Vincent oraz Frankenweenie

Vincent

Bohaterem tej krótkiej animacji jest niejaki Vincent Malloy – młody i samotny chłopak, co chciałby być jak swój imiennik, Vincent Price. Sam opis tej fabuły jest troszkę dłuższy niż sam film, który jest pierwszą ważną produkcją w dorobku Tima Burtona. Amerykanin zanim zaczął realizować swoje wizje, pracował dla Disneya jako animator m.in. przy filmie „Taran i magiczny kocioł”. Za początek jego artystycznej drogi uważany jest animowany „Vincent” sama historia trwa tylko sześć minut. Burtona przy realizacji wspierał jako producent Rick Heinrichs, który później współpracował z pokręconym Amerykaninem jako scenograf.

vincent1

Jednaj już tutaj widać elementy charakterystyczne dla dorobku Burtona – mroczny klimat i potężna siła wyobraźni. Tutaj jednak chyba ona ma siłę bardziej destrukcyjną. Dlaczego? Jak wspomniałem, Vincent chciał być jak Vincent Price, a kim tak naprawdę był Price? Aktorem, który był jedna z ikonicznych twarzy klasycznych filmów grozy, więc wizje młodego chłopca przypominają arsenał z kina grozy. Eksperymenty na psie, kopanie w ogródku (wg chłopca jest to cmentarz), marzenia o obecności nietoperzy, czytanie utworów Edgara Allana Poe – to raczej nie są rzeczy dla kilkuletniego dziecka.

vincent2

Strona wizualna pachnie Burtona – połamane i pokręcone linie, całość okraszona jest czarno-białymi zdjęciami, a atmosferę grozy potęgowana jest jeszcze przez „horrorową” muzykę z kościelnymi organami na pierwszym planie. Smaczkiem i źródłem humoru jest tutaj także narracja samego Vincenta Price’a, który swoim charakterystycznym głosem serwuje wierszowany komentarz całych wydarzeń.

Z jednej strony jest to hołd Vincenta Price’a, z drugiej jest to ironiczna przestroga przed tym, czego sobie życzymy na przyszłość.

7,5/10

Frankenweenie

Jeśli widzicie ten tytuł, to jest spore prawdopodobieństwo, ze już oglądaliście ten film. Był sobie młody chłopak zwany Victorem Frankensteinem, lat 9, który bardzo mocno kochał swojego pieska Sparky’ego. Tak bardzo, że jak piesek zdechł, to postanowił go wskrzesić.

Burton nakręcił taką animacje w 2012 roku, a sam film był dla mnie raczej oznaką (chwilowego) wyrwania się z marazmu. Jednak tak naprawdę ten film już powstał wcześniej, mianowicie w 1984 roku i była to krótkometrażówka z żywymi aktorami, która skupiona jest na jednym wątku – nie pogodzenia się ze stratą swojego najbliższego przyjaciela. Jednocześnie jest to wariacja na temat „Frankensteina”, co nasuwa nie tylko sama scena „wskrzeszenia”, gdzie chłopak buduje własną maszynę. W końcu nazwisko zobowiązuje. Co najciekawsze – w krótszym metrażu, Burton wyciąga więcej niż w swoim animowanym remake’u, co pewnie jest zasługą bardziej zwartej konstrukcji, bez zbędnych pierdów i niepotrzebnych wątków (nie ma tutaj przymurowanego wskrzeszania innych zwierząt, a rodzice – mimo pewnych oporów na początku – akceptują decyzję chłopca).

frankenweenie_1984_1

Znów jest to czarno-biały, który wygląda technicznie bardzo przyzwoicie, a finał (minigolf, gdzie jest duży wiatrak) tworzy niepokojący klimat, ale też pokazuje można pokonać uprzedzenia i strach przed dziwnym, nieznanym i obcym. Reżyser nie byłby jednak sobą, gdyby nie polał tego sosem humoru, zarówno w dialogach, jak i obrazach (film młodego Frankensteina, gdzie chłopak za pomocą domowych przedmiotów tworzy kino troszkę przypominające dzieła Eda Wooda – może nie do końca dopracowane, ale pełne pasji czy czołówka na cmentarzu dla zwierząt z dość zaskakującymi nagrobkami).

frankenweenie_1984_2

Aktorsko jest to bardzo przyzwoity poziom, choć nie ma tutaj jakiś większych błysków czy wpadek z mało znanymi twarzami (wyjątkiem jest tutaj Shelley Duvall, którą wszyscy kinomani „uwielbiają” za to, co zrobiła w „Lśnieniu”, jednak tutaj radzi sobie naprawdę nieźle).

Sam film można uznać za pierwszy duży sukces, jednak wytwórnia Disneya, która dała kasę uznała „Frankenweenie” za marnotrawstwo i Burtona… zwolnili. Kilka lat później zaczęli tego żałować.

8/10

Radosław Ostrowski

Obydwie krótkometrażówki pokazały błysk talentu Burtona, jednak to była tak naprawdę rozgrzewka przed czymś mocniejszym i ciekawszym, jednak jak mówił Bogusław Wołoszański – nie uprzedzajmy faktów.

Popeye

Do miasteczka Sweetwater przybywa samotny marynarz Popeye. Mężczyzna dość krzepki próbuje odnaleźć swojego ojca, ale spotyka się z niechęcią. I wtedy poznaje miłość swojego życie – Olive Oyl, która jest przeznaczona prymitywnemu kapitanowi Bluto.

popeye2

Sama historia jest tutaj pretekstem do różnych gagów, ewolucji oraz do wplecenia piosenek. Slapstickowa komedia zrobiona przez Roberta Altmana na podstawie komiksu. Szczątkowa konstrukcja oraz musicalowa konwencja (piosenki nie gryzą się z całością) tworzą piękną mieszanka gwarantującą niezłą zabawę. Owszem, jest to głupie, naiwne, wręcz kabaretowe, ale Altman jest tego w pełni świadomy. I jeśli kupimy cała konwencję, to jest spora szansa na przednią zabawę. Piosenki są bardzo melodyjne i nieźle zaśpiewane, choreografia – zarówno tańca jak i scen różnych bójek – jest wręcz kuglarska, a samo miasto sportretowano bardzo interesująco. Zarówno przez galerię wyrazistych i dziwacznych postaci, po same budynki, niemal sypiących się i w każdej chwili mogą one się rozlecieć, zaś ciągłe opodatkowanie wszystkiego sprawia wrażenie obecności w jakimś represyjnym mieście.

popeye1

Jednak cała ta konwencja (mocno przerysowana i świadomie sztuczna) nie chwyciła by mnie za mocno, gdyby nie znakomite główne role. Debiutujący na dużym ekranie Robin Williams wypada bezbłędnie w roli Popeye’a – napakowanego marynarza, który bywa zbyt naiwny (scena z oddaniem dziecka rodzinie Olive, dzięki czemu wygrywają wyścigi), ciągle mamrocze niewyraźnie, ale jednocześnie nie idzie on w groteskę. Równie kapitalna jest będąca na granicy irytacji i czarowania Shelley Duvall, która wygląda jako Olive idealnie. Także Bluto (Paul L. Smith) jest prymitywnym i gburowatym osiłkiem jakiego pamiętam z animacji.

popeye3

Altman konsekwentnie tworzy własną wersję komiksowych opowieści i całkiem nieźle się przy tym bawi. Mnie to wystarczy, a całość jest sympatyczna, choć miejscami nużąca.

7/10

Radosław Ostrowski

Lśnienie

Jack Torrance był nauczycielem, jednak decyduje się podjąć prace jako stróż w hotelu Overlock umieszczonym wysoko w górach. Przybywa tutaj razem z żoną i synem, który ma wyimaginowanego przyjaciela. Na miejscu dowiaduje się, że jego poprzednik zamordował swoją żonę i dwie córki, po czym popełnił samobójstwo. Poza tym w hotelu, zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Stanley Kubrick – ten reżyser ma reputację twórcy realizującego filmy na najwyższym poziomie. Po kasowej porażce „Barry’ego Lyndona” tym razem postanowił nakręcić adaptację horroru Stephena Kinga – bardzo popularnego pisarza grozy. Efekt – jeden z ciekawszych i dość nietypowych horrorów w historii kina. Reżyser stawia przede wszystkim na klimat (opuszczony hotel z mroczną tajemnicą, imponującą scenografią) i atmosferę wyalienowania doprowadzającą do obłędu i szaleństwa, zaś umieszczenie akcji zimą tylko potęguje ten klimat. W dodatku jak to u Kubricka całość jest zrealizowana na najwyższym poziomie – w dodatku po raz pierwszy wykorzystano Steadicam (stabilna praca kamery), zaś montaż jest tutaj bardzo rytmiczny (wplatane w scenach „lśnienia” sceny wylewającego się z windy morza krwi czy morderstwa sióstr) i elementy metafizyczne gmatwają całą sytuację, bo być może są efektem nadużycia alkoholu, może jednak nie. Więcej nie powiem, bo zakończenie mocno namiesza w głowie. W dobie dzisiejszych horrorów „Lśnienie” to perła.

lsnienie1

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to już tak idealnie nie jest. Owszem, Jack Nicholson jest po prostu wspaniały, zaś sceny z jego obłędem lub moment, gdy siekierą chce się dobić do łazienki wywołują naprawdę ciarki na plecach. Choć były momenty, gdy miałem wrażenie szarżowania (zamknięcie w chłodziarce), to jednak nie popada on w groteskę czy przesadę, czego niestety nie da się powiedzieć o Shelley Duvall w roli Wendy, żony Jacka. Strach i przerażenie w jej wykonaniu (od momentu odkrycia prawdy o obłędzie Jacka) wydają się przeszarżowane i mocno przerysowane. Może i miało to pokazać przerażenie, ale wyszła z tego karykatura (niepewne trzymanie noża w ręku) – można to było lepiej rozegrać. Za to warto wyróżnić trzech aktorów: Scatmana Crothersa (kucharz Dick Halloran), debiutującego Danny’ego Lloyda (Danny, obdarzony „lśnieniem” syn Jacka) i Phillipa Stone’a (kelner Delbert Grady).

lsnienie2

Chciałbym powiedzieć, że Kubrick nakręcił arcydzieło, ale nie tym razem. Technicznie to perfekcja, aktorstwo też jest dość wysoki poziom, jednak jedna osoba mocno położyła ten film. Mogło być fantastycznie, a wyszło nieco ponad poziom dobry. Poza tym było kilka momentów nużących (m.in. dość długa ekspozycja). Niemniej warto obejrzeć „Lśnienie” ze względu na realizację i poziom, który i tak dla wielu jest nieosiągalny nawet do dnia dzisiejszego.

7/10

Radosław Ostrowski