Bad Boys II

Pamiętacie jeszcze Mike’a i Marcusa? Nasi dwaj skontrastowani gliniarze tym razem mają trudniejszy problem: miasto zalewa ecstasy. Narkotyki rozprowadza niejaki Johnny Tapia, jednak policja jest wobec niego bezsilna. Jakby tego było mało Marcus myśli o przeniesieniu się, zaś Mike zaczyna umawiać się z siostrą kolegi. Dziewczyna niedawno przybyła do Miami i… okazuje się być tajną agentką DEA, która ma zinfiltrować grupę Tapii.

bad boys2-1

Dziwnym może być fakt, że dopiero po 8 latach postanowiono zrobić kontynuację hitu z 1995 roku. wraca Michael Bay, ale to już jest inny reżyser niż na początku swojej drogi. Dwójka trzyma się pradawnej zasady box office’u: więcej, mocniej, bardziej. Cała akcja nabiera większego rozmachu, co czuć już od samego początku. Nalot na dragi w obozie Ku Klux Klanu pokazuje Baya rozbuchanego, wręcz efekciarskiego (slow motion oraz scena bullet time’u). Oprócz policji mamy tutaj antyterrorystów, ruską mafię, kubańskiego dilera, ale to nie wszystko. Sama akcja wygląda spektakularnie jak pościg na autostradzie czy finałowa inwazja na kubańską chatę. Problem jednak w tym, że zbyt mocno drgająca kamera oraz zbyt szybki, chaotyczny montaż psują jakiekolwiek dobre wrażenie. Oglądając te rozbuchane sceny czułem się zmęczony, a zamiast ekscytacji pojawiła się obojętność. Kolory są jeszcze bardziej wyraziste (błękit w nocnym klubie), w tle przygrywa lekko hip-hopowa muza, zaś humor nie działa aż tak mocno jak w oryginale. Choć nie brakuje perełek jak Marcus pod wpływem ecstasy czy szczera rozmowa panów, która zostaje pokazana we wszystkich telewizorach sklepu RTV. Do tego całość jest zwyczajnie za długa – dwie i pół godziny to jednak przy dużo. Nie brakuje dłużyzn oraz scen zbędnych jak przyjście chłopaka córki Marcusa, których można się było zwyczajnie pozbyć.

bad boys2-2

Sytuację troszkę broni fakt, że nadal czuć chemię między Willem Smithem a Martinem Lawrence’m. Niby nie zmienili się bardzo pod względem charakteru, ale to ciągle działa i docinki między nimi to najlepsze co film ma do zaoferowania. Na drugim planie najbardziej wybija się Peter Stormare jako rosyjski gangster Aleksy. Jako jeden z niewielu gra z dużym dystansem oraz przymrużeniem oka. Tak samo nabuzowany Joe Pantoliano wracając do roli kapitana Howarda. A główny łotr jest tak przerysowany, że nie da się go traktować poważnie.

bad boys2-3

Dla mnie druga część „Złych chłopaków” to przesadnie efekciarski, zbyt chaotyczny i nie dający zbyt wiele satysfakcji. Nie jest to wielka tragedia w dorobku Baya, jest parę fajnych momentów, zaś duet Smith/Lawrence nadal działa. Niemniej czuć pewien niedosyt i jest to przykład, że większy budżet nie zawsze pomaga.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Yes – Talk

Talk

Po katastrofalnej płycie “Union” zespól Yes powrócił do swojego składu z lat 80-tych (Anderson, White, Squire i Rabin), by spokojnie popracować nad nowym materiałem. Po kłótni z Atlantic i Arista, ekipa pod wodzą Andesona wydała album w małej wytwórni Virgin i… odniosła ona kasową porażkę. Nic dziwnego, skoro nie była promowana, a tydzień później wyszedł „High Hopes” Pink Floyd.

Produkcją zajął się sam Rabin i tym razem zespół postanowił zrobić swoje, nie ścigając się z robieniem hiciorów. Jest to dość prosty i chwytliwy album, który jednak nie idzie w stronę rąbanki i dyskotekowego bitu. Mamy chwytliwe i mocne riffy Rabina (słychać to w „The Calling” ze świetna perkusją w środku czy w „I Am Waiting” z mocnym wstępem, wyciszonymi zwrotkami, przypominającymi stare Yes z lat 70-tych – delikatne klawisze, eteryczny wokal oraz mocnymi wejściami gitary i perkusji w refrenie), zespół ma trochę więcej do pokazania, klawisze przypominają stare dobre czasy, zaś Jon Anderson śpiewa po prostu bezbłędnie. Zaś samo brzmienie jest różnorodne, tempo jest zmienne w trakcie utworu, choć dominuje tutaj gitara elektryczna (wyczuwalna najbardziej w „The Calling” i „State of Play”), nie brakuje też rozbudowanych kompozycji (8-minutowe „Real Love”) oraz orientalnych fragmentów (bardzo sterylne „Where Will You Be”). Jedynym skrętem w stronę stricte pop-rockowego grania jest „Walls” napisane wspólnie z Rogerem Hodgsonem (byłym członkiem Supertramp), gdzie śpiewa sam Rabin (i daje radę). Jednak dla starszych fanów na koniec zostawili najlepsze – suite „Endless Dream” (15-minut z hakiem czystej muzyki). Najpierw mamy krótkie „Silent Spring” (szybkie klawisze i pianino plus mocne uderzenia perkusji z gitarą), następnie mamy serce – 11-minutowe „Talk” z obrobionym wokalem Rabina, normalnym Andersona oraz pięknie grającym pianinem. Po trzeciej minucie mamy mocne wejście perkusji oraz solówkę Rabina ze zniekształconymi dźwiękami elektroniki („And the world turns”). Podniosły charakter jest podkreślany przez klawisze, by potem pianino nagle zaczęło przyśpieszać, swoje zaczyna robić perkusja i gitara (naparzają aż miło) – „Like the first words ever to reach out”, wtedy następuje wyciszenie, pięknie grają organy, zaś śpiewa cały zespół. Do tego naprawdę kapitalny tekst. I na koniec koda – „Endless Dream” („So take your time”). Najpiękniejsza suita Yes od czasu „Awaken”.

„Talk” był ostatnim albumem grupy nagranym z Trevorem Rabinem, a jednocześnie najlepszym z tego okresu. Zespół zrezygnował z parcia na listy przebojów i zrealizował swój najlepszy album od bardzo dawna. I chyba ostatni wielki album w swojej twórczości.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Yes – Union

Union

Po wydaniu płyty „Big Generator” doszło do rozłamu w grupie. Jon Anderson opuścił Yes i razem z byłymi członkami założył grupę Anderson Bruford Wakeman Howe, zas pozostała część grupy działała pod wodzą Chrisa Squire’a (Andesona zastąpił Billy Sherwood). I zdarzył się cud, gdyż byli i obecni członkowie grupy Yes w tym samym czasie korzystali z tego samego studia nagraniowego. Panowie doszli do wniosku, żeby połączyć siły i razem nagrać nowy album. Tak powstał „Union”.

Ośmiu muzyków nagrywało niezależnie od siebie kompozycje, za których produkcje odpowiadał m.in. Jonathan Elias, Billy Sherwood czy Mark Mancina. Producenci potem przejęli nagrania i zmontowali bez zgody muzyków (to tłumaczy udział ponad 20 muzyków sesyjnych!). Efekt – najgorsza płyta w dorobku grupy. Nadal pop-rockowa, jeśli chodzi o dokonania Squire’a (ta formuła powoli zaczęła się wypalać, co najdobitniej pokazuje „Miracle of Life”) i jeszcze bardziej plastikowa, zaś kompozycje Andersona też nie powalają, choć brzmią trochę lepiej (najbardziej wyróżnia się „Without Hope You Cannot Start The Day” z eleganckimi klawiszami oraz szybkimi solówkami Howe’a) czy „Silent Talking” (klawisze z rozmachem plus zadziorna gitara). I nawet miniaturki Howe’a („Masquarade”) i Bruforda („Evensong”) nie są w stanie uratować tej płyty.

Słusznie uznaje się „Union” za kompletną porażkę. Absolutnie nie warto.

Radosław Ostrowski

 

Yes – Big Generator

Big_Generator

Po sukcesie komercyjnym albumu z cyferkami w nazwie, zespół Yes uznał, że odnalazł sposób na przetrwanie w latach 80-tych. Innymi słowy, nagrywamy pop rockowe hiciory. Znów za produkcję odpowiadał Trevor Horn, a także Trevor Rabin i Paul DeVilliers (współpraca m.in. z Kim Michell i King Crimson).

Czy wydany 4 lata później „Big Generator” powtórzył sukces „90125”? Nie. Coraz bardziej widać oddalenie starych brzmień Yes (które są tutaj wyczuwalne) w stronę chwytliwego pop-rocka, który tutaj zaczyna zwyczajnie przynudzać. Już otwierający całość „Rhythm of Love” brzmi jak kopia „Owner of a Lonely Heart” pozbawiona ikry i energii. Czasem pojawią się jakieś drobne fragmenty warte uwagi jak początek a capella i sekcja rytmiczna w „Big Generator”, popisy White’a w „Shoot High Aim Love” (w ogóle ten utwór ma bardzo przyjemny klimat) czy smyczki w „Love Will Find a Way”, jednak reszta to pozbawiona pomysłu nawałka dźwiękowa mocno kopiujaca poprzedni album. Tylko zabrakło tutaj jednego – chwytliwości i dobrych melodii, czego nie są w stanie zmienić ani solówki Rabina, ani cudaczne dźwiękowe pomysły Horna („Almost Like Love”). Jeszcze do plusów można zaliczyć „Love Will Find a Way” (bardzo przyjemna balladka ze zgranymi wokalami Rabina i Andersona) oraz przypominające trochę w stylu „Tormato” – „Final Eyes” z ładną gitara akustyczna w tle oraz „I’m Running” – taneczny, ale nie tandetny.

Innymi słowy – „Big Generator” to całkiem niezła płyta, ale czuć tutaj pewne zmęczenie materiału i kryzys formy. Gdyby jednak się udało, to Yes byłoby drugim Genesis. Ale chyba dobrze się stało, ze do tego nie doszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Yes – 90125

90125

Po nagraniu poprzedniej płyty drogi muzyków z Yes ostatecznie się rozeszły. Jon Anderson podjął współpracę z Vangelisem, Howe razem z Chrisem Wettonem stworzyli zespół Asia, zaś Square i White postanowili założyć zespół Cinema. Do grupy doszedł Tony Kaye (pierwszy klawiszowiec grupy Yes) oraz młody gitarzysta Trevor Rabin. I pewnie by tak grali panowie, gdyby nie jeden drobiazg. Square wysłał demo jednej z piosenek Jonowi Andersonowi. Jemu przypadło to do gustu, że dołączył do grupy. I tak Cinema przekształciło się w reaktywowane Yes.

I tak jak w przypadku poprzedniego albumu, za produkcję odpowiada Trevor Horn. Efekt jest dość zaskakujący, bo nastąpiła stylistyczna wolta. Zamiast rozbudowanych i długich numerów, mamy dynamiczne pop-rockowe granie, co potwierdził otwierający album „wielki hit” zespołu, czyli nieśmiertelny „Owner of a Lonely Heart” (tego wstępu nie da się zapomnieć). To na pewno jeszcze Yes? Personalnie tak, brzmieniowo niekoniecznie. Na pewno jest chwytliwe, radio friendly i bardzo dynamicznie oraz co najważniejsze w przypadku popowego grania – przebojowo. Rabin tworzy mocne i bardzo przebojowe riffy (w dodatku jest drugim wokalistą obok Andersona), sekcja rytmiczna jest zgrana do granic możliwości, zaś wokal Andersona odnalazł się w tym dziwacznym połączeniu.

Nie ma jednak mowy o nudzie czy stricte plastikowym brzmieniu. Ale poza słynnym singlem, równie hitowy potencjał mają „It Can Happen” (z sitarem w tle), „Hearts”, instrumentalne „Cinema” czy dyskotekowy „Leave It” z dość wkurzającym refrenem (prawdę mówiąc, to 90% tej płyty ma taki potencjał). Dla mnie prawdziwą petardą jest „Changes” (najbardziej rozbudowany wstęp plus świetnie śpiewający Rabin, który jest tutaj „pierwszym głosem”) czy idące w stronę „azjatyckości” „City of Love”, zaś fani starszego brzmienia zakochają się w najdłuższym utworze – „Hearts”. Chórek w refrenie, linia melodyczna i te riffy – może słychać rok realizacji, ale to naprawdę świetny utwór. Zaś warstwa tekstowa nie ucierpiała zbyt poważnie (na szczęście), bo nie brakuje w nich ciekawych refleksji.

Album ten mocno naznaczył swoim piętnem dalszy dorobek zespołu Yes, który błąkał się w latach 80-tych, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości. „90125” to świetny pop-rockowy album, tylko problem jest jeden poważny. Dlaczego jest to wydane pod szyldem Yes? Ocena wtedy byłaby dużo lepsza, ale i tak jest przynajmniej dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski