Tajemniczy zamaskowany jeździec znikąd to postać znana w USA dzięki słuchowisku radiowemu z lat 30-tych. Ale jak wiadomo, prędzej czy później wszystko pójdzie na duży ekran i „Jeździec znikąd” tez musiał się tam znaleźć. Ale po kolei.
Głównym bohaterem jest młody prokurator John Reid, który przybywa w rodzinne strony po ukończeniu prawa. Jednak zostaje wplątany w odbicie więźnia Butcha Cavendisha. Razem z bratem, miejscowym szeryfem rusza w pościg, jednak wpadają w zasadzkę i wszyscy giną. No, prawie wszyscy. John zostaje ocalony przez Indianina Tonto, który ma z Cavendishem rachunki do wyrównania. Proste? Nie do końca.

Ta pokręcona historia zrobiona przez Gore’a Verbinskiego to przede wszystkim hołd westernom Sergio Leone, ze szczególnym wskazaniem na „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (cytowana scena oczekiwania na pociąg) oraz typowymi ujęciami dla tej konwencji (latające ptaki jako zły omen). Technicznie trudno się przyczepić, kilka scen jest genialnych (finałowa konfrontacja w pociągach), odrobina humoru głównie dzięki kontrastom bohaterów, ale czułem się mocno rozczarowany. Dlaczego? Po pierwsze, film trwa za długo, zaś intryga już mniej więcej w połowie staje się łatwo czytelna, co wywołuje tylko znużenie. Po drugie, jak na rozrywkowy film spod znaku Disneya jest bardzo brutalna (ostatnia szarża Komanczów pod ostrzałem karabinów czy wycinanie serca), co w zderzeniu z lekkością i raczej rozrywkowym charakterem filmu wywołuje duży zgrzyt i poważny kontrast. To mocno psuje frajdę z oglądania filmu, a scenariusz jest wręcz przeładowany i przedobrzony.
Sytuację próbują ratować aktorzy i wychodzi im to całkiem nieźle. Grający tytułową rolę Arnie Hammer całkiem przyzwoicie sobie radzi jako prawy, dzielny i naiwny John Reid, który brzydzi się przemocą. Z kolei Johnny Depp pod tonami charakteryzacji nie przynudza, zaś jako Tonto bywa zabawny, uroczy, ale i poważny. Udaje się uniknąć cienkiej linii przerysowania i parodii. Obaj panowie razem działają naprawdę sprawnie. Z kolei drugi plan jest znacznie ciekawszy, z wybornym Williamem Fichtnerem jako bandytą Cavendishem, który jest paskudny (nie chodzi tu tylko o wygląd). Przeciwieństwem jest elegancki Tom Wilkinson, czyli bandzior w rękawiczkach oraz Barry Pepper (kapitan kawalerii).

„Jeździec…” nie jest tak tragicznym filmem jak mówili o nim krytycy, ale do najlepszych produkcji Verbinskiego sporo brakuje. Czuć pewne zmęczenie materiału, zgrzyty czy nudę, ale jest parę mocnych scen-pereł oraz kawał solidnego aktorstwa, który trochę rekompensuje to wszystko.
6/10
Radosław Ostrowski



