Mission: Impossible – Ghost Protocol

Seria Mission Impossible miała swoje wzloty i upadki. Jedynka była klasycznym thrillerem szpiegowskim w eleganckim stylu, przypominając kino z lat 60. Mocno rozczarowała dwójka, będąca absolutnym przeciętnym akcyjniakiem, pozbawionym napięcia oraz zaangażowania. Sytuację próbowała ratować trójka, niejako wracając do korzeni. Ale na następną cześć trzeba było czekać aż na pięć lat. Tym razem za kamerą stanął Brad Bird, który najbardziej znany był z animacji Pixara. Czy „Ghost Protocol” był w stanie podołać oczekiwaniom?

mission impossible 4-1

Sam początek to więzienie w Moskwie, gdzie znajduje się… Ethan Hunt. Dlaczego tam trafił? Co tam robił? Na razie nie jest to istotne, a najważniejsze jest wyciągnięcie superagenta przez komórkę IMF. Cała akcja kończy się sukcesem, ale następne zadanie jest o wiele poważniejsze: zostały skradzione kody nuklearne przez terrorystę o pseudonimie Kobalt. By znaleźć informacje na jego temat, ekipa w składzie: Hunt, Benji (teraz przeszkolony na agenta terenowego) oraz agentka June Carter musi zinfiltrować Kreml. Problem w tym, że cała akcja kończy się wysadzenie budynku, zaś IMF zostaje o to obwinione. Ekipa, do której dołącza analityk William Brandt zostaje odcięta od centrali i by powstrzymać Kobalta, jest zdana tylko na siebie.

mission impossible 4-2

Reżyser decyduje się niejako wywrócić całą konwencję cyklu do góry nogami, gdzie niemal wszystko wykonywał agent Hunt/Tom Cruise, zaś reszta ekipy stanowiła tylko drobny dodatek (może poza Benjim w trójce). Tutaj znacznie większy nacisk pozostaje na interakcję między ekipą, która musi się zgrać ze sobą. Dodatkowo ich największym przeciwnikiem nie jest – wbrew pozorom – terrorysta, chcący wysadzić kawałek świata z bomby jądrowej. Tutaj wrogiem jest ciągle tykający czas oraz technologia, który niemal cały czas lubi się psuć. A to maszynka do robienia masek odmawia posłuszeństwa, rękawica do przyklejania się dostaje kociokwiku, a nawet automat z zadaniem, mający dokonać autodestrukcji nie odpala się. To jeszcze bardziej podkręca napięcie i powoduje, że film ogląda się z jeszcze większym zaparciem. Także sceny akcji wyglądają naprawdę widowiskowo: od „spacerku” po najwyższym budynku świata (by włamać się do ich komputerów) przez pościg podczas burzy piaskowej aż po finałową konfrontację, gdzie każdy członek ekipy ma swoje zadanie.

mission impossible 4-3

Jedynym problemem jest tak naprawdę nijaki antagonista z nieciekawą motywacją. I nawet angaż Michaela Nyqvista nie był w stanie tego uratować. Ale to jedyny słaby punkt obsadowy. Cruise jest typowym Cruisem, jednak bardziej wyciszonym, bez momentów, gdzie puszczają mu nerwy. Tutaj jest troszkę bardziej mentorem, starającym się zachować porządek w grupie. Simon Pegg także się sprawdza i ma szansę wykazać się w scenach akcji. Dla mnie jednak największym wzmocnieniem są Paula Patton oraz Jeremy Renner, których postacie mają swoją (dość mroczną) przeszłość oraz motywacje, tworząc bardzo silne wsparcie dla ekipy.

mission impossible 4-4

I powiem szczerze, że dla mnie „Ghost Protocol” jest najlepszą częścią cyklu, która wywraca całą dotychczasową formułę do góry nogami. Sama intryga nadal jest pretekstowa dla tego typu kina, jednak realizacja jest pierwszorzędna. No i jest większy nacisk na relację, przez co zamiast „Tom Cruise ratuje świat” mamy „Tom Cruise z kolegami ratuje świat”. Niby drobiazg, ale zmienia wszystko.

8/10

Radosław Ostrowski

Wzbierająca burza

Ileż było portretów Winstona Churchilla na małym i dużym ekranie? Ostatnio był choćby „Czas mroku” z niesamowitą kreacją Gary’ego Oldmana, lecz ja przypomnę pewną skromną produkcję telewizyjną od stacji HBO z roku 2002. Wszystko zaczyna się w roku 1934, kiedy Churchill został odstawiony na boczny tor. Partia go nie znosi (bo już ją zdradził) i izoluje, mieszka poza Londynem na prowincji, gdzie próbuje pracować nad książką o swoim przodku, lordzie Marlborough. Poza tym, próbuje dbać o swój majątek, maluje obrazy i chce jeszcze wpłynąć na sytuację polityczną Indii. Problem jednak w tym, że jego słowa odbijają się niczym o ścianę. Jednak nasz polityk skupia się na innym zagrożenie, jakiego nikt nie dostrzega – nazistowskie Niemcy, zaczynające łamać postanowienia traktatu wersalskiego. Churchillowi udaje się zyskać informacje od pewnego urzędnika MSZ.

wzbierajaca_burza1

Reżyser Richard Loncraine nie próbuje robić laurki premiera, ale skupia się bardziej na jego życiu prywatnym niż politycznej karierze czy walce. Co w przypadku tej postaci jest dość odświeżające i pozwala zdjąć ją z pomnikowego wizerunku. Sama fabuła skupia się na dwóch wątkach: relacji Winstona z żoną oraz współpracy polityka z Ralphem Ingramem, który przekazuje mu tajne raporty na temat Niemiec. Meldunki te ignorowane przez rząd Baldwina, stają się dla Churchilla szansą nie tylko do ostrzeżenia swoich krajan, ale także powrotem do politycznego życia. Obydwa te wątki zgrabnie się przecinają i dają szansę do pokazania bardziej ludzkiej twarzy przyszłego premiera.

wzbierajaca_burza2

Mimo, że znamy przebieg wypadków, film potrafi wciągnąć. Reżyser spokojnie opowiada znaną historię, jednocześnie potrafią pokazać jak bardzo ludzie przy władzy (nie bez przyczyny) zachowywali się wobec Hitlera tak, jak się zachowali. Tylko, czy obawa przed konfrontacją jest dobrym powodem do tych działań? Do zachowywania bierności oraz strachu? Historia dała już odpowiedź. Wszystko podane jest z humorem, zrealizowane solidnie, by pod koniec troszkę patosem przypieprzyć (troszkę za bardzo). Ale film ogląda się naprawdę dobrze, w czym pomaga dobrze napisany scenariusz oraz porządna realizacja.

wzbierajaca_burza3

Na wyższy poziom film wznosi aktorstwo. Churchilla gra Albert Finney i jest znakomity. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje kilogramów charakteryzacji, ale posiada tonę charyzmy. To nadal wyrazisty polityk, który nie boi się iść za swoimi przekonaniami, bywa choleryczny, humorzasty oraz pewny swoich racji. Ale jednocześnie jest to oddany mąż i lojalny przyjaciel. Świetnie partneruje aktorowi Vanessa Redgrave jako jego żona, która może i bywa potulna, ale potrafi też postawić na swoim (kwestia wyjazdu na parę miesięcy) i ujarzmić swojego męża. Choć na drugim planie nie brakuje świetnych aktorów jak Jim Broadbent, Tom Wilkinson czy Derek Jacobi, najbardziej wybija się Linus Roache w roli Ingrama. Jest to oddany urzędnik, który poważnie traktuje zagrożenie i w dobrej wierze zaczyna działać troszkę na granicy etyki, co wywołuje pewne wątpliwości. I to jest wygrywane bez cienia fałszu.

Jeśli ktoś spodziewał się przesłodzonej laurki dla Churchilla, to nie do końca ją tu znajdzie. „Wzbierająca burza” może i ma telewizyjny budżet, ale nie jest biedne, nudne kino. Spojrzenie na życie prywatne Churchilla pozwala zobaczyć tą postać z innej strony, zaś znakomity Finney przyciąga uwagę do samego końca.

7/10 

Radosław Ostrowski

The Happy Prince

Czy mówi wam nazwisko Oscar Wilde? Jeden z bardziej uznanych poetów, dramaturgów XIX wieku, lecz jego kariera załamała się kilka lat przed śmiercią z powodu pewnego procesu. Autor został skazany za sodomię na dwa lata, przez co został wygnany z kraju. „The Happy Prince” pokazuje ten ostatni okres życia autora, zrealizowany przez Ruperta Everetta.

happy_prince1

Aktor nie tylko zagrał Wilde’a, ale też film wyreżyserował oraz napisał scenariusz. Gdy poznajemy Wilde’a, przebywa w Paryżu, niczego już nie pisze, żyjąc w dość hedonistyczny sposób, mimo braku stałego źródła dochodów. Jednak stan jego zdrowia ciągle się pogarsza. Całość jest niemal jedną wielką retrospekcją okresu emigracyjnego: od bardzo drogich hoteli i prób literackiego powrotu aż do nędzy, samotności, żebrania niemal o pieniądze. A jednocześnie widać zwłaszcza na jego rodzinie (zostawił żonę i dwóch synów), jak mocno cała sytuacja się na nich odbiła. Powoli widzimy jak ten niebieski ptak coraz bardziej zaczyna gasnąć, mimo posiadania błyskotliwego umysłu. Reżyser próbuje się skupić na psychice bohatera, co najbardziej widać pod koniec filmu, kiedy Wilde zaczyna mieć zwidy. Problem jednak w tym, ze cała ta opowieść w „Happy Prince” nie należy do zbyt przystępnych, zdarza się wręcz męcząca. Nitka fabularna wydaje się dość wątła, przez co można odnieść wrażenie, jakbyśmy oglądali niemal te same sceny, przez co trudno jest w to wszystko się zaangażować.

happy_prince2

Ale muszę przyznać, że sam film wygląda więcej niż ładnie. Zdjęcia są z jednej strony potrafią zaimponować grą światłocienia, z drugiej bardzo naturalnym oświetleniem, tworząc wrażenie oglądania starych fotografii. Także scenografia (speluny, hotele, knajpy) i kostiumy robią bardzo dobre wrażenie, zaś pod koniec nawet montaż potrafi zaskoczyć.

Ale prawdziwą perła jest tutaj rola Everetta jako Wilde’a. I jest to kreacja absolutnie fenomenalna, gdzie niemal każdy gest, spojrzenie, wypowiadane słowo ma prawdziwą siłę rażenia, pokazując bardzo sprzeczne emocje swojego bohatera, który zmierza ku autodestrukcji. Od rozpaczy, bezradności po niemal porywające występy oraz opowiadanie historii. Aktor kompletnie dominuje nad całością, dając z siebie wszystko. Także drugi plan ma tutaj wiele do roboty z uznanymi nazwiskami (Colin Firth, Emily Watson, Tom Wilkinson), dodając sporo realizmu.

Nie mogę odmówić Everettowi, że jest to bardzo ambitna próba i opowiedzeniu o już dość znanej postaci dla brytyjskiej kultury. Może bywa czasem nużący, męczący oraz dość monotonny, niemniej sama kreacja Brytyjczyka jest bardzo silnym magnesem, który może zachęcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kłamstwo

Poznajcie Deborah Lipstadt – jest ona amerykańskim historykiem badającym kwestie Holocaustu. A jak wiemy, jest to fakt niepodlegający jakiemukolwiek ocenianiu czy podważaniu jak fakt, że Ziemia jest okrągła. Niemniej brytyjski historyk David Irving, który podważa istnienie Holocaustu, pozywa historyczkę o niesławienie. Proces ma się odbyć w Londynie, a nasza pani profesor podejmuje się przyjąć wyzwanie. Ale na miejscu okazuje się, że to ona będzie musiała udowodnić swoje racje, czyli wykazać, że istniał Holocaust i Irving celowo wpuszcza w maliny.

klamstwo1

Kiedy usłyszałem o czym miał opowiadać film Micka Jacksona, na początku uznałem to za kiepski, wręcz chujowy żart. Bo jak można zaprzeczać takim faktom i dlaczego sędzia ma podjąć decyzję o autentyczności wydarzeń. Nie mieściło mi się to w głowie, wydawało absurdalne i bez sensu. Ale ten proces okazuje się być bardzo potrzebny, by ostatecznie uciąć wszelkie spekulacje. Dla mnie „Kłamstwo” było z jednej strony spojrzeniem na funkcjonowanie brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości (bo jest inaczej niż myślimy), gdzie to pozwany ma udowodnić swoją rację i jest dwóch adwokatów: jeden prowadzi sprawę, drugi reprezentuje ją w sądzie. Dziwne, prawda? Wszystko toczy się pozornie spokojnym, wręcz wolnym tempem, a najważniejsza jest tutaj sprawa. Podobnie jak w „Spotlight”, postacie są bardzo delikatnie zarysowane i okraszone kilkoma cechami, zepchnięci do roli głosicieli myśli czy pewnych postaw. Początkowo pewne działania adwokatów (obrońców Lipstadt) mogą wydawać się co najmniej dziwaczne – brak świadków pamiętających Holocaust czy zakaz wypowiadania się samej bohaterki przed sądem. Ta chłodna, wręcz surowa postawa, mająca na celu wykazanie, że mając do dyspozycji same fakty, dane i materiały, prawda wybroni się sama, początkowo budzi dezorientację.

klamstwo2

Kwestia naukowa, a kwestia prawna to dwie inne rzeczy, przez co – tak jak nasza bohaterka – czujemy się zdezorientowani, zdziwieni i zaskoczeni mechanizmami. A kto się spodziewał klasycznych, hollywoodzkich klisz, może poczuć się lekko rozczarowany. Żadnego patosu, podniosłych mów czy kiczowatych scen w rodzaju zeznań świadków, tylko pojedynek między Irvingiem a adwokatami. Wtedy na ekranie są iskry, napięcie podkręcone jest do granic możliwości, a pytanie o sztukę argumentacji (początkowo sama Lipstadt mówi, że nie będzie rozmawiać z Irvingiem nigdy, bo nie uznaje jego sposobu myślenia) brzmi bardziej poważnie w czasach, gdy postprawda i fake newsy są wręcz na porządku dziennym.

klamstwo3

Reżyser bardzo przewrotnie pokazuje, że emocje (nawet w słusznej sprawie) mogą wykonać więcej zniszczeń niż sensowna, konstruktywna debata oparta na faktach, namacalnych dowodach (pisanych, rysowanych itp.), nawet z kimś, kim się nie zgadzamy. Wtedy nie byłoby takich kontrowersji wobec zaprzeczaniu Holocaustu, a inne teorie spiskowe nie miałyby racji bytu. Brzmi absurdalnie? I to wszystko jest fantastycznie zagrane. Bardzo zaskoczyła mnie Rachel Weisz, choć jej bohaterkę bardzo trudno polubić – pewna siebie, wręcz arogancka, zaciekle walcząca, zdeterminowana, wręcz kipiąca od emocji i gotowa na otwartą konfrontację. Niby słuszność jest po jej stronie, ale jest niemal zacietrzewiona w swojej postawie oraz słuszności, że potrafi odepchnąć. Bo przecież osoby mające rację muszą budzić sympatię oraz szacunek. Na tej opozycji działa David Irving w świetnej interpretacji Timothy’ego Spalla – spokojny, opanowany, kulturalny gentleman z bardzo prowokacyjnymi, kontrowersyjnymi argumentami. Mimo szczurzego, wręcz śliskiego charakteru, potrafiłby wzbudzić sympatię odbiorcy bardziej niż nerwowa, nabuzowana kobieta, bez względu na swoje poglądy, przekonania czy argumenty. Bardziej diabolicznej kombinacji nie można się było spodziewać. Ale dla mnie film kradną Andrew Scott oraz Tom Wilkinson, czyli adwokaci pani Lipstadt. Obydwu panów łączy emocjonalna powściągliwość, dla dobra sprawy, są bardzo inteligentni, zaś ten drugi wręcz surowy, chłodny, pozostając do bólu logiczni. Jest to niesamowity duet, a słuchanie Wilkinsona w sądzie, zadającego pytania czy wygłaszającego mowy to czysta przyjemność.

klamstwo4

„Kłamstwo” ma do zaoferowania więcej niż na pierwszy rzut oka może się wydawać – to bardzo skromne, powściągliwe kino o sztuce argumentacji i walce o swoje przekonania. Bez używania emocji, ale w oparciu jedynie o suche fakty, co jest trudne, ale jest jedyną szansą, by prawda mogła sama się obronić. Kto by się takiego morału spodziewał?

7/10

Radosław Ostrowski

Rock’n’Rolla

Londyński półświatek zawsze był interesującym miejscem pokazywanym przez brytyjskich filmowców. Renesans brytyjskiej gangsterski zawdzięczamy Guy’owi Ritchie, który pokazywał to środowisko z dużym przymrużeniem oka oraz ogromnym dystansem. Nie inaczej jest w przypadku „Rock’n’Rolla”, która była pierwszym filmem zrealizowanym po rozwodzie z Madonną, mający zakończyć ten mroczny okres w karierze reżysera. Czy udało się odbić od dna?

rocknrolla2

Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Archie – prawa ręka trzęsącego miastem Lenny’ego Cole’a. Facet ten ma wpływy, koneksje i jest bardzo cwany. Właśnie dobija interes z pewnym rosyjskim biznesmenem, chodzącym ze swoimi karkami. Chodzi o kupno działki, na którą trzeba mieć pozwolenie. Kosztuje to siedem milionów euro, więc trzeba zorganizować forsę, a by przypieczętować transakcję, Jurij ofiarowuje swój szczęśliwy obraz jako rękojmię. Niestety, obraz zostaje skradziony, podobnie jak forsa. Cole, a dokładniej Archie ma poruszyć niebo i ziemię, by znaleźć obraz oraz doprowadzić sprawę do gładkiego końca. W cała aferę są wplątani pewna znudzona księgowa, jej kochanek oraz jego paczka znana jako Dzika Banda, a także pewien rockowy muzyk, Johnny Quid, uważany za zmarłego.

rocknrolla1

Całość jest poszatkowana oraz mocno w stylu Ritchiego. To znaczy, mamy muzyczną mieszankę różnych stylów i gatunków oraz okresów, szybki, wręcz teledyskowy montaż w kilku scenach (sam początek to rewelacja), wyraziste postacie, smolisty czarny humor. Brzmi to jak stary, dobry Guy Ritchie. Intryga coraz bardziej się komplikuje, a kilka wątków dodaje smaczku: wychudzony, naćpany Quid, ukrywający się przed swoim ojczymem, poszukiwania obrazu Ruska, kradzież forsy oraz (pozornie zbędny) poszukiwania kreta wśród gangsterów. I pytanie: kto kogo wpuszcza w maliny, oszuka i wyjdzie z tego mając kupę forsy i bez szwanku. Nie zabraknie pomysłowo zainscenizowanych scen akcji (druga kradzież forsy, zakończona strzałami i gonitwą), dużo postrzelonych gagów (taniec One-Two ze Stellą i obok napisy, byśmy zrozumieli o czym gadają) oraz smolistego humoru (amerykańskie rybki!!!). No i ten akcent, dodający smaczku. Nie zabraknie niespodzianek, retrospekcji i chociaż zdarzają się drobne przestoje, nie ma tutaj mowy o nudzie.

rocknrolla3

No i jeszcze ci aktorzy, którzy dają z siebie kopa. Prawdziwymi gwiazdami są tutaj Mark Strong oraz Tom Wilkinson. Ten pierwszy jako Archie bardzo dobrze wykonuje swoją robotę jako przewodnik po świecie podejrzanych spelun, ulicznych informatorów oraz budzi respekt swoim obojętnym, lecz groźnym spojrzeniem. Drugi z łysiną na głowie potrafi wzbudzić strach, ale tak naprawdę jest facetem z ogromnym ego oraz przekonaniem o swojej niezachwianej potędze. Razem tworzą mocny duet niczym niezniszczalna stal. Po drugiej stronie mamy drobnego cwaniaka One Two (Gerard Butler w świetnej formie) oraz partnerującym mu kumpli Mumblesa (Idris Elba) iukrywającego swoją orientację Przystojnego Boba (Tom Hardy). Tutaj czuć chemię, widać jak zgrana to jest paczka. Do tego dodajmy jeszcze szarżującego Toby’ego Kimbella (Johnny Quid) oraz apetyczną Thandie Newton (Stella) i mamy brytyjski koktajl gangsterski a’la Ritchie.

rocknrolla4

Brytyjczyk wrócił na swoje stare śmieci i chociaż „Rock’n’Rolla” nie ma takiej mocy jak „Porachunki” i „Przekręt”, to nadal kawałek dobrego, wyspiarskiego kina gangsterskiego, zrobionego z klasą oraz kopniakiem niczym riffy elektrycznej gitary. Udany powrót i mocna zwyżka formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Snowden

Some say you’re a patriot
Some call you a spy
An American hero
Or a traitor that deserves to die
In the heart of the free world
In the home of the brave you gave up everything
To bring down the veil

Żadna inna postać w ostatnim czasie nie wywołała takich kontrowersji w historii USA, ale i całego świata jak Edward Snowden. Bohater czy zdrajca? Demaskator czy szpieg? Zdania są podzielone, a jego historia musiała zainteresować filmowców. To była tylko kwestia czasu, a jeśli a ten materiał bierze się tak kontrowersyjny reżyser jak Oliver Stone, oczekiwania zostały podniesione do ogromnych. Reżyser znany był  subiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ale zawsze potrafił zaangażować emocjonalnie (patrz „JFK” czy „Pluton”).

snowden1

Osią konstrukcyjną filmu jest wywiad jaki udziela Snowden w Hong Kongu (gdzie, jak wiemy od pewnego posła działa biuro antykorupcyjne) dziennikarzom The Guardian. Podczas spowiedzi poznajemy jego historię od próby służby wojskowej po działalność w CIA i NSA w latach 2004-13. I tutaj reżyser przedstawia naszego bohatera, a właściwie jego przemianę: z naiwnego idealisty chcącego służyć swojemu krajowi do balansującego na granicy załamania nerwowego, podejmującego samotną walkę z systemem. Przenosimy się wraz z bohaterem do różnych zakątków świata – Szwajcaria, USA, Hawaje, wreszcie Hong Kong i Rosja, która bardzo kocha demokrację. Nie jest to jednak szpiegowski thriller, ale rasowa biografia z elementami kina szpiegowskiego.

snowden2

Stone się na bohaterze i na rozterkach, ale nie atakuje konkretnej opcji politycznej. Tak, mówi wprost, że jest źle i trzeba coś z tym zrobić. Krótkie zbitki montażowe pokazują silną presję jaką Snowden odczuwa od strony służb, a reżyser kolejny raz bawi się formą – miesza kolorystykę, filtry (sceny działa szpiegowskiego programu). I z surową bezwzględnością atakuje działania służb specjalnych, co bez wiedzy obywateli inwigilują nas wszystkich. Sami to ułatwiamy za pomocą telefonów komórkowych, portali społecznościowych, gdzie umieszczamy bezmyślnie wszystko. Mówi to wprost i bez upiększania, co wielu może uznać za propagandową agitkę. Nie brakuje tutaj napięcia (brak wywieszki „Nie przeszkadzać” czy kopiowanie danych do pendrive’a), jednak nie jest to najważniejsze. Dopiero pod koniec robi się zbyt patetycznie (przemowa Snowdena o buncie mas), ale ostatnie wszystko zostaje poddane naszej ocenie, prowokując dyskusję.

snowden3

Czuć pewne podobieństwo dzieła Stone’a do „Piątej władzy” o Julienie Assange’u, gdzie tez dotykano temat inwigilacji, ale też i do jakiego punktu można się posunąć ujawniając tajne sprawy i stając do walki z niedoskonałym systemem jakim są taje służby. A za taką walkę płaci się wysoką cenę – w końcu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.

snowden4

„Snowden” nie miałby takiej siły ognia gdyby nie znakomity Joseph Gordon-Leviit. Aktor upodabnia się do Snowdena bardzo mocno, przenosząc jego gesty i barwę głosu (chociaż przez długą chwilę byłem pewny, że to Keanu Reeves), ale też bardzo uważnie prezentując wewnętrzne rozdarcie między postępowaniem słusznie, a działalnością służb. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Shaileen Woodley, która – wbrew moim oczekiwaniom – nie była tylko ładnym dodatkiem do portretu informatora. Stworzyła wyrazistą postać dziewczyny Snowdena, która go fascynuje, ale zaczyna coraz ciężej znosić fakt, że praca jest ważniejsza od niej. Na drugim planie dominuje bardzo opanowany Rhys Ifans (Corbin O’Brien) w garniturze niczym z klasycznych filmów szpiegowskich oraz całkiem dobry Nicolas Cage (Hank Forrester), który tym razem jest bardzo powściągliwy.

Stone kolejny raz przypomina o swojej dobrej formie i tak jak poprzednimi filmami podzieli wszystkich. Jednak nie radziłbym się skupiać tylko na politycznym aspekcie, lecz na psychologicznym rozdarciu między wyborem tego, co słuszne a biernemu obserwowaniu wydarzeń. I ten dylemat jest dla mnie najciekawszy, a co wy byście zrobili na jego miejscu? Pomyślcie mocno nad tym.

7/10

Radosław Ostrowski

Walkiria

Adolf Hitler to jedna z najbardziej znienawidzonych postaci w historii ludzkości. Sami Niemcy też za nim przestali przepadać i wielokrotnie próbowali go zabić, a dokładnie 15. Ostatnia próba była też najgłośniejsza i miała miejsce w lipcu 1944 roku. Zawiązano spisek mający na celu obalenie władzy i nazistów przejęcie jej przez zakonspirowaną opozycję. By usunąć Hitlera, podłożono bombę w jego kwaterze na Wilczym Szańcu, a zamachu dokonał pułkownik von Stauffenberg.

walkiria1

Dalszy los wydarzeń jest znany, bo spisek się nie udał. Nie przeszkodziło to w 2008 roku nakręcić film o zamachu. Za „Walkirię” odpowiada Bryan Singer, który postanowił zrobić sobie przerwę od komiksowych superprodukcji. I trzeba przyznać, że z zadania wywiązał się wzorcowo. Singer wiernie rekonstruuje przebieg wydarzeń – od postrzelenia pułkownika podczas nalotu i próbę (nieudanego) zamachu podczas lotu aż do kulminacyjnego momentu, czyli zamachu stanu. Najciekawsze jest to, że mimo znajomości przebiegu wydarzeń, trzyma w napięciu aż do samego końca. Reżyser razem z autorem zdjęć, wiernie odtwarza atmosferę niepewności, strachu oraz oczekiwania, by wszystko poszło zgodnie z planem. Wystarczy wspomnieć o ostatecznym zamachu, gdzie każdy element był na swoim miejscu czy dokonywaniu zamachu stanu, gdy armia jest kompletnie zdezorientowana. To trzeba zobaczyć samemu.

walkiria2

Pochwalić należy także świetną scenografię, kostiumy oraz muzyka, współtworząca klimat, a także bardzo rytmiczny montaż. I to samo chciałbym powiedzieć o aktorach, którzy są po prostu znakomici. Z jednym wyjątkiem – Tom Cruise. Ile razy może on ratować świat? Owszem, jest on podobny do pierwowzoru, ale mocno odstaje od reszty grając niemal tylko jednym wyrazem twarzy. Na szczęście z głosem radzi sobie lepiej. I jeszcze bardziej mi przeszkadza wybielony, wręcz nieskalany portret pułkownika, który takim bohaterem to nie był. Był bardziej konserwatywny od reszty otoczenia, ale nadal był nacjonalistą. Za to znacznie ciekawszy i barwniejszy jest tutaj drugi plan, złożony ze znakomitych aktorów brytyjskich takich jak Kenneth Branagh (generał von Treschow), Bill Nighy (rozważny generał Olbricht), Tom Wilkinson (karierowicz generał Fromm) czy Terence Stamp (generał Beck). Każdy z nich tworzy pełnokrwistą, wyrazistą postać, samym spojrzeniem czy gestem.

walkiria3

Muszę przyznać, że niespecjalnie wierzyłem w ten film. Ale po raz okazuje się, że nic nie jest oczywiste ani klarowne. Bryan Singer potwierdził swoją klasę jako reżyser, a „Walkiria” to kawał świetnego thrillera, który trzyma za mordę i nie puszcza aż do samego finału. Może inny aktor w roli Stauffenberga uczyniłby ten tytuł wybitnym, ale to i tak bardzo dobre kino rozrywkowe.

walkiria4

8/10

Radosław Ostrowski

Goło i wesoło

Sheffield było kiedyś jednym z najważniejszych przemysłowych miast w Anglii, ale ta perspektywa mocno się zmieniła. Fabryki, gdzie produkowano stal są zamykane, a byli pracownicy nie są w stanie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jednym z takich ludzi jest cwaniaczek Gaz, razem ze swoim kumplem Davem. Pierwszy jest rozwiedziony i próbuje utrzymać kontakty ze swoim dzieciakiem, drugi ma nadwagę i podejrzewa, że żona go zdradza. Przypadkowo zobaczony plakat oraz poważna sytuacja finansowa zmusza Gaza to podjęcia dość karkołomnego pomysłu – zorganizowania grupy striptizerów, by w ten sposób zarobić kasę. To jednak może okazać się zadaniem trudniejszym niż poprowadzenie polskiej reprezentacji w piłkę nożną.

goo_i_wesoo1

Komedia z erotyką w tle –  takie rzeczy tylko w Anglii. I mimo, ze od premiery minęło prawie 20 lat, film Petera Cattaneo sprawdza się świetnie jako poprawiacz nastroju. Jednak twórcy nie idą w stronę naśmiewania się czy szyderstwa z nieporadności naszych bohaterów, nie mających kompletnie zielonego pojęcia ani o tańcu, ani o rozbieraniu się przed publicznością. Nie jest to też żaden pornos, ale lekka i bezpretensjonalna opowieść o przełamywaniu wstydu oraz przyjaźni, jakiej nie spodziewano by się w takich okolicznościach. Sześciu facetów, którzy czasy swojej atrakcyjności mają zdecydowanie za sobą, decydują się na ten szalony krok nie tylko z powodu zarobku. To doświadczenie pozwala też (z czego nie do końca zdają sobie sprawę) zaakceptować ich samych siebie oraz osoby z najbliższego otoczenia.

goo_i_wesoo2

Sam humor nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku, a kilka scen (podrygiwanie w pośredniaku czy sceny przygotowań) to małe perełki. Klimat współtworzy też świetna muzyka, składająca się głównie z hitów lat 70. oraz bardziej współczesne. Może i niektóre gagi (kradzież towaru ze sklepu) mogą wydawać się ograne, a interesujące relacje (Gaza z synem czy Dave’a z żoną) są ledwo liźnięte (tylko półtora godziny filmu), ale to wszystko jest bardzo solidnie zrealizowane, a bohaterów trudno nie polubić.

goo_i_wesoo3

Ale czy może być inaczej, jeśli są zagrani przez takich aktorów. Wybija się tutaj zdecydowanie fenomenalny Robert Carlyle jako mózgowiec Gaz, dla którego to może być okazja naprawy kontaktów ze swoich synem. Jest nakręcony jak rakiety, bardzo pewny siebie i pozbawiony kompleksów, ale z nieuporządkowanym życiem. Drugą petardą jest tutaj znakomity Tom Wilkinson jako Gerard. Pozornie to facet z wyższej sfery, eleganckim domem, ale to człowiek wstydzący się swojego bezrobocia – zawsze elegancko ubrany i wywyższający się, okazuje się porządnym i fajnym facetem. Zdeterminowany, ambitny oraz utalentowany specjalista od tańca. Poza nimi są tutaj świetni Mark Addy (mający nadwagę oraz kompleksy Dave), Paul Barber (mający problemy z biodrem pan Koń), Steve Huison (trębacz Lomper) i Hugo Speer (postrzelony Guy), tworzący imponujący konglomerat.

goo_i_wesoo4

Nikt nie spodziewał się, że ten film okaże się takim sukcesem, ale „Goło i wesoło” to jedna z tych brytyjskich komedii, które na pewno sprawią, że poczujecie się lepiej. A panie może troszkę inaczej spojrzą na swoich facetów. Wtedy mogłoby być goło i wesoło.

7/10

Radosław Ostrowski

Selma

Od pewnego czasu przy wręczaniu nominacji do Oscarów zawsze pojawia się film o tematyce „czarnej”. Tak było z „Django” czy „Zniewolonym”, tak tez jest z filmem Avy DuVarney. Nie znacie jej? Ja też nie. Ale członkowie Akademii ją znają, bo wyróżnili „Selmę” – historię najważniejszego czarnoskórego bohatera USA, dr Martina Luthera Kinga. A czym jest Selma? To miasto, z którego miał wyruszyć marsz do Waszyngtonu w roku 1963.

selma1

Nie jest to jednak stricte biografia, tylko próba rekonstrukcji wydarzeń. Nie będę was okłamywał, mówiąc że to nie jest laurka. To jest laurka, jednak nie jest aż tak przesłodzona jak „Zniewolony” czy „Kamerdyner”. Reżyserka stara się też pokazać pewne wątpliwości Kinga wobec swoich decyzji (sceny w więzieniu) i działania, ale tych scen jest bardzo mało. Najgorsza jest jednak obojętność wobec wydarzeń ekranowych, nawet w scenach brutalnych ataków ludzi George’a Wallace’a czy ataku na moście w celu blokowania marszu. Nawet pokazane tutaj fragmenty materiałów FBI, zajmujących się obserwacją Kinga, nie działa emocjonalnie. Troszkę ciekawiej jest w życiu prywatnym, gdzie dr King próbuje być zniszczony. A końcówka jest bardzo amerykańska – w najgorszym znaczeniu tego słowa.

selma2

Jeśli ktoś broni się z całej obsady, to jest to fantastyczny David Oyelovo, który ma tyle charyzmy i ognia, by po prostu być Martinem Lutherem Kingiem. Każda scena, w której przemawia King jest pełna energii i temperamentu. Poza nim jest jeszcze sporo czarnoskórych znanych aktorów jak Wendell Pierce (wielebny Hosea Williams), raper Common (James Bevel) czy Cuba Gooding Jr. (adwokat Fred Grey). Ale najbardziej wybijają się dwaj świetni aktorzy: Tom Wilkinson (prezydent Lyndon Johnson) oraz Tim Roth (rasistowski gubernator George Wallace).

selma3

„Selma” to ostatni przeze mnie obejrzany film walczący o Oscara w tym roku. Co prawda,wyniki już są znane i karty dawno rozdano, ale sam film nie zmieniłby tego układu. Zbyt solidny, zbyt laurkowy i zbyt poprawny. Więc jeśli nie jesteś Amerykaninem czy nie interesuje cię amerykańska historia, to ten film was nie obejdzie. I tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Jeździec znikąd

Tajemniczy zamaskowany jeździec znikąd to postać znana w USA dzięki słuchowisku radiowemu z lat 30-tych. Ale jak wiadomo, prędzej czy później wszystko pójdzie na duży ekran i „Jeździec znikąd” tez musiał się tam znaleźć. Ale po kolei.

Głównym bohaterem jest młody prokurator John Reid, który przybywa w rodzinne strony po ukończeniu prawa. Jednak zostaje wplątany w odbicie więźnia Butcha Cavendisha. Razem z bratem, miejscowym szeryfem rusza w pościg, jednak wpadają w zasadzkę i wszyscy giną. No, prawie wszyscy. John zostaje ocalony przez Indianina Tonto, który ma z Cavendishem rachunki do wyrównania. Proste? Nie do końca.

jezdziec1

Ta pokręcona historia zrobiona przez Gore’a Verbinskiego to przede wszystkim hołd westernom Sergio Leone, ze szczególnym wskazaniem na „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (cytowana scena oczekiwania na pociąg) oraz typowymi ujęciami dla tej konwencji (latające ptaki jako zły omen). Technicznie trudno się przyczepić, kilka scen jest genialnych (finałowa konfrontacja w pociągach), odrobina humoru głównie dzięki kontrastom bohaterów, ale czułem się mocno rozczarowany. Dlaczego? Po pierwsze, film trwa za długo, zaś intryga już mniej więcej w połowie staje się łatwo czytelna, co wywołuje tylko znużenie. Po drugie, jak na rozrywkowy film spod znaku Disneya jest bardzo brutalna (ostatnia szarża Komanczów pod ostrzałem karabinów czy wycinanie serca), co w zderzeniu z lekkością i raczej rozrywkowym charakterem filmu wywołuje duży zgrzyt i poważny kontrast. To mocno psuje frajdę z oglądania filmu, a scenariusz jest wręcz przeładowany i przedobrzony.

Sytuację próbują ratować aktorzy i wychodzi im to całkiem nieźle. Grający tytułową rolę Arnie Hammer całkiem przyzwoicie sobie radzi jako prawy, dzielny i naiwny John Reid, który brzydzi się przemocą. Z kolei Johnny Depp pod tonami charakteryzacji nie przynudza, zaś jako Tonto bywa zabawny, uroczy, ale i poważny. Udaje się uniknąć cienkiej linii przerysowania i parodii. Obaj panowie razem działają naprawdę sprawnie. Z kolei drugi plan jest znacznie ciekawszy, z wybornym Williamem Fichtnerem jako bandytą Cavendishem, który jest paskudny (nie chodzi tu tylko o wygląd). Przeciwieństwem jest elegancki Tom Wilkinson, czyli bandzior w rękawiczkach oraz Barry Pepper (kapitan kawalerii).

jezdziec2

„Jeździec…” nie jest tak tragicznym filmem jak mówili o nim krytycy, ale do najlepszych produkcji Verbinskiego sporo brakuje. Czuć pewne zmęczenie materiału, zgrzyty czy nudę, ale jest parę mocnych scen-pereł oraz kawał solidnego aktorstwa, który trochę rekompensuje to wszystko.

6/10

Radosław Ostrowski