Po wielkim sukcesie „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloś Forman skręcił w kierunku nieoczekiwanym przez nikogo. A mianowicie postanowił (dość luźno) przenieść na ekran bardzo popularny musical „Hair”. Dzieło napisane przez Jamesa Rado i Geroda Ragni z muzyką Galta MacDermota miało swoją sceniczną premierę w 1967 roku. Odkąd czeski reżyser zobaczył sceniczną adaptację był bardzo zainteresowany, ale na to trzeba było poczekać 12 lat.

Historia skupia się wokół młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage). Młodzieniec dostał powołanie do wojska i wyrusza do Nowego Jorku. Tam trafia na grupę hipisów pod wodzą bardzo energicznego Bergera (Treat Williams). Ta pokręcona paczka pokazuje mu troszkę bardziej „luźne” życie, jednak nie zmienia planów młodzieńca. Ale podczas spaceru po Central Parku wpada mu w oko niejaka Sheila (Beverly d’Angelo), co uruchamia sporą lawinę wydarzeń.

„Hair” jest bardzo intrygującym filmem, gdzie sceny dialogowe i muzyczno-śpiewane przeplatają się ze sobą, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się klasycznym zabiegiem. Ale sama muzyka stylistycznie jest bliżej „Jesus Christ Superstar” (rockowo-jazzowa hybryda) z kilkoma bardzo chwytliwymi kawałkami jak „Age of Aquarius” (prosta, ale zachwycająca choreografia – gdzie wśród tańczących są… policyjne konie), „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Forman przygląda się grupie hipisów zarówno z fascynacją wobec ich bezkompromisowego oraz nie ulegającego konwenansom stylowi życia (cudowna scena podczas przyjęcia, gdzie Berger rzuca tyradę). Ale z drugiej nie pozostaje bezkrytyczny, pokazując brak odpowiedzialności (czarnoskóry Hud, ciężarna Jeannie) oraz zażywanie narkotyków. I to na tych zderzeniach oraz kontrastach musical wybrzmiewa najmocniej, by na koniec jednocześnie dać mocno cios w brzuch, a po niej małe światło nadziei.

Mimo upływu lat muzyka nadal pozostaje żywiołowa i energetyczna, choreografia może prosta, ale efektywna, a całość jest świetnie zmontowana (od przeplatanki przed komisją wojskową przez wizytę u psychologa więziennego po narkotyczną wizję ślubu). Choć zdarzają się w środkowej części chwile przestoju, to jednak film Formana sprawdza się jako zapis podzielonej Ameryki lat 60. Nawet jeśli bywa czasem naiwny czy przerysowany, potrafi emocjonalnie trafić w najmniej spodziewanym momencie.
7,5/10
Radosław Ostrowski


















