Trolle 2

Jak każde studio DreamWorks ma swoje wielkie hity oraz tytuły bardziej rozczarowujące. Do tego drugiego grona wpisują się „Trolle” z fajnym pomysłem na świat oraz stylową animacją, ale kompletnie nijaką historią. Po prostu obejrzałem i zapomniałem, nawet ignorując sequel w chwili premiery. Czyli trzy lata po oryginale, więc co można było dodać do historii?

trolle2-2

A więc wracamy do naszych pozytywnie zakręconych trolli, co lubią popową muzykę i prowadzi ich królowa Poppy. Jak się dowiadujemy razem z nią jej lud NIE JEST jedynymi trollami na tym świecie. Bo dawno, dawno temu żyło kilka różnych królestw Trolli, co grały różną muzykę (country, pop, hard rock, funk, techno i klasyka), której źródłem była harfa ze strunami. Każda struna przynależała do konkretnego gatunku, jednak doszło do rozłamu. Harmonię zastąpiła izolacja i przekonanie o wyższości swojej muzyki. Albo życie w swojej bańce, które pewnie każdemu byłoby na rękę. Do czasu, gdy królowa rocka Barb chce zebrać wszystkie struny i zamienić trolle w jednorodną grupę rockowych zombie.

trolle2-1

Dwójka niejako podbija stawkę całej eskapady i rozszerza cały świat Trolli, co zdecydowanie jest ogromną zaletą. Nadal napędzane jest to przez muzykę zawierającą znajome hity (popowe numery nawet w formie sklejek po parę w jednym) w wykonaniu obsady, ale to tylko jeden element. Każdy z królestw ma swój własny styl – w sensie wyglądu miejsca, jak i samych Trolli, ich strojów – czyniąc historię o wiele atrakcyjniejszą wizualnie. Bo o czym są „Trolle 2”? O braniu odpowiedzialności za swoje decyzje, akceptowaniu inności, liczeniu się z głosem innych oraz sile muzyki. Bez względu na to czy dany gatunek (lub podgatunek) lubi czy niekoniecznie. Po drodze jeszcze będzie parę pobocznych kwestii jak zderzenie charakterów królowej Poppy i Mruka (ona bardzo pozytywnie nastawiona i pogodna, on bardziej zdystansowany i nieufny) czy poszukującego swoich żyrafowaty Kufer. Nic tu nie sprawia poczucia zbędnego dodatku, serwując parę niespodzianek jak łowcy nagród czy poznacie prawdziwej przyczyny rozłamu, prowadząc do niesamowitego – także wizualnie – finału.

trolle2-3

Wizualnie „Trolle 2” trzymają poziom do jakiego przyzwyczaił DreamWorks, tutaj nawet idąc jeszcze dalej. Bo miejscami klimat robi się westernowy (Królestwo Country Trolli – a jakże by inaczej), przy paru ujęciach zmniejszono klatkaż, a miejscami (Królestwo Funku) jest wręcz psychodelicznie. To zdecydowanie jedna z ładniejszych produkcji tego studia. Równie dobra jest zróżnicowana muzyka, gdzie wszystkie style: od popu i rocka aż po smooth jazz, reggaeton do techno oraz… jodłowania. Tak, jest jodłowanie a’la Focus. A to wszystko zasługa producenckiego duetu Justin Tmberlake/Ludwig Goransson.

trolle2-4

Do tego jeszcze cudownie dobrane role głosowe. Film oglądałem z oryginalną ścieżką dźwiękową, więc było parę niespodzianek w postaci cameo artystów muzyki jak Anderson .Paak, George Clinton czy sam… Ozzy Osbourne (a jak!!). Timberlake więcej niż dobrze odnajduje się w roli nieufnego Mruka – szorstki, wycofany, bardziej stąpający po ziemi. A jednocześnie strasznie zabujany w Poppy. Ale czy można się nie zakochać w głosie Anny Kendrick? Świetnie pokazuje jej ewolucję od przesadnie optymistycznej i zbyt ufnej w swoje siły władczyni do dojrzalszej, uważnej oraz otwartej. Z nowych postaci wybija się zdecydowanie kowbojski Orzech z cudnym głosem Sama Rockwella oraz zadziorna Rachel Broom jako punkowa królowa Barb.

Drugie „Trolle” okazały się dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, które zostanie w głowie dłużej niż poprzednik. O wiele ciekawsza historia, zróżnicowana muzyka, kolorowa animacja oraz świetny dubbing, do tego z mądrym przesłaniem – jak tu się nie bawić dobrze?

7/10

Radosław Ostrowski

Transformers: Wojna o Cybertron – Wschód Ziemi

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące pierwszej serii – „Oblężenia”

Akcja „Wschodu Ziemi”, czyli drugiego sezonu „Wojny o Cybertron” kontynuuje historię konfliktu między Autobotami a Decepticonami. Optimusowi udaje się wysłać Wszechiskrę przez Kosmiczny Most poza macierzystą planetę. W konsekwencji Cybertron traci swoją energię, doprowadzając to miejsce na skraj zagłady. Arka z załogą pod wodzą Prime’a wskutek eksplozji mostu gubi źródło życia i rusza w poszukiwaniu Wszechiskry. W tym samym czasie niedobitki Autobotów pod wodzą Elity-1 odbijają uwięzionych towarzyszy i odkrywają, że Megatron coś kombinuje.

Twórcy idą dalej ścieżką wyznaczoną przez „Oblężenie”, czyli dodaje głębi bohaterom (także drugoplanowym) i utrzymuje w odcieniach szarości. Nadal jest to sześć odcinków po około 25 minut oraz utrzymane w stylistyce anime, a czas mija jak z bicza strzelił. Jednocześnie dzięki wyjściu poza Cybertron coraz bardziej poznajemy ten świat. Bo jest zarówno grupa najemników, rasa panów z wieloma głowami, pojawiają się retrospekcje (Megatron jako wojownik na arenie) i nowe postacie.

Znowu można odnieść wrażenie, że dzieje się tu bardzo dużo w tak krótkim czasie. Niemniej „Wschód Ziemi” cały czas trzyma w napięciu, zaś dwutorowość narracji działa tu na korzyść. Jest parę absolutnie świetnych scen akcji, z których najbardziej imponująca jest próba wysadzenia stacji kosmicznej uwięzionej w Kosmicznym Moście. I jeszcze próba zabicia znajdujące się robota o kształcie… skorpiona, na którego pociski nie robią żadnego wrażenia. Ale najważniejszy jest tutaj odcinek piąty, gdzie ekipa Prime’a oraz ścigających ich Megatron trafiają do Martwego Wszechświata. Nie tylko sama pustka robi piorunujące wrażenie, ale to przełomowy moment dla obu liderów. Obaj trafiają na przebywających tu mentorów, którzy pozwalają wyzwolić najlepsze z nich (lub w przypadku Megatrona najgorsze), przez co brutalny finał działa jeszcze mocniej. I oczywiście, że kończy się to mocnym cliffhangerem, zapowiadając mocne zwieńczenie trylogii.

Już się przyzwyczaiłem do nowych głosów i tego animowanego stylu, zaś dialogi (nadal miejscami ociekające patosem) pasują do tego świata. „Wschód Ziemi” rozwija i utrzymuje poziom poprzednika, co tylko mój apetyt na część trzecią – „Królestwo”. A podobno Netflix marnuje znane franczyzy i rozmienia na drobne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kraina lodu II

Disney w XXI wieku raczej pozostawał w cieniu swojej konkurencji w postaci Pixara czy DreamWorks. Jednym z nielicznych strzałów w katalogu ich animacji był „Kraina lodu” z 2012 roku, która przywróciła animowany oddział Myszki Miki do gry. Inspirowana „Królową śniegu” baśń oczarowała wszystkich audio-wizualnie („Let It Go”!!!!), paroma zaskakującymi twistami oraz przesłaniem. Aż dziwne, że na ciąg dalszy tej historii trzeba było czekać 7 lat. Choć pytanie brzmi, czy potrzebowaliśmy kontynuacji?

Wracamy do Arrendell, gdzie rządzi królowa Elsa (to ona ma w/w Moc) z siostrą Anną. Wszystko wydaje się przebiegać spokojnie, ale – jak wszyscy pamiętamy – spokój nigdy nie jest dany na zawsze. I w mieście żywioły zaczynają wariować, zaś Elsa słyszy dziwny głos. Do kogo należy? Czego chce? I jaki związek z tym wszystkim ma Zaklęta Puszcza, co spowija ją mgła? Sprawę trzeba wybadać, inaczej nie będzie żadnego domu. Elsa razem z Anną i jej przyjaciółmi (Kristoff, renifer Sven oraz bałwanek Olaf) wyrusza do puszczy, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania.

Druga część nie skupia się na budowaniu postaci oraz relacji między nimi. Tutaj twórcy bardziej rozwijają ten świat, zapuszczając się w nowe miejsca. Co się stało w Zaklętej Puszczy? Czemu żywioły są nadal rozgniewane na Arrendell? Brzmi jak rozwiązywanie tajemnicy, której żadna z sióstr nie jest świadoma i stanowi duże zagrożenie. Powoli poznajemy kolejne tajemnice, uwięzionych w puszczy rodowitych mieszkańców oraz żołnierzy królestwa. Jednocześnie nasz bardzo nieśmiały Kristoff będzie próbował się oświadczyć Annie (i przez większość czasu nie radzi sobie z tym), zaś Olaf – jak to bałwan – jest uroczy oraz zabawny. Jak mówiłem, postacie nie za bardzo się rozwijają, tylko podążają za akcją. Ta jest poprowadzona nieźle, chociaż niespecjalnie też zaskakuje (poza brakiem antagonisty, chyba że za takiego uznamy przeszłość). Jak poprzednio mamy wstawki musicalowe – inaczej Disney nie byłby sobą – jednak piosenki są zaledwie poprawne.

Nadal wizualnie jest zachwycająco, choć zimową aurę zastąpiła jesień. Wrażenie robią nie tylko animowane postacie i zwierzęta (stada reniferów wyglądają cudnie), ale dla mnie prawdziwą perłą było przedzieranie się Elzy przez burzowe morze czy odkrycie tajemnicy we wnętrzu „jaskini”. Ilość szczegółów jest niepojęta, zaś użycie mocy dziewczyny jeszcze bardziej czaruje. I nawet jak do akcji wkracza magia, także nie brakuje małych fajerwerków (głównie fioletowych ogni), co nie pozwoli się znudzić najmłodszym kinomanom.

Nie będę udawał, że druga „Kraina lodu” oczarowała mnie tak jak pierwsza część. Bo tak nie jest, ale nie żałuję czasu spędzonego przy tym tytule. Nadal jest w nim pewna magia (lub jakby rzekł mistrz Yoda: „Moc silna tu jest”), kilka cudnych scen i satysfakcjonujący finał. Jedno, co mnie dziwi to ogłoszenie kontynuacji przez Disneya, bo nie wiem dokąd jeszcze możemy pójść z tymi postaciami. Ale Disney nie takie kontynuacje robił, co potrafiły pozytywnie zaskoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki: Volume 3

Na żaden film superbohaterski w tym roku nie czekałem bardziej niż na trzecie spotkanie ze Strażnikami Galaktyki. Po wielu zawirowaniach do serii wrócił James Gunn, którego Disney najpierw zwolnił za obraźliwe posty na Twitterze sprzed kilku lat. Dlaczego wrócił? Bo żaden inny reżyser nie chciał wejść w buty Jamesa Giwery. Jest to też pożegnanie filmowca z Marvelem, albowiem teraz będzie kierował pracami dla Warner Bros. i DC Comics. Jednak po kolei.

Nasza ekipa przebywa w Knowhere, czyli wielkim ruchomym mieście, co jest też statkiem kosmicznym o kształcie jebitnej czaszki. W zasadzie jest względny spokój, może poza ciągle narąbanym Star-Lordem (Chris Pratt). Nasz heros jest ciągle w żałobie po stracie kobiety. Choć ona wróciła, ale z innej nitki czasowej i jest bardziej wredna. I właśnie wtedy pojawia się niejaki Adam Warlock (Will Poulter), który bardzo chce schwytać Rocketa (głos Bradley Cooper). Niestety, nasz szop mocno obrywa, zaś jego uratowanie mocno jest utrudnione. W środku jego ciała jest „bezpiecznik”, którego naruszenie może doprowadzić do śmierci. By go zneutralizować trzeba znaleźć kod od jego „właściciela”, a zostało tylko 48 godzin życia.

Cała seria „Strażników” zawsze wyróżniała się z tłumu produkcji MCU. I nie chodzi tylko o klimat bardziej przypominający… „Gwiezdne wojny” z większą dawką humoru. Grupa herosów tak niedopasowanych, że pasujących idealnie, świetnie zarysowane postacie, kompletnie odjechane pomysły oraz fantastyczna ścieżka dźwiękowa (głównie hity z lat 70. i 80.) – jak nie kochać tych dzieł? Tym razem jednak Gunn jeszcze bardziej kontrastami niż wcześniej. Jasne, już wcześniej poważniejsze sceny były przekłuwane balonikiem batosu, ale tu jest inaczej.

Trzecia część skupia się wokół Rocketa i jego przeszłości – jak pamiętamy był ofiarą genetycznych eksperymentów oraz modyfikacji. Kierował nimi niejaki Wielki Ewolucjonista (Chukwudi Iwuji), a jego głównym celem jest stworzenie idealnego społeczeństwa. I zobaczycie na własne oczy tą abominację (anty-Ziemia), gdzie znajdują się zmutowane istoty niczym żywcem wzięte z „Wyspy doktora Moreau”. A jak myślicie, co zrobi nasz antagonista, gdy nie pójdzie po jego myśli? Rozwali wszystko i zacznie od nowa. Już go nienawidzicie? Bo dla mnie to zdecydowanie najlepszy antagonista serii, któremu bliżej jest do szalony naukowców z kompleksem Boga oraz odrobiną ideologii totalitaryzmu. Nie chcę nawet mówić jaką miałem satysfakcję z obserwowania jak wali mu się grunt pod nogami.

Jednak zanim do tego dojdzie, będziemy mieli znajome (lecz nadal działające) elementy: imponujące wizualnie planety (archiwum), humorystyczne docinki oraz świetnie dopasowana muzyka (tutaj wpleciono takich wykonawców jak Beastie Boys, Faith No More czy Florence + The Machine), choć z późniejszych czasów niż do tej pory. Reżyser cały czas podbija stawkę, serwując kolejne komplikacje do prostego planu (a jakże by inaczej!), dając też sporo czasu postaciom bardzo pobocznym (pies Cosmo, Kraglin). Wiadomo też, że relacja Star-Lorda z „nową” Gamorą jest o wiele intensywniejsza, zaś laska jest bardziej bezpośrednia, brutalna i szorstka. Ta dynamika dodaje sporo pieprzu, jak zresztą cała drużyna (szczególnie trio Nebula-Mantis-Drax). Sceny akcji wyglądają fantastycznie (szczególnie finałowa konfrontacja), do efektów specjalnych nie można się przyczepić, zaś zakończenie złapało mnie za serducho.

By jednak nie było za słodko, jest parę potknięć w tym filmie. Po pierwsze, drugi akt wydaje się dość chaotyczny i wręcz przeładowany wątkami. Gunn przez to gubi rytm i czasem parę dowcipów jest na siłę rozciągniętych. Po drugie, nie wykorzystano postaci Adama Warlocka (Will Poulter). Pojawia się zaskakująco rzadko, by wywołać zamieszanie i zniknąć na chwilę. Może poza trzecim aktem, choć nie ma dla niego za dużo czasu. Jednak nawet takie problemy (i parę pomniejszych) nie są w stanie zmienić bardzo pozytywnego wrażenia. Bo trzeci „Strażnicy” to absolutnie fenomenalne kino przygodowe w otoczce SF, ze świetnie napisanymi i zagranymi postaciami, zachwycającą realizacją oraz pełne pasji i serca, jakiego w Marvelu od pewnego czasu nie było. Tu się jakieś czary musiały odbyć, bo nie umiem tego inaczej wytłumaczyć. A mówimy o filmie, gdzie mamy gadającego szopa i drzewca.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

John Wick 4

Czy jest jeszcze jakiś fan kina akcji, który nie wie kim jest John Wick? Miłośnik czarnych garniturów, piesków oraz broni jest w coraz większej dupie. Ścigany przez Wielką Radę, w zasadzie pozbawiony przyjaciół chce już mieć święty spokój. Przez trzy części wykończył ruską mafię, skasował paru włoskich gangsterów, paru Azjatów też dostało. Ktoś jeszcze pamięta, że cała ta jatka i rzeźnia zaczęła się od zabicia pieseła, kradzieży auta oraz pobicia? Wszyscy zamieszani w tą akcję już dawno gryzą piach.

Co musi zrobić nasz Janek (Keanu Reeves), by cały ten mafijny półświatek odwalił się od niego? Odpowiedź wydaje się prosta: zabić ich wszystkich. Ale ta Rada jest jak Hydra – odstrzelisz jednego typa, już dadzą kolejnego. Janek dokonuje jedną chorą akcję, czyli zabija Starszego – członka Rady, co bywał na pustyni. Konsekwencje tej decyzji są okrutne: nowojorski hotel Continental zostaje zmieciony z powierzchni ziemi, menadżer Winston pozbawiony władzy, consierge Charon idzie do piachu, zaś Rada do powstrzymania naszego niezniszczalnego daje wszelkie uprawnienia markizowi de Gramont (Bill Skarsgard). A ten robi wszystko: ściąga z emerytury niewidomego wojownika Caine’a (Donnie Yen), do tego wynajmuje tropiciela niejakiego pana Nikogo (Shamie Anderson). Więc jak się z tego wyplątać?

Chad Stahelski to jest jakiś wariat, który przy tej serii cały czas szuka odpowiedzi na pytanie: czego jeszcze ludzie w kinie akcji nie widzieli? Jakie jeszcze szaleństwa możemy pokazać na ekranie? Jakich sposobów pozbawiania ludzi na ekranie nie widzieli? Z każdą częścią przygód faceta o imieniu John i nazwisku Wick reżyser podkręcał śrubę, jednocześnie rozwijając ten półświatek, jego reguły, strukturę, postacie. Co tam się nie działo? W ruch szły pistolety, karabiny, strzelby, noże, katany, a nawet… konie, psy i samochody. Tutaj nawet więcej osób ginie przejechanych przez samochód niż przez kule.

Fabuła w zasadzie przypomina grę komputerową: bohater ma zadanie, by je wykonać musi pogadać z paroma gośćmi, ci mu zlecą questa, one pomogą mu zdobyć ważne rzeczy, by stoczy finałową walkę z głównym bossem. I cała filozofia – to nie brzmi jak coś skomplikowanego. ALE to się tylko wydaje proste, bo trzeba to wszystko bardzo pewnie przygotować.

Same sceny dzielą się na dwie grupy: dialogi (niczym przerywniki filmowe w grze) oraz krwawa napierdalanka (gracz przejmuje kontrolę nad bohaterem). Te pierwsze pozwalają rozbudować świat i obyczaje tego świata, niejako pozwalając złapać oddech albo stanowią nadbudowę do scen mordu. Cała akcja obejmuje różne miasta: japońską Osakę (i tamtejszy hotel Continental), Nowy Jork, dyskotekę w Berlinie, zaś finał toczy się w Paryżu. Jeśli budzi to u was skojarzenie z Jamesem Bondem czy Ethanem Huntem, trafiliście. Sceny zabijania to kolejne perełki, pozwalające w pełni docenić technikalia oraz szalone popisy kaskaderskie. Czy mówimy o jatce w hotelu w Osace, brutalną walkę w berlińskiej dyskotece (muza jest tak głośna, albo ludzie są tak na haju, że widok zabijanych ludzi – nawet tuż przed nimi – nie robi na nich wrażenia) aż po prawdziwą poezję w Paryżu, gdzie zbierałem szczękę. Od szaleństwa przy Łuku Triumfalnym przez strzelaninę z opustoszonym domu pokazaną z góry jak w „Hotline Miami” aż do przebicia się przez schody do Sacre-Coure (dużo schodów, dużo zbójów do zabicia). A że nasz John ma… kuloodporny garnitur z kevlaru (to jest wynalazek przyszłości!!!), hordy przeciwników robiących za mięso armatnie atakuje pojedynczo (niczym w pierwszej części „Assassin’s Creed”), policja NIE istnieje albo zrobiła sobie wolne. O ślepym zabijace, który jest cholernie skuteczny nawet nie wspominam. To jest wszystko element konwencji, którą albo się kupuje i ma to w dupie, albo będzie drażnić i irytować.

Wizualnie ten film jest oszałamiający. Odpowiedzialny za zdjęcia Dan Laustsen (przy „Johnie Wicku” od części drugiej, ale pracował też m. in. z Guillermo del Toro) tutaj chyba przechodzi samego. Kolorystyka, oświetlenie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze do tego dodamy scenografię, która miesza różne style architektoniczne, oczopląs jest gwarantowany. Do tego wraca znajoma muzyka, czyli mieszanka rocka, elektroniki (wręcz dyskotekowe techno), pompującą adrenalinę do wszystkich części ciała. To było wręcz doświadczenie ekstatyczne, jakiego nie miałem od lat.

Niby w tego typu kinie aktorstwo jest sprawą drugorzędną, ale powiem to tylko raz i raz powiem tylko to: „czwórka” jest najlepiej zagraną częścią serii. Keanu Reeves – jak to on – lepiej się sprawdza w bardziej fizycznych rolach niż wygłaszając jakiekolwiek monologi czy dialogi. Dlatego w tej części mówi najmniej, jednak w scenach akcji zwyczajnie błyszczy. Biega, skacze, spada, strzela, dostaje taki łomot, że zwykły śmiertelnik nie powinien się podnieść. Ale przecież John Wick nie jest zwykłym śmiertelnikiem, więc może przyjść na siebie więcej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mam więcej frajdy z tego szaleństwa. Stara ekipa z poprzednich części nadal trzyma fason – zwłaszcza Ian McShane jako lawirujący i wygadany Winston, lecz to nowi bohaterowie robią zamieszanie.

Świetny jest nowy antagonista, czyli markiz w wykonaniu Billa Skarsgarda i nie chodzi tylko o fikuśne, eleganckie garnitury. To przebiegły manipulator, cwaniak oraz krętacz, który swoją władzę odziedziczył w spadku – niejako arystokrata w Wyższej Radzie. Ale jest też zbyt dumny i pewny siebie, a tacy długo nie pociągną. Drobne role Hiroyuki Sanady (Koji Shimizu, menadżer hotelu Continental w Osace), Clancy’ego Browna (Harbinger) oraz kompletnie nie do poznania Scotta Adkinsa (Killa, szef klubu w Berlinie) to drobne i bardzo przyjemne dodatki. Zwłaszcza Adkins pokazuje tu niezły talent komediowy oraz udowadnia, że potrafi coś więcej niż naparzać się z protagonistą, by potem zginąć (to nadal robi świetnie). Cudny jest także Shamier Anderson jako tajemniczy pan Nikt, będący tropicielem z towarzyszącym mu psem, który też chce dopaść Wicka. Choć może nie.

Ale całość kradnie legendarny Donnie Yen – mistrz kina kopanego. Jego Caine to postać troszkę zbliżona do Wicka, czyli zmuszony wbrew swojej woli do walki wojownik. Co z tego, że nie widzi – jest przez to jeszcze groźniejszy dla otoczenia, co pokazuje choćby podczas walki w kuchni w Osace. To jak korzysta z różnych „wspomagaczy” w walce jest niesamowite i jest jedyną postacią stanowiącą poważne wyzwanie dla Jana Wicka. Wspólne sceny obu panów są absolutnie cudowne do oglądania, nawet jeśli tylko rozmawiają (tak, są takie momenty – niewiele, ale jednak).

„John Wick 4” to film, w którym kompletnie zanurzyłem się w ten świat, nie zwracając uwagi na drobne pierdoły i bzdury wynikające z konwencji. To czysty akcyjniak, doprowadzający cała franczyzę do granic wytrzymałości oraz wyobraźni. Choć znając Stahelskiego za kilka lat na te słowa powie Potrzymaj mi piwo i w następnym filmie zrobi kolejne cuda wianki. A my wszyscy oszalejemy z zachwytu albo uznamy, że to totalna głupota. Ja należę do tej pierwszej grupy.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Doktor Sen – wersja reżyserska

UWAGA!
Materiał zawiera śladowe ilości spojlerów, lecz autor stara się go zredukować do minimum.

Kontynuacje po latach są więcej niż niebezpieczne, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za arcydzieła. Bo raczej nikt nie oczekiwał sequela do „Lśnienia” Stanleya Kubricka wg powieści Stephena Kinga. Ale sam pisarz zdecydował się napisać kontynuację – „Doktor Sen”. Adaptacja książki wydawała się nieunikniona, choć mogła być problematyczna. Dlaczego? Sam King fanem kinowego „Lśnienia” nie był, więc przenosząc „Doktora Sen” trzeba było pogodzić zarówno fanów książkowego sequela i kinowego poprzednika. Pewną nadzieję dawała osoba reżysera Mike’a Flanagana.

doktor sen1

Akcja skupia się na już dorosłym Dannym (Ewan McGregor) – ciągle naznaczonym traumatycznymi wydarzeniami z hotelu Overlook. Chcąc zapomnieć sporo pije i ćpa, co w żadnym wypadku nie pomaga w rozwiązaniu problemu. Mniej korzysta ze „lśnienia” i w końcu decyduje się wyjechać do stanu New Hampshire. Nowe miejsce, nowy start, nowe możliwości. Poznaje Billy’ego Freemana (Cliff Curtis), który pomaga mu zarówno znaleźć mieszkanie, jak też przyciąga na spotkanie AA. Dzięki temu (pośrednio) dostaje pracę jako pielęgniarz w szpitalu. A dawno uśpione lśnienie nagle się budzi do życia. Wszystko przez posiadającą tą samą moc dziewczynka Abra (debiutantka Kyliegh Curran), tylko u niej jest o wiele silniejsza. Ale jest jeszcze trzecia siła – Prawdziwy Węzeł, czyli grupa nieumarłych żywiących się lśnieniem. Początkowo mężczyzna nie chce się mieszać, ale okoliczności zmuszają go do działania.

doktor sen2

Jeśli ktoś spodziewa się arcydzieła na poziomie dzieła Kubricka, nawet do tego filmu nie podchodźcie. Nie mogę jednak powiedzieć, że Flanagan dał ciała. Wyciągnął ze źródłowego materiału ile się da i bardzo powoli buduje atmosferę. Reżyser daje dużo czasu na poznanie bohaterów, ich motywacji oraz umiejętności, by móc bardziej się z nimi zżyć. Dlatego całość toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem (i dlatego trwa 2,5 godziny – w wersji reżyserskiej aż 3), skupiając się na postaciach oraz atmosferze. Nie wali jump-scare’ami prosto w twarz, jednak potrafi wielokrotnie zmrozić krew w żyłach. Wystarczy spojrzeć na członków Pradawnego Węzła, czyli istot na kształt nieumarłych pasożytów, nie tylko żywiących się lśnieniem (oni je nazywają „parą”), lecz posiadają różne nadnaturalne moce (m. in. wchodzenie do umysłu, manipulacja). Choć ich mordy nie są pokazywane wprost, potrafią przerazić.

doktor sen3

Mimo długiego metrażu Flanagan nie przynudza i pewnie opowiada o mierzeniu się ze swoimi demonami, odzyskiwaniu wiary w siebie oraz klasycznej walce dobra ze złem. Bliżej tutaj jest do kina fantasy z elementami nadnaturalnymi. Ale jednocześnie do paru rzeczy podchodzi w sposób kreatywny. Szczególnie w momentach, gdy Danny oraz Abra używają swoich mocy. Zarówno kiedy on pomaga w spokoju umrzeć jak kiedy Abra mierzy się z Rosą Kapelusznik, gdy ta druga chce wejść do jej głowy (fantastycznie sfilmowana scena oraz imponująca scenografia). Z jednej strony film stoi na swoich własnych nogach, ale z drugiej nie brakuje odniesień do filmowego „Lśnienia”. Najdobitniej to widać w finałowej konfrontacji na terenie zamkniętego hotelu Overlook czy retrospekcjach. W tych ostatnich postacie z dzieła Kubricka wracają, grani przez innych aktorów i nie wywołuje to żadnego zgrzytu. Ktoś powie, że ten finał to nachalny fan service, co mogę zrozumieć, gdyby film nie miał nic więcej do zaoferowania. I do razu mówię – zakończenie jest w pełni satysfakcjonujące.

doktor sen4

Także aktorsko jest więcej niż świetnie. Dorosłego Danny’ego gra sam Ewan McGregor i bardzo dobrze pokazuje udręczonego, zagubionego mężczyznę. Jego przemiana w pewnego siebie mentora (niczym inny bohater grany przez tego aktora w pewnej odległej galaktyce), wykorzystującego kilka sztuczek ze swojego arsenału przekonuje. Tak samo jak krótkie momenty załamania oraz budowanej więzi z Abrą. Tą dziewczynkę gra Curran i jest absolutnie fantastyczna, pokazując zarówno momenty przerażenia jak i silnego charakteru. Mocna, wyrazista postać oraz jedna z lepszych ról dziecięcych ostatnich lat. Ale całość kradnie magnetyzująca Rebecca Ferguson. Jej Rose jest mroczna, demoniczna i bardzo pewna siebie, co podkreśla sam wygląd. Władcza, bardzo charyzmatyczna, silna osobowość, z drobnymi momentami zwątpienia.

doktor sen5

Oczekiwanie, że „Doktor Sen” będzie na poziomie „Lśnienia” samo w sobie jest absurdalne. Flanagan zdaje sobie z tego sprawę, więc nie ściga się z klasykiem i znajduje swoją własną drogę. Jest świetnie zagrany, z powolnie budowaną atmosferą oraz klimatem rzadko spotykanym w kinie grozy. Slow burner, ale wciągający jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kot w butach: Ostatnie życzenie

Jam Puszek Okruszek – tak się przedstawił po raz pierwszy w drugim „Shreku”. Ładne buty, kapelusz, szpada oraz waleczność. Skradł cały ekran dla siebie i powracał w kolejnych częściach, wreszcie dostał nawet swój własny film. To było jednak w 2011 roku, zaś o samym filmie mało kto pamiętał. Teraz jednak nasz heros powraca, choć nikt go nie potrzebował. A może jednak był nam potrzebny, tylko o nim zapomnieliśmy?

Więc co robi nasz Puszek – el gato, el mitos, la leyenda? Nic się nie zmienił, czyli zgrywa twardziela, oszukuje przeznaczenie oraz walczy choćby z takim obudzonym monstrum. Oczywiście robi to w sposób widowiskowy, z szaloną muzyką w tle i brawurą jaką tylko On posiada. Ale wszystko kończy się nagle uderzeniem dzwonu. Ktoś mógłby powiedzieć, że koty mają przecież dziewięć żyć i nasz futrzasty heros odrodzi się. Jest jednak pewien problem – zostało mu tylko jedno życie. Czyżby to był koniec Kota w Butach i jego heroicznych czynów? Zwłaszcza jak w barze pojawia się wilk w kapturze, który wydaje się być nie do pokonania. Choć ma przy sobie tylko dwa sierpy i walka kończy się ucieczką.

Czy może być gorzej? Emerytura w kociej rezydencji, gdzie musi przyzwyczaić się do nudnej egzystencji, jedzenia kocimiętki oraz załatwiania się w kuwecie. Przy tym lobotomia wydaje się lepszym rozwiązaniem. Jest jednak rozwiązanie: gwiazdka z nieba, co spełnia każde życzenie. Trzeba ją tylko znaleźć w Czarnym Lesie. Problem: mapę do miejsca jej lokalizacji posiada właściciel dużego przedsiębiorstwa Jacek Placek, a chce ją zajumać Złotowłosa z trzema Misiami. Plus jeszcze jest dawna znajoma Puszka, Kitty Kociłapka. Kto wygra ten wyścig?

„Ostatnie życzenie” zaskakuje wizualnie, mocno czerpiąc z estetyki znanej ze „Spider-Man: Uniwersum”. Czyli w scenach akcji zmniejsza się klatkaż, przez co wyglądają one w bardzo komiksowym stylu. Choć ja mam wrażenie, że tła i szczegóły wyglądają jakby zostały… namalowane. Najbardziej odczuwalne jest w Czarnym Lesie przy krajobrazach. Te w zależności od tego, kto używa mapy zmieniają się (bo mapa buduje świat na podstawie życiowych doświadczeń) i robi to piorunujące wrażenie. Stylistyka bardzo wyróżnia się wobec poprzednich produkcji DreamWorks, który zaczyna odzyskiwać siły oraz pokazuje, że jest w stanie stanowić konkurencję dla Pixara, Disneya czy Sony Animated. Jednocześnie bardzo zaskakuje to jak film traktuje temat strachu przed śmiercią (niemal każde spotkanie Kota z Kostuchą kończy się ucieczką i może przypominać sceny z horroru) i rozwiązuje to bez wygłupów oraz śmieszkowania. Może sama droga oraz rozwiązanie nie zaskakuje, to jednak nie ma tu miejsca na nudę. Akcja pędzi na złamanie karku, sceny pościgów oraz walk oszałamiają, zaś twórcy nie biorą jeńców. Zdecydowanie produkcja nie dla bardzo młodego widza.

Pochwalić za to muszę polską wersję językową, za którą odpowiada Bartosz Wierzbięta. Jeśli spodziewacie się walenia odniesieniami do naszej popkultury, nie macie się czego bać. I samo tłumaczenie brzmi w porządku, same imiona też nie wywołują zgrzytów, choć zdarza się parę momentów zapikanych (ciekawe czy w oryginale też jest taka sytuacja). Do roli Kota wraca Wojciech Malajkat i robi to z taką łatwością przekazują tą energię, pewność siebie jak też bardziej poważniejsze momenty. Kapitalna robota, tak samo jak wracającej do Kitty Izabeli Bukowskiej. Chemia między nimi jest po prostu cudna. Z nowych postaci trzeba wyróżnić Sebastiana Machalskiego, czyli (optymistycznie nastawiony pies Perro), Monikę Dryl (Złotowłosa) oraz Roberta Jarocińskiego (Bardzo Zły Wilk). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, ale z ciekawości sprawdziłbym wersję oryginalną.

„Kot w butach: Ostatnie życzenie” jest szalonym, dynamicznym filmem łotrzykowsko-przygodowym zmieszanym z klimatem spaghetti westernu. I to w świecie baśni, co powinno być absurdalnym miksem. Fantastycznie zrealizowana, pełna akcji, humoru oraz oczopląsu. A jednocześnie potrafi być dojrzałą, miejscami mroczną opowieścią o szukaniu szczęścia, które niekoniecznie musi być tym, czym nam się wydaje. Ogromna niespodzianka na początek roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny prezent po choinkę

Kto by się spodziewał, że po tylu latach dostaniemy kontynuację jednego z klasyków świątecznego kina z USA. Bo po drodze powstało jeszcze sześć sequeli. Tym razem twórcy postanowili je olać i stworzyć bezpośrednią kontynuację do „Prezentu pod choinkę”. Mało tego, wróciła część oryginalnej obsady, więc jest bardziej niż legitnie. Ale czy warto było robić to po tylu latach?

Akcja „Świątecznego prezentu pod choinkę” toczy się w roku 1973. Ralphie Parker (wracający do roli Peter Billingsley) mieszka w Chicago z żoną i dwójką dzieci. Próbuje swoich sił jako pisarz, jednak nikt nie chce wydać jego powieści. Być może dlatego, że jest za długa (ponad 2 tysiące stron) no i jest to science-fiction. Do tego jeszcze za kilka dni Wigilia, a przygotowań nie zrobiono. Ale nasz bohater będzie musiał wrócić do rodzinnego miasteczka w stanie Indiana. Wszystko z powodu śmierci jego ojca. Więc Ralphie z rodziną wraca do siebie, chcąc pomóc matce oraz zorganizować niezapomniane święta tego roku.

Krótko mówiąc, jest to mocno zmodyfikowana część pierwsza. Nadal Ralphie jest narratorem całości, odnosząc się wielokrotnie do oryginału. Na szczęście, twórcy nie ograniczają się tylko do tego. Bo ten sequel skupia sobie na wchodzeniu naszego bohatera w rolę ojca. Czyli zorganizowanie świąt, kupno prezentów, napisanie nekrologu. A wszystko to w miejscu pozostawionym dawno za sobą. Przy okazji odkryjemy co się stało z dawnymi kolegami, poznamy nowe miejsca, odwiedzimy Mikołaja. A wszystko w atmosferze lat 70., ze sporą dawką humoru (uruchomienie chłodnicy w aucie za pomocą… jajka) oraz świątecznym klimatem. Tylko wtedy mogą dziać się rzeczy niezwykłe, gdzie wszystko ostatecznie układa się po myśli (zdobycie gwiazdy na choinkę czy kradzież prezentów). Wracają też m. in. sceny, gdzie Ralphie wyobraża sobie różne rzeczy (m. in. wygranie Nobla czy – konfrontacja na śnieżki w formie… zwiastuna westernu).

Trudno się przyczepić także aktorsko. Zaskakująco dobrze sobie radzi Billingsley (czy tylko mi przypominał z wyglądu… Macieja Orłosia?), nadal mający w sobie urok dziecka w ciele dorosłego. Dźwiga film na swoich barkach, tak jak powracający aktorzy jako dorośli (m.in. Scott Schwartz i R.D. Robb). Jedyną zmianą jest Julie Hagerty jako matka Ralphiego (grająca tą postać w oryginale Melissa Dillon przeszła na emeryturę), ale zmiana nie jest aż tak odczuwalna i jej relacje z synową dodają odrobinę pieprzu.

„Świąteczny prezent pod choinkę” to kolejny przykład porządnie zrobionej kontynuacji po latach, czerpiąca z nostalgii oryginału, ale jednocześnie stojąca na własnych nogach. Bardzo sympatyczny i dorównujący oryginałowi, co nie jest łatwą sztuką.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski