Misja na Marsa

Brian De Palma wielokrotnie pokazywał jak łatwo odnajdował się w każdej konwencji gatunkowej: od thrillera przez kryminał po kino akcji. Ale w 2000 roku postanowił zaryzykować i zrealizować film SF z relatywnie sporym budżetem (100 milionów dolców), znanymi twarzami oraz sporymi ambicjami. Jednak efekt jest co najmniej… dziwaczny oraz trudny do rozgryzienia.

„Misja na Marsa” zaczyna się w roku 2020, kiedy ma zostać wysłana pierwsza misja kosmiczna na Marsa pod dowództwem Luke’a Grahama (Don Cheadle). Udaje się zbudować stację oraz podjąć próby eksploracji planety. Zespół trafia na dziwną konstrukcję, mogącą potencjalnie zawierać wodę. Okazuje się jednak, że za nią znajduje się… coś metalicznego, odkryte przez radar. Jednak większe nasilenie dźwięku maszyny doprowadza do burzy piaskowej, doprowadzając do zabicia trójki astronautów, zaś los czwartego pozostaje tajemnicą. NASA decyduje się wysłać ekipę ratunkową, by zbadać co się stało. Grupę tworzą przyjaciele Luke’a: dowódca Woody Blake (Tim Robbins), jego żona Terri (Connie Nielsen), cierpiący po śmierci żony Jim McConnell (Gary Sinise) oraz technik Phil Ohlmyer (Jerry O’Connell).

Sam punkt wyjścia był bardzo obiecujący. De Palma mocno tutaj czerpie z „2001: Odysei kosmicznej” na poziomie designu statków kosmicznych, ale także próbując głębiej sięgnąć. Problem jednak w tym, że scenariusz wydaje się niby mądry i sprytny, lecz tylko udaje głębię. Jak to u De Palmy, nie brakuje tutaj długich ujęć (początkowa impreza w domu, moment odpalenia statku przed Marsem) oraz budowania napięcia (dotarcie załogi do statku z zapasami czy pierwsze uderzenie burzy piaskowej). Jeszcze bardziej uderza tu tempo – zadziwiająco wolne i spokojne, nawet w scenach opartych na napięciu, by w trzecim akcie lekko przyspieszyć, zostawiając po sobie masę pytań oraz ogromną konsternację. To miało być jak „2001: Odyseja kosmiczna”, a skończyło się jak wariacka teoria Daenickena. I sam nie do końca wiem, co o tym myśleć.

Jest to nawet solidnie zagrane. Najwięcej emocjonalnego ciężaru wręcz Gary Sinise jako McConnell, będący mieszanką opanowania i inteligencji. Co najbardziej widać w momencie, gdy na statku zaczyna spadać ciśnienie, a on decyduje się… nie zakładać hełmu ani butli z tlenem. Nie wiem, czy to miało pokazać jego poświęcenie albo silną wolę, ale mnie to uderzyło. Swoje robi też trzymający klasę Tim Robbins oraz w mniejszej rólce Don Cheadle. Za comic relifa (niezbyt dobrego) wciśnięty jest Jerry O’Connell, jednak on najmniej zapada w pamięć.

„Misja na Marsa” była filmem, po którym kariera Briana De Palmy mocno się posypała i nigdy nie odzyskała swojego blasku. Spory budżet, efekty specjalne oraz świetna strona wizualna nie są w stanie przykryć poszatkowanego, dziwacznego scenariusza. Do oglądania na własną odpowiedzialność.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Cinema verite

Jakaż ta telewizja jest podła, okrutna i żerująca na najniższych instynktach – powtarzało się to zdanie, kiedy jeszcze to medium miało wielką siłę. Kiedy były kontrowersyjne programy pokroju Jerry’ego Springera czy reality show obecne u nas na początku XXI wieku. Prawda jednak jest taka, że obrzydliwsze oblicze telewizji (przynajmniej w USA) pokazywało już dużo wcześniej. Co pokazuje m.in. nakręcony dla HBO film „Cinema verite”.

Wszystko zaczęło się w 1971, kiedy producent Craig Gilbert (James Gandolfini) wpadł na pomysł produkcji dokumentalnej. Miało ona obserwować zwykłą amerykańską rodziną w formie odcinkowego serialu. Bez ingerencji od strony ekipy czy producenta. Udaje się znaleźć odpowiednich kandydatów, czyli rodzinę Loudów. Matka (Diane Lane) to kobieta wyzwolona i pewna siebie, ojciec (Tim Robbins) głównie pracuje w firmie, rzadko przebywając w domu, jest jeszcze trzech synów (najstarszy, bardzo wyzwolony Lance oraz dwóch chłopaków marzących o karierze rockowej) oraz dwie córki. Sporo osób, prawda? Pozornie wszystko wydaje się idealnie, ale powoli ekipa zaczyna zauważać pewne pęknięcia w tym obrazku.

Do filmu podchodziłem ze sporymi oczekiwaniami, ze względu na realizatorów. Czyli reżyserski duet Shari Springer Bergman/Robert Pulcini odpowiedzialny za znakomite „American Splendor”, a ostatnio pracujący przy serialach jak „Sukcesja”. Z kolei scenariusz to robota Davida Seltzera znanego ze skryptu do „Omenu”. Wszystko zrealizowane w dość nietypowy (czyli kreatywny) sposób, gdzie przeplatane są archiwalia (także z programu „An American Family”) oraz sytuacje niejako zza kulis. Nawet nie chodzi o to, że kamera obserwuje rodzinę i początkowo nie są w stanie zachować się swobodnie. Czyli nie patrzeć na nią, nie rozmawiać z realizatorami.

Ale problemy zaczyna się w chwili, gdy producenci grozą Gilbertowi wycofaniem funduszy. Dlaczego? Bo nic interesującego się nie dzieje, brakuje emocji, „mięsa”. Więc co należy robić? Gilbert zaczyna bardziej naciskać na swoich współpracowników, by filmowali i podążali za bohaterami podczas kłótni czy pokazania rzeczy mniej wygodnych. Tutaj dotyczy to najstarszego syna, Lance’a (Thomas Dekker), który mieszka na Manhattanie i nie wstydząc się swojej homoseksualności, który zostaje także sfilmowany w Paryżu. Jeszcze ciekawiej robi się jak głowa rodziny wyrusza z naszym producentem poza miastem. Chodziło o zaprezentowanie producentowi pewnej podobno zdolnej kobiety. To zdarzenie stanie się zapalnikiem, mogącym rodzinę wysadzić od środka.

Cała ta historia wydaje się pokazywać dwie istotne kwestie. Po pierwsze, co to znaczy być „amerykańską rodziną”? I czy istnieje taki „idealny” przykład takiej rodziny? Odpowiedź na to wydaje się być prosta: nie ma. Każdy ma pewne swoje niedoskonałości, ale pytanie jak bardzo to niszczy/scala rodzinę. Jednak obecność kamer potrafi wszystko jeszcze bardziej podkręcić. I tu pojawia się kolejne pytanie: gdzie jest granica? Co wolno filmować, a co powinno zostać poza jej okiem? Jak wiele kamera/montaż mogą zniekształcić lub przefiltrować każdą postać? Uczynić z niej karykaturę na podstawie tylko wycinka albo wypaczyć. I to pokazuje niebezpieczną siłę telewizji, która kreuje rzeczywistość zamiast pokazywać.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane przez przewodzące trio: Diane Lane-Tim Robbins-James Gandolfini. Każde z nich stworzyło o wiele bardziej złożone postacie niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Zapracowany mąż, bardzo empatyczny producent oraz mająca wszystko na głowie inteligentna żona. Wrażenie zrobiła na mnie Lane, zwłaszcza odkrywając i konfrontując się ze swoim mężem. Także Gandolfini bardzo przekonująco balansuje między empatycznym człowiekiem a manipulantem. Jedyny problem mam taki, że reszta dzieci (poza Lance’m) zostaje zepchnięta do roli tła. Bo chciałoby się poznać ich perspektywę na całą sytuację.

„Cinema verite” jest bardzo (a nawet więcej) solidnym filmem o telewizji, kiedy jeszcze traktowali to medium dość pobłażliwie. Jak jeszcze telewizja nie pokazywała swej mrocznej, bardziej złowieszczej strony, która eksplodowała przez kolejne dekady. Nadal mocna rzecz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Drabina Jakubowa

Jacob Singer jest weteranem wojny w Wietnamie, który po ciężkich ranach wraca do cywila. Pracuje jako listonosz, ma śliczną i charakterną dziewczynę, czasem odwiedza kręgarza z powodu bólu pleców. Jednocześnie nawiedzają go koszmary. Jednak nie chodzi tylko o przebitki z wojny, ale też koszmary dziejące się na jawie. Tajemnicze istoty ze zdeformowanymi twarzami, jakieś jaszczurze ogony. Czyżby Singer dostawał obłędu?

Adrian Lyne to reżyser kojarzony głównie z filmami o zabarwieniu erotycznym. Ale w 1990 roku nakręcił film bardzo niepodobny do całego swojego zbioru. „Drabina Jakubowa” to psychologiczny horror skupiony na człowieku, który nie jest w stanie odróżnić jawy od snu, prawdy od urojeń. Reżyser też nie ułatwia nam sprawy, bo granica między dwoma światami zaciera się. Jest wręcz bardzo płynna, co jest zasługą świetnego montaż oraz bardzo spójnych stylistycznie zdjęć. Co jest przyczyną tych dziwnych wizji? Stres pourazowy, tajemniczy wojskowy eksperyment? A może coś zupełnie innego? Z każdą kolejną minutą wydaje się, że odpowiedź albo będzie bardzo prosta, albo nie będzie jej w ogóle. Logika robi sobie tutaj wolne, a wszystko podporządkowane jest symbolice oraz budowaniu aury tajemnicy. I dopiero w finale docieramy do sedna, choć dla wielu osób może on wywołać ból głowy. Lecz uwierzcie mi, wszystko wtedy nabierze sensu, zaś pewne poszlaki są porozrzucane i nie zawsze powiedziane wprost.

A gdzie tutaj jest groza? Lyne prezentuje ją zarówno w postaci zagubionego, pokręconego umysłu Jacoba (fenomenalny Tim Robbins). Raz jest w Wietnamie, raz u boku swojej dziewczyny (zjawiskowa Elizabeth Pena), a raz ze swoją byłą żoną oraz dziećmi. Mindfuck będziecie mieli gwarantowany, a sytuację podkręcają jeszcze momenty obecności demonów. Mocno zniekształcone twarze, czasem z głową tak bardzo w ruchu, że nie widać twarzy. Najbardziej jednak zapada w pamięć scena, kiedy Jacob przypięty do noszy, trafia do szpitala oraz kiedy Jacob ma wysoką gorączkę i jest chłodzony lodem w wannie. Autentycznie przerażające sceny.

Więcej wam nie zdradzę, ale po latach i drugim seansie dzieło Lyne’a jeszcze bardziej ryje banię. Jeden z niewielu przykładów horroru psychologicznego, gdzie finałowi twist nie psuje przyjemności z kolejnego seansu, lecz pozwala uważniej połączyć elementy układanki.

8/10

Radosław Ostrowski

Mroczne wody

Czy wiecie, co to jest PFOA albo C-8? Pewnie ten skrót nic nie mówi? A może teflon? Już chyba bliżej, bo z tego robi się m.in. patelnie, buty czy farbę. Mało kto jednak wiedział, że ten związek nie tylko jest nie do zniszczenia, ale może też człowieka zabić. I nie tylko człowieka, ale każdy żywy organizm po kontakcie ze sobą. jedną z film, które ukrywały ten fakt była korporacja DuPont. Oni jednak posunęli się o krok i ten zabójczy związek umieszczał w jeziorze, rzekach, niszcząc środowisko oraz trując tysiące nieświadomych niczego ludzi. O sprawie nikt by się nie dowiedział, gdyby nie pewien uparty farmer, który stracił całe stado krów. Zdecydował się skontaktować z prawnikiem Robertem Billotem, który – początkowo niechętnie – przygląda się sprawie bliżej. Jest rok 1998.

mroczne wody1

Film zaangażowane społecznie nie są zbyt popularne i nie zarabiają kupy kasy. Jednak Todd Haynes postanowił zaryzykować, wykorzystując prawdziwą historię walki z potężną korporacją. I otrzymaliśmy krzyżówkę „Spotlight”, „Zodiaka” oraz „Adwokata”. Innymi słowy, jest dochodzenie, walka z korporacją pełna kruczków prawnych, śledczy (tutaj prawnik) z kompletną obsesją sprawy oraz bardzo wolne działanie systemu. Reżyser bardzo dokładnie przygląda się całej tej sprawie, której szczegóły mogą zjeżyć włos na głowie. Jeszcze bardziej przeraża fakt pewnego rodzaju bezsilności, bo wielka firma nie zamierza się poddać. Mając bardzo duże fundusze, może zrobić wiele rzeczy w celu opóźnienia sprawy: zawalenie dokumentami, powołanie zespołu naukowego, by przed procesem ustalić dopuszczalne normy zatrucia. I mimo dość wolnego tempa, potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować.

mroczne wody2

Jeszcze bardziej zaskakuje tutaj klimat. Wszystko jest w stonowanych kolorach, wydaje się bardzo melancholijne. Zupełnie jakby nadzieja coraz bardziej słabła, zaś szansę na wygraną z roku na rok maleją. Nadal wrażenie robią sceny pokazujące jakie konsekwencje w życiu prywatnym. Bo ciężko jest wytrzymać z człowiekiem, który poza sprawą wydaje się kompletnie nieobecny. I to wszystko jest w stanie działać, nawet w pozornie nudnych momentach. Niby to widzieliśmy wcześniej, ale Haynes potrafi wciągnąć, zaangażować oraz zmusić do myślenia.

mroczne wody3

No i jak to jest zagrane. Absolutnie znakomity jest Mark Ruffalo jako Billot, tworząc bardzo wyciszonego, ale zdeterminowanego adwokata. Może sprawia wrażenie grającego na jednej minie, jednak nie dajcie się zwieść. W tych oczach i tikach widać o wiele więcej niż się wydaje, zwłaszcza w chwilach bezsilności. Na drugim planie też jest świetnie, nawet drobne role są bardzo wyraziste. Ale skoro ma się takich aktorów jak Bill Pulman (Harry Dietzler), Bill Camp (Wilbur Tennant) czy bardzo zaskakująca Anne Hathaway (pani Billot). Największą niespodzianką dla mnie okazał się dawno nie widziany Tim Robbins jako szef. Niby drobna rola, ale potrafi zawłaszczyć każdą scenę i nadal potrafi pokazać siłę.

Smutnym faktem jest to, że film przeszedł praktycznie bez echa, zaś u nas w ogóle nie miał dystrybucji. Haynes pokazuje, iż nawet w gatunku thrillera prawniczego potrafi stworzyć coś bardzo wyrazistego. Mimo spokojnego tempa, potrafi walnąć obuchem w łeb i zmusi do zastanowienia.

8/10

Radosław Ostrowski

Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Marjorie Prime

Wyobraźcie sobie świat, gdzie dla ludzi zaczynają tworzyć hologramowe wersje ludzi zwane Prime. One pomagają radzić osobom z Alzheimerem. Tak jak w przypadku Marjorie – bardzo niemłodą kobietą, zaś jej towarzyszy Walter, czyli hologramowa wersja jej zmarłego męża. Kobieta ma też córkę Tess – niezbyt wielką fanką nowoczesnej technologii – oraz jej zięcia Jona.

marjorie_prime1

Niby niepozorny film SF, który skupiony jest na rozmowie dwojga bohaterów. Ale dla Michaela Almayedę ten tytuł staje się pretekstem do dyskusji. I nie chodzi tu tylko o wykorzystywanie sztucznej inteligencji, ale w ogóle o pamięć, wspomnienia. Tego, co możemy zrobić z nimi, czy możemy pewne rzeczy zapomnieć, przeinaczyć dla dobra najbliższych. Nie ważne, czy mówimy o cierpiącej na Alzheimera staruszce, niepogodzonej ze stratą córką czy samotnym mężczyźnie po odejściu żony. Samo tempo przypomina żółwia pędzącego w maratonie, ale wymaga to skupienia, bo łatwo można przeoczyć pewne detale, zagubić się w niektórych sytuacjach, a pewne sytuacje mogą być mętne. Uderza tutaj pewna ascetyczność realizacyjna, bez wielkich fajerwerków, popisów operatorskich czy zabawy montażem. Aczkolwiek pojawiają się pewne retrospekcje (elegancko wplecione w całą opowieść), dodające wiarygodności, zaś w tle gra bardzo intensywna muzyka Miki Levi.

marjorie_prime2

Wszystko jest tutaj oparte na dialogach, rozmowach, gdzie poznajemy zarówno interakcje między postaciami oraz powolnym odkrywaniu kto jest kim w tym świecie. Przez to reżyser parę razy potrafi zaskoczyć, zmusić do pewnego zastanowienia się. Nie tylko nad technologią oraz sposobem wykorzystywania jej, ale tego jak nasze wspomnienia mogą być modyfikowane (finałowa rozmowa), by ochronić innych, dać szczęście, radość. Widać to w drobnych gestach, spokojnej reżyserii oraz wielu poruszających scenach.

marjorie_prime3

A całość jest fantastycznie zagrana. I nie ważne, czy mówimy o Jonie Hammie (Walter), Lois Smith (Marjorie – zarówno starsza, jak i… troszkę inna), przypominająca o sobie Geena Davis (Tess) lub absolutnie wybijający się Tim Robbins (Jon), każdy z tej postaci wyciska ze swoich ról soki. Zwłaszcza ten ostatni jako pełen empatii, życzliwości mężczyzna weryfikujący swoje przekonania podczas rozmowy z hologramem swoje żony, rozsadza ekran. Nie potrafię tego wyrazić słowami.

„Marjorie Prime” jest przykładem kameralnego, wyciszonego SF, gdzie efekty specjalne nie są tutaj najważniejsze. Tutaj kwestie bardzie filozoficzno-etyczne wybijają się na pierwszy plan, rozmowy oraz obserwowanie ludzi. Niby nic wielkiego, ale ma w sobie to słynne coś.

7/10 

Radosław Ostrowski

Rzeka tajemnic

Boston. W tym mieście żyło sobie trzech chłopców mocno z sobą zżytych – Jimmy, Sean i Dave. Jednak pewnego dnia, gdy pisali swoje imiona na świeżym betonie, pojawił się policjant i zabrał Dave’a. po trzech okazało się, że to był pedofil, bo chłopakowi udało się zwiać. 25 lat później losy oddalonej od siebie trójki bohaterów znów się łączą z powodu morderstwa 19-letniej dziewczyny. Jimmy jest jej ojcem, Sean prowadzi śledztwo, a Dave staje się obiektem zainteresowania policji.

rzeka_tajemnic1

Dennis Lehane jest uznanym i bardzo cenionym autorem kryminałów, które cieszyły się dużą popularnością. Ale to nazwisko nie mówiło mi nic, dopóki nie usłyszałem o planowanej adaptacji jednej z książek przez samego Clinta Eastwooda. Doświadczony reżyser pokazał, że nie zgubił swojej formy i nakręcił mroczny i ponury kryminał. Boston jest tutaj miejscem pełnym przestępczości oraz mrocznych tajemnic, które odciskają piętno na wszystkich. Pozornie historia toczy się dość oczywistym torem (mylne tropy, wiele znaków zapytania), jednak nie ma tutaj miejsca na nudę, a prosta, niemal dokumentalna realizacja działa tutaj na plus. Zagadka jest tylko pretekstem do pokazania, jak jedno zdarzenie naznacza piętnem wszystkich. Łamigłówka jest tutaj prowadzona poniekąd przy okazji, ale wciąga i próbujemy odkryć sprawcę. Mógłbym powiedzieć troszkę więcej, ale nie wolno tutaj zdradzać zbyt wiele, jednak dostajemy tutaj zarówno wiarygodne psychologicznie postaci, bardzo ponury, niemal fatalistyczny klimat oraz kilka trzymających za gardło scen (odnalezienie zwłok czy finał).

rzeka_tajemnic2

Sam Clint ma mocną rękę do obsady, ściągając same uznane nazwiska. Sean Penn tylko potwierdza, że jest jednym z najciekawszych aktorów swojego pokolenia, bardzo umiejętnie balansując między cierpieniem, a żądzą zemsty (próbuje na własną rękę znaleźć sprawę), mając kontakty z półświatkiem, dzięki swojej przeszłości. Ale tak naprawdę szoł mu ukradli dwaj partnerzy – Kevin Bacon i Tim Robbins. Ten pierwszy znakomicie sobie poradził z rolą detektywa, próbującego ustalić sprawcę (i robi to tak jak każdy gliniarz) i jednocześnie zmaga się ze swoją żoną, nieustannie dzwoniącą przez telefon. Z kolei Robbins genialnie pokazuje człowieka zniszczonego przez traumę – jest wyciszony, niemal wycofany, ciągle przerażony. Tak naprawdę to dziecko w ciele dorosłego mężczyzny – słaby i niestabilny psychicznie, rola w pełni zasługująca na Oscara.

rzeka_tajemnic3

Nie sposób też nie wspomnieć o paniach, które tutaj działają albo jako silne, twarde osobowości (Annabethe Markum w wykonaniu Laury Linney) albo doprowadzające do śmierci. Taka jest Celeste Boyle (mocna Marcia Gay Harden), która kocha swojego męża, jednak coraz bardziej zaczyna się go bać. Te dwie żeńskie role zapadają w pamięć mocno, choć mają mniej czasu na ekranie od panów.

rzeka_tajemnic4

„Rzeka tajemnic” to powrót Eastwooda do zwyżkowej formy i jednocześnie jeden z pierwszych klasyków kina XXI wieku, w którym ciągle można coś odnaleźć. Mroczne, tajemnicze i bardzo poruszające kino, wobec którego nie można przejść obojętnie. Jesteście gotowi na wycieczkę?

rzeka_tajemnic5

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Wojna światów

Ray Ferrier jest zwykłym robotnikiem pracującym w porcie. Po rozwodzie kontakt z dziećmi ma tylko w weekendy. I ten jego dość spokojny dzień zostanie przerwany przez dość dziwną burzę, z której wychodzą trójnogie maszyny. A ich celem jest eksterminacja całej ludzkości.

wojnaswiatow1

Steven Spielberg od lat kojarzy się z kinem SF. Tym razem postanowił uwspółcześnić klasyczna powieść Herberta George’a Wellsa o ataku kosmitów na Ziemię. Oczywiście, obcy kolejny raz zaatakują Amerykę (bo na niej skupia się prawie cała akcja), jednak szala zwycięstwa wydaje się przejść na stronę przybyszów, których żadna broń nie jest w stanie zniszczyć. Widać pewną rękę reżysera w prowadzeniu opowieści i budowaniu napięcia prostymi środkami, co widać zarówno w scenie pierwszego ataku trójnogów czy w kryjówce u byłej zony Raya. Całość jest bardzo mroczna, choć twórcy unikają jak ognia pokazywania brutalności i przemocy. Ale wizja niszczonego świata i opustoszałej ludzkości buduje klimat samotności, opuszczenia i bezsilności. Samo rozwiązanie i finał niczym nie zaskakują, ale całość jest naprawdę solidna i bardzo dobrze się to ogląda – to widowisko takie, jakie być powinno.

wojnaswiatow2

Niestety, jeśli chodzi o grę aktorską już tak dobrze nie jest. Tom Cruise próbujący zerwać z maską superherosa w zdesperowanego i nieradzącego sobie w roli ojca faceta wywołuje co najwyżej niechęć, a grająca córka Dakota Fanning na początku jest nawet zabawna, ale jej krzyki i piski rozdrażniłyby nawet świętego. Jedynym aktorem wybijającym się z reszty dość przeciętnego aktorstwa jest świetny Tim Robbins w roli Harlana Ogilvy’ego, który próbuje podjąć walkę z kosmitami. Cała reszta nie zwraca na siebie uwagi.

wojnaswiatow3

„Wojna światów” potwierdza świetną rękę Spielberga do tworzenia niepokojących wizji i budowania suspensu. Jednak cała reszta nie robi już aż takiego wrażenia. Po prostu solidna, rzemieślnicza robota.

7/10

Radosław Ostrowski