Photon

Trudno opisać film, który robi piorunujące wrażenie, bo jak ubrać w słowa coś, co jest nie do opisania. Ale spróbujmy, bo takie filmy jak „Photon” zdarzają się tak często jak uczciwi politycy. Debiut Normana Leto to jedna z najbardziej pokręconych historii oraz wizji jakie widziałem od bardzo, BARDZO dawna.

photon1

Spoiwem łączącym całość jest wywiad przeprowadzana z naukowcem (świetny, jak zawsze Andrzej Chyra) – biologiem molekularnym. Między krótkimi rozmowami otrzymujemy coś w rodzaju wykładu pokazującego skąd wzięło się życie (i świat przy okazji), jak funkcjonuje człowiek oraz jego mózg, a także jak będzie (jak może) wyglądać nasza przyszłość. Jednak trudno spodziewać się profesora zwracającego się do nas niczym z programu Discovery Channel czy National Geographic. Dominuje narracja z offu podczas kolejnych animacji komputerowych, które wyglądają może i surowo (wręcz jakby powiększone pod mikroskopem), za to wydają się bardziej realistyczne niż szkolne ściągawki pokroju szkieletów czy rysunków z podręczników.

photon2

Początek może działać troszkę odpychająco (czarno-białe ujęcia, „ćwiczenie” na początku mające na celu pokazanie jak działa czas i przestrzeń), ale im dalej w las, tym bardziej Leto zwyczajnie fascynuje i wprawia – przynajmniej mnie – w stan totalnego oszołomienia. Te zbliżenia na komórki, nitki, fragmenty DNA oraz inne materie, a także początki funkcjonowanie społeczeństw. Niby to wszystko wiemy (dość pobieżnie), ale Leto robi wszystko, by przedstawić to w sposób jak najbardziej przystępny, stąd obecność zarówno prostego języka, jak i odrobiny humoru, nadającej lekkości.

photon3

„Photon” bardzo zgrabnie prezentuje naukowe spojrzenie na nas samych, to jak funkcjonuje nasz organizm, ale najbardziej jednak zapadnie w pamięć wizja przyszłości, gdzie… a nie, tego wam nie zdradzę. Zdjęcia budują poczucie niesamowitości, czegoś nieosiągalnego, tworząc bardzo kapitalne wrażenia, zachwycając detalami. Nawet muzyka i dźwięki stanowią fragment większej całości, tworząc niesamowitą symbiozę z obrazem. Byłem kompletnie oszołomiony tym, co widziałem, zaś finał wręcz mrozi i przeraża. Czy tak naprawdę skończy ludzkość? A może to wszystko jest jedynie wytworem wyobraźni? Nie wiem, narrator-naukowiec też tego nie wie, ale to nie przeszkadza.

photon4

Dla wielu ten – no właśnie – dokument, film popularnonaukowy czy filmowy wykład może początkowo zmęczyć, lecz im dalej w las, tym bardziej „Photon” staje się fascynujący, pociągający oraz pokazujący naukę w najbardziej zrozumiały sposób. I to jest największy plus tej nieprawdopodobnej podróży, jaką odbędziemy przez te półtorej godziny.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Pamiętacie akcję Avengersów w Sokowii? Jak się okazało zgon wielu, zbyt wielu ludzi nie przeszedł obojętnie wobec całego świata, który nie czuje się bardziej bezpieczny. Dlatego ONZ chce sprowadzić nadzór nad superherosami w ramach specjalnej komisji. Ale zarówno Stark, jak i Rogers mają kompletnie inne zdanie na ten temat. A żeby jeszcze było mało wewnętrznych konfliktów, dochodzi do zamachu na siedzibę ONZ, zaś sprawcą jest… Bucky, czyli Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka31

Trzecia część przygód Kapitana Ameryki bardziej łączy się z MCU, a jednocześnie pokazuje reperkusje wydarzeń z całego uniwersum. Bracia Russo trzymają się stylu poprzedniej części, czyli kina akcji, polanego bardzo pogmatwaną intrygą oraz próbą stworzenia wręcz dramatu. Plus dodanie dwóch nowych postaci do całego uniwersum, dodając kolejnych filmów, mające za zadanie generować miliardy dolców zysku. Długo nie byłem w stanie rozgryźć na czym ma polegać cała intryga (ekspozycja z 1991 roku), bo jest wiele początków (także domknięcie z „Zimowego Żołnierza”), ale jest to do przełknięcia. Konflikt jest wyraźnie zarysowany między bohaterami, racje wydają się sensowne, a szansy na znalezienie jakiegoś kompromisu wydają się równie prawdopodobne jak wygrana w totolotka. A gdy do gry wchodzą emocje, wszystko zaczyna się chrzanić na potęgę.

kapitan_ameryka32

Reżyserzy potrafią przez długi czas utrzymać tempo, a wszelkie pościgi, bijatyki oraz mordobicia wyglądają nadal imponująco, mimo montażowej stylistyki a’la Jason Bourne. I mimo tego, wszystko pozostaje czytelne, wiadomo kto, kogo, czym i jak, co nie zawsze jest takie proste. Dodatkowo sama choreografia robi imponujące wrażenie – nie tylko konfrontacja na lotnisku czy finał w tajnej bazie na Syberii, ale choćby sam początek w Lagos. Do tego parę razy twórcy pozwalają sobie na wiele scen gadanych, by nie tylko wyciszyć tempo, ale także podbudować cały spór. Choć dochodzi do dość dramatycznego finału, ostatnia scena daje pewną nadzieję.

kapitan_ameryka34

Ale sporym problemem był plan głównego złego, czyli skłócenie Avengersów. Z jednej strony jest sama koncepcja jest bardzo trafna, tylko że miejscami jest to bardzo na granicy prawdopodobieństwa. I albo jest takim świetnym manipulatorem, albo wiele wydarzeń zdaje się być pobożnym życzeniem scenarzystów (choćby finał – skąd wiedział, że Stark podąży za Kapitanem do bazy?), co dało więcej wątpliwości. Za to plusem są zarówno nowi bohaterowie (zwłaszcza bardzo nakręcony Spider-Man oraz Czarna Pantera), jak i pojawienie się starych znajomych z kradnącym na kilka chwil Ant-Manem, wnosząc masę humoru do ciężkiego dramatu.

kapitan_ameryka33

Trudno się też przyczepić do filmu na poziomie aktorskim, chociaż na pierwszy plan zdecydowanie wybija się Iron Man oraz jego moralne dylematy, bo wiele perturbacji było spowodowanych przez jego działania. I Robert Downey Jr kolejny raz sprawdza się w tej postaci. Tak samo jak Chris Evans jako Kapitan Ameryka, będący harcerzykiem z zasadami nie do złamania, ale jest on troszkę nudny i przewidywalny. Nie znaczy to, że losy tego faceta mnie nie obchodziły, zwłaszcza gdy pojawiał się Bucky z często pranym mózgiem (świetny Sebastian Stan), dodając troszkę kolorytu. Ta chemia między tym duetem, daje troszkę kopa. Za to nie do końca przekonuje mnie główny zły, czyli Zemo grany przez Daniela Bruhla. Motywacja długo pozostaje tajemnicą, a rozwiązanie jego planu troszkę zawodzi. Szkoda.

„Wojna bohaterów” próbuje utrzymać poziom poprzednich części i w wielu momentach się to sprawdza, ale zarówno główny zły oraz miejscami nierówne tempo potrafią odstraszyć. Marvel utrzymuje poziom, jednak troszkę liczyłem na więcej. Bardzo solidne rzemiosło z paroma imponującymi popisami akcji.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Geneza planety małp

Pamiętacie „Planetę małp” z 1968 roku? Koncepcja znana z powieści Pierre’a Boulle’a doprowadził do cyklu filmów z lat 60. i 70., prezentujących ten konflikt człowieka z inteligentnymi małpami. Była próba restartu serii przez Tima Burtona, ale nikt nie chce tego pamiętać. Ale w 2011 roku postanowiono kolejny raz wskrzesić tą markę, a reżyserem został kompletnie nieznany Rupert Wyatt.

geneza_planety_malp1

„Geneza” jak sama nazwa wskazuje, pokazuje początek konfliktu między ludźmi a małpami. Wszystko została spowodowane przez ludzką chciwość oraz dobrymi chęciami. Cezar jest synem szympansicy, na której testowano eksperymentalny lek, mający pomóc w walce z Alzheimerem. Ale matka ginie wskutek agresywnego zachowania podczas badań, zaś dr Will Rodman. Mały Cezar trafia pod opiekę mężczyzny oraz chorującego na Alzheimera ojca. Ale wskutek pewnych okoliczności, Cezar trafia do ośrodka dla zwierząt.

geneza_planety_malp2

Początek jest bardzo zaskakujący i spokojny, a reżyser powoli buduje całą intrygę stanowiącą przyczynę do konfliktu. Próba stworzenia leku doprowadza tak naprawdę do stworzenia śmiertelnego wirusa dla ludzi oraz wzrost ilorazu inteligencji u małp. A ludzka wrogość, głupota i wszystkie inne najgorsze cechy ściągają nas na samo dno. I stawia pytanie: co to znaczy być człowiekiem – zezwierzęconym bydlakiem czy jednak istotą myślącą. Powoli widzimy kolejne przypadki upodlenia zwierząt, traktowania ich jak obiektów doświadczalnych aż do buntu pod wodzą Cezara. Kulminacją jest ucieczka z ośrodka oraz starcie małp z policją na moście Golden Gate – dynamicznie sfotografowany, ciągle trzymający w napięciu oraz zaskakująco ostry. Same małpy też bardzo dobrze się prezentują, jak żywe.

geneza_planety_malp3

Wyatt pewnie też prowadzi aktorów, a największym zaskoczeniem jest utemperowanie i pokazanie bardziej dramatycznego potencjału Jamesa Franco. Tutaj jest lekarzem odpowiedzialnym za całe to zamieszanie, chociaż jego motywacja i intencje są dobre. Ale przyjęcie Cezara do siebie zaczyna uruchamiać całą lawinę zdarzeń, których nie jest w stanie przewidzieć. Najważniejszy jednak jest Cezar (rewelacyjny Andy Serkis) – na początku bardzo wycofany, nieśmiały i posłuszny, lecz on przechodzi ewolucję. Nadal pozostaje inteligentną istotą, wykorzystując swoją wiedzę oraz budując pozycję przywódcy, co mocno symbolizują pierwsze wypowiedziane słowa. Poza tym duetem na drugim planie najbardziej wybija się świetny John Lithgow (ojciec Willa), bardzo sugestywnie przedstawiającego jakie spustoszenie robi choroba oraz dobry David Oleyowo w roli śliskiego, chciwego biznesmena Jacobsa.

Może i jest to zbyt ospałe, wolno rozkręcające się kino, niemniej ma ono coś do powiedzenia i przypomina o tym, jakim zwierzęciem jest człowiek. Aż nie mogę się doczekać kolejnych części.

7/10

Radosław Ostrowski

Anihilacja

Gdzieś w przyszłości dochodzi do dziwnego zdarzenia. W latarni morskiej na terenie parku narodowego pojawiło się coś, co doprowadziło do powstania tzw. Strefy X – miejsce, które coraz bardziej zaczyna się rozszerzać, powiększać. Wysłano tam przez trzy lata kilka ekip do sprawdzenia tego miejsca, ale nikt nie wrócił. Tym razem do Strefy ma wyruszyć ekipa naukowa kierowana przez psychiatrę, dr Ventress, by wybadać, co się tak naprawdę dzieje.

anihilacja2

Alex Garland to jeden z najzdolniejszych scenarzystów ostatnich lat, a jego reżyserski debiut „Ex Machina” wprawił widownię w zachwyt. Tym razem mierząc się z powieścią Jeffa VanderMeera, zrobił kolejny film SF. Sięga po ograny motyw, czyli spotkania z nieznanym, którego cel i motywacja pozostaje największą zagadką. Wszystko to jest retrospekcją ocalonej członkini ekspedycji – biolożki Leny, której mąż (sierżant Kane) ocalał ze Strefy, tylko że kompletnie nic z tego nie pamięta, a potem traci przytomność. Świat strefy budzi bardzo silne skojarzenie ze „Stalkerem” czy książkami Lema (ze wskazaniem na „Solaris”), gdzie wątek pierwszego kontaktu mówił więcej o niezdolności porozumienia oraz strachu ludzi niż cokolwiek innego. Dodatkowo przez chwilę pojawia się motyw zaburzenia percepcji, ale to zostaje bardzo szybko porzucone. Wszystko zaczyna się bardzo powoli układać w jedną całość, jednak nie wszystko zostaje w jakikolwiek sposób wytłumaczone, co może wprawić wiele osób w niezadowolenie.

anihilacja1

Nie mogę za to nie pochwalić strony wizualnej. Strefa wygląda wręcz bajkowo, a niektóre elementy dekoracji robią niesamowite wrażenie. Z drugiej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnego ubogości, skromności efektów specjalnych. To jednak bardzo pomaga w budowaniu tajemnicy, a Garland bardzo zgrabnie lawiruje miedzy dramatem psychologicznym, SF, thrillerem i kinem akcji (walka z krokodylem czy z mutowanym niedźwiedziem przejmującym głos ofiar). Świat ten, choć wygląda, to tak naprawdę widać, że coś zaczyna się zmieniać – wszystko przechodzi mutacje, powstają dziwaczne krzyżówki, ale też „promieniuje” na nasze bohaterki. To stan tytułowej „anihilacji”, zagłady, prowadzącej do nowego porządku, układu sił, świata? Ale czy tego rozpadu nie dokonujemy sami od początku swojego istnienia? Nawet te wrzucone retrospekcje z życia Leny (biolożka) wydają się fragmentem większej układanki.

anihilacja3

Aktorsko dominuje tutaj Natalie Portman, która jest tutaj bardzo wycofana, zamknięta w sobie oraz nieufna. Jest to zrozumiałe z powodu męża, ale zachowuje się najbardziej racjonalnie z całej grupy. Równie wyrazista jest Jennifer Jason Leigh, czyli zdeterminowana psycholożka, pozwalająca sobie (rzadko) na kilka chwil refleksji. Kluczową rolę ma Oscar Isaac, czyli Kane, mąż Leny – trafnie pokazując zagubienie, bezradność (teraźniejszość), jak i bardziej ciepłe oblicze (retrospekcje).

Czym jest „Anihilacja”? Taką krzyżówką „Stalkera” z „Solaris”, chociaż zakończenie sugeruje, że pozostałe części nie zostaną przeniesione. A ostatnie minuty to wręcz prawdziwy mindfuck, jakiego nikt się nie spodziewał – przejdzie to do historii kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Bez słowa

Futurystyczny Berlin. To tutaj przybywa amisz Leo – pozbawiony głosu barman, spotykającym się z niebieskowłosą Naadirah, pracującej w tej samej knajpie. Ale pewnego dnia kobieta znika, a nasz niemy protagonista wyrusza na jej poszukiwania. Tylko, że miasto nie jest przyjazne, a Leo jest technologicznym analfabetą, co na pewno nie pomaga.

bez_slowa1

Kolejne dzieło Netflixa, który daje twórcą dużą swobodę oraz dużo kasy na realizację swoich projektów. Tym razem dołączył do nich Duncan Jones, odpowiedzialny choćby za świetny „Moon”, a „Bez słów” to próba zrobienia własnej historii w cyberpunkowym duchu znanym z „Blade Runnera” czy nowego „Ghost in the Shell”. Cała historia toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy niemego Leo, z drugiej mamy amerykańskiego dezertera, Cactusa Billa, który pracuje jako chirurg w półświatku, chcącego się wyrwać z Berlina. Wszystko to się splata w finale, ale po drodze będzie dość różnie. Film wizualnie potrafi zachwycić i przypomina to, co w cyberpunkowej klasyce znamy, jednak całość ma taki noirowy klimat. Czyli jest wiele tajemnic, brudnych układów, zagadek. Tylko, ze cała intryga związana z Leo zwyczajnie nudziła, kompletnie nie angażując. Powoli (zbyt) odkrywamy elementy układanki, ale to wszystko wydaje się bardzo mechaniczne, a zarówno Leo, jak i ta dziewczyna kompletnie mnie nie obchodziły. Znacznie ciekawszy oraz bardziej angażujący jest wątek związany z wojskowym, gdzie mamy sporo humoru oraz silniejszą motywację. No i te zajebiste wąsy, których nie da się zapomnieć, a partnerujący mu kumpel Duck ma też swoją niepokojącą tajemnicę.

bez_slowa2

Podoba mi się to, że ci bohaterowie nie są (poza Leo) jednowymiarowi. Audio-wizualnie też to wygląda porządnie, wręcz nawet ładnie, muzyka odpowiednio buduje nastrój, jednak środek historii się rozłazi, a nadmiar wątków pobocznych budzi poczucie niedosytu. Tak samo aktorsko się nie broni do końca. Zawodzi Alexander Skarsgard w roli niemowy Leo, bo mimo kilku ciekawych scen, pozostawał kompletnie obojętny. Ale całość kradnie fantastyczny Paul Rudd, mający wiele luzu, troszkę chamskich pyskówek oraz grający na kontraście Justin Theroux (Duck) mocno zapadają w pamięć.

bez_slowa3

„Bez słów” nie zmieni stosunku widzów wobec Netflixa, który próbuje zdobyć uwagę kinomanów. Niby ambitne SF, ale wizualnie bardzo puste w środku, co strasznie boli.

5/10

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry.

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki vol. 2

Pamiętacie taką bandę niby herosów zwaną „Strażnikami Galaktyki”? Wydawałoby się, że po wydarzeniach z pierwszej części, będą mieli choć troszkę wolnego. Ale już na początku muszą ochronić bardzo potężne bateryjki od obrażalskich i strasznie napuszonych Złotoczubków. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wredny Rocket, który musiał – po prostu MUSIAŁ – podwędzić te baterie. Uciekając przed nimi trafiają na niejakiego Ego, co okazuje się być… ojcem Petera Quilla. Napatoczy się jeszcze Nebula, stary ziom Yondu i… znowu trzeba ratować Galaktykę.

straznicy_galaktyki_21

James Gunn znowu wsiada za stery tej wariackiej przygodowej komedii w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal w tle leci muza z lat 70. i 80., jest rozmach space opery a’la „Gwiezdne wojny”, przenoszenie się z miejsca na miejsce, wybuchy, strzelaniny. Może i fabuła jest dość pretekstowa, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, przez co na początku można poczuć się zdezorientowanym. Akcja zasuwa z szybkością pędzącej rakiety, eksplozje są jeszcze bardziej widowiskowe, rozpierducha jest epicka, a strona wizualna maksymalnie kiczowata, nasycona kolorami. Innymi słowy, jest na bogato.

straznicy_galaktyki_22

Jednocześnie Gunn poza śmieszkowaniem i rzucaniem popkulturowych aluzji, kawałów oraz wizją świata tak nieprawdopodobną, ze głowa mała bardziej skupia się na interakcji między bohaterami. Próby naprawy rodzinnych więzi (Star-Lord i Ego, Gamora i Nebula) oraz tych przyjacielskich (Strażnicy) zmuszają do pewnych refleksji, konfrontacji z samym sobą (relacja między Rocketem a Yondu) oraz bardziej rozbudowane tło bohaterów czyni ten film znacznie bardziej interesującym od poprzednika. Zaczyna zależeć nam na tych bohaterach, którzy zaczynają przepracowywać pewne traumy: poczucie odrzucenia, strata najbliższych, rywalizacja między rodzeństwem.

straznicy_galaktyki_23

Druga część nie jest tak mocno powiązana z resztą MCU, co dla mnie jest bardzo dużym plusem, ale dopiero w połowie zaczyna się krystalizować cała historia. Oczywiście, finał to troszkę potyczka dwóch nieśmiertelnych (do pewnego momentu) facetów, następuje kumulacja rozwałki w niemal spektakularnym stylu, podkręcone miejscami absurdalnym humorem, ale to jest zrobione z takim sercem, że trudno przejść obojętnie (mimo powtarzania niektórych gagów). A ostatnia scena (przed napisami, bo po napisach jest ich kilka) jest wręcz wzruszająca.

straznicy_galaktyki_24

Aktorzy lepiej czują swoje postacie i troszkę poważniej je rysują. Nawet ten cwaniak Star Lord (Chris Pratt), którego początkowo mógłbym uznać za nieślubnego syna Hana Solo, próbuje rozgryźć to, kim jest, skąd się wziął i jest to wygrywane bez fałszu. Podobnie jak próba stworzenia związku z Gamorą (świetna Zoe Saldana – jedyna myśląca w tej ekipie). Świetny jest też Kurt Russell jako Ego – ojciec-planeta (wiem, jak to dziwnie brzmi) bardzo zgrabnie balansuje między powagą, luzem i grozą. Podobnie furiacko-bezczelny Rocket (głos Bradley Coopera fantastycznie pasuje), skrywający w sobie nieufność, niedowartościowanie oraz odtrącanie innych. Dla mnie jednak film bezczelnie kradnie Drax (życiowa rola Dave’a Bautisty), mieszającego prostolinijność z sucharowymi żartami (ten jego śmiech) i pewnego rodzaju skromnością oraz Yondu (świetny Michael Rooker), czyli największy kozak w tej wersji Galaktyki, też posiadający głębszą historię i nową płetwę na punka. Jest jeszcze wiele ciekawszych ról oraz barwnych epizodów, ale te odkryjcie sami podczas seansu.

Pierwsza część to była dla mnie bezpretensjonalna rozrywka na granicy pastiszu space oper. Dwójka jest nadal świetną zabawą, z bardziej wyrazistymi oraz rozbudowanymi portretami psychologicznymi. Relacje są bardzo przekonujące, mimo sporej dawki humoru i luzu. Czekam na kolejne przygody tych bohaterów mimo woli.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Blade Runner 2049

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, więc czytacie na własne ryzyko.

Pamiętacie taki film, w którym nasz bohater tropił androidy – humanoidalne maszyny, pracujące poza Ziemią, ze względu na swoją siłę fizyczną i wytrzymałość. Tak wyglądał świat AD 2019. 30 lat później ten świat nie wygląda lepiej: upadek korporacji Tyrella, zaćmienie doprowadzające do skasowania danych komputerowych, brak naturalnej żywności oraz replikanty będące całkowicie posłuszne. Jednym z nich jest K. – nowy oficer policji. Ścigając jednego ze starszych modeli androidów, trafia na pewną rzecz, która może doprowadzić do zachwiania równowagi. Otóż K. znajduje szczątki kobiety, która urodziła dziecko. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jest ona… replikantem.

blade_runner_20491

Jeśli bierzesz się za kontynuację takiego dzieła jak „Blade Runner”, to musisz być bardzo pewny siebie albo wielkim geniuszem. Kim w tej sytuacji jest Denis Villeneuve? Kontynuacja jednego z największych filmów SF była zadaniem karkołomnym, lecz reżyser ze scenarzystami coraz bardziej rozszerzają to uniwersum poza deszczono-neonowo-cyberpunkowe Los Angeles spowite mrokiem oraz światem do cna zepsutym, gdzie wszyscy ludzie dbają tylko o siebie. Sama intryga jest bardzo zagmatwana i razem z K. próbujemy ustalić kim jest to dziecko, o którego los toczy się cała stawka. Świat wygląda niczym postapokaliptyczny koszmar i powtórzone są pytania z oryginału o sens człowieczeństwa. A po drodze odwiedzimy takie miejsca jak sierociniec, gdzie dzieci zmuszane są do pracy czy skażone promieniowaniem pozostałości po Las Vegas.

blade_runner_20494

Jestem pod ogromnym wrażeniem strony wizualnej, tworzącej niesamowity świat. I nie chodzi tylko o mocne nasycenie kolorów, ale wizję świata. Od dziennej mgły przez siedzibę Wallace’a (ta odbijająca się woda), złomowisko aż do pustyni pełnej dużych pozostałości po kasynach. Wizja tego świata budzi przerażenie, a człowiek jeszcze tak blisko bycia Bogiem. Stworzenie replikanta zdolnego do spłodzenia jest bardzo intrygującym rozwiązaniem i daje furtkę do ciągu dalszego, chociaż ten wątek – oraz pewnych rebeliantów – wydaje się troszkę na siłę wciśnięty. Podobnie jak wątek związany z prawą ręką Wallace’a, czyli Luv, będąca bardziej wkurwioną wersją Terminatora, przekonaną o swojej wyjątkowości. To było zbyt efekciarskie, jak dla mnie. Podobnie jak sceny, będące repetycjami pewnych dialogów, jakby wiara w inteligencję widza była zachwiana.

blade_runner_20492

I do tego jak świetnie jest to zagrane. Najbardziej zaskakuje tutaj Ryan Gosling jako K. – posłuszny, chłodny replikant. Ale obecne śledztwo staje się dla niego wędrówką dla siebie, zmuszając go do postawienia pytania: kim jestem? Te wątpliwości i rozterki przedstawione za pomocą jedynie oczu czy mowy ciała, dając prawdziwego ognia. Drugą niespodzianką jest „dziewczyna” naszego bohatera, czyli Joi (zjawiskowa Ana de Armas), będąca… hologramem, istotą równie sztuczną jak K. i ta relacja między nimi parę razy zaskakuje. Jest nawet scena podobna z „Ona”, co zaskakuje. Jednak wszyscy tak naprawdę czekaliśmy na Harrisona Forda, czyli Ricka Deckarda. Zmęczonego, starego i niepozbawionego sprytu twardziela, pełnego energii. A co tu robi Jared Leto? Pojawia się raptem w trzech scenach, ale potrafi zbudować bardzo mroczną postać geniusza, dążącego do udoskonalenia swojego dzieła. Nawet te filozoficzne gadki nie drażniły, co jest bardzo łatwe do spieprzenia.

blade_runner_20493

Jak sobie poradził z legendą kultowego dzieła Ridleya Scotta filmowiec z Kanady? Zachwyca wizualnie, dalej prowokuje do myślenia i powtarza pytanie o bycie człowiekiem w świecie, gdzie ludzkość nie kwapi się do swojego zadania. Owszem, jest fabularnie zagmatwany i wymaga wiele skupienia, ale wysiłek jest w pełni satysfakcjonujący.

8/10

Radosław Ostrowski

Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stacja kosmiczna ’76

Kosmos zawsze interesował ludzi, bo tam działy się zawsze rzeczy nie stworzone. Ale parę lat temu pewien reżyser postanowił zrobić film SF w stylu retro. Tak bardzo retro, że pokazuje  komputery jako duże, wręcz OGROMNE maszyny zajmujące cały pokój, pomieszczenia były wręcz sterylnie białe, a statki kosmiczne niemal żywcem przypominają te z „2001: Odysei kosmicznej”.

stacja_kosmiczna1

Nakręcona przez Jacka Plotnicka „Stacja kosmiczna 76” jest pastiszem kina SF z lat 70., co widać i słychać od samego początku. Nawet świadomie tandetne efekty specjalne (wygląd asteroidów, ręcznie rysowane sylwetki planet) są elementem wizji reżysera, który opowiada o załodze pewnej stacji gdzieś w nieodgadnionym kosmosie. Sama fabuła jest bardzo pretekstowa, a punktem wyjścia jest przybycie nowej asystentki kapitana Glenna. Niby zapowiadana jako komedia, „Stacja” bardziej jest gorzką obserwacją samotności, niedostosowania oraz duszenia się w relacjach międzyludzkich. Mamy dowódcę, który ukrywa swój homoseksualizm, toksyczny związek mechanika z nadużywającą valium kobietą (mają razem dziecko – Słoneczko) czy małżonków trzymających zamrożoną… teściową. To bardzo smutny film, gdzie najważniejsza jest interakcja, odkrywanie kolejnych tajemnic oraz prób radzenia sobie przez postacie. Nawet pozwala się na odrobinę delikatnego humoru, niepozbawionego lekkiej ironii, jednak twórcy traktują swoje postacie z sympatią, bez szyderstwa czy kpiny.

stacja_kosmiczna2

Tylko, że nie jest to humor dla wszystkich i nawet mnie zdarzało się przynudzić, bo nie jest łatwo wejść w ten dziwaczny klimat. Parę razy się odbijałem, jakbym oglądał program, w którym ktoś notorycznie pali najlepsze dowcipy. Nawet fajnie grający aktorzy pod wodzą zaskakująco sztywnego Patricka Wilsona na czele nie zawsze będą w stanie przekonać, chociaż te rozedrgane, skrywane emocje potrafią nawet poruszyć.

stacja_kosmiczna3

Dziwne to kino, któremu warto dać szansę, by sprawdzić z czym to się je. Takiego retro filmu SF nie trafia się zbyt często, co może być dość odświeżającym i ciekawym doświadczeniem.

6/10

Radosław Ostrowski