Piłsudski

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości, polscy filmowcy próbowali nakręcić z tej okazji parę produkcji historycznych na ten temat. Ale, niestety, nie wyrobiły się w czasie i dopiero rok później pojawiły się „Piłsudski” oraz „Legiony”. I obydwa w kinach poległy, nie zwracając swoich budżetów. Ale czy zasłużenie? Najpierw wezmę się za film Michała Rosy, który jest biografią marszałka Polski.

pilsudski4

Sam początek to rok 1901, kiedy Piłsudski trafia do szpitala psychiatrycznego w Petersburgu. Udając wariata udaje mu się uciec i powoli wraca do działalności politycznej w PPS. A za najważniejszy cel uważa odzyskanie niepodległości przez Polskę. Tylko, że w tych czasach ciężko było znaleźć ludzi myślących w ten sam sposób. Zwłaszcza, że Ziuk chce zawalczyć o nią za pomocą siłowej konfrontacji z bronią w dłoni. Jakby tego było mało, to i w życiu osobistym pojawia się druga kobieta, z którą może być coś więcej.

pilsudski1

Po drodze przejdziemy przez wiele kluczowych momentów z życia marszałka. Czyli rewolucja 1905, tworzenie Organizacji Bojowej PPS, napad na wagon pocztowy, śmierć siostrzenicy oraz utworzenie Kompanii Kadrowej. Tylko jak to wszystko upchnąć w nieco ponad półtorej godziny? I tu zaczyna się problem, bo Rosa dużo rzeczy wycina i skraca. Przez co najciekawsze momenty dzieją się tutaj poza ekranem (czas I wojny światowej) albo są obcięte w najciekawszym momencie (ucieczka ze szpitala). Ta skokowa narracja działa tutaj na minus, przez co nie mogłem się do końca wczuć w całą historię. Także kluczowe postacie, oprócz Piłsudskiego, są ledwo zarysowane, pojawiają się i znikają jak za użyciem magicznej różdżki. Z tego grona najmocniej wybija się Walery Sławek, który staje się prawdziwym przyjacielem, choć wskutek pewnej okoliczności znika na pewien czas. Nawet dwie istotne dla życia Ziuka kobiety (pierwsza żona Maria oraz Ola Szczerbińska, grane przez Magdalenę Boczarską i Marię Dębską) są zepchnięte na dalszy plan, pozbawione własnego charakteru.

pilsudski2

Ale mimo tej skrótowości, znalazłem tutaj dla siebie troszkę dobra. Świetnie wyglądają zdjęcia Piotra Śliskowskiego, gdzie każde miejsce ma inną paletę kolorów. Nie zabrakło też mastershota (scena napadu na pociąg), który też dodaje charakteru. Scenografia i kostiumy prezentują się nieźle, chociaż w bardziej kameralnych miejscach (zjazd PPS-u w Wiedniu czy zebranie w 1905) wygląda to tanio oraz teatralnie. Czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Nie brakuje scen trzymających w napięciu jak napad na wagon, dokonywane zamachu bombowe czy demonstracja, zakończona atakiem wojsk i rzezią.

pilsudski3

Aktorsko tak naprawdę w ryzach trzyma to wszystko Borys Szyc, co mnie bardzo zaskoczyło. Kiedy zobaczyłem pierwsze materiały promocyjne (zdjęcia aktora) miałem wielkie wątpliwości. Wszystko się zmieniło, gdy w końcu obejrzałem film i… byłem oszołomiony. Szyc pokazuje, że po latach posuchy oraz chybionych decyzji, wraca do grana świetnych rzeczy. Aktor nie gra Piłsudskiego, tylko nim JEST. Bez względu na to, czy dyskutuje ze swoimi oponentami, działa w boju czy kłóci się z żoną i jest tak ludzki, jak tylko się da. Bez niego ten film po prostu się rozsypał. Z bogatego aktorsko drugiego planu (m.in. Tomasz Schuchardt, Krzysztof Stroiński, Kamil Szeptycki czy Eliza Rycembel) najbardziej wybija się Jan Marczewski w roli Walerego Sławka. Nieznany mi aktor bardzo przekonująco pokazał postać jednego z ważniejszych druhów Ziuka, pokazując jego siłę, jak i momenty zagubienia, bezsilności. Czekam na kolejne kreacje tego interesującego aktora.

Michał Rosa miał doświadczenie przy produkcjach historycznych (serial „Czas honoru”), ale jeszcze nie na taką skalę. I choć potrafi pokazać bardziej dynamiczne sceny czy Piłsudskiego bardziej prywatnie, przydałby mu się lepszy scenariusz, który nie byłby chaotycznym przeskokiem w czasie oraz byłby o wiele spójniejszy. Ta postać zasługuje na wiele lepszy film.

6/10

Radosław Ostrowski

Psy 3. W imię zasad

Franz Maurer – nie ma chyba w Polsce nikogo, kto nie słyszałby tego nazwiska. Były ubek, były policjant, skazaniec. Człowiek, który wie o zabijaniu więcej niż ktokolwiek z osób czytających. Teraz wychodzi po 25 latach z więzienia i czeka na niego niespodzianka z Rosji. Ma siedem dni na odzyskanie kasy, a właściwie tej części, co zniknęła w „dwójce”. Inaczej zginie on albo jego stary znajomy Waldek Morawiec. „Nowy” ma swoje problemy, bo zaginął mu syn i nie może się z nim skontaktować. Drogi obydwu panów przecinają się.

psy3-1

Władysław Pasikowski wraca do swojego sensacyjno-gangsterskiego świata. Ale czy 25 lat przerwy nie spowodowało, że Franz i Nowy troszkę nie „zardzewieli”? Bo czasy zmieniły się gwałtownie, a starzy ludzie są tutaj zwyczajnie niepotrzebni, spychani na margines. Franz jest starym bandziorem, bez rodziny, bez perspektyw; Nowy przeszedł na rentę i niby ma rodzinę, ale czuje się troszkę pusty bez swojej pracy. No i jeszcze młody pies, czyli komisarz Witkowski – twardy, bezkompromisowy, nie idący na żadne układy. Cała trójka prowadzi jedno dochodzenie, czyli zaginięcie syna Nowego oraz odkrycie korupcji w policji. Niby to już widzieliśmy, sama akcja toczy się raczej niespiesznie, okraszona miejscami smolistym humorem, a jednak potrafi wciągnąć. Czuć jednak pewną anachroniczność, mimo wykorzystania nowoczesnej technologii. Kobiety są tutaj spychane na bardzo daleki plan, dialogi pełne bluzgów, zaś bohaterowie stają się trzymać swoich zasad.

psy3-2

Muszę się przyznać, że Pasikowski nadal czuje swoje postacie. Nie należy się jednak spodziewać klimatów kultowej części pierwszej. Żadnego obrazoburstwa, politycznych wątków oraz ataków na nową władzę, co wielu może rozczarować. Bliżej tutaj do części drugiej, choć jest ona bardziej kameralna i mniej widowiskowa. Reżyser gra też na nostalgii (co akurat jest nieuniknione), mimo tego, że obecność starych bohaterów jest albo śladowa (Wolf, Stopczyk), albo tylko się o nich wspomina. Fabularnie wiele rzeczy jest potraktowanych skrótowo (Franz obsługujący smartfona czy postawa komendanta wobec swoich skorumpowanych podwładnych), a pewne postaci pojawiają się i znikają (policjant Lewar czy gangster Spinaker). Dodatkowo też zakończenie mnie nie usatysfakcjonowało, jakby stawiając całość w zawieszeniu.

psy3-3

Aktorzy też się tutaj bardzo dobrze prezentują, stając się najmocniejszą kartą w talii Pasikowskiego. Linda to nadal stary, dobry Franz i nawet nie czuć tak bardzo fizycznego zmęczenia. Ciągle cyniczny, lojalny oraz nie bawiący się w półśrodki. Najbardziej zaskoczył mnie Cezary Pazura, a jego przechodzi mocną ewolucję. Kiedyś idealista, dzisiaj człowiek rozczarowany oraz pełen gniewu, który eksploduje. Aktor pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Z nowych postaci najbardziej wybija się Jan Frycz jako cwany, choć też mający swoje zasady „Panicz” oraz Marcin Dorociński, czyli ostatni sprawiedliwy na komendzie Witkowski.

Mimo wielu wad, nie jestem w stanie nie lubić nowych „Psów”. Pewnie przemawia za mną ten nostalgiczny pociąg, ale też i moje niezbyt wysokie oczekiwania. Podejrzewałem, że „trójka” powstała w imię kasy niż zasad, jednak jako czysto kryminalna historia trzyma poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Kurier

Jan Nowak-Jeziorański – o tej postaci każdy pasjonat historii słyszał. Polski kurier, który przekazywał informacje rządowi na imigracji. Kiedy go poznajemy jest rok 1944, lato. Nadal trwa wojna, zaś w Polsce panuje terror. Kurier dostaje zadanie od samego premiera Mikołajczyka: dostarczyć mikrofilmy dla generała Bora-Komorowskiego oraz rozkazy dotyczące wybuchu Powstania Warszawskiego. Ale od samego początku Nowak jest ścigany przez niemieckich szpiegów, co stawia jego misję pod znakiem zapytania.

kurier1

Powiem to od razu, by nie było wątpliwości: jestem fanem Władysława Pasikowskiego. Bo kto inny byłby w stanie opowiedzieć film o tematyce historycznej w konwencji kina sensacyjno-szpiegowskiego? Historia Nowaka-Jeziorańskiego jest tak bogata, że powstałoby kilkanaście filmów. Oczywiście, „Kurier” nie jest rekonstrukcją faktów, a przede wszystkim skupia się na dwóch aspektach. Pierwszy, czyli wątek misji Nowaka, to klasyczne kino w stylu szpiegowskim. Jest obława, próby ucieczki oraz ciągła zabawa w kotka i myszkę. Polowanie na Nowaka oraz (pośrednio) na Bora i całą Komendę AK potrafi trzymać za gardło. Niemal czuć tutaj stawkę, zaś wiele scen (uwalnianie samolotu z błota, akcja w wiejskim domu) ogląda się po prostu świetnie. Reżyser skupia się na akcji, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. Większość czasu spędzamy z samym Nowakiem, ale przez chwilę przeskoczyć można albo na przeciwników (dwóch niemieckich oficerów) lub na dowództwo AK.

kurier2

Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to wiarygodnie pokazane polityczne tło. Tutaj brutalnie pokazana jest postawa aliantów wobec Powstania Warszawskiego. Wszelkie nasze nadzieje okazują się złudne, co czyni dylemat naprawdę poważnym. Zdanie samego twórcy wypowiada pod koniec sam Nowak i można się z tym zgodzić lub nie. Patos w tego typu produkcji jest nieunikniony, ale jest dawkowany bez popadania w kiczowaty heroizm. Nawet te najbardziej widowiskowe momenty (eksplozja samolotu czy finałowa strzelanina) nie kłują mocno w oczy.

kurier3

Muszę jednak przyznać, że „Kurierowi” troszkę brakuje pieniędzy. Ulice naszej Warszawy wydają się niemal puściutkie, zaś obecność kilku postaci zaczyna przypominać bardziej Teatr Telewizji. Wrażenie za to robiła na mnie scenografia oraz praca kamery. Drugim istotnym problemem jest w zasadzie fakt, że o samym Nowaku nie wiemy zbyt wiele. Nie poznajemy go zbyt dobrze, zaś jego czyny nie do końca wystarczą. Niemniej film Pasikowskiego potrafi wejść i wciągnąć.

kurier4

Aktorzy w zasadzie nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, bo znane twarze (Bonaszewski, Woronowicz, Frycz, Zamachowski, Pazura czy Orzechowski) są ograniczeni do ról epizodycznych. Zaś wcielający się w główną rolę Philippe Tłokiński robi wszystko, by czynić swoją postać bardziej charyzmatyczną. Widać jego determinację, opór oraz bezsilność wobec nadchodzących wydarzeń. I on ciągnie tą historię do końca. Z masy twarzy na drugim planie najbardziej wybija się zadziorny Wojciech Zieliński (Włodek), stonowany Tomasz Schuhardt (Kazik Wolski) oraz zaskakujący Grzegorz Małecki (Bór-Komorowski). No i jeszcze dwóch niemieckich łotrów, czyli Witze oraz Steiger (Nico Rogner und Martin Butzke), dających więcej pola do popisu.

„Kurier” mimo pewnych niedoskonałości okazuje się najlepszym filmem historyczno-patriotycznym ostatnich lat. Pasikowski, nawet lekko stępiony, potrafi walnąć z całej siły. Oby powstały kolejne historie kuriera z Warszawy.

7/10

Radosław Ostrowski

Cicha noc

Mała wioska gdzieś na Mazurach. To tutaj na Święta Bożego Narodzenia przyjechał Adam – młody chłopak, który pracuje w Holandii. Ma dziewczynę, która spodziewa się dziecka i którą chce zabrać ze sobą za granicę. Nie planuje powrotu do kraju i poza spędzeniem Wigilii, ma jedną sprawę do załatwienia: chce sprzedać dom dziadka, by rozkręcić swój własny interes. Ale to nie będzie takie proste.

cicha_noc1

Debiut Piotra Domalewskiego może budzić pewne skojarzenia z filmami Wojciecha Smarzowskiego. Bo mamy rodzinną uroczystość (jak w „Weselu”), powolne odkrywanie trupów z szafy oraz bardzo skomplikowane relacje rodzinne. Jest obowiązkowa wódka, oglądanie Kevina, śpiewanie i słuchanie kolęd, kradzież choinki oraz wspólne jedzenie. Reżyser owszem, pokazuje bardzo depresyjny Polaków portret własny, ale nie jest ani cyniczny, złośliwy czy bezwzględny. Przygląda się temu niczym dokumentalista i jest w tym bardzo szczery, zupełnie jakbyśmy widzieli swój własny dom. Realizmu dodają nie tylko sceny filmowane kamerą Adama (trafny i ciekawy zabieg), ale też wpadające w ucho dialogi, okraszone odrobiną gorzkiego humoru. I jednocześnie ten dom wygląda tak swojsko, bez żadnych bajeranckich zabawek, troszkę ciasny, niczym z dawnej epoki.

cicha_noc3

Powoli widzimy kolejne komplikacje w planie Adama, skrywane bóle, pretensje oraz kolejne tajemnice: czuć pewne spięcia (zwłaszcza między Adamem a młodszym bratem), poznajemy oblicza naszych postaci – czasami rozbrajające (dziadek-alkoholik, ojciec kiedyś pracujący na saksach i walczący z gorzałą), czasem bolesne (siostra związana z damskim bokserem czy próbująca opanować to wszystko matka). A jednocześnie dotyka kwestii emigracji zarobkowej – tego, jak działa na rodzinę wręcz destrukcyjny (postać ojca), ale dla młodych wydaje się jedyną szansą. Zakończenie, mimo dość dramatycznego wydźwięku, pozostawia pewną nadzieję.

cicha_noc2

To wszystko jest jeszcze fenomenalnie zagrane. Reżyserowi udało się zebrać bardzo imponującą obsadę, która wycisnęła ze swoich postaci maksimum. Trudno oderwać oczy zarówno od Dawida Ogrodnika i Tomasza Ziętka (Adam i Paweł), miedzy którymi jest bardzo silna chemia oraz pełna niedopowiedzeń historia, jak i kradnącego ekran Arkadiusza Jakubika (ojciec), znakomicie radzącego sobie w roli złamanego bohatera z tajemnicą czy pozornie wycofaną Agnieszkę Suchorę (matka). Każdy ma swoje pięć minut oraz swoje niezapomniane teksty, co daje prawdziwego kopa.

cicha_noc4

„Cicha noc” nie jest tylko szorstko-depresyjnym kinem o próbie wyrwania się z piekiełka zwanego Polską, które dusi i spycha cały czas w dół (zakończenie). Ale to wszystko potrafi poruszyć, bez żadnego fałszu, sztuczności i jest brutalnie szczere. Nawet jeśli macie wrażenie, że jest to dziwnie znajome.

8/10 

Radosław Ostrowski

Ach, śpij kochanie

Kraków, rok 1955. W dziwnych okolicznościach zaczynają znikać ludzie, jakby ich w ogóle nie istniało. Milicja jest bezradna, a śledztwo prowadzone przez porucznika Karskiego, tkwi w martwym punkcie. Ale w końcu pojawia się trop – Władysław Mazurkiewicz, bardzo szanowany obywatel, który posiada bardzo dużą ilość pieniędzy, co w ówczesnym czasie jest co najmniej zastanawiające. Tylko, że ten osobnik ma koneksje i znajomości, przez co dorwanie go będzie bardzo trudne.

ach_spij_kochanie1

Polski kryminał ma się całkiem nieźle, co pokazały takie filmy jak „Jestem mordercą”, „Czerwony pająk” czy dość kontrowersyjny „Amok”. Tym razem swoją cegiełkę postanowił dorzucić Krzysztof Lang, reżyser „Prowokatora”. Opierając się na prawdziwej historii, tym razem postanowił odwrócić konwencję. Od samego początku wiemy, kto zabija, a naszym bohaterem staje się prowadzący śledztwo Karski. Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon, przez co film „Ach, śpij kochanie” sprawia wrażenie nie do końca wykorzystującego swój potencjał. Z jednej strony reżyser dość przekonująco odtwarza realia epoki, gdzie władza wie wszystko o wszystkich, doprowadzając do „zniknięć” czy „ucieczek” osób uznanych za niewygodne. Z drugiej, jeśli chcesz się postawić, to oni znajdą sposób na złamanie czy przestawienie na swoją stronę. Samo śledztwo toczy się dość spokojnie, dialogi są całkiem niezłe, a same zbrodnie są brutalne i krwawe.

ach_spij_kochanie2

Ale gdzieś w połowie, Lang zmienia tory i pokazuje próby złamania Karskiego przez swoich przełożonych, co wywraca całość do góry nogami. Potem dochodzi do dziwnej relacji morderca-śledczy, gdzie mamy fascynację oraz próbę zdobycia zaufania Mazurkiewicza, serwując po drodze wiele retrospekcji. Całość jest mocno stylizowana na czarny kryminał, gdzie mamy z jednej strony panów w kapeluszach, chropowatą kolorystykę oraz dużą ilość czerni. Nawet muzyka Michała Lorenca buduje poczucie niepokoju oraz lęku.

ach_spij_kochanie3

Aktorsko jest całkiem nieźle. Uwagę próbuje skupić Andrzej Chyra, wcielający się w Mazurkiewicza, ale jego postać pozostaje tajemnicą: czy to bon vivant i cwaniak próbujący wygodnie żyć, czy też (jak twierdzą nasi) był współpracownikiem UB, pomagającym „znikać” pewnym niewygodnym osobom? Nie jest on zbyt mocno zarysowany, ani pogłębiony psychologicznie, co jest dla mnie największą bolączką. Po drugiej stronie mamy Tomasz Schuchardta jako idealistycznego śledczego, będącego ostatni sprawiedliwym w tym paskudnym, skurwiałym świecie i radzi sobie całkiem nieźle. Ale dla mnie film kradnie Arkadiusz Jakubik (sierżant Pajek), ze swoim zmęczonym spojrzeniem oraz złamanym charakterem. Boli mnie za to niewykorzystanie kilku aktorów na dalszym planie, nie dając zbyt wiele materiału – Katarzyny Warnke (była żona Mazurkiewicza), Bogusława Lindy (pułkownik Olszowy) czy Karoliny Gruszki (kelnerka Anna). Ogromna szkoda.

ach_spij_kochanie4

W najlepszym wypadku kryminał Langa jest zmarnowanym potencjałem na pełnokrwisty, wyrazisty kryminał, pokazujący bardzo brudne, brutalne czasy stalinowskiego PRL-u. Jest mrocznie i niepokojąco, ale satysfakcji nie ma zbyt wiele, a nieliczny mogą zasnąć w trakcie.

6/10

Radosław Ostrowski

Bodo

Nie jest niczym nowym fakt, że seriale są przerabiane na kinowy ekran. To praktyka znana na Starym Kontynencie od lat, więc kiedy pojawiły się wieści o kinowej wersji serialu „Bodo” nie byłem ani zdziwiony, ani zaskoczony. Spodziewałem się ścinek scen, które nie koniecznie będą ze sobą powiązane, ale przynajmniej będzie się to dobrze oglądało i zachęci do obejrzenia serialu. Jak udało się w przypadku filmu Michała Kwiecińskiego?

bodo1

Lepiej niż się spodziewałem, chociaż do ideału daleko. Całość jest biografią Eugeniusza Bodo – jednego z najpopularniejszych polskich aktorów okresu przedwojennego. Już jako młody chłopak pragnął być artystą, chociaż rodzice mieli wobec niego inne plany – medycyna. To przyniosłoby spokój, stabilizację, szacunek innych ludzi. Ale Bodzio (tak był nazywany) uparł się i konsekwentnie szedł swoją drogą. Sława, pieniądze, kobiety, blichtr – niby udaje się zrealizować swoje marzenie, ale jednocześnie czego w tej drodze zabrakło. Widać, że twórcy próbują balansować między życiem zawodowym aktora a prywatnym – pełnym miłostkom, romansom oraz ciągłych myślach o tej jednej, co go dawno temu zostawiła. Stanowi to główny wątek filmu i jednocześnie staje się to siłą napędową poczynań naszego bohatera. Tylko, że nadal (bo w końcu to fragmenty serialu) widać skrótowość i wiele wątków jest tutaj bardzo szybko wprowadzanych, by uciąć, już więcej do nich nie wracając. Dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co widzimy na ekranie. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie potrafiło chwycić za gardło.

bodo2

Jestem za to pod dużym wrażenie strony realizacyjnej. Scenografia i kostiumy bardzo zgrabnie odtwarzają czasy przedwojenne. Dlatego tak często jesteśmy albo na scenie, teatrze czy kawiarni. Sceny występów wyglądają wręcz oszałamiająco, porażając przepychem, świetną pracą kamery oraz choreografią. Jeśli do tego dodamy bardzo czarującą muzykę, mieszającą przedwojenną elegancję ze współczesnym sznytem, nasze zmysły będą usatysfakcjonowane.

bodo3

Aktorsko jest całkiem dobrze, chociaż tak naprawdę skupiono się na samym Bodo. Jego młodsze oblicze (dobry Antoni Królikowski) to młody, ale już mający sprecyzowany plan. Pierwsze próby są średnio udane (nauka tańca idzie opornie), jednak widać determinację oraz upór. Z kolei starsza wersja (fantastyczny Tomasz Schuhardt) to już świadomy swojej wartości aktor, chociaż bardzo mocno skupiony na sobie, swojej karierze, a kobiety traktujący niemal jak rękawiczki. Ja mógłbym uwierzyć w tą miłość do Ady, dla której pozostawił swoje miejsce w sercu, gdyby nie grająca tą rolę Anna Pijanowska. Tak złego grania nie widziałem od dawna – sztuczny, pozbawiony emocji głos, fatalna dykcja, sprawia prawdziwy ból uszu. Reszta pań radzi sobie przyzwoicie (Roma Gąsiorowska, Patrycja Kazadi), robiąc dobre wrażenie w partiach musicalowych.

bodo4

„Bodo” to przykład kina, które ma zaintrygować na tyle, by obejrzeć wersję pełną, czyli telewizyjny serial. Udało się twórcom odtworzyć klimat tej epoki, jej blichtr oraz blask, chociaż mocno czuć skrótowy scenariusz. Niemniej efekt jest zaskakujący, co także jest zasługą fantastycznej roli Schuhardta, dla którego warto spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Demon

Wesele – jedna z najważniejszych imprez towarzyskich, w których centrum wydarzeń jest dwoje ludzi, pragnących spędzić ze sobą resztę życia. Tymi szczęśliwcami są Żyd Peter i Polka Żaneta – córka właściciela kopalni. Nie znali się zbyt dobrze, ale zaiskrzyło i po paru dniach znajomości biorą ślub. Wszystko wydaje się w porządku? Poniekąd tak, ale przed weselem pan młody w swoim przyszłym domostwie odnajduje ludzkie kości. Wydarzenie to staje się źródłem poważnych perturbacji oraz dziwnego zachowania Petera.

demon1

Nakręcić w Polsce horror wydaje się pomysłem szalonym, ale Marcin Wrona nie bał się wyzwań. „Demon” to jest stricte horror, chociaż atmosferę grozy czuć tutaj mocno. Wesele staje się – jak zwykle – pretekstem do pokazania ludzkich postaw. Tutaj pretekstem są szczątki należące do – nie, tego nie zdradzę, bo to gdzieś w połowie zostaje rozwiązane – postaw związanych z przeszłością, jej zakopywaniem (sic!) lub chowaniem albo utrwalaniem, strzeżeniem. Podobna tematyka była już w „Pokłosiu” i „Idzie” (już się domyślacie o jaka pamięć chodzi), ale ubranie tego w estetykę kina grozy jest odświeżeniem. Całość jest bardzo mroczna – świetnie sfilmowane wesele w pełnej grze świateł, odpowiednim oświetleniu oraz charakterystycznej dla tego gatunku oprawie muzycznej, ze świdrującymi smyczkami. Dodatkowo Wrona przypatruje się naszej mentalności związanej z zasadą „zastaw się a postaw się” i zachowywaniu pozorów, ale to już znamy z „Wesela” Smarzowskiego i tutaj nie dowiadujemy się niczego nowego.

demon2

Wrona sięga po sprawdzone środki straszenia (niewyraźnie dźwięki, obecność ducha) i dzięki temu „Demona” ogląda się naprawdę nieźle w czym pomagają wdzięczni aktorzy. Objawieniem jest dla mnie Itay Tiran w roli Piotra – obcego w obcym kraju, który próbuje się odnaleźć w tej rzeczywistości i wychodzi mu to dość łatwo. Do momentu opętania przez dybuka, gdzie zaczyna się wyginać, nawijać w jidysz i robić to, co każdy opętany. Równie świetna jest Agnieszka Żulewska, czyli Żaneta, próbująca ogarnąć całe to zamieszanie i rozwikłać tajemnicę. Andrzej Grabowski (ojciec panny młodej) troszkę przypomina Mariana Dziędziela z „Wesela”, czyli zachowania pozorów, spokoju i uniknięcia skandalu, jednak nie przeszkadzało tak mocno, a i tak najlepszy jest Adam Woronowicz jako niepijący lekarz, racjonalista z krwi i kości. Przynajmniej do czasu.

demon3

„Demon” pozostaje niezłym filmem, który potrafi utrzymać w napięciu do połowy. Potem wszystko się sypie, ale finał daje do myślenia. Rzadko zdarza się zrobić w Polsce film z gatunku horror und groza, więc z ciekawości sprawdźcie ten tytuł.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chemia

Nie raz i nie dwa słyszałem, że życie pisze najlepsze scenariusze. Ale nie zawsze te scenariusze przekuwają się na dobre filmy. Takim przykładem stała się „Chemia” – film inspirowany życiem Magdaleny Propokowicz, założycielki fundacji Rak’n’Roll, kobiety z nowotworem, która mimo choroby urodziła dziecko i żyła pełnią życia.

chemia1

W filmie „Chemia” Magda to Lena – zwykła dziewczyna, która odchodzi z korporacji i przypadkiem poznaje Benka – fotografa, niepogodzonego ze śmiercią ojca. Przypadkowe spotkanie, które staje się dla dwojga tylko niezobowiązującą znajomością. Przynajmniej na początku – ciąża, ukrywany przez facetem rak, wreszcie ślub, chemioterapia i walka do końca. Wydawałoby się, że to istny samograj, ale Polacy są w stanie nawet takie proste rzeczy spier****.

chemia2

Debiutujący w roli reżysera operator Bartosz Prokopowicz – tak, zbieżność nazwisk nieprzypadkowa, nie do końca wiedział chyba jak ugryźć tą historię. Rozumiem, że to była próba pokazania w innym, mniej przygnębiającym stylu. Dlatego mamy dużo kolorów, bieganinę na plaży, ślub iście góralski z kuligiem i delikatne piosenki w tle (Hozier, Czerwone Gitary, Mikromusic). A żeby było jeszcze bardziej intrygująco, pojawiają się rysowane wstawki pokazujące działanie raka w organizmie. Kłótnie, bezsilność, brak wsparcia – tylko, że jakieś takie nieangażujące, zbyt lightowe. Swoje lęki Benek z Leną piszą sprajem w ciemnym domu albo próbują wykrzyczeć swój ból czy chodzenie od lekarza do lekarza bez nadziei na cokolwiek.

chemia3

„Chemia” także pod względem aktorskim rozczarowuje. I nie jest to wina aktorów, tylko bardzo, BARDZO miałkiego scenariusza. Agnieszka Żulewska z Tomaszem Schuhardtem miotają się na ekranie i próbują wykrzesać emocje z papierowych, niewiarygodnych bohaterów. Tak naprawdę z całej obsady broni się ironiczna Danuta Stenka (dr Sowa) oraz niezawodny Eryk Lubos (ks. Panda, brat Benka), którzy ubarwiają ten film.

chemia4

Chciałbym powiedzieć coś dobrego, ale „Chemia” jest tak słaba i interesująca niczym obrady Sejmu. Wiele krzyku, treść skąpa, a satysfakcja znikoma. Niech pan Prokopowicz zostanie przy zdjęciach, gdyż to mu lepiej wychodzi.

3/10

Radosław Ostrowski

Miasto 44

Chyba żaden film polski nie wywołał ostatnio takich emocji jak „Miasto 44”. Film skupia się na postaci Stefana, który zostaje zaprzysiężony kilka dni przed powstaniem.

miasto_44_1

Jan Komasa zaskakuje tutaj nie tylko rozmachem, niemal hollywoodzkim, ale też całkiem nieźle oddaje atmosferę czasu powstania: od euforii (za 2-3 dni, będzie po wszystkim) przez zniechęcenie po grozę i bezwzględność działań powstańczych. Można się przyczepić, że realizacja jest bardzo współczesna i nowoczesna, a bohaterowie są płascy i mało ciekawi (a wątek miłosny między Stefanem i Biedronką – niemal na granicy kiczu). Komasa nie próbuje się bawić w publicystykę czy atakować polityków, ale pokazuje młodych ludzi w czasach, gdy gotowość na oddanie swojego życia za swój kraj było czymś naturalnym. I im dalej trwa powstanie, tym bardziej widać beznadzieję sytuacji – jest coraz mocniej, brutalniej (z obowiązkowym slow-motion) i parę scen na pewno wielu zmiażdży emocjonalnie. Na mnie największe wrażenie zrobiły sceny w kanałach (niemal iście horrorowa strona plastyczna) oraz w piwnicy obrzuconej granatami, gdzie zabijano cywili. To na takich scenach budowany jest ten film, choć może wielu znudzić ten teledyskowy montaż oraz wpleciona muzyka (m.in. dubstep).

miasto_44_2

O aktorstwie pokrótce powiedziałem, że jest i nie przeszkadza. Bohaterowie mają być na tyle wyraźni, żeby było ich widać, ale o sympatii można zapomnieć, gdyż w każdej chwili mogą zniknąć z ekranu. Tak naprawdę najbardziej warci zapamiętania byli wcielający się w dowódców Tomasz Schuchardt („Kobra”) oraz Michał Żurawski („Czarny”). Dominuje tutaj młoda grupa aktorów z mało znanymi (jeszcze) twarzami, z wyjątkiem Antoniego Królikowskiego („Beksa”) i robią co mogą, radząc sobie poprawnie.

miasto_44_3

Komasa miał ambicje bycia drugim Wajdą. Plusem na pewno jest to, że stara się unikać patosu i pokazuje powstanie bez słodzenia i ogródek – jako okrutna walka, jak zresztą każda wojna. Problem w tym, że postacie były mi obojętne, a coraz mocniejsze i brutalniejsze sceny mogły działać odstraszająco. Wyraźnie adresowane dla młodego widza z pokolenia Facebooka. Na pewno nie przejdziecie obojętnie wobec niego.

Radosław Ostrowski

Jesteś Bogiem

Polskie filmy traktowane są bardzo krytycznie, wręcz z wrogością. Ale ten film miał jeszcze gorzej od poprzednich, bo mierzył się z legendą i to nie byle jaką. Film Leszka Dawida opowiada o hip-hopowym składzie Paktofonika, który pod koniec XX wieku okazał się jednym z najważniejszych składów grających rap w Polsce, a to wszystko przez jedną płytę i jeden kawałek.

bog1

Sama historia wydaje się jedną z wielu biografii jakich do tej pory nakręcono. Klamrą spajająca całą historię jest ostatni koncert Paktofoniki w katowickim Spodku już po śmierci Magika. Cofamy się potem piec lat wstecz i poznajemy historię o tym jak powstał hip-hop. Pozornie wydaje się to ciągiem niepowiązanych ze sobą scen, ale dzięki nim trochę bliżej poznajemy skład, ze wskazaniem na Magika oraz jego psychikę. Wszystko to oczywiście w rytm hip-hopowej muzy, z bardzo surowymi i realistycznymi zdjęciami, przy okazji pokazując szarą rzeczywistość Polski końca wieku – szarą, brudną, z nie do końca uczciwymi ludźmi. To wszystko ogląda się z dużym zaangażowaniem, jest świetnie zrealizowane i opowiedziane.

bog2

Ale najtrudniejsze zadanie mieli aktorzy grający główne role, ale oni się wybronili. Świetnie poradził sobie Marcin Kowalczyk pokazując Magika jako outsidera, zagubionego i wrażliwego faceta, który ma świetną nawijkę, ale w życiu prywatnym nie idzie mu zbyt dobrze, miewa koszmary.  Partnerujący mu Dawid Ogrodnik i Tomasz Schuhardt (Rahim i Fokus) dorównują mu kroku, zaś w scenach wymagających nawijania są bezbłędni (zwłaszcza Schuhardt). Poza tą dwójką moją uwagę skupił Arkadiusz Jakubik (Gustaw – wydawca płyty, który pomagał im i wspierał), zaś pojawiający się w epizodzie Marcin Dorociński był ciekawy.

Autentyczna i udana polska produkcja filmowa – coś takiego zdarza się bardzo rzadko, ale się zdarza. Tu wszystko jest na miejscu i bardzo silnie angażuje, nie tylko dla fanów hip-hopu.

8/10

Radosław Ostrowski