Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dom dobry

Wojciech Smarzowski jak żaden inny reżyser nie wsadza kina w mrowisko, pokazując rzeczy dla nas niewygodne oraz nieprzyjemne. Od zakrapianego alkoholem „Wesela” przez zimowy „Dom zły” i mazurską „Różę” po bezwzględny „Wołyń” oraz pokazujący Kościół „Kler”. Jednak swoimi ostatnimi filmami reżyser mniej lub bardziej mnie rozczarowywał. I kiedy już rok temu pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Domu dobrego” nie byłem specjalnie zainteresowany. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Smarzowski w tej formule zwyczajnie się wyczerpał, skupiając się niemal na szokowaniu. Jednak ciekawość oraz zadziwiająco wysoka frekwencja sprawiała, iż wybrałem się na seans.

Cała historia skupia się na Gośce (Agata Turkot) – młodej dziewczynie, która jest po przejściach. Mieszkała w Anglii, jej chłopak zginął w wypadku, choć wcześniej do świętych nie należał. Dorabia jako nauczycielka angielskiego i mieszka z matką-alkoholiczką (Agata Kulesza). Ta ją poniża i wyzywa od najgorszych, więc łatwo nie jest. Ale poznaje pewnego faceta przez Internet. Zwie się Grzesiek (Tomasz Schuchardt) i jest troszkę starszy, troszkę grubszy, ale inteligentny, uroczy oraz poważny. Nic dziwnego, że dziewczyna wprowadza się do niego po kolejnych wyzwiskach matki. Wszystko wydaje się sielankowe: wyjazd za granicę (Grecja, Hiszpania), oświadczyny w Wenecji, wreszcie ślub oraz narodziny córki. Ale zaczynają się dziać dziwne, wręcz niepokojące rzeczy.

Na pierwszy rzut oka „Dom dobry” wydaje się typowym filmem Smarzowskiego. Czyli filmem z popijaniem alkoholu, krwawą przemocą oraz najgorszymi instynktami człowieczeństwa z chętnie wykorzystywanym rwanym montażem. Tylko, że reżyser opowiadając o przemocy domowej nie skupia się na pokazywaniu ludzi z patologii czy nizin społecznych. To zwykli, przeciętni ludzie, z którymi łatwo można się identyfikować. Pierwsze 20-30 minut jest w miarę spokojne, pokazując zakochanie i rodzące się uczucie. Jednak z czasem zaczynają pojawiać się rysy w tym obrazku: była żona Grzegorza, z którą ma dziecko oraz alimenty do spłacenia; zamykanie drzwi i brak klucza, późne powroty do domu oraz oskarżenia. Nagle pewne wydarzenia (nagrane wcześniej na telefonie) widzimy jakby z innej perspektywy, gdzie pojawia się nagle rzucone zdanie, mamy podtopienie podczas pływania. Razem z Gośką zacząłem się gubić oraz dezorientować, szczególnie w scenie, kiedy kobieta wstaje z łóżka, jednocześnie cały czas leżąc. Zupełnie jakby opuściła swoje ciało, zaczynając obserwować cała sytuację z boku.

W tej chwili Smarzowski wchodzi w stan umysłu ofiary. Zaś sama przemoc ma tutaj różne oblicza: od fizycznego bicia i gwałtu przez wyzwiska, upokarzanie, nagrywania w tajemnicy (oraz pokazywania filmów podczas obiadu) aż po izolację od otoczenia. Ta struktura przypominająca obserwowanie alternatywnych scenariuszy (co by było, gdybym uciekła/została?) jest bardzo efektywna, choć bliżej końca wywołuje ogromną dezorientację. Ale także widzimy jak trudna jest tak droga opuszczenia przemocowego partnera/partnerki, o czym opowiadają członkowie grupy wsparcia (mocne opowieści) – od pomocy społecznej przez policję aż po sąd. To kolejne szarpiące za nerwy momenty, które mogą wywołać wstrząs, lecz Smarzowski w żadnym wypadku nie bawi się w pornografię przemocy czy inną eksploatację okrucieństwa. W czym także pomaga rewelacyjny montaż, choć bliżej finału ta dezorientacja idzie za daleko.

Nie mogę też nie wspomnieć o fenomenalnej obsadzie, gdzie nawet drobne epizody zapadają w pamięć. W centrum jest zjawiskowa Agata Turkot, której Gośka budzi sympatię od początku aż do samego końca. Pełna radości, ciepła oraz energii kobieta z czasem zaczyna zmieniać się w zagubioną, przerażoną i bezsilną osobę. Te chwile przeskakiwania w te skrajne emocje są pokazane bezbłędnie oraz bardzo drobnymi spojrzeniami. Ale najbardziej piorunujące wrażenie robi Tomasz Schuchardt w roli Grzegorza. Facet pozornie sprawia wrażenie bardzo sympatycznego, pełnego uroku misia. Jednak, gdy jest sam na sam zmienia się w bestię. Bez żadnego szarżowania, teatralności oraz fałszu. Ataki przemocy są nagłe i niespodziewane, przez co są jeszcze bardziej brutalne. Drugi plan jest wręcz przebogaty, choć tutaj najbardziej wyróżnia się niezawodna Agata Kulesza w roli matki-alkoholiczki.

Dla mnie „Dom dobry” to wściekły powrót Smarzowskiego do formy i prawdopodobnie najbardziej przemyślany pod względem konstrukcyjnym film. Genialnie zagrany, napisany oraz zrealizowany, znowu pokazując rzeczywistość bez znieczulenia, ale jest też zadziwiająco świeższy w formule. Czy to będzie początek nowego rozdziału w dorobku tego twórcy?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Utrata równowagi

Coś się ostatnio namnożyło dobrych debiutów w naszym kraju. Po takich filmach jak „To nie mój film”, „Rzeczy niezbędne” czy animowany „Smok Diplodok” dołącza „Utrata równowagi”. Czyli ciężkie spojrzenie na środowisko aktorów, bez żadnego lukrowania i słodzenia.

Bohaterami są ostatniego roku, którzy szykują się do spektaklu dyplomowego. Wśród nich jest Maja (Nel Kaczmarek), która po wielu castingach, próbach przebicia się i dostania jakiejkolwiek roli zamiast rzucić tą profesję w diabły. Zamiast tego marketing i zarządzanie, a w przyszłości prowadzenie własnego baru niż pracowanie w nim. Sytuacja (może) jednak ulec zmianie, kiedy pięć miesięcy przed dyplomem pojawia się Jacek (Tomasz Schuchardt) – reżyser teatralny i decyduje się wystawić z nimi… „Makbeta” Szekspira. Problem jest taki, że kiedy on wcześniej ze studentami wystawił tą sztukę, jedna z aktorek (grająca Lady Makbet) popełniła samobójstwo. Nie ma to jak być w dobrych rękach reżysera, jednak tym razem ma być inaczej, a wszystkie próby są filmowane kamerą. Zaś Maja ma wcielić się w lady Makbet.

Debiutujący Korek Bojanowski podejmuje temat, który od paru lat rozpalał środowisko aktorskie, czyli mobbingu oraz toksyczności wobec aktorów przez „mistrzów”. Gdzie znajduje się granica między prowadzeniem aktora a manipulowaniem, znęcaniem się oraz upokarzaniem. A także jak ta dynamika odbija się nie tylko na jednej osobie, lecz na całym otoczeniu. Atmosferą i klimatem przypomina „Whiplash”, gdzie bardzo niejasna relacja uczeń-mistrz znajduje się w centrum. Doprowadzając do wewnętrznej rywalizacji, wrogości między Mają a pozostałą, wydawałoby się zgraną paczką. Reżyser zaskakująco prosto buduje intensywną atmosferę, nie tylko sporą ilością zbliżeń na twarz, stroboskopowymi światłami, ale też bardzo kreatywnie używając dźwięku (podczas paru dialogów zostaje wyciszone tło, dając większy ciężar) oraz montażowych cięć.

Wszystko brzmi to bardzo naturalnie, bez poczucia sztuczności, nadmiernej ilości ekspozycji oraz pewnych niedopowiedzianych rzeczy. Cały czas napięcie wisi w powietrzu, wszystko kręcone z dość sporą ilością czerni, psychologicznymi gierkami aż do mocnego finału. Każdy z aktorów tutaj daje z siebie wszystko, zaś w większości mamy tutaj mniej znane i ograne twarze, co działa zdecydowanie na plus. Jednak najważniejsza jest tutaj rewelacyjna para Nel Kaczmarek/Tomasz Schuchardt. Ona początkowo wydaje się sfrustrowana, bardzo niepewna siebie, jednak z każdą sceną zaczyna pokazywać prawdziwy pazur oraz bardzo sprzeczne emocje. Na ile w tym próba pozostania w porządku, a na ile egoizmu, odpowiedź trzeba wyszukać sam. Z postacią Schuchardta jest podobnie. Jego Jacek to bardzo charyzmatyczny, budzący sympatię twórca, jednak podczas prób jego twarz przypomina maskę, za którą kryje się niewiadoma. Oboje są niesamowici, tworząc absolutnie niezapomniane role. Z drugiego planu wyróżniłbym trzymającego poziom Mikołaja Matczaka (wiecznie spóźniający się na próby Kuba), świetną Angelikę Smyrgałę (Anka) oraz Oskara Rybaczyka (Piotrek, chłopak Mai), choć reszta też wypada co najmniej bardzo dobrze.

Bardzo mnie zaskoczyła „Utrata równowagi”. Jest zaskakująco drapieżna, intensywna i precyzyjna w swojej realizacji, z absolutnie cudownym aktorstwem. Nie uniknie porównań z innymi produkcjami w kwestii mobbingu w świecie artystycznym („Whiplash”, „Tar”) oraz sprowokuje do dyskusji, ale to także dramat, trzymający w napięciu niczym rasowy thriller.

8/10

Radosław Ostrowski

Kobieta z…

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej przez lata można określić jako… skomplikowany. Najbardziej w jej filmografii spodobały mi się tylko dwa tytuły: „33 sceny z życia” i „Śniegu już nigdy nie będzie”. Szczególnie ten drugi tytuł okazał się dla mnie ogromnym zaskoczeniem, dając reżyserce u mnie kredyt zaufania. Zaprocentowało to solidnym „Infinite Storm”, a teraz wspólnie z Michałem Englertem stworzyli pierwszy polski film fabularny o postaci transpłciowej.

Wszystko zaczyna się jeszcze w PRL-u roku, kiedy Andrzej jeszcze jako dziecko mocno wyróżniał się z otoczenia. Od uciekania z welonem na głowie, odrzucenie przez komisję wojskową z powodu… pomalowanych paznokci. W tajemnicy zaczął wykradać matce hormony, przebierać się w damskie ubrania i czuć się innym od reszty otoczenia. Nikt z jego rodziny (wliczają w to żonę) nie zna jego tajemnicy, do tego jeszcze jesteśmy w małym miasteczku, gdzie plotki rozchodzą się szybciej. Czyżby Andrzej/Aniela nie miałby jakiejkolwiek szansy na życie w zgodzie ze sobą?

kobieta z1

Szumowska z Englertem skupiają się cały czas na głównym bohaterze i towarzyszymy mu przez ponad 40 (!!!) lat. Z oczywistych powodów narracja jest skokowa, pełna syntez oraz wielu wątków pobocznych. Ale zawsze w centrum tego wszystkiego znajduje się Andrzej – czyli kobieta urodzona w ciele mężczyzny. Próby pomocy lekarskiej na przestrzeni lat (od endokrynologa w lat 80., przez psychiatrę w latach 90. aż po psychologa w latach 2000.), szukania wsparcia i informacji, próba dopasowania się do życia rodzinnego. A im dalej w las, tym dziwniejsze sytuacje są potrzebne do przeprowadzenia operacji zmiany płci (scena u adwokata, tłumaczącego procedury – mocna). Wszystko to pokazane bez szukania na siłę sensacji czy kontrowersji, co należy pochwalić.

kobieta z2

Co mnie najbardziej zaskoczyło to jak wiele wsparcia dostaje nasza bohaterka z najmniej spodziewanych grup: kolegów z pracy, sióstr zakonnych (u nich zamieszkuje przez pewien czas) czy – choć bardzo powoli i nie od razu – rodziny. „Kobieta z…” pod tym względem może stanowić materiał edukacyjny dla osób, co próbują zrozumieć osoby transpłciowe. Nieważne, czy mówimy o rozmowach podczas grupy wsparcia (tutaj wypowiada się m.in. Anna Grodzka) czy wizycie o doktora Bardo (solidna rola Mikołaja Grabowskiego). Nie brakuje pięknych momentów (zakochanie się Andrzeja w Izie – cudownie sfilmowana i zmontowana), czy delikatnych momentów intymnych. Problem w tym, że czasami duet reżyserski gubi rytm i tempo, parę wątków jest zbędnych (kiedy dorosły Andrzej/Aniela trafia do więzienia) czy jest zbyt wiele uproszczeń.

kobieta z4

Wszystko to jednak ratują zarówno świetne zdjęcia Michała Englerta jak też świetne aktorstwo. Główną rolę grają Mateusz Więcławek (młody Andrzej) i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, tworząc absolutnie rewelacyjną kreację. Bez popadania w przerysowanie, bardzo delikatnie, opierając się na spojrzeniach oraz mowie ciała. Równie świetna jest Joanna Kulig oraz Bogumiła Bajor, wcielające się w postać żony Andrzeja, Izy. Dynamika tej pary to były dla mnie jedne z mocniejszych scen tego filmu. Na drugim i trzecim planie jest masa znajomych twarzy (m. in. Jacek Braciak, Wojciech Mecwaldowski, Jerzy Bończak czy Tomasz Schuchardt), zaś każdy tworzy co najmniej solidną rolę.

kobieta z3

Kobieta z…” dla mnie jest potwierdzeniem formy reżyserskiej Szumowskiej, skupiającej się na człowieku i szanując go zamiast eksploatować. Jest szczerze, uczciwie, kapitalnie zagrane i – co mnie zaskoczyło – emocjonalnie angażujące do samego końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Doppelgänger. Sobowtór

Dla każdego młodego reżysera jego drugi film fabularny to prawdziwy test, co ma pokazać z kim mamy do czynienia. Oraz udowodnienie, że sukces debiutu nie był tylko jednorazowym strzałem czy kwestią szczęścia, co podnosi o wiele wyżej oczekiwania. Po „25 latach niewinności” reżyser Jan Holoubek i scenarzysta Andrzej Gołda znowu połączyli siły, by opowiedzieć historię szpiegowską w czasach PRL-u. Czy tym razem też odniosło się sukces?

Wszystko zaczyna się w 1977 w Stuttgardzie, gdzie trafia niejaki Hans Steiner (Jakub Gierszał). Jak się okazuje młody mężczyzna z Polski został pozostawiony w kraju przez matkę Niemkę tuż po zakończeniu II wojny światowej. I dopiero teraz udało mu się znaleźć biologiczną matkę oraz szansę na pojednanie. Poznaje wujka Helmuta (Joachim Raaf) i zaczyna pracę jako urzędnik w Stuttgardzie. Drugim bohaterem jest Jan Bitner (Tomasz Schuchardt) – pracownik stoczni, któremu właśnie zmarła matka. Poza tym ma żonę, dwójkę dzieci i nie jest zaangażowany w żadną działalność polityczno-opozycyjną. Ale przypadkowo odnajduje teczkę z dokumentami, z których wynika, iż… był adoptowany. Próbując odnaleźć swoją biologiczną matkę znajduje się na celowniku bezpieki i trafia na masę przeszkód.

Sam tytuł już wiele zdradza, sugerując jaki będzie łącznik naszych bohaterów. Bo co oznacza to niemieckie słowo „doppelgänger”? Najczęściej to sobowtór albo, jak podaje Wikipedia, „czarny charakter, mający zdolność do pojawienia się w dwóch miejscach jednocześnie”, ale w wielu wierzeniach jest to zły brat bliźniak. Takie postacie w (pop)kulturze pojawiały się zarówno w powieści Fiodora Dostojewskiego, literaturze SF czy choćby w kultowym „Miasteczku Twin Peaks” Davida Lyncha. Holoubek z Gołdą wykorzystują ten motyw do konwencji szpiegowskiego thrillera, gdzie skradzioną tożsamość wykorzystuje się do budowania „legendy”. Obaj bohaterowie niejako żyją nieswoim życiem, co staje się powodem obsesji i poczucia bycia pozbawionym niejako własnej woli, siły sprawczej.

Przez sporą część czasu twórcy zgrabnie lawirują niedopowiedzeniami, przekazując bardzo oszczędnie kolejne informacje oraz szczegóły. I to się ogląda z dużym zainteresowaniem, ALE kiedy zostaje wszystko wyłożone na stół, emocje biorą sobie wolne. Zaś kolejne wydarzenia wydają się zarówno prowadzone mechanicznie oraz przewidywalnie. Do tego kompletnie więcej czasu skupiamy się na wątku szpiegowskiej działalności Steinera niż walce o odkrycie przeszłości przez Jana. O dziwo, to ten drugi wątek jest o wiele ciekawszy, jednak prowadzony jest w bardziej rwany i skokowy sposób. I to mnie strasznie boli, tak samo jak nieprzekonująca (dla mnie) pewna przemiana oraz próba buntu szpiega.

Trudno jednak nie być zachwycony technikaliami. Po pierwsze i najważniejsze: WYRAŹNE, dobrze udźwiękowione dialogi, co jest bardzo rzadkie. Ale największą robotę w budowaniu klimatu pomagają fantastyczna scenografia oraz zdjęcia. Holoubek stał się specjalistą od tworzenia dzieł osadzonych w przyszłości i to nadal działa. Przywiązanie do szczegółów, rekwizytów czy kostiumów jest ogromne, zaś wiele „płynących” ujęć oraz oświetlenie bardzo przypominało produkcje z lat 70. czy produkcje takie jak „Monachium” lub „Szpieg”. Tutaj absolutnie nie ma żadnego wstydu.

Tak samo świetnie wypadają aktorzy, którzy kolejni raz potwierdzają klasę. Świetny jest Jakub Gierszał jako Steiner, czyli szpiega ciągle tłumiącego swoje emocje. Widać, że coś się w tej głowie gotuje i zbiera, ale cały czas musi się pilnować. W tych rzadkich momentach otwarcia się błyszczy najmocniej. Jednak dla mnie o wiele ciekawszy jest Tomasz Schuchardt jako Bitner, który próbuje oświetlić mgłę tajemnicy wokół swojej przeszłości. Kolejne odbijanie się od ściany, poczucie bezsilności oraz jak odbija się to na jego rodzinie o wiele bardziej mnie ciekawiło niż dylematy młodego szpiega. Tym większa szkoda, że ten wątek nie jest bardziej wyeksploatowany i pogłębiony. Ogromna szkoda. Równie świetny jest drugi plan, gdzie najbardziej wybija się czarująca Emily Kusche (kuzynka Inga), tajemnicza Katarzyna Herman (oficer prowadząca) i wyciszony Andrzej Seweryn (Roman Wieczorek).

Więc jak podsumować „Sobowtóra”? Świetny technicznie i aktorsko film, który jest bardzo interesujący wizualnie oraz klimatem epoki. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórców przerosły ambicje tego dzieła, przez co nie angażuje tak bardzo jak mógł. Nadal jednak kibicuję Holoubkowi i mam nadzieję, że kolejny film będzie po prostu lepszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Chrzciny

Kolejny film o „polskości”, czyli naszych wadach (hipokryzja, dewocja, kłótliwość, zawiść) siedzących w nas praktycznie od… chyba zawsze. Do tego jeszcze w czasach historycznych, co było wałkowane od dekad. Najlepiej w czasach polaryzujących i wywołujących silne emocje. Jak równie mocno wałkowany stan wojenny – ostatnio obecny choćby w takich filmach jak „Wszystko, co kocham” czy „Żeby nie było śladów”. Równie z tym tematem postanowił się zmierzyć debiutant Jakub Skoczeń w „Chrzcinach”, które toczy się… podczas przygotowań do chrzcin.

chrzciny2

Gdzieś w górskim miasteczku mieszka Marianna (Katarzyna Figura) – nestorka rodziny, której udało się dokonać niemożliwego. Zebrała wszystkich – także tych najbardziej skłóconych – członków rodu na chrzciny swojego wnuka. Jednak obawa skłócenia oraz podziałów nie do pogodzenia jest tak silna, że może dojść do rozejścia się wszystkich. Czemu? Powodów jest kilka: dwóch braci stoi po różnych stronach barykady (jeden partyjny, drugi w Solidarności); do tego nie wiadomo kto jest ojcem dziecka, zaś matka Hania (Marianna Gierszewska) nie zdradza tajemnicy; jest jeszcze rozwiedziona Irena (Marta Chyczewska) otrzymująca prezenty od byłego męża zza granicy. To jednak jest nic przy jednej, brutalnej decyzji, czyli… wprowadzeniu stanu wojennego. Kobieta decyduje się ukryć wszelkimi sposobami tą informację, by doprowadzić uroczystość do końca. Jakby mało było problemów o pomoc prosi ksiądz (Andrzej Konopka). Chodzi o ukrycie siostrzeńca Janka (Tomasz Włosok) przed ścigającą go milicją, co komplikuje sprawy.

chrzciny1

Reżyser w zasadzie nie odkrywa na nowo Ameryki i mamy znajomość historię rodzinną podczas uroczystości. Jak choćby „Cicha noc”, gdzie mamy ciasną przestrzeń domu i sporo postaci. Pojawiają się obowiązkowe animozje, sarkastyczny humor i pretensje, które wydają się dziwnie znajome. Czasy i dekoracje się zmieniają, ale wojna światopoglądowa wydaje się być nieodzownym elementem wielu rodzinnych spotkań. Dlatego bierzemy w nich udział tak rzadko, bo finał wydaje się bardzo łatwy do przewidzenia. Skoczeń wykorzystuje tą historię, żebyśmy wszyscy mogli spojrzeć na siebie jak w zwierciadle.

chrzciny3

Jednak „Chrzciny” nie są ani tak ostrym spojrzeniem jak u Smarzowskiego czy przenikliwe jak u Domalewskiego. Jasne, nie brakuje to kilku zabawnych sytuacji niczym z komedii pomyłek, jednak brakuje tutaj świeższego spojrzenia. Zmiana dekoracji to trochę za mało, kiedy postacie nie wydają się aż tak mocne i wyraziste. Poza Marianną najbardziej się tu wybija barwny Tolo (świetny Maciej Musiałowski), który jest najbardziej ekscentryczny, lekko postrzelony chłopak, co wszystko wygrywa w karty oraz twarda, nie dająca sobie w kaszę dmuchać Teresa (mocarna Agata Bykowska). Choć jest tu masa znanych twarzy jak Michał Żurawski, Tomasz Schuchardt czy w/w Konopka i Włosok, to tak naprawdę ten film trzyma w ryzach świetna Katarzyna Figura. To najbardziej złożona postać, która w szafie trzyma wiele trupów i dla utrzymania rodziny razem jest w stanie posunąć się do kłamstewek oraz manipulacji. Bardzo bogobojna i wspierająca, a jednocześnie mocno żyjąca w kłamstwie. Wszystko to bez demonizowania oraz szarży o jaką było tu bardzo łatwo.

chrzciny4

Trudno mi ten film jednoznacznie ocenić. Z jednej strony jest pewnie sfotografowany, ma kilka dobrych scen i porządne aktorstwo, ale z drugiej jest bardzo wtórny, pozbawiony jakiegoś mocnego uderzenia. Niemniej warto uważnie przyglądać się Jakubowi Skoczniowi, bo widać spory potencjał na ciekawego reżysera. Czy będzie go w stanie wykorzystać? Przekonamy się przy drugim filmie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka woda

Netflix i polskie seriale to zazwyczaj chybiona mieszanka, choć to wynika z niewielkiego doświadczenia oraz docierania się obydwu stron. Niemniej coś się chyba zaczyna kiełkować, co pokazał drugi sezon „Rojsta”, dobrze odebrany „Sexify” (jeszcze nie widziałem) oraz temat obecnego tekstu. „Wielka woda” to kolejny serial reżysera Jana Holoubka i scenarzysty Kaspra Bajona, tylko tym razem skupia się na powodzi 1997 roku.

Akcja skupia się na Wrocławiu roku pamiętnego, kiedy Odra zalała miasto. Ale cofamy się parę tygodni do momentu, gdy trafia faksem notatka hydrolog Jaśminy Tremer (Agnieszka Żulewska). Poziom wody w Odrze rośnie w szybkim tempie. Władze miasta z inicjatywy zastępcy wojewody Jakuba Marczaka (Tomasz Schuchardt) ściągają kobietę w charakterze konsultanta, by nie dopuścić/zminimalizować straty. Jednym ze sposobów ma być wysadzenie wału przeciwpowodziowego wokół wsi Kęty. Mieszkańcy pod wodzą Andrzeja Rębacza (Ireneusz Czop) nie chcą się na to zgodzić, nie mówić już o przeniesieniu się do mieszkań zastępczych. Katastrofa wisi w powietrzu.

Sześcioodcinkowa historia rozbija się na parę mniejszych, by stworzyć mozaikę postaci, zdarzeń oraz realiów roku ‘97. Pokazania czasów, gdzie jeszcze nie wykorzeniła się mentalność PRL-u i nie do końca ufa się władzom. Te z kolei nie są do końca przygotowane na całą sytuację, zakładając optymistyczne scenariusze, nie posiadając aktualnych map i brakuje poczucia kto za co odpowiada. Biurokracja, burdel kompetencyjny oraz przepychanki polityczne były dla mnie jednymi z najciekawszych scen. Zderzenie człowieka z urzędniczą machiną, gdzie musi dojść do nieuniknionego błędu. Nieufność wobec władzy miesza się tutaj z oddolnymi inicjatywami, jednoczącymi ludzi.

Jednocześnie wszystko jest pokazane w skali mikro, z masą postaci na drugim i trzecim planie jak sprzedawczyni lokalnego sklepu, dr Góra, dziennikarka telewizyjna, diler narkotykowy. To pomaga zbudować koloryt i pokazać różne perspektywy, ALE jednocześnie można odnieść poczucie pewnego przesytu. Bo jak się odkryje ile postaci jest ze sobą powiązanych (głównie wokół naszej pani hydrolog), głowa może rozboleć, zaś wiele wątków bywa przeciągniętych (matka Tremer nie chcąca opuścić domu czy poszukiwania córki Marczaka przez ojca).

Niemniej muszę przyznać, że serial wciąga i trzyma w napięciu. Duża w tym zasługa realizacji, miejscami niemal dokumentalnej w formie, a jednocześnie imponującej skalą. Czuć, że był pieniądz. Imponuje scenografia oraz kostiumy, suspens potęguje ambientowa muzyka, nie brakuje też nawet świetnych scen zbiorowych. Próba wykurzenia mieszkańców wsi spod wału przeciwpowodziowego czy ostatnie odcinki z zalanym miastem wyglądają niesamowicie. Co jest imponujące zważywszy, że kino katastroficzne (a do tego gatunku „Wielka woda” wpisuje się) nie jest w Polsce realizowane zbyt często. Jedyny poważny zgrzyt wywołuje we mnie zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego i nagłego, co mnie zaskoczyło in minus.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane, skupiając się na trzech postaciach: Tremer, Marczaka i Rębacza. Agnieszka Żulewska jest świetna jako zdeterminowana, trzymająca się faktów kobieta z dużym bagażem w tle. Wielu może zirytować ta postać, bo kolejna silna postać kobieta (konserwatywni faceci już dostają piany z ust), ale nie jest przejaskrawioną, przegiętą, antypatyczną, nieomylną wyrocznią. Kolejny raz błyszczy Ireneusz Czop, będący mimowolnym liderem mieszkańców wsi. Prosty facet postawiony w niezwykłej sytuacji, ale pozostaje ludzki (scena przeprawy po ciało ojca za pomocą łódki) i jego racje są zrozumiałe. Dla mnie całość skradł rewelacyjny Tomasz Schuchardt i nie tylko dlatego, że coraz bardziej wygląda jak Ron Swanson z „Parks and Recreation”. Marczak jest ambitnym urzędnikiem, który poważnie podchodzi do tematu, zaś w ostatnich odcinkach gra oczami tak, że w nich widać wszystko. Jego losem przejąłem się najbardziej. Na drugim planie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Mirosław Kropielnicki, Leszek Lichota, Piotr Trojan, Łukasz Lewandowski, Anna Dymna czy – po raz ostatni na ekranie – Jerzy Trela), którzy wyciskają wiele i zapadają w pamięć.

Wielu porównywało serial Holoubka do „Czarnobyla”, co jest zrozumiałe. Obydwa tytuły pokazują wielką katastrofę z każdej perspektywy, imponują skalą i zderzają bezsilność władzy z walką ludzi wobec tragedii. Ale produkcja HBO była też aktem oskarżenia wobec skorumpowanego systemu opartego na kłamstwie, zaś „Wielka woda” nie ma aż takich ambicji. Nadal jednak pozostaje wartym polecenia tytułem jakiego na naszym podwórku nie było. Nie brakuje wad, ale zalet ma o wiele więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Orzeł. Ostatni patrol

ORP „Orzeł” – polski okręt podwodny, który 11 czerwca 1940 roku został uznany za stracony. Jak do tego doszło? Tego nie wie nikt, tak samo nie wiadomo gdzie znajduje się wrak okrętu. Pewną próbę opowiedzenia tej historii postanowił się podjąć Jacek Bławut – autor zdjęć i reżyser filmów dokumentalnych. Powiem, że czekałem na ten film, choć obawiałem się wykonania. Wszyscy wiemy jaką reputację ma polskie kino historyczne.

orzel (2022)1

„Ostatni patrol” toczy się pod koniec ostatniego maja 1940. Już po ucieczce z Tallina i działając razem z aliantami, czasy sukcesów mają za sobą. Załoga pod wodzą kapitana Grudzińskiego (Tomasz Ziętek) dostaje zadanie wyruszyć ku Morzu Północnemu. Jaki jest cel? Zatopienie dwóch okrętów z niemieckiego konwoju. Nie będzie to łatwa robota, bo trzeba przejść przez pole minowe oraz samoloty Luftwaffe.

orzel (2022)2

Ale jeśli spodziewacie się dynamicznego kina akcji, to absolutnie omijajcie kina. Bławut bardziej skupia się tutaj na budowaniu atmosfery. Dusznej, klaustrofobicznej, gdzie niemal cały czas jesteśmy w środku, pod wodą. I jest tylko czekanie, czekanie, czekanie. Na wyrwanie się z zasięgu bomb głębinowych, bomb z powietrza, okrętów nad nimi. Liczenie na łut szczęścia i kompletna cisza. Poczucie klaustrofobii potęgowane jest przez dźwięk, niemal roznoszący się po całej przestrzeni. Każda śruba, skrzypnięcie, trzask, pisk radaru podnosi napięcie. Jeśli komuś przypomina to „Das Boot”, jest to skojarzenie jak najbardziej na miejscu. Podbite to jeszcze jest zdjęciami oraz dość… dziwnym zabiegiem wizualnym. Masa kadrów jest pokazana z perspektywy peryskopu oraz wszelkich maści szklanych obiektów czy to przy drzwiach, czy nawet… radaru. W takich ujęciach obraz jest pobrudzony, dźwięk mocno przytłumiony i sprawiało, że czułem się niemal jak podglądacz.

orzel (2022)3

Jeszcze bardziej zadziwiają dialogi, których minimalizm wywoła konsternację. Wypowiadane słowa to w zasadzie komendy, rozkazy oraz techniczny żargon. Postacie w zasadzie niewiele mówią o sobie, co nie pozwala w pełni się z nimi utożsamić. Mimo masy znajomych twarzy (m.in. Tomasz Ziętka, Tomasza Schuhardta, Antoniego Pawlickiego czy Filipa Pławiaka), trudno tu wskazać jakąś wyróżniającą się postać. Wszystko się zlewa w jedną masę, przez co troszkę nie wszedłem w tą historię. Szczątkową, dramaturgicznie kulawą. Niemniej trudno nie docenić strony technicznej. O zdjęciach i dźwięku już mówiłem, ale nie można nie docenić scenografii (odtworzenie wnętrza okrętu zajęło twórcom ponad rok) oraz bardzo przyzwoitych efektów specjalnych. Niemniej muszę przyznać, że parę podwodnych ujęć jest zbyt ciemnych i naprawdę mało widać.

orzel (2022)4

Reżyser Bławut swoim filmem idzie pod prąd oczekiwaniom i idzie w bardziej eksperymentalną formę, która spolaryzuje widownię. Nie jest to patetyczno-sensacyjna opowiastka, lecz próba odtworzenia ostatnich dni załogi, skupiona bardziej na klaustrofobicznej atmosfery i poczuciu strachu. Szanuje to podejście, ale filmu raczej nie polubię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wesele (2021)

Kolejne „Wesele” od Smarzowskiego – mniej więcej wiadomo, czego należy oczekiwać. Walenia prosto w oczy nieprzyjemnej prawdy na nasz temat. Że jesteśmy pełni nienawiści wobec siebie i innych, działamy na skróty, a najważniejsze są pozory, kłamstwa oraz dawno zakopane trupy. Czyli wszystko po staremu.

Tym razem jesteśmy na weselu organizowanym przez Ryszarda Wilka (Robert Więckiewicz) – właściciela masarni, szykującego się do dużego interesu z Niemcami. Państwo młodzi to córka Kasia (Michalina Łabacz) – ciężarna, planująca wyjechać do Irlandii, gdzie planuje prowadzić pub. Wybranek jej serca to Janek (Przemysław Przestrzelski) – piłkarz oraz nacjonalista. Wydaje się, że będzie wszystko dobrze, lecz dla Wilka pojawiają się kolejne komplikacje. Interes życia stoi pod znakiem zapytania, a jeszcze pojawia się przedstawiciel ambasady Izraela z nagrodą Sprawiedliwego wśród Narodów Świata dla dziadka rodu, Antoniego Wilka (Ryszard Ronczewski w ostatniej roli). A czy wspominałem, że to wesele jest w Jedwabnem?

Smarzowski kolejny raz pokazuje naszą mentalność w bardzo krzywym zwierciadle. Czyli kolejny przykład naszych wad przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bez możliwości jakiejkolwiek szansy wyrwania się z tego przeklętego kręgu. Ale chyba po raz pierwszy miałem poczucie pewnego przeładowania sytuacji, postaci i wątków. Do tego bohaterowie kompletnie mnie nie obchodzili, jakby byli ledwie szkicami postaci. Wyjątkiem od tej reguły jest Antoni Wilk, dla którego obecne wesele staje się zapalnikiem, budzącym wydarzenia z przeszłości. A dokładniej z jego młodości (tą inkarnację gra Mateusz Więcławek) podczas II wojny światowej, gdzie przeżył miłość do żydowskiej dziewczyny.

Pogłębiająca się demencja powodują, że przeszłość i teraźniejszość zaczynają się przeplatać. Nie tylko za pomocą retrospekcji, ale też faktu, iż postacie z przeszłości pojawiają się teraz. Wszystko zaczyna się mieszać ze sobą, co wywołuje z jednej strony konsternację (montaż jest wręcz intensywny), ale pokazuje jedną (może zbyt oczywistą) prawdę: by móc wyciągnąć wnioski z historii, trzeba znać jej pełną wersję. Jednak czy chcemy ją znać? I czy może stanowić początek nowego etapu? Tutaj odpowiedź pozostaje w zawieszeniu, a im bliżej końca, tym mocniej uderzają kolejne wydarzenia.

Wtedy jednak dla mnie było już za późno, bo wątek przeszłości to za mało, by w pełni zaangażować. Bo wątek współczesny jest bardzo chaotyczny, bałaganiarski, gdzie nie wiadomo, na kim ma mi zależeć. Jeszcze te męczące momenty, gdy postacie zwracają się bezpośrednio do kamery (życzenia dla państwa młodych i nie tylko). Brakuje też zarysowanych relacji między członkami rodziny, przez co pozostają oni mało wyraziści, pozbawieni charakteru, mimo wielu znanych twarzy na ekranie. To bardzo boli i sprawiało, że gówno mnie to wszystko obchodziło.

Już w „Klerze” zacząłem czuć troszkę odczuwać zmęczenie formą i stylem Smarzowskiego, ale tam było trzech świetnie napisanych oraz zagranych postaci. „Wesele” to już przerost formy nad treścią, gdzie reżyser coraz bardziej zaczyna się zbliżać do… Patryka Vegi. Tylko, że idącym w przeciwną stronę. Czuję się przejedzony i mam na razie Smarzola dość.

5/10

Radosław Ostrowski

Hiacynt

Który to już kryminał w realiach kraju zwanego PRL-u? Do tego grona dołącza kolejny polski film Netflixa, czyli „Hiacynt” od Piotra Domalewskiego. I to jest drugi film z naszego kraju, zrealizowany przez streamingowego potentata, który udało mi się obejrzeć do końca. A to już o czymś mówi. Czy jednak warto dotrwać do końca?

Tytułowy Hiacynt to operacja Urzędu Bezpieczeństwa organizowana w latach 1985-87 w celu spisania i stworzenia teczek osób homoseksualnych. Po co? Żeby ich szantażować i zmuszać do współpracy pod groźbą ujawnienia swojej orientacji najbliższym, kolegom z pracy itd. W samym filmie jest to tło dla poważniejszej sprawy – morderstwa niejakiego Grzegorzka. Mężczyzna był bardzo dzianym oraz wpływowym człowiekiem. Jak się potem okaże, także pederastą. Sprawa ma być poprowadzona szybko, a zabójca ma być na wczoraj. Brzmi jak łatwizna dla Roberta Mrozowskiego i Huberta Nogasia. Podczas obławy na gejów w latrynie, Robert poznaje Arka i ta relacja mocno namiesza. Zarówno zawodowo (młody student zostanie – nieświadomym – informatorem), jak i prywatnie.

Jest bardzo mrocznie, gdzie prawda jest tutaj najmniej wartościową rzeczą, a każdy skrywa tajemnice. I każdy jest poddany inwigilacji, obserwacji, by znaleźć wszelkie brudy do szantażu. Ewentualnie do założenia knebla. Intryga jest prowadzenia bardzo powoli, gdzie gliniarz z zasadami dochodzi do prawdy na własną rękę. Ale kiedy wydaje się, że znajdzie rozwiązanie, ciągle ktoś jest o krok przed nim i kolejne tropy się urywają, a świadkowie giną. Łatwo się można domyślić czyja to ręka odpowiada, ale dlaczego, na czyje zlecenie. Jednak całe to dochodzenie jest tylko pretekstem do pokazania psychologicznego portretu Roberta.

Mrozowski (bardzo stonowany, ale przykuwający uwagę Tomasz Ziętek) jest typowym młodym idealistą, która kariera bywa zależna od ojca, pułkownika milicji (solidny Marek Kalita). On – pośrednio – wręcza kolejne dochodzenia, rekomenduje go do szkoły milicyjnej itd. I to przeszkadza naszemu bohaterowi. Wszystko jeszcze komplikuje Arek (absolutnie rewelacyjny Hubert Miłkowski), który początkowo zostaje wykorzystany jako informator. Z czasem jednak zaczyna tworzyć się silniejsza więź, przez co Robert zostaje zmuszony do odpowiedzenia sobie na pytanie kim jest naprawdę. I to dla mnie esencja tego filmu oraz prawdziwe clou.

Oczywiście, nie brakuje znajomych klisz: partyjni, potężni aparatczycy, szef pragnący świętego spokoju, partner używający pięści (kradnący film Tomasz Schuhardt), działający w ukryciu tajniacy, glina-idealista, wspierająca dziewczyna-koleżanka z pracy. Ale to wszystko działa, co jest zasługą sprawnej ręki reżysera. Klimat czasów PRL-u budują także absolutnie świetne zdjęcia, pulsująca elektroniczna muzyka oraz szczegółowa scenografia. Problemem na początku jest udźwiękowienie, gdzie przez pierwsze kilkanaście minut dialogi są niewyraźne. Na szczęście potem przestaje to być problemem.

Wszystko tutaj działa dzięki świetnym rolom Ziętka oraz Miłkowskiego, gdzie te relacja mocno ewoluuje. Pierwszy jest skonfliktowany między swoją pracą, dziewczyną a poznanym chłopakiem – troszkę podobnym z charakteru. Czyli młodym, zbuntowanym idealistą, chcącym po prostu normalnie żyć. W końcu dochodzi między nimi do zbliżenia i to jest zrobione bardzo ze smakiem. Drugi plan kradnie Schuhardt jako osiłkowaty, chamski Nogaś, zaś wśród twarzy przebija się m.in. Andrzej Kłak, Tomasz Włosok i Sebastian Stankiewicz. Każdy z nich ma swoje pięć minut.

Od razu wyjaśnię sprawę: „Hiacynt” nie jest najlepszym filmem w dorobku Domalewskiego i jego wejście w kino gatunkowe nie jest spektakularne. ALE jest to na tyle solidnie zrobione, z masą dobra do zaoferowania, a wątek LGBT ubarwia całą historię. Jest pozostawiona furtka do kontynuacji, jednak wątpię, by do tego doszło.

7/10

Radosław Ostrowski