrażenie. Hackman bezbłędnie pokazuje cierpienie, fizyczny ból czy w absolutnie kapitalnej scenie, gdzie wydaje się powoli wracać do normy, ALE zaczyna coraz mocniej prosić o działkę. Taka mieszanka bezradności, bólu, gniewu, frustracji pogłębia charakter Doyle’a i to są najciekawsze sekwencje „Francuskiego łącznika II”.

Sama intryga oraz sceny akcji nie mają tego nerwu, co u Friedkina, ale Frankenheimer nadrabia to ciekawymi inscenizacjami jak podczas strzelaniny przy statku czy brawurowym, pieszym pościgu Doyle’a za Charnierem. W tym drugim przypadku parę razy reżyser pokazuje ujęcia z oczu bohatera, co pomaga podbić stawkę. Oraz samo zakończenie, które wydaje się oczywiste i jednocześnie takie nagłe. Francuscy aktorzy wypadają bardzo solidnie (zwłaszcza Fresson jako szorstki Berthelemy), jednak to Hackman dominuje oraz rozsadza ekran. Zarówno będąc naćpany, na przymusowym odwyku oraz dokonując w finale (ostatnie pół godziny) wściekłej zemsty.

„Francuski łącznik II” to kompetentny film sensacyjny i widać fachową rękę Frankenheimera. ALE nie jest w stanie dorównać klasykowi Friedkina z powodu braku tego wyrazistego charakteru, faktury i energii. Ale poszukiwacze sensacji znajdą tu parę mocnych momentów oraz scen, które zostaną na dłużej.

7/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Dead Reckoning Part One

Seria filmów z Tomem Cruisem jako agent Ethanem Huntem jest jedynym cyklem, stanowiącym jakąkolwiek konkurencję dla brytyjskiego szpiega wszech czasów. Wszystko w dużej skali, szalonymi popisami kaskaderskimi, z ograniczonymi do minimum efektami komputerowymi. Teraz pojawia się część siódma serii i trzecia w dorobku reżysera Christophera McQuarrie.

Tym razem amerykański odpowiednik Bonda będzie mierzył się z najtrudniejszym przeciwnikiem w historii serii: Bytem. Kim on jest? Sztuczną Inteligencją, która działa niczym wirus: jest w stanie zaszkodzić i zmanipulować wszystkimi danymi cyfrowymi. Zarówno instytucji cywilnych, wojskowych i wywiadowczych. Bardzo niebezpieczna broń, o czym przekonuje się dowódca rosyjskiego okrętu podwodnego Sewastopol (Marcin Dorociński), zaatakowany przez kod Bytu. Okręt zatonął zniszczony własną torpedą, która miał zatopić obecny na radarze wrogi statek, którego… nie było. Pocisku nie można było wyłączyć, co skończyło się śmiercią, zaś należący do oficerów dwuczęściowy klucz zniknął. I właśnie jego ma zdobyć Hunt, by jego szefowie mogliby kontrolować SI. ALE SI nabrało świadomości, przez co kontrolowanie jest utrudnione. Dla komórek wywiadowczych z całego świata nie stanowi to problemu i dla zdobycia władzy nad Bytem posuną się do wszystkiego.

Hurt oraz jego stała ekipa, czyli Luther (Ving Rhymes) i Benji (Simon Pegg) wyruszają w celu zdobycia drugiej połówki od kupca. Pojawiają się jednak dwa problemy: ekipa IMF zostaje uznana za złych i CIA wyznaczyła swoich ludzi do polowania na nich oraz w całą hecę wplątuje się cwana złodziejka (Hayley Atwell). Jest jeszcze trzecia strona, czyli reprezentujący Byt Gabriel (Esai Morales) – demon z przeszłości Hunta, pozbawiony cyfrowej tożsamości. Do tego nasz antagonista coraz szybciej się uczy, przewidując wszystkie możliwe scenariusze, nawet te najbardziej nieprawdopodobne.

Jestem kompletnie zaskoczony, że po tylu latach (prawie 30 od premiery pierwszej części) nadal można jeszcze coś wymyślić i podbić stawkę. Zwłaszcza kiedy reżyser robi już kolejną część z serii, należy spodziewać się raczej zniżki formy (bardziej lub mniej), co pokazał „Fallout”. Jednak pierwsza część „Dead Reckoning” jest wyjątkiem od reguły. Niby nic się nie zmieniło w serii, bo nadal mamy zabawę ze zmianami tożsamości (maska i modulator głosu), spektakularne pościgi, strzelaniny i popisy kaskaderskie oraz ciągle komplikujący się plan, który miał być o wiele prostszy w teorii. Czyli nic nowego. ALE dlaczego to tak wciąga i trzyma w napięciu? Nie chodzi tu tylko o poziom techniczny, gdzie prawie wszystko jest wykonywane praktycznie (absolutnie świetny pościg przez ulice Wenecji z użyciem m.in…. Żółtego, ciasnego Fiata; strzelanina z najemnikami podczas burzy pustynnej czy finał w rozpędzonym pociągu). Po raz pierwszy miałem poczucie, że dla Hunta i jego ekipy to zadanie może zakończyć się klęską. A nawet jeśli wygra, cena będzie za to bardzo wysoka. Tego przy tej marce nie czułem od czasu… „Ghost Protocol”, czyli części czwartej. I to zrobiło na mnie niesamowite wrażenie.

Aktorsko tutaj nie mogę się do nikogo przyczepić. Cruise jak to Cruise absolutnie błyszczy i dla niego Hunt to niemalże druga natura. Chemia między nim a Peggiem i Rhymesem nadal jest silna, działając mocno na korzyść. Starzy znajomi w ogóle nie zawodzą, a ich obecność cieszy. Największą niespodzianką dla mnie był powrót Eugene’a Kittridge’a, czyli szefa IMF z pierwszej części serii. Grający go Henry Czerny nadal jest świetny i ciągle nie można było rozgryźć jaki jest jego prawdziwy cel oraz motywacje. Z nowych bohaterów najistotniejsze są dwie, czyli złodziejka Grace oraz cyngiel Gabriel. Zarówno Hayley Atwell jak i Esai Morales są absolutnie fantastycznym uzupełnieniem sił. Pierwsza jest zaradną cwaniarą, nieświadomą w jakie szambo wpadła i wszelkimi sposobami próbuje się wydostać. Jej sceny z Cruisem to jedne z najlepszych momentów w całej serii. Z kolei Morales to bardzo chłodny, kalkulujący (niczym sam Byt) przeciwnik, bezwzględnie eliminujący każde potencjalne zagrożenie. Nawet w swoim otoczeniu.

Więcej nie powiem o samym filmie, ale jedno mogę stwierdzić z całą pewnością: pierwsza część „Dead Reckoning” to najlepsza część serii „Mission Impossible” w dorobku Christophera McQuarrie’ego. A być może nawet całego cyklu, gdzie akcja, napięcie, humor, przewrotki i twisty są wyważone w niemal idealnych proporcjach. Rozrywka perfekcyjna w wykonaniu oraz dająca masę satysfakcji. Już nie mogę się doczekać finału tej opowieści.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery, ale nie zdradzam wszystkiego!

Indiana Jones – dla mnie jedna z najlepszych postaci, jakie widziałem w wieku dziecięco-młodzieńczym. Do tego stopnia, że oryginalna trylogia bardzo głęboko siedzi w mym serduchu. Dla mnie opowieść o najsłynniejszym filmowym awanturniku i poszukiwaczu przygód zakończyła się na „Ostatniej krucjacie” i odjazdem ku zachodzącemu słońcu. „Królestwo Kryształowej Czaszki” miało parę momentów, jednak w ogólnym rozrachunku było rozczarowaniem. Na wieść o części piątej miałem bardzo mieszane odczucia, ale światełkiem w tunelu był reżyser – James Mangold. Jednak nawet to nie dawało gwarancji powodzenia.

Wszystko zaczyna się w roku 1944, kiedy III Rzesza było potęgą na glinianych nogach. Nasz Indiana Jones (cyfrowo odmłodzony – poza głosem – Harrison Ford) zostaje schwytany przez nazistów, którzy szukają bardzo cennego artefaktu. Czyli włócznią, którą wbito w bok Jezusa Chrystusa, co ma dać jej mega moce. Szkopy próbują wyjechać pociągiem razem ze skradzionymi rzeczami z całej Europy, ale Indy i wspierający go Basil Shaw (Toby Jones) wydają się nie mieć szans. Jones nie takie rzeczy jednak robił, a przy okazji wykrada połowę Tarczy Przeznaczenia, rzekomo skonstruowanej przez Archimedesa.

Teraz mamy rok 1969 i dr Jones jest już cieniem samego siebie. Małżeństwo z Marion się rozpadło, syn ruszył na wojnę i nie wrócił, a prowadzone przez niego wykłady na studentach nie robią wrażenia. Nuda, szarzyzna oraz powolne odchodzenie, kiedy zamiast przeszłości ludzie interesują się przyszłością. W końcu rok 1969 to lądowanie na Księżycu, więc kogo obchodzi archeologia? Czyżby czekało go nudne, monotonne, smutne jak pizda życie? Tutaj do gry wkraczają dwa duchy z przeszłości. Pierwszym jest córka jego kumpla, Helena Shaw (Phoebe Waller-Bridge), drugim jest wspierany przez CIA nazistowski naukowiec Jurgen Voller (Mads Mikkelsen). To on miał połowę tarczy Archimedesa, a teraz tworzy rakiety dla NASA. Zgadnijcie, czego oboje mogą chcieć od starego Indiany Jonesa?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest na miejscu i Mangold odrobił lekcję z tworzenia klasycznego kina przygodowego. Sam początek w czasach II wojny światowej zawierał to, co pamiętałem z klimatu klasycznej trylogii. Naziści, Indy próbujący wyplątać się z sytuacji, gdzie pojawia się coraz więcej kłód i kłód, akcja niemal pędząca na złamanie karku, pościgi, a w tle gra muzyka Johna Williamsa. Gdyby to jeszcze nie było nocą, a głos Indy’ego był młodszy, byłoby to idealna historia w starym stylu. Potem wracamy do lat 60. i niby mamy to, co było wcześniej. Czyli kreatywnie sfilmowane sceny akcji, gdzie dzieją się zakręcone rzeczy jak cała ucieczka podczas parady w mieście czy równie skomplikowana jazda uliczkami Tangieru. ALE to wszystko wygląda jakoś tak sztucznie, za bardzo pędzi przed siebie, ze zbyt krótkimi momentami oddechu.

Do tego dla mnie problemem było wiele postaci, które w zasadzie były niepotrzebne (płetwonurek Rennaldo, Salah) albo irytowały (agentka Mason czy wspólnik Heleny, dzieciak Tommy). Sama historia i intryga jest całkiem niezła, z dość „odlotowym” finałem. Finałem, który pokazałby wielkie cojones Mangolda i spółki, gdyby… ktoś ich nie wykastrował, przez dodanie epilogu. Sama historia rodzinna Indy’ego, choć dodaje dramatycznego ciężaru, trochę gryzie się z klimatem kina przygodowego.

Ale by nie psioczyć do końca, parę rzeczy tu wyszło. Ładnie jest to sfilmowane, sam Macguffin interesujący, a intryga potrafi zaangażować. Dla wielu największą obawą była Helena grana przez Phoebe Waller-Bridge i choć początkowo potrafiła być irytująca, to jednak jej wyszczekany charakter cwaniary dodawał trochę biglu, szczególnie w opozycji do Indy’ego. Sam Ford odnajduje się w tej postaci bez problemu, choć nie ma tego szelmowskiego uroku. Mimo 80 lat na karku jeszcze nie zapomniał jak używa się bicza i potrafi być twardy jak Roman Bratny. Tak samo jak świetny antagonista w wykonaniu chyba już etatowego odtwórcy hollywoodzkiego złola, czyli Madsa Mikkelsena. Doktor Voller w jego wykonaniu to opanowany, kalkulujący przeciwnik, wspierany przez swoich ludzi – narwanego Klabera (Boyd Holbrook) oraz przypakowanego Hauke (Olivier Richters).

„Artefakt przeznaczenia” był strasznie nierównym filmem, gdzie niby wszystko na podstawowym poziomie wydaje się na miejscu. Nie mogę jednak odnieść wrażenia, że James Mangold nie do końca udźwignął tą opowieść. Tego twórcę stać na wiele więcej niż dzieło trochę lepsze od „Królestwa Kryształowej Czaszki”, ale nie w każdym aspekcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake II

Trzy lata temu, kiedy większość ludzi zmuszona została do pracy zdalnej, zaś ośrodki kultury zostały zamknięte, na Netflixie pojawił się On. Młodszy brat twardzieli kina akcji pokroju Stallone’a czy innego Schwarzeneggera, który zgubił się w czasie i trafił do naszej epoki. Nazywał się Tyler Rake (Chris Hemsworth), miał twarz słynnego boga młotków – Thora oraz był niemal chodzącą kliszą: twardym najemnikiem z cierpiącą duszą i absolutnie niczym do stracenia. Wtedy szalał po Bangladeszu, by odbić syna szefa kartelu narkotykowego, zaś w finale… no nie był w najlepszym stanie fizycznym.

Jednak nie z takich opresji wychodził, został znaleziony przez kumpelę z ekipy Nik, a następnie trafił do szpitala. Paromiesięczna rekonwalescencja oraz pobyt w leśnym domku na terenie robią swoje, choć ręka na temblaku i noga jeszcze kuleje. Czyli raczej koniec akcji i naparzanki oraz początek spokojnej emerytury? No nie, bo inaczej ten film by nie powstał. Pojawia się tajemniczy koleś z brytyjskim akcentem i daje Rake’owi robotę, której nie może odmówić. Dlaczego? Tym razem celem do odbicia jest jego szwagierka i ich dzieci trzyma w gruzińskim więzieniu razem z mężem-gangsterem. Jak to zrobić? Po cichu i bez hałasu. Co może pójść nie tak?

W sumie jeśli miałbym opisać drugą część dzieła Sama Hargrave’a, to wygląda jak misja ze współczesnych odsłon Call of Duty, gdzie grasz na kodach i jesteś praktycznie niezniszczalny. Czyli jest jeszcze krwawiej, brutalniej, ostrzej i na większą skalę. Czuć, że dano większy hajs i reżyser jeszcze pewniej operuje kamerą niż poprzednio. I tak jak poprzednio historia jest pretekstem, by zobaczyć naszego wściekłego Rake’a w akcji. To ten typ, co mówi mało, jest cynicznym twardzielem, którego determinacja jest tak silna, że NIC nie może go powstrzymać. Choćby był dźgany, postrzelony, bity i połamany, niczym „Nobody” czy bohater „Sisu”.

Akcja jest jeszcze bardziej szalona niczym z komputerowej strzelanki, co dobitnie pokazuje ponad 20-minutowa (!!!), zrealizowana w jednym ujęciu (albo z poukrywanymi cięciami montażowymi) sekwencja ucieczki z więzienia. Czego tam nie ma: bunt więźniów, przebicie się przez spacerniak, ścigające motocykle, helikoptery czy atak na pociąg. Wszystko skąpane we krwi zmieszane z praktycznymi i komputerowymi efektami specjalnymi, wybuchami, oraz świszczącymi kulami. Bez żadnych większych ambicji, prób pokazania skomplikowanego świata czy głębokich portretów psychologicznych. To jest BRUTALNY, gwałtowny i intensywny film akcji dla dorosłych, gdzie ludzi morduje się z bezwzględnością zwierzęcia. Nawet z płonącą ręką!!! Naparzanka jest jeszcze bardziej satysfakcjonująca niż w poprzedniku, zaś Chris Hemsworth i (mający o wiele więcej czasu ekranowego) duet Golshifteh Faharani/Adam Bessa mają o wiele więcej roboty, będąc w swoim żywiole. Gdybym nie widział nowego Johna Wicka, byłbym pod jeszcze większym wrażeniem.

Wiele wyrazistszy jest antagonista, czyli psychopatyczny brat gangstera (Tornike Gogrichiani). Wychowany surową ręką jest w zasadzie lustrzanym odbiciem Rake’a – jest tak samo zdeterminowany, twardy, ale jest w stanie zrobić wszystko dla zemsty. Bez względu na cenę i ofiary jakie musi ponieść, włączając w to nawet swojego siostrzeńca, Sandro. A propos niego – chłopak oraz cała rodzinna drama jest dla mnie. I nawet nie chodzi o to, że to moment na złapanie oddechu przed kolejną rzeźnią oraz lepsze poznanie tych postaci. Ale dzieciak jest strasznie irytujący, choć raczej chodziło o wywołanie w jego głowie konfliktu między lojalnością wobec ojca i wuja a matką oraz ekipą Rake’a. Co doprowadza do śmierci kilku osób.

Ale poza tym wątkiem reszta była dla mnie dokładnie tym, czego się spodziewałem. Czyli ostrą, wściekłą młócką na większą skalę. I nie chodzi tylko o różne lokacje, ale o więcej wiader krwi oraz wręcz szalonych technicznie scen akcji. Hargrave rozwija się jako reżyser i tak dalej pójdzie, to może zostać postawiony obok klasyków gatunku. Od razu uspokajam, będzie część trzecia, której nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Królestwo

Ostatnia część serialowej trylogii tym razem toczy się nie na Cybertronie, nie na statkach kosmicznych, lecz na nieznanej planecie. Tutaj rozbijają się statki Megatrona i Optimusa Prime’a w poszukiwaniu Wszechiskry, od której zależą losy Cybertronu. Na miejscu okazuje się, że planetę zamieszkują… Transformersy z przyszłości. Znaczy się z innej linii czasowej, ale zamiast w maszyny zmieniają się w zwierzęta: Maximale i Predacony. Sprawy się jeszcze bardziej komplikują, gdy Megatron otrzymuje od Predaconów Złoty Dysk, gdzie zapisana jest cała przyszłość.

transformers3-1

„Królestwo” podbija stawkę do granicy możliwości, cały czas rozwijając to uniwersum. Tym razem akcja niemal wydaje się skupiona na jednym celu i nie jest aż tak przeładowana wątkami pobocznymi jak poprzednie sezonu. Nowe postacie oraz powrót paru istotnych podbudowuje tą szaloną historię, gdzie czuć ciężar stawki. Cały czas trwa ewolucja liderów, dorastających do swoich ról, ale cały czas skrywa ich pewna mgła tajemnicy. W pewnym momencie teraźniejszość i przyszłość ścierają się ze sobą, co było sugerowane już w jednym odcinku „Wschodu Ziemi”.

transformers3-2

Dynamika między naszymi starymi znajomymi a bardziej zaawansowanymi, nowymi maszynami nie pozbawiona jest zarówno odrobiny docinków, jak też wsparcia i szacunku. Najbardziej zaskoczyła mnie dynamika między Blackarachnią (Predaconem zmieniającym się w pająka) a Starscreemem. Oboje wydają się niejako zbuntowanymi, chodzącymi swoimi drogami intrygantami, nie budzącymi zaufania. Wszystko jednak zmienia poznanie treści Złotego Dysku, co mocno niszczy psychikę prawej ręki lorda Megatrona. Tak samo postać skonfliktowanego Dinobota, który rozdarty jest między lojalnością a obserwowaniem szaleństwa swoich towarzyszy. Jeszcze przebijają się pewne podejrzenia, że cały ten konflikt był niejako od samego początku zaplanowany. Że komuś bardzo jest to na rękę, by doszło do rozpadu i zniszczenia Cybertronu.

transformers3-3

Z odcinka na odcinka wszystko zaczyna rozpędzać się aż do mocarnego i satysfakcjonującego finału. Poszukiwanie Wszechiskry wciąga mocno, bo a) wszelkiego rodzaju kosmiczne GPSy świrują, b) w przestrzeni znikają pewne rzeczy. To wszystko wygląda niesamowicie, tak jak wizje Starscreema po obejrzeniu Złotego Dysku. Z kolei dwa ostatnie odcinki to zderzenie różnych linii czasowych, gdzie pojawiają się alternatywne wersje liderów oraz silna (także emocjonalnie) konfrontacja. Byłem kompletnie oszołomiony, a finał zostawia pewną otwartą furtkę na kontynuację.

transformers3-4

„Królestwo” wieńczy i zamyka „Wojnę o Cybetron” z hukiem oraz pełną satysfakcją. Nie byłem wielkim fanem anime, ale po serialowej „Castlevanii” mój stosunek zaczyna się zmieniać. Rewelacyjne dzieło, które bije na głowę wszystkie filmowe inkarnacje Transformersów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski