Anioł stróż

Keanu Reeves może i nie jest wybitnym aktorem, czasami ocierającym się o drewno (pamiętacie „Draculę” Coppoli oraz jego „brytyjski” akcent?), jednak potrafi parę razy zaskoczyć w swojej karierze. Po czterech częściach masakrowania jako „John Wick” postanowił pokazać swoją mniej agresywną oraz pozbawioną furii twarz. I pojawia się tym razem w roli… anioła stróża. Bieda anioła z Temu.

Anioł ma pięknie imię Gabriel oraz bardzo małe skrzydełka, przez co nie jest zbyt lotny. Zaś jego zadaniem jest pilnowanie ludzi piszących SMS-y podczas jazdy telefonem. Nie brzmi jak coś ważnego czy ekscytującego, choć jego szefowa Martha (Sandra Oh) ma inne zdanie. Na swoje nieszczęście aniołek chce pomóc zagubionej duszy, a tych w Los Angeles jest na pęczki. Tak poznaje Arja (Aziz Ansari) – hinduskiego imigranta, biorącego kilka fuch naraz, mieszkającego w samochodzie i ledwo radzącego sobie z czymkolwiek. Wydawało się, że wszystko się zmieni, kiedy zostaje asystentem dzianego Jeffa (Seth Rogen) i poznaje Elenę (Keke Palmer) – koleżankę z pracy, co chce założyć związek zawodowy. Na swoje nieszczęście zostaje zwolniony, dziewczyna ma wypadek i nie może przyjść na randkę, co uruchamia spiralę dramatu. Gabriel postanawia pomóc, czyli pokazuje możliwą przyszłość oraz… zamienia Arja i Jeffa miejscami. Na tydzień, by docenił swoje życie. Efekty tej decyzji mocno się odbiją na całej trójce.

Założenie kinowego debiutu Aziza Ansariego – aktora i stand-upera, który najbardziej znany jest dzięki serialowi „Specjalista od niczego” – jest połączeniem „To wspaniałe życie”, „Nieoczekiwanej zmiany miejsc” i… „Anioła w Krakowie”. Czyli mieszankę komedii, przerysowanej satyry i zadziwiająco poważnego dramatu. Jakim cudem to gra? Problemy Arja z multitaskingiem mogą wydawać się początkowo źródłem zabawnych sytuacji, lecz zaczyna się przebijać desperacka walka o przetrwanie. Pokazuje absurdalność tej rzeczywistości (praca jako kolejkowicz na zakupach, „samodzielnie” dorobienie się bogaczy), gdzie amerykański sen to kit i bujda dostępna tylko dla nielicznych. Ze sporą dawką ironii, ale też zadziwiająco sporą dawką empatii.

Szczególnie w drugiej połowie, gdy naiwny Gabriel trafia na ziemię jako człowiek. I Keanu w tej roli odnajduje się fantastycznie, mieszając stoicki spokój, tony naiwności dziecka oraz odkrywanie drobnych przyjemności (tacos, taniec, shake). Jest w tym przeuroczy, dodając sporo jowialności, szczególnie ubrany jako kuchenny sprzątacz z papierosem w ręku. Stoi w kontrze z bardzo wygadanym, ekspresyjnym i energicznym Anzarim oraz bardziej poważnym Rogenem, czyniąc bardzo elektryzującą święt(n)ą trójcę. Ale swoje też robią postacie drugoplanowe jak anielica Martha, walcząca o lepsze warunki pracy Elena czy – mój absolutny MVP – Felipe, szef Gabriela w knajpie (cudowna jest scena, kiedy on rozmawia z popijającym Gabrielem).

Mógłbym się tutaj przyczepić, że zakończenie jest troszkę zbyt słodkawe i moralizujące, zaś początek jest lekko niemrawy. Niemniej po seansie „Anioła stróża” wyszedłem z odrobinę lepszym samopoczuciem. Może i przesłanie może wydawać się banalne („życie może bywa do dupy, ale w towarzystwie wspierających cię ludzi jest bardziej znośne”), przez większość czasu nie czuć w tym fałszu czy naiwności. Fell-good movie, który potrafi poruszyć, rozbawić i skłonić do zastanowienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Fabelmanowie

Są tacy reżyserzy, którzy towarzyszą mi w podróży zwanej kinem od młodszych lat. Takim reżyserem jest Steven Spielberg, będący dla mnie odpowiednikiem czarodzieja, kreującego niezwykłe rzeczy oraz pokazujący kino jako wielką przygodę. Zdarzały się skręty ku poważniejszym tematom, jednak ten reżyser potrafił wciągnąć oraz zaangażować. Ostatnim jednak filmem Amerykanina, który mnie zachwycił były animowane „Przygody Tintina”. Do teraz.

Jego nowy film skupia się na tytułowej rodzinie Fabelmanów, czyli rodzicach, najstarszym synu Samie oraz trzech siostrach. Ojciec rodziny (Paul Dano) jest inżynierem, matka (Michelle Williams) jest pianistką o wielkim talencie. Sammy jednak zaraża się pasją do filmu, a wszystko zaczęło się w 1952 oraz seansu „Największe widowisko świata”. Jedna scena (zderzenia pociągu z samochodem) stanie się wręcz obsesją, którą początkowo będzie próbował odtworzyć. Ale wszystko zmienia się z dwóch powodów: Sammy dostaje kamerę, a rodzina przenosi się do Arizony. Bo ojciec dostaje lepiej płatną pracę.

fabelmanowie3

To jednak tylko początek historii, w której Spielberg opowiada o sobie samym. Ale to tylko częściowo prawda, bo reżyser najbardziej jednak skupia się na rodzicach. Oboje pochodzą z różnych światów: racjonalnego, naukowego oraz artystycznego, co powinno zgrzytać ze sobą. Jednocześnie widzimy dojrzewanie bohatera od dziecka przez okres liceum aż do… Jeśli myślicie, że skończymy na prawdziwym planie filmowym, jesteście w błędzie. Reżyser pokazuje zarówno coraz większą fascynację Sammy’ego kamerą i kinem, jak też obyczajową historię rodzinną. Choć w tym drugim przypadku największe skupienie jest na rodzicach, pozostawiając siostry raczej do roli tła. Widzimy realizowane z kolegami filmy (western i wojenny), jak i sceny z życia rodzinnego – coraz bardziej nasz bohater widzi przyszłość jako reżyser, mimo oporu ojca. Wspiera go matka, zaś pojawiający się na krótko wujek Borys (cudowny epizod Judda Hirscha) mówi o konsekwencjach podążenia za drogą artystyczną.

fabelmanowie2

I nasz bohater parę razy przekonuje się o tym jaką siłą może być kino. Nie tylko podczas tworzenia swoich filmów, lecz podczas dwóch kluczowych momentów. Pierwszy to montowanie scen z rodzinnego kempingu, gdzie zauważa jedną bardzo niepokojącą rzecz. Nawet za pomocą filmu konfrontuje matkę z tym faktem, bo nie może wyrazić swoich emocji słowami. Drugi istotny raz to film z okazji Dnia Wagarowicza, co dla Sammy’ego – gnębionego w liceum za żydowskie pochodzenie i odpuszczającego kręcenie filmów – pozwala odzyskać pewność siebie, lecz też wywołuje inne konsekwencje. Jeden z gnębicieli widzi na ekranie kogoś zupełnie innego niż siebie, czego nie jest w stanie zrozumieć. Ale równie istotnym momentem jest finał, gdzie nasz bohater poznaje największego reżysera świata i dostaje krótką, lecz treściwą poradę.

fabelmanowie1

Sami „Fabelmanowie” są zaskakująco kameralną i spokojną opowieścią w dorobku Spielberga, który ze sporego dystansu przygląda się swojej młodości. Czyli niby coś w klimacie „Romy”, „Belfastu” czy „Złotych czasów radia”? I tak, i nie. Bo mamy tutaj powrót do przeszłości przefiltrowany przez bardziej dojrzałego twórcę. Bez upiększeń, stylizacji, próbując zrozumieć swoich rodziców i to, co przechodzili. Technicznie trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a kilka scen (realizacja filmu wojennego, montowanie filmu z biwaku jak kamera krąży wokół sprzętu czy „modlenie się” z koleżanką) zostanie w głowie na długo. To nie tylko zasługa stałej grupy współpracowników, lecz przede wszystkim wspaniałych aktorów.

fabelmanowie4

Świetnie wypada Gabriel LaMalle jako dorastający Sammy, próbujący podążać za pasją i jednocześnie chcąc odnaleźć się w nowym otoczeniu. Czuć siłę podczas realizacji filmów oraz kreatywność w szukaniu pomysłów, ale też poczucie zagubienia i bezsilności. Dla mnie jednak to przede wszystkim popis Paula Dano oraz Michelle Williams. Ten pierwszy wydaje się opanowany, spokojny i służący radą, chociaż często pracujący. Jednak dla mnie największe wrażenie zrobiła Williams, która potrafi być jednocześnie czuła i egoistyczna, energiczna i przygnębiona. Przypomina kolorowego ptaka, uwięzionego w klatce, duszącego się ograniczającą przestrzenią. A wszystko pokazane wielokrotnie… oczami oraz drobnymi spojrzeniami. W moich oczach to rola warta co najmniej nominacji oscarowej. Inną niespodzianką był jeszcze Seth Rogen jako robiący za śmieszka wujek Benny, jednak za nim kryje się coś innego.

fabelmanowie5

Wielu mówi, że „Fabelmanowie” to najlepszy film Spielberga od lat i trudno się z tym nie zgodzić. Ale to też inny Spielberg, który tym razem kamerę zwraca na siebie, tworząc portret swojej rodziny. Bez lukrowania, zakrywania się nostalgią i słodzenia, za to szczerze, z pasją oraz empatią. Niby kameralny, a jednak magiczny film.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chłopaki – seria 1

Ile już było opowieści o superherosach żyjących we współczesnym świecie? A takich, gdzie osoby z mocami nie ukrywają się, są obecni w mediach społecznościowych, rozpoznawalnych niczym celebryci? Ktoś kiedyś wpadł na szalony pomysł, by przedstawić taką wizję świata w formie komiksu. W świecie „Chłopaków” bohaterowie są znani, zaś siedmioro z nich staje się słynną Siódemką z Vought. I nie chodzi o miasto, ale o korporację Vought International, robiącą wielką kasę z tego interesu oraz niejako decydując o tym, kto będzie tu należał i z kim mają walczyć. Jednak jest pewna grupka ludzi, którzy chcą dorwać korporację oraz superherosów, którzy nie są tacy super. The Boys nie mają żadnego wsparcia ani funduszy, lecz zostaje im spryt oraz bezkompromisowość. Ekipą dowodzi Billy Rzeźnik, a ten się nie cacka i werbuje nowego członka ekipy. Hughie Campbell to niby zwykły chłopak, który pracuje w sklepie RTV. Ale jego spokojnie życie zmienia się, kiedy jego dziewczyna zostaje zmieciona przez rozpędzonego superherosa zwanego Pospiesznym. Innymi słowy, nadszedł czas na zemstę.

the boys1-4

Nowy serial od Amazon Prime Video i kolejna adaptacja komiksu Gartha Ennisa. „The Chłopaki” balansują między dramatem, bardzo czarną komedią oraz satyrą na środowisko korporacyjne. Tylko, że tak korporacja ma superbohaterów. Ci posiadają różne umiejętności i niektórzy przypominają inne komiksowe postacie pokroju Supermana, Wonder Woman czy Flasha. Bardziej zaskakuje fakt, że osób aspirujących do miana herosa jest dużo, dużo więcej niż miejsca w Vought. To jak ta firma funkcjonuje i do czego jest w stanie się posunąć, by osiągnąć swoje cele (m.in. przegłosowanie ustawy o włączeniu gości w lateksach oraz supermocach do armii) potrafi przerazić. A geneza naszych herosów to jedno z bardziej szalonych pomysłów, jakie widziałem. To nie wszystkie karty, jakie mają dla nas twórcy do odkrycia.

the boys1-2

Historię poznajemy z perspektywy dwojga nowych członków skonfliktowanych ekip: nieśmiałego Hugh, napędzanego zemstą za śmierć dziewczyny oraz Annie „Gwiezdną”, nową, idealistyczna członkinię Siódemki. Oboje próbują odnaleźć się w nowym dla siebie otoczeniu i zweryfikować swoje oczekiwania. Hugh zaczyna przekraczać kolejne granice, a z bardzo nieśmiałego chłopaka staje się bardzo bystrym, opanowanym facetem. Choć tylko pozornie wie, czego szuka, zaś Rzeźnika traktuje troszkę jak autorytet. Albo bierze za kogoś, kim sam chciałby być. Z kolei Annie odkrywa prawdziwe oblicze uwielbianych gości w lateksach: zwyrodnialców, podglądaczy, pełnych kompleksów oraz pragnący akceptacji, władzy. I ten wątek stawia jedno z ważniejszych pytań: co to właściwie znaczy być superbohaterem? Czy trzeba nosić fikuśny strój oraz posiadać moce? Być posłusznym wobec swoich mocodawców, zarabiając kupę kasy? Czy może jednak kierować się własnymi zasadami oraz mieć silny kręgosłup moralny bez względu na wszystko? Nie spodziewałem się takich refleksyjnych pytań po – jakby nie patrzeć – bardziej rozrywkowej produkcji.

the boys1-3

Tutaj wszystko do siebie pasuje. Miejscami rubaszny i chamski humor, bardzo krwawo-bluzgane sceny akcji (jedna tylko wydaje się chaotycznie zmontowana), oszczędnie wykorzystywane efekty specjalne, potrafiące zryć głowę oraz niemal mocno namacalne poczucie zagrożenia czy osaczenia. Bo nasi Chłopacy nie posiadają supermocy, wsparcia państwa, rządu ani jakichkolwiek innych tajnych służb. A to czyni walkę bardzo nierówną, lecz potrafi ekscytować oraz trzymać w napięciu. Zakończenie zaś stawia wiele pod znakiem zapytania i każe czekać na nową serię.

the boys1-1

Wszystko to jest także podparte fantastycznym aktorstwem, choć najbardziej interesujące jest kilka postaci. Nie oznacza to, że reszta nie ma tu zbyt wiele do roboty, bo jest zupełnie inaczej. Najważniejsi tutaj są: Rzeźnik, Ojczyznosław, Hughie oraz Annie. Rzeźnik w wykonaniu Karla Urbana to najbardziej szorstki (anty)bohater od lat. Cyniczny, złośliwy, napędzany żądzą zemsty egoista, nie bojący się wykorzystać innych do swojego celu. Pod tym wszystkim jednak skrywa się złamany przez życie człowiek, skrywający swój ból w masce cynicznego twardziela. Kontrastem dla niego jest Hughie w wykonaniu absolutnie czarującego Jacka Quaida (tak, syna TEGO Quaida, choć bardziej podobny jest do… Michaela Shannona). Początkowo nieśmiały, taki klasyczny frajer, z czasem staje postawiony pod poważnymi dylematami (morderstwo, szantaż) i potrafi wyjść z tego dzięki sprytowi. Nie mogę nie wspomnieć o ciekawie prowadzonej jego relacji z Annie, nie znając jej tożsamości jako superbohaterki, pokazującej jego cieplejsze oblicze. A propos Annie, wcielająca się w nią Erin Moriarty absolutnie błyszczy, choć pozornie nie jest zbyt ciekawa. Pełna pasji, poświęcenia oraz naiwności próbuje jednocześnie pozostać sobą i spełniać oczekiwania swoich nowych szefów. A efekty mocno na niej się odbijają i zmuszają do pewnych przemyśleń.

the boys1-5

No i najmocniejszy ze stawki Antony Starr, czyli Ojczyznosław (nie wiem, kto tłumaczył te ksywy, ale był geniuszem!!!), będący wizualną wypadkową Supermana z Kapitanem Ameryką. Może i jest on nośnikiem wielkich idei, lecz to wszystko fasada. Pod nią skrywa się inteligentny, bezwzględny psychopata z ego większym niż jego mocami, co tworzy niebezpieczną mieszankę oraz pragnącego bycia liderem. To mroczniejsze oblicze inspirowanego Supermanem postacią bardziej przeraża niż „Brightburn” oraz inkarnacje Zacka Snydera.

Wow, takiego serialu superbohaterskiego potrzebowałem. „Chłopaki” są brutalni, bezwzględni, szyderczy i bezkompromisowi. Nie boją się obnażyć hipokryzji oraz bardzo gorzkich refleksji na temat możliwej obecności supków w naszej rzeczywistości. Czekam na kolejną dawkę adrenaliny i smolistego humoru.

8/10

Radosław Ostrowski

Jaki ojciec, taka córka

Znacie taki typ osób, dla których praca jest jedynym sensem życia. Nazywa się ich człowieko-wrakami albo ludźmi Mordoru, albo korposzczurami. Kimś takim jest Rachel – kobieta, która nawet w dzień swojego ślubu trzyma telefon komórkowy. I pewnie dlatego jej przyszły mąż postanowił zostawić ją w dzień małżeństwa. Ale co najdziwniejsze, tego dnia pojawia się ojciec panny młodej, który nie utrzymywał z nią długiego kontaktu. Oboje po wszystkim idą się napić i… budzą się na statku podczas miesiąca miodowego, którego nie było.

like father1

Netflix tym razem mierzy się z już ogranym motywem ojciec-córka nie widzieli się po latach i teraz mają szansę na odkupienie. „Jaki ojciec, taka córka” podąża ścieżkami jakie miało masa komediodramatów. Choć muszę przyznać, że humoru nie ma tutaj zbyt wiele, ale jak się pojawia, jest trafiony w punkt. Wiemy, jak to się skończy, ale cała ta historia potrafi troszkę zaangażować. Intryga powoli serwuje parę tajemnic (ciągle dzwoniący telefon ojca), co dodaje emocji oraz przede wszystkim uroku. A osadzenie akcji na statku wycieczkowy dodaje takiego letniego klimatu, w czym wspiera równie lekka muzyka. Nie jest to jakieś głębokie, poważne dzieło, jednak nie uważam spędzonego czasu za straconego. Niby wiemy jak to się skończy, ale kilka świetnych scen (karaoke, rozmowa przy wodospadzie) troszkę podnosi wartość tytułu.

like father2

Dla mnie największym problemem (poza przewidywalnością) była nasza główna bohaterka, z którą ciężko mi było się identyfikować. Jest to strasznie irytująca osoba, skupiona na sobie, karierze, z telefonem przyspawanym do ciała. Wydaje się być płaska oraz nudna, ale na szczęście grająca ją Kirsten Bell jest w stanie przekazać jej złość, gniew oraz samotność. Jednak dla mnie sercem tego tytułu jest Kelsey Grammer. Bardzo wycofany, skrywający tajemnicę, pragnący pogodzenia, ale nie robi tego nachalnie. Każde wypowiadane przez niego historie są w stanie poruszyć, dając dużo siły. Z drugiego planu najbardziej wybija stonowany niż zwykle Seth Rogen, tworząc sympatyczną postać belfra, zaś reszta robi za tło.

like father3

Nie jest to najlepszy film Netflixa, ale „Jaki ojciec, taka córka” jest jedną z lepszych rzeczy od tej sieci streamingowej. Może i jest to przewidywalne, ale bardzo sympatyczny film, gdzie nie brakuje serducha.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Im bliżej grudnia, czym częściej ma się ochotę na filmy bożonarodzeniowe. Swoją świąteczną opowieść trzy lata temu zaprezentował Jonathan Levine, lecz do polskich kin „Cicha noc” nie trafiła. Ale sama historia nie jest skomplikowana: mamy paczkę trzech kumpli, z czego jeden z nich stracił rodziców w Święta. Ethan (niespełniony muzyk), Isaac (prawnik, mąż i ojciec) oraz Chris (popularny sportowiec) przez 13 lat spędzają wspólnie ten okres, ale te Święta mają być tymi ostatnim spędzonymi razem. a celem ma być legendarny Bal u Dziadka do Orzechów.

cicha_noc_20151

Z założenia film jest dość lekką, miejscami głupawą komedią, gdzie humor miejscami jest naprawdę po bandzie, przypominając inne komedie dla dorosłych. Bo nasi herosi chcą ostatni raz zaszaleć, zajarać dragi i może jeszcze zaliczyć jakąś laskę. Każdy z panów jest innego wyznania, co potrafi wywołać ostre żarty (scena w kościele), ale ma pewne swoje lęki i demony do pokonania: obawy przed odpowiedzialnością, utrata najbliższych, wielka sława oraz akceptacja nowych znajomych. Oraz jedna kwestia – jak powinna funkcjonować przyjaźń. Czy w ogóle jest możliwe jej utrzymanie, mimo obowiązków, znajomych i rodziny. I to pytanie pada między kolejnymi (grubymi) żartami oraz wydarzeniami. Czy to jest komedia a’la „Kac Vegas”? Nie jest aż tak szalona, choć jest kilka rozbrajających scen (wspólne śpiewanie „Christmas in Hollies”, prosty gag z zamianą telefonów czy początek czytany przez…. Tego wam nie powiem, w finale się wyjaśnia).

cicha_noc_20152

Levine zgrabnie balansuje między wątkami oraz postaciami, mimo że w pewnym momencie postacie się odłączają. Są pewne odniesienia do „Opowieści wigilijnej” (dragi przywołujące wspomnienia albo pokazujące przyszłość), niemal beztroska zabawa oraz miejscami mocno oniryczne sceny w postaci wejścia na imprezę czy finału. No i jeszcze lekkie narkotyczne schizy Isaaca, który samą obecnością potrafi rozbroić, stanowiące spore źródło humoru.

cicha_noc_20153

Udaje się też zebrać naprawdę świetną obsadę. Jest świetna chemia między triem naszych protagonistów: troszkę poważniejszy Joseph Gordon-Levitt (Ethan), ciągle zabawny Seth Roger (Isaac) oraz Anthony Mackie (Chris). Cała ta trójka świetnie wygrywa swoje postacie oraz pewne problemy z jakimi muszą się zmierzyć. Wszystko jest jasno wyklarowane, więzi są silnie zarysowane i wiarygodne. Ale drugi plan kradnie tutaj Michael Shannon jako tajemniczy pan Green – niby zwykły diler, ale okazuje się kimś więcej, pełnym mądrości gościem. A jednocześnie jest bardzo powściągliwie zagrana postać. Są też niezłe panie (najbardziej wybija się Lizzy Caplan oraz Mandy Keating), będące pewną wisienkę na torcie.

„Cicha noc” to dla mnie ostatni udany film Levine’a, potrafiący rozbawić i zmusić do refleksji. Miejscami balansuje na granicy smaku (zdjęcia z penisami), przez co bywa wręcz wywrotowy, jednak to wszystko nie przekracza poczucia dobrego smaku. Czysta, miejscami szalona akcja.

7/10

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski

Wywiad ze Słońcem Narodu

Korea Północna jak wszyscy wiemy jest krajem pełny spokoju i ładu. Wszyscy mieszkańcy są tam szczęśliwi, nie ma głodu i nędzy, mimo sankcji ze strony zgniłego Zachodu. A po co im bron nuklearna? Oczywiście po to, żeby się bronić. I właśnie do tego kraju przybywa niejaki Dave Skylark – prowadzący satyryczny program telewizyjny „Wieczór ze Skylarkiem” oraz jego producent Aaron Rapaport. W sprawę angażuje się CIA, żeby wykorzystać sytuację do usunięcia Kim Dzong Una.

slonce_narodu2

Ten film stał się głośny, jeszcze zanim pojawił się w kinowej dystrybucji, a wszystko z powodu domniemanego ataku hakerów z Korei Północnej, którzy włamali się do serwerów dystrybutora filmu, Sony Pictures Entertainment. Jednak bardziej pachnie to wszystko pomysłową kampanią promocyjną wynikająca raczej z wątpliwej jakości dzieła Evana Goldberga i Setha Rogena. Jak jest naprawdę? Prawda jest raczej po środku, ale jedno jest pewne – „Wywiad” jest bardzo specyficzną komedią, która nie jest dla każdego. Poza zabawą popkulturą i szyderstwem z gwiazd szołbiznesu (rozmowa z Eminemem, który przyznaje się do homoseksualizmu), twórcy w krzywym zwierciadle pokazują przywódcę Korei Północnej. Owszem, bywa porywczy i nie boi się użyć siły, ale też bardzo lubi grać w kosza, słuchać Katy Perry i ma ciągoty gejowskie, pozostając sprytnym manipulatorem. Twórcy jednocześnie starają ubrać się całość w konwencję pastiszu kina szpiegowskiego, gdzie zamiast agenta 007 mamy dwóch geeków, kompletnie nieudolnych (szkolenie CIA – jedna z najzabawniejszych scen), jednak jakiś cudem potrafią wyjść z każdej niezręcznej sytuacji.

slonce_narodu1

Poczucie humoru jest jak już wspomniałem specyficzne – poza zgrywą z przywódcy Korei i gwiazd szołbiznesu USA, zdarzają się momenty na granicy dobrego smaku (odgryzanie ręki czy zabezpieczenie przesyłki od CIA za pomocą wsadzenia go w… odbyt), ale bilans zaskakująco wychodzi na plus. W końcu, filmowcy mogli pokazać ciemne strony Korei (głodujących, obozy koncentracyjne), jednak aż tak daleko Goldberg z Rogenem nie idą, jednocześnie czasami jadą po bandzie (scena wywiadu oraz strzelanina tuż po).

slonce_narodu3

Największym atutem tego wariactwa jest chemia między grającymi główne role Jamesem Franco i Sethem Rogenem. Obaj tworzą dość pokręcony duet dwóch pajaców, mających w głównie oglądalność, wyrywanie lasek – innymi słowy to ostatni ludzie na Ziemi, którzy mogliby dokonać zamachu na dyktatora. Duet potrafi też wygrać także kloaczny humor, co też jest zaletą. Na drugim planie najbardziej błyszczy Russell Park jako koreański przywódca. Kim nie jest tutaj demonicznym przywódcą, tylko zmuszonym do grania twardego i nieustępliwego słabeuszem, kreowanym na Boga. Na szczerość pozwala sobie tylko w sytuacji sam na sam ze Skylarkiem, chociaż tego nie można być pewnym na 100%.

slonce_narodu4

Powiem krótko: z dużej chmury jest mały deszcz, bo „Wywiad…” nie jest aż tak szkodliwy wobec Kima jak mogło by się to wydawać, ani tak słaby, by użyć tej dość nietypowej metody promocji. To całkiem niezła komedia, choć trzeba naprawdę dużej tolerancji na głupotę, by ją przełknąć i się bawić. Uważajcie tylko.

6/10

Radosław Ostrowski