Mroczna połowa

Książek Stephena Kinga na ekranie przenoszono więcej razy niż jakiegokolwiek innego autora (może poza Williamem Szekspirem). Jedne w udany lub mniej sposób, choć tych ze stanów średnich i słabszych jest dużo więcej. Na jakiej półce pojawiłby się nakręcona przez George’a Romero „Mroczna połowa”?

Sam początek jest bardzo obiecujący i skupia się na postaci Thada Beaumonta. Już jako dziecko objawiał talent do pisania. Podczas tworzenia dostaje nagłego ataku, przez co trafia do szpitala. Na stole operacyjnym lekarze odkrywają w jego ciele „resztki” po bracia bliźniaku i zostają usunięte. Po latach mężczyzna staje się cenionym pisarzem oraz wykładowcą akademickim. Z jednej strony tworzy cenione i uznane dzieła, ale też – pod pseudonimem George Stark – robi krwawe kryminały, przynoszące mu sporą kasę. Pod wpływem szantażu pisarz decyduje się ujawnić całemu światu, że pisze jako Stark i doprowadza to do… ożywienia jego alter ego. A jemu bardzo nie podoba się ta całą sytuacja i chce zmusić Thada do napisania kolejnej powieści. Przy okazji wrabiając go w morderstwa kilku osób.

Wydawałoby się, że powieści Kinga byłby idealnym materiałem dla mistrzów kina grozy. Jednak zazwyczaj było tak, iż każdy taki fachowiec sięgał po jedną powieść niekwestionowanego mistrza („Christine” Johna Carpentera czy „Martwa strefa” Davida Cronenberga), więc połączenie Kinga z Romero brzmiało jak coś fantastycznego. Niby wszystko wydaje się być na miejscu, akcja jest płynnie prowadzona, zaś odniesienia do doktora Jekylla i pana Hyde’a są aż nadto oczywiste. Tutaj jest ten motyw wykorzystany do pokazania niejako dwoistości pisarza. Z jednej strony utalentowanego i chcącego pisać po części do zyskania prestiżu (literatura bardziej ambitna), z drugiej trzeba móc się z tego utrzymać finansowo. To drugie oblicze reprezentuje Stark – „zły brat bliźniak”, niejako wypierany ze świadomości.

Problem w tym, że jednak opowieść prezentowana przez Romero zwyczajnie nie angażuje. Przede wszystkim za mało poznajemy tego Starka, który niemal od razu zostaje ograniczony do bycia porąbanym zabójcą wziętym z jakiegoś slashera. Jego pochodzenie oraz możliwości są bardzo niespójne. Także dość wolne tempo oraz powolne budowanie z czasem doprowadza do braku impetu, a kolejne sceny morderstw zaczynają cierpieć na brak napięcia. No i ta historia zaczyna być dla mnie nieprzekonująca, z (niewykorzystanym, bo spłaszczonym) motywem dwóch osobowości niejako w jednej osobie.

Niemniej muszę przyznać, że podwójna rola Timothy’ego Huttona – zwłaszcza jako psychopatyczny Stark – to najmocniejszy punkt tego średniaka. Wielka szkoda, bo powieść zasługiwała na lepszą adaptację. Spore rozczarowanie po uznanym horrorowym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

Castle Rock – seria 1

Każdy fan twórczości Stephena Kinga zna nazwę miasteczka Castle Rock. Po raz pojawiło się w „Martwej strefie” i od tej pory przewijało się w wielu powieściach oraz opowiadaniach mistrza grozy z Maine. Na pozór to zwykłe miasteczko w stanie Maine, jednak bardzo mocno przyciąga zło o wymiarze nadprzyrodzonym. Tym bardziej dziwi fakt, że dopiero niedawno ktoś wpadł na pomysł serialu, którego akcja toczyłaby się w tym miasteczku, czerpiąc wiele z dorobku literackiego Kinga. Ale od czego jest J.J. Abrams oraz platforma streamingowa Hulu? I tak dwa lata temu pojawiła się pierwsza seria antologicznego serialu „Castle Rock”. Czy udana?

Jej bohaterem jest Henry Deaver – czarnoskóry adwokat, adoptowany jako dziecko przez białą rodzinę z Castle Rock (ojciec – pastor, matka zajmowała się domem). Mężczyzna od bardzo dawna mieszka w Teksasie, gdzie broni ludzi skazanych na śmierć. Ale chcąc, nie chcąc wraca w rodzinne strony, mimo bardzo mrocznej oraz zamazanej przeszłości. A wszystko z powodu tajemniczego chłopaka znalezionego w nieużywanym skrzydle więzienia Shawshank. Poprzedni naczelnik w dniu przejścia na emeryturę popełnił samobójstwo, a przy chłopaku nie znaleziono żadnych dokumentów, a jedyne wymówione przez niego słowa to: „Henry Deaver”. Prawnik próbuje wybadać sprawę, jednak nie będzie to takie proste.

Cały sezon pełni rolę takiego jakby wprowadzenia do miasteczka Castle Rock, którego rozmiar pokazywany w panoramie jest ogromny. Tylko, że całą historia skupia się dosłownie w kilku lokacjach (dom matki Deavera, więzienie, dom naczelnika, bar, las, kościół), przez co nie czuć tej sporej przestrzeni. Czasami na chwilę trafimy w inne miejsce jak złomowisko, ale to się zdarza zbyt rzadko. Jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że w samym serialu jest stosunkowo mało horroru. Jasne, jest pewien klimat niepokoju oraz tajemnicy (szczególnie na początku oraz wobec postaci chłopaka), ale potem bywa z tym różnie.

Twórcy próbują troszkę przybliżyć inne osoby w miasteczku, co częściowo się udaje. Jak w przypadku matki Deavera (rewelacyjna Sissy Spacek), która nawet dostaje jeden odcinek dla siebie, gdzie widzimy wydarzenia z jej perspektywy. A że jest ona osobą chorą na Alzheimera, to dzieją się na ekranie rzeczy. Ale nie wszyscy mają tyle szczęścia, bo kilka potencjalnie ważnych postaci albo zostaje zepchnięta na dalszy plan (naczelnik Lacy czy Jackie Torrance), albo nie odgrywa aż tak istotnej roli jak by się mogło wydawać (Molly). No i sam główny bohater wydaje się być tylko solidnie napisaną oraz zagraną postacią przez Andre Hollanda. Jednak czegoś mu brakuje, bo przestaje interesować.

Ale za bardzo wyskoczyłem, bo realizacyjnie jest to bardzo porządnie zrealizowane. Nie brakuje tutaj długich panoram miasta czy ujęć od góry. Fani książek Kinga znajdą tutaj wiele odniesień do innych dzieł czy to w formie zdjęcia lub dialogów. Ale inne są bardziej oczywiste jak więzienie Shawshank czy odniesienia do postaci z innych książek. To na pewno będzie dodatkowym źródłem frajdy, jednak nie ma ono aż tak dużego wpływu na fabułę. Która ma nierówne tempo (zwłaszcza w okolicy środka) i czasem porzuca główny wątek, unikając długo odpowiedzi. Niemniej jest tu kilka fantastycznych momentów jak wspomniany odcinek 7 czy moment dokonania rzezi przez strażnika w więzieniu. Tego nie da się wymazać z pamięci, tak jak mocnego i otwartego finału.

Aktorsko bywa dość różnie, a poza w/w aktorami wybija się bardzo jedna postać: chłopak w wykonaniu Billa Skarsgarda. Aktor przez większość czasu na ekranie nie odzywa się, mając do dyspozycji niemal tylko spojrzenia. Budzą one niepokój oraz tworzą aurę tajemnicy, nie dając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: kim on jest? Skąd się wziął? Co go motywuje? To jest niesamowite jak skromnymi środkami aktor osiąga tak wiele. Nie można nie wspomnieć świetnego Scotta Glenna jako byłego szeryfa Alan Pangborna czy bardzo wycofaną Melanie Lynskey (Molly Strand), którzy stanowią wyrazisty drugi plan.

Pierwszy sezon „Castle Rock” to bardziej solidny dreszczowiec, mający spory potencjał na coś więcej. Nie jest tak mroczny jak mógłby być, a samo miasteczko nie ma własnej tożsamości, której brakuje. Mogę mieć tylko nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej, a drugi sezon zabłyśnie pełnym blaskiem.

7/10

Radosław Ostrowski

W wysokiej trawie

Jesteśmy gdzieś na drodze w Kansas. Pole za nami, pole przed nami, a pośrodku droga. Zaś na tej drodze podróżuje rodzeństwo Cal z ciężarną Becky, którą zostawił chłopak oraz ojciec dziecka. Kiedy zatrzymują się koło kościoła słyszą w trawie wołanie o pomoc. Nasza parka bez zawahania wyrusza na pole wysokiej trawy, gdzie bardzo łatwo można się zgubić. Co naszej parce udaje się bez problemu, a próby wyjścia wydają się niemożliwe. Jak się okazuje, nie tylko oni utknęli w trawiastym polu.

w wysokiej trawie2

Kolejny dowód na to, że Stephen King jest strasznie popularny i dla filmowców stanowi bardzo duże pole do popisu. Tym razem za jego opowiadanie postanowił zmierzyć się Vincenzo Natali, czyli reżyser jednego wielkiego hitu – kultowego „Cube”. I tak jak największy hit, początek jest bardzo tajemniczy, zaś samo pole przypomina wielki labirynt pozbawiony zasad, reguł, a nawet przestrzeni. To niemal bezkresny ocean zieleni, w którym bardzo łatwo się zagubić, tworząc niejako wielką pętlę. Reżyser wie, jak budować atmosferę tajemnicy, bezradności w czym pomagają skupione na detalach zdjęcia, zwłaszcza gdy odbywają się w nocy. I ta atmosfera mroku, tajemnicy jest prowadzona przez połowę czasu. Są też nawet wizyjne sceny, pełne oniryzmu, krwi oraz rozmazanych obrazów.

w wysokiej trawie1

Ale kiedy zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki – zwłaszcza pewną dużą skałę – wszystko zaczyna się coraz bardziej sypać i iść w stronę thrillera z psychopatycznym zabójcą w tle. Pewne sytuacje zaczynają się powtarzać, podobnie jak dialogi, zaś bohaterowie stają się coraz bardziej irytujący. Logika zaczyna szwankować, brutalne sceny mogą szokować (choć jest ich niewiele), a rozwiązanie całej historii jest rozczarowujące. Zaś kilka rzeczy dość łatwo się można domyślić – choćby tego, że bohaterowie znajdują się w czasowej pętli.

Natali wydaje się mieć fajny pomysł, a kilka momentów mocno przypomina „Cube” (zwłaszcza scena w kręgielni), co nawet jest pewną zaletę. Problem jednak w tym, że reżyser nie bardzo wie, jak poprowadzić, wyjaśnienie brzmi niepoważnie, coraz bardziej brnąć do b-klasowej pulpy.

w wysokiej trawie3

Nawet aktorstwo jest tutaj mocno średnie w wykonaniu mniej znanych aktorów. Z tego grona dało się polubić ciężarną Becky (Laysla de Oliviera) oraz wystraszonego Tobina (Will Buie Jr.), zaś Cal (Avery Whitted) tutaj wydaje się prawdziwym bucem, egoistą jakby za bardzo kochający swoją siostrę. Czyżby na nią leciał? Ale najmocniejszym punktem obsady pozostaje Patrick Wilson w roli Rossa. Wydaje się zwykłym, szarym gościem, budzącym wręcz sympatię, jednak zaczyna coraz bardziej popadać w szaleństwo. Świetnie poprowadzona postać, nawet jeśli wydaje się szablonowa.

w wysokiej trawie4

„W wysokiej trawie” nie będzie wielkim powrotem Vincenzo Natali do szerokiego nurtu i nie jest najlepszą kooperacją Netflixa do dzieł Kinga. To mocny średniak, który zaczyna tracić impet z każdym kolejnym źdźbłem trawy. Absolutnie nie warty odkrycia.

5/10

Radosław Ostrowski

1922

Punktem wyjścia tej historii dziejącej się w roku 1922 była miłość. Nie do kobiety, bo ta przychodzi i odchodzi kiedy chce. Dla farmera jednak ważniejsza jest miłość do ziemi – twardej, bezwzględnej oraz wymagającej partnerki. Problem jest wtedy, kiedy obydwa te związki nie łączą się ze sobą. Ona chce wyjechać stąd i pójść do miasta, on kocha ziemię i nie widzi sensu poza nią. Więc Wilfred James postanawia rozwiązać problem za pomocą morderstwa.

1922_1

Kolejne dzieło Stephena Kinga, tym razem w formie dreszczowca w iście telewizyjnym stylu. Czy to może być przeszkodą? Nie do końca, bo ta powściągliwość pomaga w budowaniu klimatu. Skupienie się na jednym miejscu, gdzie powoli widzimy jak jedna decyzja waży na losach wszystkich postaci. Jedna zbrodnia pociąga do nieuniknionego upadku, pociągając kolejne ofiary, wyrzuty sumienia i trupy. A po tym wszystkim zaczną się zbliżać szczury, będące coraz bardziej natarczywe. Kolejne zdarzenia coraz bardziej pieczętują los bohatera, nad którym mocniej i mocniej zapętla się szyja. Czy było inne wyjście z tej sytuacji? Oczywiście, że tak, ale wniosek ten zostaje wyciągnięty za późno, gdy już nic nie da się zrobić.

1922_2

Kluczowy jest czas akcji, tuż przed rozpoczęciem Wielkiego Kryzysu, który pozbawił milionów ludzi pieniędzy, pracy, a farmy były przejmowane przez bardziej bogatych oraz banki, co tylko potęguje poczucie beznadziei. Zło ma bardzo ludzką postać, chociaż reżyser sięga po klasyczny zestaw straszenia (obecność szczurów, trzaskanie drzwi, wreszcie pojawienie się nieboszczki w formie rozpadającego się trupa). O dziwo, to potrafi parę razy przerazić, nawet gdy pojawia się krew oraz makabra. Poczucie niepokoju potęguje jeszcze sugestywna muzyka Mike’a Pattona, aczkolwiek jest to standardowy zestaw dźwięków pod kino grozy.

1922_3

Ten film byłby tylko całkiem sympatycznym średniakiem, gdyby nie kompletnie zaskakujący Thomas Jane. Aktor posiadający dość potężną posturę, tutaj musiał wcielić się w starszego, mniej sprawnego fizycznie rolnika, co widać w jego ruchach, spojrzeniu, sposobie plucia czy szorstkim spojrzeniu. Także akcent dodaje autentyzmu tej postaci, trzymającej w sobie prawdziwego demona. Reszta obsady prezentuje się solidnie (Molly Parker, Neal McDonaugh, Bryan James d’Arcy czy Dylan Schmid), stanowiąc tylko tło dla popisów Jane’a.

1922_4

„1922” nie potrzebuje dużego budżetu czy wielkiego rozmachu – to kameralna opowieść o demonach, budzących się w wyjątkowych okolicznościach. Niby nic wielkiego, ale zrobione jest to na przyzwoitym poziomie, bez poczucia żenady. Netflix kolejny raz pokazał, że nie tylko seriale robi na poziomie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gra Geralda

W tym roku Stephen King ma większe branie niż zwykle, co samo w sobie jest dużą niespodzianką. Po chłodno przyjętej „Mrocznej wieży” (może kiedyś zobaczę) oraz entuzjastycznym „To”, tym razem za dzieła mistrza grozy wziął się Netflix. I to dwa razy, ale dzisiaj jeden z tych filmów – „Gra Geralda” zrealizowana przez Mike’a Flanagana („Oculus”).

gra_geralda1

Początek to przyjazd niemłodych już małżonków do domu gdzieś na odludziu. Ma to pomóc w odbudowaniu relacji między sobą, także erotycznie. Dla urozmaicenia Jessie zgadza się skuć kajdankami, by zrealizować fantazję Geralda. Problem w tym, że podczas igraszek mężczyzna dostaje zawału i umiera, a kobieta jest zdana na siebie. Poza nią jest jeszcze szlajający się pies, gustujący w zwłokach. Jak się wydostać z uwięzienia?

gra_geralda2

Całość oparta na jednym pomieszczeniu może sprawiać wrażenie obserwowania Teatru Tv. Jednak reżyser potrafi utrzymać w napięciu, troszkę przypominając… „127 godzin”. Tylko, ze tutaj jest wredny pies, tajemnicza zjawa pojawiająca się w nocy (Śmierć?) oraz… zmarły mąż i ona sama. Ktoś powie, że doszło do obłędu i będzie miał rację. Dialogi pozwalają poznać przebieg związku, a także poznać pewną mroczną tajemnicę z życia bohaterki (pewne zaćmienie, a także postawa jej ojca – więcej nie powiem), rzucającą na nią bardzo duży cień. O dziwo, to wszystko ma ręce i nogi, a próby wyrwania się z łóżka przykuwają uwagę (zwłaszcza dotarcie do szklanki z wodą czy wręcz brutalne wyswobodzenie się). Nie sposób też zapomnieć finału, gdzie dochodzi do dość zaskakującej wolty, ale to sami się przekonacie jak wejdziecie na Netflixa.

gra_geralda3

A to wszystko działa także dzięki rewelacyjnej roli Carli Gugino. I nie tylko dlatego, że pięknie wygląda, ale bardzo wiarygodnie pokazuje swoje rozterki, zmęczenie oraz bezsilność zmieniającą się w walkę. Także w scenach konfrontacji z przeszłością, wypada bez zarzutu. Świetny jest też Bruce Greenwood jako Gerald. Pozornie idealny partner, która zna swoją kobietę na wylot, ale nie zawsze jest wsparciem dla małżonki, co jest dość zaskakujące. O to ten duet trzyma film w ryzach, dając sporo przyjemności z seansu.

gra_geralda4

„Gra Geralda” nie jest strasznie mroczna czy krwawa (choć nie brakuje krwi), lecz buduje atmosferę niepokoju za pomocą sugestywnego kadrowania, zbliżeniach na twarz bohaterki oraz dźwiękach tła. Przykład porządnego rzemiosła z bardzo mocną końcówką, która skutecznie podnosi adrenalinę.

7/10

Radosław Ostrowski

Podpalaczka

Całość zaczyna się dość zagadkowo i tajemniczo. Widzimy ojca z dziewczynką, którzy nocą biegną przez ulice miasta. A wtedy widzimy jadący samochód z trzema osobami, wyglądającymi niczym tajniacy – garniaki, okulary, pistolety. Próbujemy rozgryźć co jest grane i po udanej ucieczce, poznajemy przeszłość. Okazuje się, że ojciec (Andy) wcześniej razem z przyszłą żoną brali udział w tajnym eksperymencie prowadzonym przez Sklep, gdzie uczestnicy dostają nowe leki. Później okazuje się, że budzą pewne nadprzyrodzone umiejętności, a Charlie jest córką posiadającą umiejętność pirokinezy. Dlatego interesuje się nimi rząd.

podpalaczka1

Kolejna adaptacja powieści Stephena Kinga, którego dorobek był (i dalej będzie) przenoszony na ekran multum razy. Za „Podpalaczkę” odpowiadają legendarny producent Dino De Laurentis oraz reżyser Mark L. Lester, który rok później stworzy klasyka ery VHS – „Komando”. Czy to właściwe osoby do thriller zmieszanego z kinem inicjacyjnym? Film z jednej strony próbuje budować atmosferę niepokoju i osaczenia (początek), by potem obserwować osobę, która chce normalnie żyć, ale nie jest to możliwe. Ale to napięcie jest psute z jednej strony retrospekcjami (uzasadnionymi), a z drugiej perspektywą osób ścigających ich (kapitana Hollacka i Rainbirda), co pozwala poznać przeszłość protagonistów. Tylko, że to wszystko ledwo liźnięte i psychologicznie zarysowane, a pewne odstępstwa wobec pierwowzoru (mocne skrócenie pobytu w siedzibie Sklepu oraz wątek związany z prowadzeniem gry między Andy a Hollackiem) pozbawiają całości emocjonalnego wydźwięku.

podpalaczka2

Reżyser najpewniej się czuje w scenach prezentujących moc Charlie, czyli pirokinezy. Dziewczynka nie w pełni kontroluje swoją moc, przez co dochodzi do wielu zgonów, eksplozji i potężnej siły destrukcji. Również kontrola umysłu przez Andy’ego równie robi wrażenie, co także jest zasługą udźwiękowienia oraz świetnej muzyki zespołu Tangerine Dream. Imponuje finałowe starcie, w którym dziewczynka – niczym bohaterka innej książki Kinga „Carrie” – dokonuje bezwzględnej, krwawej i brutalnej zemsty na wszystkich. Prawdziwy popis pirotechników (gorzej z efektami specjalnymi, bo sceny odbijających się pocisków wyglądają śmiesznie) i kaskaderów, którzy robią cuda.

podpalaczka3

„Podpalaczkę” próbują ratować aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Problemem może być (przynajmniej dla mnie była) Drew Barrymore, która brzmiała nienaturalnie, wręcz nadekspresyjnie. Słychać, że jeszcze brakuje tu obycia, chociaż jest spory potencjał w tej postaci. Lepiej wypada David Keith jako jej ojciec, który próbuje ją chronić przed całym światem. Jednak najciekawszy jest niezawodny George C. Scott jako agent Rainbird – zimny zabójca, potrafiący manipulować innymi ludźmi dla swoich korzyści. Sceny, w których próbuje wkupić się w łaski Charlie to prawdziwy popis.

podpalaczka4

Sam King określił „Podpalaczkę” jako najgorszą ekranizację według jego dorobku. Jak nie byłbym aż tak surowy, ale film Lestera nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Najlepiej wypadają sceny nadprzyrodzone, jednak całości brakuje w tym – nomem omen – ognia. Niezłe, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Christine

Podobno każdy człowiek przynajmniej raz w życiu się zakochał. Taki problem miał Arnie Cunningham – typowy szkolny kujon, troszkę nieporadny, troszkę nieśmiały, taka oferma i zamknięty w sobie okularnik. Jednak jak w przypadku każdego przedstawiciela rasy homo sapiens musiało paść i na niego. Jego partnerka miała czerwony strój, chociaż mocno znoszony. A jej imię było dźwięczne niczym metal – Christine. Jest tylko jeden mały haczyk: Christine to samochód Plymouth Fury z 1958 roku, przez co wywołuje zazdrość otoczenia.

christine1

John Carpenter to nazwisko kojarzone jednoznacznie z kinem grozy, a jeśli film jest adaptacją powieści Stephena Kinga, to sukces wydaje się murowany. „Chrstine” nie nazwałbym jednak stricte horrorem. To tak naprawdę film o miłości. Wiem, brzmi to dziwnie, ale tak właśnie jest. A jak powszechnie wiemy, miłość ma więcej twarzy niż niejaki Christian Grey.  Christine jest śliczna, co widać już od pierwszej sceny, gdy schodzi z fabryki – wygląda wprost zjawiskowo, co dokładnie pokazuje kamera. Jednak – jak to maszyna – jest straszną zazdrośnicą, która nie chce dzielić się z nikim. A jak zostanie  obrzucona wyzwiskami lub skrzywdzona wtedy nie wybacza. przekonujemy się o tym na samym początku, gdy jeden z pracowników używa jej siedzenia jak popielniczki. Im dalej w las, tym robi się groźniej. Auto nie tylko jest nawiedzone, ale siedzący w niej demon przenosi się na właściciela, uzależniając go od siebie.

christine2

Po drodze są tutaj wątki i schematy typowe dla filmów młodzieżowych: miejscowy łobuziak, pierwsza dziewczyna, bunt wobec rodziców, przyjaźń. Wszystko to obraca się tak naprawdę wokół tego toksycznego związku z Christine. Powoli odkrywamy przeszłość auta, a reżyser z brawurą realizuje kolejne sceny brutalnych ataków samochodu praktycznie niezniszczalnego. I nie ważne czy będzie próbował zabić dziewczynę Arniego w kinie samochodowym, zniszczy stację benzynową (widok jadącego auta w ogniu – niesamowite) czy przejedzie chłopaka w miejscu teoretycznie nie do przejechania. Akcje te toczą się głównie nocą, potęgując atmosferę niepokoju, a gdy w tle przygrywa muzyka autorstwa samego Carpentera (tylko syntezator) – już jest strach. Mimo ponad 30 lat na karku, sceny ataków pojazdu do dziś robią wrażenie.

christine3

Aktorstwo zaś jest co najwyżej przyzwoite. Grający główne role kumpli Arnolda i Dennisa Keith Gordon oraz John Stockwell dają sobie radę, chociaż ten pierwszy zbyt szybko odkrywa karty jako chłopak bezgranicznie zakochany w swoim samochodzie. Stockwell jest bardziej subtelny i wyważony jako kumpel, bardziej racjonalny i próbujący otworzyć oczy na jego związek z Christine. Później obaj panowie zajęli się reżyserią, wychodząc zdecydowanie lepiej na tym polu. Jeśli chodzi o drugi plan wyróznia się zwłaszcza Robert Prosky jako właściciel warsztatu, wyglądający bardziej jak menel oraz pojawiający się w połowie Harry Dean Stanton w roli detektywa.

christine4

Sama „Christine” to ubrana w konwencję thrillera/horroru historia inicjacyjna o toksycznej miłości oraz brutalnym wejściu w dorosłość. Mimo lat ma w sobie pazur (mocna druga połowa), jest pewnie prowadzona przez Carpentera, a przewrotny finał (chyba) daje wiele satysfakcji. Nic dziwnego, ze jest to tytuł wymieniany w gronie najlepszych adaptacji Kinga.

7/10

Radosław Ostrowski

Dolores Claiborne

Tytułowa bohaterka pracuje jako gospodyni u starszej i zniedołężniałej kobiety – Very Donovan, która niezbyt przepadała za swoją służbą. Starsza pani zostaje zamordowana, a Dolores – z wałkiem gotowym do uderzenia nad kobietą – zostaje oskarżona o jej zabicie. Wtedy do miasteczka trafia jej córka, dziennikarka Selena, która nie utrzymuje z matką zbyt dobrych relacji. Powoli jednak zaczyna dochodzić do prawdy.

dolores1

O tym, że książki Stephena Kinga są dobrym materiałem na film, wiadomo nie od dzisiaj. Adaptacji kolejnej jego powieści podjął się wszechstronny Taylor Hackford, którego kinomani znają głównie dzięki „Adwokatowi diabła” oraz „Ray”. Jednak film – tak jak powieść – nie jest stricte horrorem, tylko thrillerem psychologicznym, z bardzo ponurą atmosferą. Sama intryga dotyczy przeszłości głównej bohaterki, która nie jest usłana różami – mąż gardzący nią, pracodawczyni wymagająca i nieprzyjemna, praca od rana do wieczora i jeszcze detektyw, który jest wyjątkowo nieznośny. A w tle morderstwo (niejedno) i bardzo mroczna tajemnica, która rzutuje na przeszłość kobiety i być może uda się poprawić z samotną córka, skupionej na swojej karierze. Reżyser bardzo zgrabnie przeplata teraźniejszość z przeszłością, wykorzystując do tego prostą sztuczkę kolorystyczną. Rzeczywistość jest ponura, utrzymana w błękitnej tonacji, a przeszłość w jaśniejszych kolorach czerwieni, tworząc pozornie sielankowy charakter. A co najważniejsze, jest to opowiedziane pewną ręką, z dobrymi dialogami oraz bardzo ponurą muzyką Danny’ego Elfmana.

dolores2

Jednak cała ta intryga, nie miałaby tej siły ognia, gdyby nie wyborne aktorstwo. O tym, że Kathy Bates potrafi zagrać złożone postacie, pokazała choćby w „Misery”. Dolores sprawia tutaj wrażenie wyciszonej, trochę pyskatej kobiety, która ma niewyparzony język. Ale pod tą maską kryje się kobieta mocno skrzywdzona przez los, ale nie narzekająca, znosząca wszystko z godnością. Jednak i ona ma swoją cierpliwość. I widać to wszystko w każdym spojrzeniu, geście, każdym niewypowiedzianym słowie. Równie złożoną i ciekawą postać stworzyła Jennifer Jason Leigh jako Selena. Karierowiczka, zapatrzona w siebie i niezbyt dobrze pamiętająca swoje młode lata. Powoli jednak zaczyna przebijać się do prawdy, wyciągając przysłowiowego trupa w szafie i staje w obronie matki. Swoje też robią tutaj dwaj panowie, będący w swojej mocnej formie – czyli David Strathairn i Christopher Plummer. Ten pierwszy jest prymitywnym pijusem oraz damskim bokserem, który znęcał się nad żoną i oszukiwał ją, córkę też. Ten drugi to nieustępliwy śledczy, żywcem pałający nienawiścią do Dolores, próbując za wszelką cenę ją dopaść – wyjątkowo antypatyczny facet.

Hackford zrobił jeden ze swoich najlepszych filmów, gdzie wolno budowana atmosfera i wiarygodne postacie tworzą mocną mieszankę. Bardzo mroczne i nieprzyjemne kino, które ogląda się z pełnym zaangażowaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Stań przy mnie

Jest rok 1959. W wakacje w małym miasteczku Castle Rock trwają poszukiwania zaginionego 12-letniego chłopaka Raya Browera. Na własną rękę poszukiwania zaczyna czwórka dzieciaków: Gordie, Teddy, Chris i Vern. Ten ostatni przypadkowo usłyszał o tym, jak jego brat (członek gangu niejakiego Ace’a) przypadkowo odnalazł ciało chłopaka, jednak jechali skradzionym autem i nie chcieli tego zgłosić. Więc dwie grupy śpieszą się ze znalezieniem zwłok i zdobycia sławy.

stand_by_me1

To jedna z bardziej znanych adaptacji Stephena Kinga. Wielu reżyserów mierzyło się z jego utworami jak David Cronenberg, Frank Darabont czy John Carpenter, a jednym z lepszych adaptatorów był Rob Reiner, co pokazał już w „Misery”. Ale cztery lata wcześniej Reiner przeniósł opowiadanie „Ciało”, tworząc dość zaskakujący i nietypowy film. Nie był to rasowy horror, tylko bardziej obyczajowa historia o pierwszej przyjaźni oraz przyśpieszonej dojrzałości. Chłopcy na początku chcą zyskać sławę, ale powoli zaczynamy odkrywać ich lęki i przeżycia – brak akceptacji od strony rodziców, wykluczenie, samotność. Tempo jest dość spokojne, dużo jest rozmów i narracji z offu (opowiada to wszystko dorosły już Gordie), a kilka momentów naprawdę trzyma w napięciu (ucieczka przez pędzącym pociągiem czy finałowa konfrontacja). Szukanie ciała staje się inicjacją, a całość okraszona jest naprawdę ładnymi zdjęciami oraz piękną muzyką (klamrą jest instrumentalna wersja „Stand By Me”). Można się czepiać, że film jest dość krótki, zbyt familijny i że można było jeszcze mocniej pokazać, ale to wszystko wydaje się nieistotne, bo jest to bardzo interesujące i przyjemne kino.

stand_by_me2

W dodatku całość jest świetnie zagrana, zwłaszcza przez aktorów dziecięcych, co w przypadku Stanów Zjednoczonych jest standardem. Każdy z dzieciaków jest nakreślony bardzo wyraźnie: żyjący w cieniu zmarłego brata Gordie (Will Wheaton), naznaczony piętnem złodzieja obrotny Chris (River Phoenix), narwany i lekko postrzelony Teddy (Corey Feldman) oraz mający nadwagę tchórzliwy Vern (Jerry O’Connell). Z pozostałych aktorów najbardziej wyróżnia się Kiefer Sutherland jako silny przywódca gangu Ace – typowy paskudny typek.

Trzeba przyznać, że Reiner ma dobrą rękę do utworów Stephena Kinga, co jest wystarczającą rekomendacją, by poznać „Stań przy mnie”. To bardzo ciepłe, odrobinę nostalgiczne kino pozwalające przypomnieć albo pomarzyć sobie o takim dzieciństwie i takich kumplach, których ma się tylko w wieku 12 lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Uczeń szatana

Todd Bowden jest nastoletnim uczniem college’u, który jest zafascynowany II wojną światową. Chłopak okrywa, ze jego sąsiad Arthur Dessler jest tak naprawdę nazistowskim zbrodniarzem, Kurtem Dussanderem. Udaje mu się zebrać dowody, lecz zamiast wydać go policji, proponuje mu nietypowy układ: Todd nie wyda go, w zamian nazista ma opowiadać o swoich czynach.

uczen_szatana1

Stephen King jest tak poczytnym i uznanym autorem, którego dorobek jest konsekwentnie przenoszony na ekran od jego pierwszej powieści. Tym razem za opowiadanie „Zdolny uczeń” postanowił się zabrać Bryan Singer – opromieniony sukcesem „Podejrzanych”. Nie jest to stricte horror, raczej psychologiczny thriller, gdzie dwaj bohaterowie prowadzą miedzy sobą psychologiczną grę, jeden drugim manipuluje i próbuje ograć. W ten sposób bardzo łatwo jest zarazić się złem, które powoli odbija się na psychice młodego chłopaka, popychając go do morderstwa, oszustwa i szantażu. Singer bardzo pewnie portretuje całą sytuację za pomocą bardzo pomysłowego montażu, co widać najbardziej w scenach „urojeń” Todda, gdzie przeszłość wojenna miesza się z rzeczywistością (prysznic staje się kabiną obozową). Mimo to Singer pozostaje bardzo subtelny i kameralny, nie przesadzając z przemocą, co jest bardzo wysublimowane plastycznie, a napięcie jest powoli, ale precyzyjnie budowane.

uczen_szatana2

Drugą siła napędową są grający główne role faceci, którzy próbują oszukiwać siebie nawzajem i zapętla się ich relacja oparta na szantażu. Zarówno Brad Renfro jak i Ian McKellen bardzo przekonująco zbudowali swoje role. Todd – młody, wrażliwy chłopak, który jest zafascynowany nazizmem i złem oraz starszy, krętacz i jak się okazuje mistrz manipulacji, który jest bardziej wyrafinowanym oszustem. Ich relacja jest dość pokręcona i bardzo niejasna: od kontroli po fascynację.

Choć sam film został troszeczkę zapomniany, choć pozostaje kawałem porządnego kina. Myślę, że King byłby z niego zadowolony. Ja jestem.

7/10

Radosław Ostrowski