Love Lies Bleeding

Sam tytuł brzmiał intrygująco, prosty plakat z niemal nagą kobietą trzymającą broń przyciągał uwagę. Do tego jeszcze zamieszane było studio A24, zaś za scenariusz współodpowiadała Weronika Tofilska, czyli współreżyserka głośnego mini-serialu „Reniferek”. Plus całość osadzona była w latach 80. – jak nie być tym zaintrygowanym?

Wszystko dzieje się gdzieś w małym miasteczku, gdzie diabeł mówi dobranoc. Podążamy za Lou (Kristen Stewart) – menadżerką lokalnej siłowni. A ta zajmuje się różnymi rzeczami: dbaniem o porządek (także w toaletach), sprzęt czy serwując (nielegalne) sterydy. Do tego często nachodzą ją agenci FBI, gdyż jest córką lokalnego gangstera (Ed Harris), z którym nie utrzymuje kontaktu. Ojciec oficjalnie prowadzi strzelnicę, lecz tak naprawdę przemyca broń. I właśnie wtedy w życie Lou wchodzi Jackie (Katy O’Brian) – umięśniona nastolatka, mające ambicje wystartować w zawodach kulturystek w Las Vegas. Zaczyna między nimi iskrzyć, że Lou daje jej sterydy. To doprowadza do dość brutalnej sytuacji, co wywołuje silną reakcję łańcuchową.

Reżyserka Rose Glass mocno idzie w kryminalną pulpę, którą polubiłby Quentin Tarantino. Lata 80. wchodzą od samego początku dzięki elektronicznej muzyce Clinta Mansella, zaś samo wejście do siłowni i skupienie się na spoconych ciałach w slow-motion elektryzuje. Wszystko budowane jest spokojnie, dając sporo przestrzeni na poznanie postaci i tego świata. Jednocześnie czuć, że Lou skrywa jakąś tajemnicę (niektóre ujęcia z czerwonymi twarzami na czarnym tle tworzą oniryczny klimat a’la Lynch) i będzie musiała się z nią zmierzyć. Po drugiej stronie jest Jackie, będąca o wiele silniejszą (dosłownie) kobietą, idącą własną drogą i uparcie dążąca do celu. Do tego jeszcze mamy używanie sterydów, zwiększające poziom agresji, przemoc domową, girl power oraz finał niczym z… „Podróży Guliwera”.

A w całym tym miksie sprawdza się świetny duet Kristen Stewart/Katy O’Brian. Pierwsza pozornie wydaje się opanowana i znosząca kolejne ciosy, ale jest magnetyzująca w chwilach wyciszenia. Ale to ta druga jest prawdziwym odkryciem – fizycznie imponująca, będąca wręcz niekontrolowaną siłą, wywołującą ogromne zamieszanie. Nie można nie wspomnieć o niezawodnym Edzie Harrisie w roli szorstkiego i twardego ojca, cudnej Jean Malone jako siostry Lou czy całkiem niezłego Dave’a Franco, czyli przemocowego szwagra.

Nie znam filmowego dorobku Rose Glass, ale po „Love Lies Bleeding” mam chcę zapoznać się bliżej. Bardzo pokręcony thriller, czerpiący z estetyki i klimatu kina lat 80., paroma niespodziankami oraz świetnym aktorstwem. Kolejne solidne dzieło spod szyldu A24.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pułapka

Czy jestem jedynym, który z własnej woli idzie na nowe filmy M. Night Shyamalana? Cokolwiek nie mówić o tym twórcy, jego filmy są zawsze interesujące i nie ma tutaj miejsca na nudę. Już na etapie promocji facet wie, jak złapać przynętę – a ja się (znowu) dałem złapać. Czyżby „Pułapka” miała się okazać dla mnie… pułapką?

Cała akcja skupia się na koncercie młodej gwiazdki popowej, Lady Raven (Seleka Shyamalan, córka reżysera). Wśród publiczności znajduje się Cooper (Josh Hartnett) z córką Riley (Ariel Donaghue), która się megafanką wokalistki. Ale mężczyzna zaczyna zauważać, że coś tu poważnego się dzieje: jest o wiele więcej kamer, sporo policjantów i o wiele więcej ochrony. Lady Raven to nie jest Beyonce, by mieć takie środki bezpieczeństwa. Jak się nasz bohater dowiaduje od sprzedającego merch Jamiego (Jjonathan Langdon), cały ten koncert to zasadzka przygotowana na seryjnego mordercę. O czym jednak nikt – poza nami widzami – nie wie, że to właśnie Cooper jest poszukiwanym oraz trzyma gdzieś swoją przyszłą ofiarę.

Co najbardziej zaskakuje w „Pułapce” to fakt, że nie ma tutaj żadnych elementów nadnaturalnych. Sama historia opowiedziana jest prosto, bez udziwnień, a twist dostajemy już w pierwszych 15 minutach. Koncept i punkt wyjścia – jak zazwyczaj u Shyamalana – jest bardzo interesujący. Muszę przyznać, że przez pierwszą godzinę udaje się zbudować napięcie oraz przykuć uwagę. To, jak Cooper lawiruje między ochroną i próbuje wydostać się z zasadzki robi wrażenie. Nawet jeśli czasem jest to na granicy prawdopodobieństwa (wejście między policjantów z identyfikatorem pracownika), to naprawdę działa. Same sceny koncertowe wyglądają naprawdę nieźle – obraz z telebimów, jest grupa tancerzy, a same piosenki brzmią więcej niż ok. Jednak po mniej więcej godzinie cała ta atmosfera zaczyna się sypać, a ekran zalewają mniejsze lub większe głupoty.

Spoiwem dającym najwięcej frajdy z oglądania jest absolutnie świetny Josh Hartnett. To, jak przeskakuje od ciepłego ojca do zimnego psychopaty robi piorunujące wrażenie i w każdej scenie magnetyzuje. Czyni go nieprzewidywalnym, niepokojącym oraz trudnym do odczytania. Aktor na swoich plecach trzyma ten film. Reszta w zasadzie nie dorównuje mu, ale najbardziej całość ciągnie w dół Seleka. Kiedy ona ma śpiewać i tańczyć (wszystkie piosenki sama napisała – za to szanuje), to wypadnie. Problem w tym, że staje się ona dość istotna dla trzeciego aktu i wyłazi z niej straszne drewno.

Jednak muszę przyznać, że „Pułapka” jest całkiem niezłym thrillerem i pierwszym filmem reżysera pozbawionym elementów nadprzyrodzonych. Miejscami naiwny, czasami głupawy, jednak potrafi utrzymać uwagę do (niemal) samego końca. Not bad, Mr. Shyamalan, not bad.

6/10

Radosław Ostrowski 

Polowanie

Coraz częściej pojawiają się przypadki filmów, które w kinach kompletnie poległy i nie znalazły widowni, za to stają się strasznie popularne na platformach streamingowych. Szczególnie nasze rodzime tytuły. Do tego wpisał się dostępny na Netflixie thriller „Polowanie” od scenarzystów „Układu zamkniętego”. W zasadzie jest on niebezpiecznie znajomo podobny.

Akcja toczy się w małym miasteczku gdzieś w nieokreślonym miejscu. Tutaj mieszka Michał Król (Michał Czarnecki) – doradca finansowy i radny. Widząc nieudolność obecnie panujących władz decyduje się zrobić coś, co prawy, uczciwy i naiwny człowiek zrobić może – startuje na burmistrza. Co ciekawe, zdobywa ten urząd. Wtedy powinno wszystko pójść jak z płatka, prawda? Otóż nie, to by było za proste, bo zaczynają pojawiać się naciski, sterować nim chce właściciel lokalnej gazety Roman Huss (Artur Barciś), zaś wszelkie plany spotykają się z dużym oporem – dawno nie używano tego słowa – UKŁADU. I nie jest to słynny układ Mendelejewa.

W dużym skrócie polityczny thriller, który fabularnie nie będzie zaskakujący (niestety), ani za bardzo trzymał w napięciu. Choć reżyser początkowo powoli buduje całą atmosferę miejsca, które może dziać się w każdej szerokości geograficznej naszego kraju. Dlatego to miasteczko tak nie wyróżnia się z tłumu, co trochę pozbawia go charakteru. Rozumiem, że chodziło tu o uniwersalność tej historii, lecz… sama historia jest mocno schizofreniczna i niedogotowana. Relacje między postaciami są ledwo zarysowane (głównie przeszłość naszego bohatera czy pozostałych członków „grupy trzymającej władzę”), bardziej czuć tutaj nie tyle napięcie, co poczucie bezsilności wobec jej sieci. Ludzi mogących w zasadzie zrobić z człowiekiem wszystko: fałszywe oskarżenia, zakulisowe działania (ledwo widocznie), śledzenie, „znikanie” dokumentów itp. Te sceny potrafią zadziałać, tak jak scena polowania zakończona postrzałem. Tylko reżyserowi brakuje tutaj siły, by zaangażować, zaś pewne sceny (bliżej końca) są tak skokowo pokazane, że nie kupiłem tego. Wielka szkoda.

Dialogi są całkiem ok, technicznie jest to poprawnie wykonane, ale da się to obejrzeć. W czym na pewno pomagają aktorzy, nawet nie mając zbyt wiele do roboty. Michał Czarnecki pasuje do takiej pozytywnej, trochę idealistycznie nastawionej do rzeczywistości oraz swojej siły sprawczej. Co prawda dalsze momenty, gdzie jest zdumiony, zszokowany i złamany są dość pobieżnie pokazane, aktor wiele z tego wyciska. Zaskoczył mnie za to Andrzej Andrzejewski jako menel „Mandaryn”, który staje się sojusznikiem oraz przyjacielem naszego protagonisty. Wnosi on odrobinę humoru oraz lekkości do całego filmu. Ale całość kradnie Artur Barciś jako szara eminencja miasteczka. Balansujący na granicy przerysowana lokalny watażka, co pozornie udaje sprzymierzeńca, jednak spojrzenie ma baaaaaaaaardzo intensywne, złowrogie i groźne jak k****a mać.

„Polowanie” mogło być drugim „Układem zamkniętym”, jednak Paweł Chmielewski to nie Ryszard Bugajski. Przydałby się o wiele bardziej dopracowany scenariusz oraz twórca umiejący budować atmosferę i napięcie. Tym razem nie udało się upolować grubego zwierza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ripley

Tom Ripley – postać znana z cyklu powieści kryminalnych autorstwa Patricii Highsmith. Pojawił się pierwszy raz w 1955 roku w „Utalentowanym panie Ripleyu”, a po raz ostatni w „Ripley Under Water” w 1991 roku. Właśnie można go uznać za pierwszego antybohatera w historii literatury, mieszając przywiązanie do luksusowego życia z cechami socjopaty. Na ekranie pojawiał się Ripley wielokrotnie, grany m.in. przez Alaina Delona, Dennisa Hoppera czy Matta Damona. Teraz dostajemy nową opowieść o Ripleyu w formie miniserialu od Netflixa i Stevena Zailliana, opartą na „Utalentowanym panie Ripleyu”.

Wszystko zaczynamy w Nowym Jorku pod koniec lat 50. Tom Ripley (Andrew Scott) żyje jako drobny krętacz i oszust. Radzi sobie różnie, unikając jak ognia policji oraz uczciwej pracy. Jednak pewnego dnia zostaje znaleziony przez prywatnego detektywa Alvina McCarrona (Bokeem Woodbine). Ten działa w imieniu Herberta Greenleafa (Kenneth Lonergan), który uważa Toma za przyjaciela swojego syna, Dickiego (Johnny Flynn) i chce od niego jedną rzecz: przekonać swojego dorosłego dzieciaka, by wrócił do domu. O czym jednak pan Greenleaf nie wie, to że Ripley ma swój własny plan.

Reżyser i scenarzysta Steven Zaillian idzie inną drogą niż można się było spodziewać. Jego wersja historii Toma Ripleya jest o wiele bardziej zimna w formie i emocjonalnie, co dobitnie pokazują czarno-białe zdjęcia. Z jednej strony są one bardzo wyrafinowane i wysmakowane plastycznie (każdy kadr można by zawiesić jako plakat/obraz), z drugiej wpisujące „Ripleya” do estetyki czarnego kryminału. Choć włoskie miasta nie przypominają brudnych ulic Nowego Jorku, to jednak mrok ich ulic (zwłaszcza nocą) może podnieść krew. Akcja toczy się tutaj bardzo powoli, wręcz niespiesznie, co początkowo może wydawać się bardzo męczące i zniechęcające. Mocno to czuć w dwóch pierwszych odcinkach, gdzie nasz protagonista (chyba?) zaczyna poznawać świat nowobogackich i powoli się adaptuje. Jednak dopiero w 3. odcinku sytuacja zaczyna robić się coraz gęstsza, Zaillian stopniowo buduje napięcie i dochodzi do morderstwa. Jednego z dwóch, a każde z nich jest pokazywanie w naturalistyczny, gwałtowny i brutalny sposób. Ale jeszcze ważniejsze jest pokazywanie Ripleya zacierającego ślady, mylącego tropy oraz działającego na wysokich obrotach.

A to dopiero początek całej hecy Ripleya: kradzież tożsamości, życie w dostatku i luksusie, ukrywanie się przed dziewczyną Dickiego, wreszcie pojawienie się niejakiego Freddie’ego Milesa (Eliot Sumner) oraz inspektora policji Raviniego (Maurizio Lombardi). Wtedy reżyser zaczyna usypiać naszą czujność, a jednocześnie podkręca śrubę. Bo zagrożenie może pojawić się w każdej chwili, jedno źle wypowiedziane słowo, błędny ruch doprowadzi do zguby. Dlatego każda obecność policji w dworcu, przy promie potrafi podnieść ciśnienie, zaś zachowanie Ripleya czyni bardzo trudnym odczytanie jego działań. Jak bardzo niewiele brakuje do wpadki pokazuje choćby pierwsza wizyta inspektora w mieszkaniu Ripleya po drugim morderstwie. Takich momentów jest dużo więcej, przez co oglądałem z nerwowością aż do (świetnie zmontowanego) finału, który może sugerować kontynuację tej historii. Na co bym się kompletnie nie obraził.

I wszystko jest tu technicznie bardzo dopieszczone: od świetnych zdjęć (mocno inspirowanych – obecnym w serialu – Caravaggio) przez bardzo płynny montaż, klimatyczną muzykę oraz oszałamiającą scenografię. Jednak to by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalny Andrew Scott w roli Ripleya. Pozornie sprawia wrażenie uroczego i sympatycznego gościa, bardzo opanowanego oraz skupionego, ale to wszystko fasada. Kryje się pod nią bardzo inteligentny, działający kilka kroków do przodu kombinator i oszust, którego motywacja nie zostaje nigdy wyjaśniona. Wszystkie jego emocje pokazane są głównie oczami, zaś kiedy zaczyna naśladować Dickiego i nagle przeskakuje z jednego stanu w drugi to są prawdziwe perełki. Równie świetnie się sprawdza Johnny Flynn (poszukujący swojego miejsca Dickie Greenleaf), Dakota Fanning (wycofana i zagubiona Marge Sherwood) oraz Maurizio Lombardi (wnikliwy inspektor Ravini). Właściwie każda postać, nawet trzecioplanowa, jest bardzo wyrazistą postacią, co nie zdarza się zbyt często w takich produkcjach.

I powiem szczerze, że „Ripley” to jedna z ciekawszych niespodzianek tego roku. Serial bardziej skupiony na portrecie psychologicznym (anty)bohatera niż na życiu w luksusie czy pokazaniu środowiska próżnych bogaczy. Jeśli przełamiecie się po spokojnym wstępie, wchłonie was głębiej niż ocean zwłoki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Air Force One

Chyba żaden film akcji nie miał aż takiego wpływu na ten gatunek jak „Szklana pułapka” w reżyserii Johna McTiernana. Osadzenie akcji w jednej, zamkniętej przestrzeni, kompetentny protagonista z twardymi pięściami, inteligentny przeciwnik ze swoją armią. Mieli już klony tego filmu dziejące się na statku („Liberator”), w autobusie („Speed”), a nawet w Białym Domu („Olimp w ogniu”). A co byście powiedzieli na „Szklaną pułapkę” w samolocie prezydenckim? To zaproponował w 1997 roku niemiecki reżyser Wolfgang Petersen.

Bohaterem jest prezydent USA James Marshall (Harrison Ford), przebywający z gościnną wizytą w Rosji. Trzy tygodnie wcześniej wspólne siły komandosów obydwu krajów schwytały dyktatora Kazachstanu, generała Ivana Radka (Jurgen Prochnow). Jankeski prezydent wygłasza przemówienie, gdzie serwuje jasny przekaz: nie będziemy negocjować z nikim, sami wywołując u innych strach. Problem jednak w tym, że do środka wchodzi grupa terrorystów, podszywając się pod dziennikarzy telewizji. Ich cel jest prosty: albo zostanie wypuszczony Radek z więzienia, albo zaczną zabijać zakładników. O czym grupa Iwana Korszunowa (Gary Oldman) nie wie to, że prezydent nie uciekł z kapsułą ratunkową, lecz pozostał w samolocie. No i zacznie mieszać w planach.

Fabuła nie jest jakoś zaskakująca czy oryginalna („Szklana pułapka” w samolocie, próbująca troszkę być w klimacie powieści Toma Clancy’ego), ale Petersen jest kompetentnym reżyserem. Nie będzie tutaj zbyt wiele niespodzianek, wręcz idąc po sznurku (włącznie z eliminacją załogi złoli), niemniej film działa jako thriller. Pewnym dodatkiem są działania w Białym Domu, gdzie zebrany sztab pod wodzą viceprezydent (Glenn Close) próbuje ogarnąć całą sytuację. I jest to dodatkowa podbudowa pod suspens, dodająca odrobinę świeżości.

Ale skoro samym herosem jest Prezydent USA, to film wjeżdża z patosem, amerykańskim patriotyzmem na pełnej kurtyzanie. Od podniosło-heroicznej muzyki Jerry’ego Goldsmitha (bardzo dobrej swoją drogą), po łopoczące flagi i podniosłe zdania, jaka to Ameryka jest zajebista, zaś rosyjski sen o potędze niczym w ZSRR jest złyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Dla reszty świata to podejście może być dość ciężkostrawne i czasem wymyka się spod kontroli, popadając w śmieszność. Nie zmienia to faktu, że film nadal dostarcza frajdy.

Wszystko na swoich barkach trzyma z jednej strony Ford jako prezydent, jakiego Amerykanie chcieliby w rzeczywistości (twardziel z twardym kręgosłupem moralnym, twardymi pięściami i nie idący na kompromisy), z drugiej niezawodzący Oldman w roli radykalnego terrorysty. Ich gra w kotka i myszkę działa, trzyma w napięciu i angażuje. Jest jeszcze Glenn Close jako viceprezydent, próbująca zachować zimną krew i ogarniać wszelkie opcje działania. Jej relacje z zebranym sztabem to jedne z lepszych scen tego filmu.

„Air Force One” pozostaje solidnym dziełem w dorobku Petersena, który operuje sporym budżetem z bardzo pewną ręką. Może niektóre efekty specjalne się postarzały, zaś amerykanocentryzm może czynić całość mniej zjadliwą, to potrafi parę razy złapać oraz zaangażować do końca. Całkiem niezły lot.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anatomia upadku

Dawno nie mieliśmy na ekranie dramatu sądowego. Wiemy jak takie historie, gdzie mamy zderzenie dwóch wersji wydarzeń i sąd musi ustalić, co uznaje za prawdę. Jednak nowy film Justine Triet jest o wiele bardziej skomplikowanym przypadkiem.

Jesteśmy w domu gdzieś z dala od wielkiego miasta. Tutaj mieszka niemiecka pisarka Sandra Voyter (Sandra Huller), razem ze swoim mężem oraz niewidomym synem. W zasadzie mąż prowadzi remont domostwa (w tle puszczając „P.I.M.P.” 50 Centa), kiedy żona przeprowadza wywiad z nią. Ale hałas nie bardzo pozwala na przeprowadzenie rozmowy, więc umawiają się na inny termin. Syn Daniel po wykąpaniu psa idzie na spacer, zaś Sandra idzie do siebie. ALE jak chłopak wraca ze spaceru, to koło domu leży zakrwawione ciało ojca. Wypadek, samobójstwo czy… morderstwo? Sprawa nie wydaje się być jasna, a mimo poszlak rok później dochodzi do procesu.

No i zaczyna się absolutna jazda bez trzymanki. Triet jednak nigdzie się nie spieszy w pierwszym akcie, więc trochę na rozpoczęcie całej akcji. Być może za długo, by móc poznać jej wersję wydarzeń oraz wsparcia przyjaciela adwokata. Jeszcze podczas wizji lokalnej (albo jak sami nazywają rekonstrukcją) zaczynają pojawiać się pęknięcia w zeznaniach… syna. Ale sam proces to brutalna oraz bezwzględna walka, gdzie kwestia winy i niewinności zależy od… no właśnie, czego. Bo jeśli – tak jak sędziowie – chcecie poznać obiektywną, oczywistą, bezdyskusyjną prawdę lub reżyserka pokażę TĄ scenę, wyjaśniającą całą tą zagadkę, muszę was rozczarować. To pierwsze NIE istnieje w naszym świecie, to drugie w ogóle się nie pojawia. W zasadzie są tylko słowa, słowa i słowa. Same w sobie mogą nic nie znaczyć, JEDNAK umieszczenie ich w kontekście nabiera bardziej niepokojącego wydźwięku. I to wykorzystują obie strony sporu, zarówno prokurator (wykorzystanie fragmentu powieści oskarżonej sprzed kilku lat, by dopasować parę zdań do obecnej sytuacji), jak i obrońca.

A jeśli dodamy fakt, że oskarżona nie próbuje mizdrzyć się do opinii publicznej, jest bardzo wycofana i zdystansowana, to nie przemawia za bardzo na jej korzyść. Jeszcze musi bronić się w języku francuskim, którym nie posługuje się zbyt płynnie (o wiele lepiej idzie jej w angielskim). Triet powoli pokazuje skomplikowaną relację rodzinną, gdzie nie brakuje zarówno niespełnionych ambicji (mąż próbował pisać, ale porzucił pracę nad powieścią po kilku latach), zdrady, egoizmu oraz frustracji. Nic tu nie jest jednoznaczne, zaś kolejne zeznania (biegłych, psychiatry, policjanta) nie rozwiązują tej sprawy. W tych momentach „Anatomia upadku” staje się gęstym i intensywnym dramatem. Jak podczas sceny odtwarzania nagrania audio (kłótnia zostaje pokazana przez kamerę do momentu dźwięków szamotaniny) czy w chwili zeznań Sandry, kiedy podczas wypowiadanych słów znajdujemy się w samym domu. A jeszcze do tego całego tornada zostaje rzucony syn, który zaczyna poznawać rzeczy o jakich nie miał pojęcia.

Ten film by tak nie zadziałał, gdyby nie świetne dialogi i mocny scenariusz, ale przede wszystkim rewelacyjna Sandra Huller. Bardzo stonowana i wyciszona kreacja, gdzie wydaje się trzymać emocje na wodzy (szczególnie w sądzie). Nie udaje świętej, nie robi z siebie, przez co trudno ją polubić i nie pozwala nam wejść do swojej głowy. W bardzo rzadkich momentach pęknięcia tego obrazka, gdzie za pomocą mikrospojrzeń można coś odczytać. Tylko trzeba bardzo UWAŻNIE oglądać. Równie świetny jest Milo Machader Graner w roli nastoletniego Daniela, przechodzący najbardziej brutalny proces wchodzenia w dorosłość, a także Antoine Reinartz (prokurator) oraz Swann Arlaud (obrońca).

Czy „Anatomia upadku” jest zaskakującym dramatem sądowym? Raczej przypomnieniem, że prawda tak naprawdę zależy od naszej interpretacji i uprzedzeń, a nie samych faktów. A przez to cała ta historia po seansie zostaje mocno w głowie. Mimo dłużyzn i nierównego tempa, pozostaje frapującym oraz prowokującym do ciągłego myślenia tytułem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Informacja zwrotna

Dla fanów literatury nazwisko Jakuba Żulczyka jest wyznacznikiem wysokiej jakości w literaturze popularnej. Szczególnie po serialowej ekranizacji „Ślepnąc od świateł” wzrosło zainteresowanie filmowców dorobkiem pisarza. Już jest w trakcie realizacji „Wzgórze psów” przez Piotra Domalewskiego, ale już wcześniej Netflix zmierzył się z innym tekstem – „Informacją zwrotną”. A dokładniej reżyser Leszek Dawid i scenarzysta Kacper Wysocki.

Głównym bohaterem jest Marcin Kania (Arkadiusz Jakubik) – były muzyk rockowy, obecnie właściciel kilku wynajmowanych mieszkań oraz niepijący alkoholik. Uczęszcza na terapię AA, od dwóch lat jest trzeźwy, ale rodzina trzyma się od niego z daleka. W końcu lata życia z mocno podchmieloną głową rodziny nie należało do najłatwiejszych. Ale pewnego dnia mężczyzna budzi się podpity w swoim mieszkaniu, z pobitą głową oraz śladami krwi. Co bardziej niepokojące, umówił się tego wieczora ze swoim synem. Z którym nie ma żadnego kontaktu. Z niewyraźnych przebitek Marcina wydaje się, że chłopak został porwany. Tylko przez kogo i dlaczego?

Na pierwszy rzut oka serial wydaje się być kryminałem, gdzie główny bohater próbuje rozwikłać tajemnicę. Jednak twórców nie interesuje do końca łamigłówka, choć pojawiają się kolejne tropy, poszlaki oraz możliwości. W samym centrum jest Kania oraz jego zmagania z alkoholem, pełne wewnętrznych monologów i retrospekcji z mrocznych czasów chlania. Dla mnie to były najmocniejsze fragmenty, które pokazywały jak bardzo silny wpływ ma na całą rodzinę alkohol. Nawet jeśli mijają lata, strach najbliższych jest mocno odczuwalny. Bo oni nie nabiorą się na kolejne obietnice, przyrzeczenia – zbyt wiele ich słyszeli. Zbyt wiele razy widzieli ich łamanie, wiedzą o ukrywanych butelkach w różnych kątach i spodziewają się najgorszego. Zresztą nawet sami twórcy w paru scenach (słyszane głosy, zwidy, te same wydarzenia pokazane inaczej) poddają w wątpliwość narrację naszego bohatera. Wiarygodność podważają też pojawiające się dziury fabularne, jednak to wszystko jest całkowicie celowym celem.

Bo finał to bardzo mocny strzał z liścia, gdzie wszystko układa się w sensowną całość, a bohater poznaje prawdę o sobie samym. A prawda ta nie jest ani łatwa, ani przyjemna, lecz pozwala zdjąć zasłonę kłamstw. Poznać kto jest prawdziwym przyjacielem, kto tylko wykorzystywał i manipulował, a kto wspierał. Tylko czy nie jest już na to za późno? Czy jeszcze można się zmienić oraz wyjść z nałogu? Ta kwestia pozostaje otwarta i zależy to od nas.

Niejako przy okazji twórcy dotykają istotnego dla fabuły wątku reprywatyzacji kamienic, na którym nasz bohater trochę zyskał. To jak brutalnymi i bezwzględnymi metodami wykurza się lokatorów z kupionych domostw jest mocne, choć jest ten wątek w zasadzie tłem wydarzeń.

Ale najmocniejszym punktem tego serialu jest rewelacyjny Arkadiusz Jakubik, który przechodzi tu samego siebie. Kania z jednej strony potrafi być złamanym przez życie alkoholikiem, z drugiej totalny paranoik zdolny do agresji, wręcz wybuchowy. W retrospekcji też pokazuje dwie sprzeczności: pozorną wesołość i nagłą wściekłość, a także zażenowanie, smutek, ból, frustrację. To wszystko aktor ogrywa bezbłędnie, tworząc bardzo złożony i nie idący na łatwiznę portret alkoholika. Równie mocny jest Jakub Sierenberg w roli Piotrka – bardzo wycofany, zamknięty w sobie, ale próbujący się postawić ojcu. Najmocniejszą sceną w jego wykonaniu pozostaje finał, który wręcz szarpie za gardło. Poza tą dwójką jest tu masa wyrazistych ról drugoplanowych: od Andrzeja Konopki (śliski Zbyszek, dawny kumpel z zespołu) przez Przemysława Bluszcza (komisarz Cezary Karłowicz) po Nel Kaczmarek (Ula, córka Kanii).

Informacja zwrotna” może wydawać się kolejnym thrillerem/kryminałem jakich było wiele, ale to przede wszystkim bardzo mocny portret psychologiczny człowieka mierzącego się z demonami przeszłości. Miejscami oniryczny, ale bardzo naturalistyczny i do bólu szczery. Z życiową rolą Jakubika, która zostanie z wami na bardzo długo po seansie.

8/10

Radosław Ostrowski

Athena

Tytułowa Athena to z osiedli gdzieś we Francji, gdzie mieszkają sami imigranci. A wiemy, co to oznacza – wielką beczkę prochu, która może eksplodować. Właśnie dochodzi do takiej „wybuchowej” sytuacji. Zostaje zabity 13-letni chłopiec, zaś sprawcy byli w policyjnych mundurach. Nagranie tego zdarzenia trafiło do Internetu, co wywołało oburzenie. Działająca tam grupa pod wodzą Karima chce wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Zaczyna się od ataku na posterunek policji, zaś kończy się oblężeniem osiedla.

Jednak całość skupia się tutaj na trzech braciach zamordowanego: rządzącego (niejako) osiedlem Karima (Sami Silmane), żołnierza Abdela (Dali Benssalah) oraz działającego z mafią Mokhtara (Ouassini Embarek). Cała trójka w zasadzie nie ma ze sobą zbyt mocnych więzi, ale pod wpływem obecnych wydarzeń może coś się zmieni. Sytuacja staje się coraz bardziej intensywna, gdy grupa Karima chce schwytać policjanta. Po co? By zmusić policję do znalezienia sprawców wśród policji.

Francuski oddział Netflixa tu zaszalał, gdy rok temu pojawiła się „Athena”. Film Romaina Gavrasa gatunkowo jest thrillerem z lekko społecznym zacięciem w tle. Reżyserowi udaje się pokazać życie w osiedlu, które niejako życie swoimi własnymi regułami. Mieszkańcy w większości nie są zasymilowani i tworzą takie getto. Tutaj zdominowane w całości przez młodych bandziorów, co napędzani są przez gniew, frustrację oraz wściekłość. Gavras podbija intensywność tej nerwowej atmosfery za pomocą sporej ilości mastershotów. Kamera „przykleja się” do postaci pokazując ją z przodu lub tyłu, co w takich scenach jak początkowy atak na komisariat zakończony ucieczką na osiedle (ponad 10 minut!!!), wszelkiego rodzaju przygotowaniach do ataku czy policjanta oddzielonego od reszty, próbującego się wydostać. Napięcie jest tu podbijane bardzo intensywnie, choć na granicy efekciarstwa.

Wszystko okraszone bardzo oszczędną, choć okraszoną chórami muzyką, płynnym montażem oraz poczuciem ciągłego osaczenia. Udział mniej znanych aktorów dodaje tylko wiarygodności „Atheny”… przez dwie trzecie filmu. Bo wtedy dzieje się jedna mocna decyzja, która doprowadza do dość zadziwiającej, nieprzekonującej przemiany w Abdelu. Można by to wytłumaczyć szokiem, wstrząsem i bezsilnością, ale nie kupiłem tego. Poza mocnym i wybuchowym finałem.

Niemniej i tak warto zobaczyć „Athenę” – bardzo intensywny thriller pokazujący zamieszki miejskie tak jak nigdy wcześniej. Miejscami efekciarski, a pod koniec wręcz przerysowany, jednak czuć w tym pewną niepokojącą wizję świata niemal z – powoli zbliżającej się – postapokalipsy. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bielmo

Edgar Allan Poe znowu się pojawia tutaj, ale tym razem nie w formie adaptacji jego tekstu. W filmie Scotta Coopera pojawia się ten poeta i pisarz w istotnej roli drugoplanowej, nawet czuć klimat jego utworów. Mimo iż jest to adaptacja powieści Louisa Bayarda.

Akcja jest osadzona w 1830 roku, zaś jej głównym bohaterem jest niejaki Augustus Landor (Christian Bale) – mieszkający na odludziu były policjant o znanej reputacji. Nieprzeciętnie inteligentny, naznaczony osobistymi tragediami dostaje bardzo poważne zadanie. Trafi do niedawno powstałej akademii wojskowej West Point, gdzie zostaje znaleziony wisielec. Jest to jeden z kadetów i można byłoby uznać sprawę za samobójstwo, gdyby nie jeden istotny szczegół. Mężczyźnie po śmierci (w kostnicy) wycięto serce. W szkole panuje zmowa milczenia i dyscyplina, zaś pomoc przychodzi z najmniej spodziewanej strony. Otóż do Lindora zgłasza się Edgar Allan Poe (Harry Melling) – jeden z kadetów, który jest dość osobliwym outsiderem. Obaj zaczynają razem prowadzić dochodzenie, choć Poe robi to bez wiedzy swoich przełożonych.

„Bielmo” gatunkowo jest kryminałem w bardzo retro stylu, kiedy kryminalistyka była na zupełnie innym poziomie. Tempo jest BAAAAAAAAARDZO powolne, a osadzenie akcji w okolicy Akademii Wojskowej pomaga w budowaniu bardzo mrocznego klimatu. Zimowa atmosfera, las dookoła, a jedynym łącznikiem zresztą cywilizacji jest karczma. Cooperowi udaje się zbudować poczucie izolacji i samotności, stopniowo podrzucając kolejne tropy. Ale powiedzmy sobie to wprost: zagadka nie należy do szczególnie skomplikowanych, choć reżyser nieźle podbija stawkę. Wszystko okraszone pięknymi krajobrazami, imponującą scenografią oraz dopieszczonymi kostiumami.

Niemniej „Bielmo” ma parę problemów. Powolne tempo opowieści może przeszkadzać, ale w tym okresie czas płynął dużo wolniej. Tutaj nie ma żadnych pościgów czy strzelanin, za to jest analizowanie dowodów, szukanie poszlak oraz rozmowy. Zadziwiające jest jak wiele potencjalnych wątków wydaje się zaledwie liźniętych: wpływ wojskowej dyscypliny, znęcanie się nad nie radzącymi sobie z tym kadetami czy ukrywanie pewnych patologii. Do tego kilka postaci z drugiego planu sprawia wrażenie zmarnowanych, szczególnie że grani są przez rozpoznawalnych i doświadczonych aktorów. A także rozwiązanie samej zagadki nie daje satysfakcji. Włącznie z finałową przewrotką.

To, co jednak przyciągnęło mnie do samego końca jest obsada. Dość zaskakujący jest fakt, że większość kluczowych ról (a przypomnijmy, że akcja toczy się w USA) grają aktorzy… z Wielkiej Brytanii. Ale spokojnie, mówią po amerykańsku i to nie rozprasza. Tutaj na pierwszy plan wybija się Christian Bale (i jego broda z wąsem) jako prowadzący śledztwo Landor. To typowy schemat śledczego z mroczną przeszłością, nieprzeciętną inteligencją oraz determinacją. Jednocześnie jest bardzo wycofany, uważnie obserwujący i wiele wniosków zachowuje dla siebie. Ale prawdziwym złodziejem scen jest rewelacyjny Harry Melling w roli Poego. Nie jest jeszcze sławnym pisarzem, choć ma do tego smykałkę. Aktor ma fantastyczny głos i świetnie oddaje osamotnienie oraz ekscentryczność swojej postaci (nawiedzające go sny) w połączeniu z rozwiniętą inteligencją. Wspólne rozmowy obydwu panów dla mnie były najlepszymi momentami tego filmu, gdzie wyciągają wnioski i prowadzą dyskusję. Warto też wspomnieć o drobnych rolach Timothy’ego Spalla (dyrektor Thayer), Toby’ego Jonesa (małomówny dr Marquis) czy bardzo wyrazistej Gillian Anderson (pani Marquis).

„Bielmo” jest kolejnym dowodem na bardzo nierówną formę reżysera Scotta Coopera. Ewidentnie trudno odmówić mu wyrafinowanej formy czy mierzenia się z różnymi gatunkami, ale brakuje świeższego spojrzenia na ten gatunek. Nie mogę jednak odmówić temu świetnie budowanego klimatu oraz mrocznej atmosfery, ale czy to przekona do siebie widzów?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mindhunter – seria 2

Kolejne spotkanie z „Łowcami umysłów”, czyli serialem o początkach Wydziału Behawiorystyki FBI. Agenci Holden i Tench nadal prowadzą rozmowy z seryjnymi mordercami, by móc łatwiej ich złapać pod nadzorem dr Wendy Carr. Nadal jednak ich praktyki trochę są traktowane z pewnym dystansem wobec reprezentantów wymiary sprawiedliwości (policja, prokuratura). Jednak pojawia się szansa na wykorzystanie zdobytej wiedzy w praktyce – w Atlancie dochodzi do zaginięć i morderstw dzieci.

Początkowo w tym sezonie reżyserzy (David Fincher, Andrew Dominik i Carl Franklin) wydają się podążać znajomym schematem poprzedniej serii. Czyli przeplatanki życia prywatnego naszej trójki bohaterów z przesłuchaniami kolejnych seryjnych morderców. ALE tutaj jakby większy nacisk jest na prywatne życie Tencha oraz dr Carr. Ten pierwszy mierzy się z powoli rozsypującą się rodziną (chodzi tu o syna, który wskutek pewnego drastycznego wydarzenia niejako cofa się w rozwoju), z kolei ona poznaje potencjalną partnerkę – Kay (Lauren Grazier). Tutaj udaje się zachować równowagę między dramatem obyczajowym a thrillerem i kryminałem. Cały czas czuć napięcie podczas rozmów z seryjnymi mordercami (David Berkowitz, Elmer Wayne Henley Jr.), wraca nawet stary znajomy Kemper (na jedną scenę) i pojawia się sam Charles Manson. Ale tak jest przez pierwszą połowę serialu.

Bo ostatnie cztery odcinki odsuwają kwestię rozmów na dalszy plan, kiedy nasi agenci zostają wysłani do Atlanty. I tutaj „Mindhunter” błyszczy najmocniej. Nasz duet agentów zostaje wsparty przez tamtejszego agenta Jima Barneya. Sprawa jednak jest więcej niż tylko delikatna. Same ofiary są czarnoskórymi dziećmi, więc podejrzany wydaje się oczywisty – Ku Klux Klan. Tutaj zaczyna też dochodzić do tarć między Holdenem a Tenchem – pierwszy z obsesją na punkcie profilu, drugi przytłoczony brakiem równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. To jest jedno źródło problemów, ale nie jedyne. Wrogie nastawienie „czarnej” społeczności do władz, ominięcie kilku istotnych świadków i tropów, nieufność policji wobec dziwnych, biurokratyczne procedury, niedoświadczeni policjanci. Jeszcze w grę wchodzi polityka, bo to rok 1980 i powoli zbliżają się wybory – chaos, panika, zamieszanie, wściekłość mieszkańców. Ten wątek błyszczy najmocniej, gdzie czuć tutaj bezsilność śledczych kolejnymi poszlakami prowadzącymi donikąd oraz furię rodzin ofiar (mocna scena przemówienia burmistrza w kościele). A wszystko kończy się bardzo słodko-gorzkim finałem, który zostanie na długo. Jest on tym bardziej frustrujący, że Netflix skasował ten serial.

Bo jest tutaj kilka kwestii otwartych (m. in. pojawiający się często na początku odcinka tajemniczy serwisant ATD, który wydaje się być fetyszystą w damskich ciuchach), które nadal pozwalały na eksplorację tego tematu. Twórcy nie idą ku robieniu z tego jakiegoś sensacyjnego dreszczowca, zdominowanego przez akcję, pościgi, strzelaniny itd. (jak w pierwszej serii). To powolny, lecz nadal niepokojący tytuł, pozwalający wejść do najmroczniejszych zakamarków ludzkiego umysłu. Fantastycznie wykonany, napisany, zagrany – absolutnie flagowe dzieło Netflixa, które znać trzeba. Kropka.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski