Sztos

Słowo „sztos” oznacza coś świetnego, superfajnego czy zajebistego. Że to coś, co trzeba mieć, coś wyjątkowego. To jest tylko przykład tego, jak znaczenie różnych słów przechodzi ewolucję. Bo w czasach PRL-u słowo „sztos” znaczyło tyle samo, co amerykański „the sting”. Czyli numer, przekręt, oszustko. A były paru takich cwaniaków, którzy zarabiali szybko, ale musieli mieć mocne kopyta, bo wiać trzeba było. Jak choćby cinkciarze, sprzedający w wyższym kursie walutę. O takiej dwójce panów postanowił opowiedzieć Olaf Lubaszenko w swoim debiutanckim „Sztosie”.

sztos1

Jest Sopot lat 70. Wszystko zaczyna się od wyjścia z więzienia Synka – młodego cinkciarza, co ma proste marzenia: własne lokum ze swoją kobietą. Od razu trafia do starego wygi oraz przyjaciela Eryka, który pomaga mu wrócić do gry. Wydaje się, że to jest jednorazowa akcja, lecz Eryk niejako zostaje zmuszony do działania w terenie. Wszystko przez jego przyjaciela, Gruchę oraz pewnej partii w pokera, która okazuje się być ustawiona. Planuje on zemstę, ale to wymaga dużej forsy.

sztos2

Sama historia jest tak naprawdę tylko pretekstem do odtworzenia realiów lat 70. Po drodze zobaczymy parę sposobów kantowania i różne anegdotki, ale to wszystko toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Klimat tych czasów to jest najmocniejsza karta w talii reżysera. Imponuje przywiązanie do takich detali jak szyldy przed knajpami, wnętrza restauracji czy bardzo barwne kostiumy. To wszystko buduje ten lekko nostalgiczny klimat obecny aż do końca. Jest odrobinka humoru oraz kilka niezłych tekstów, jednak samej historii brakuje napięcia. Pojawia się tutaj wiele scen w sumie zbędnych (sytuacja z zabraną autostopowiczką czy ukrywana wiedza, że Eryk sypiał z dziewczyną Synka, gdy ten siedział), nie prowadzących donikąd. Także finałowa konfrontacja z Grubym nie wydaje się być zbyt imponująca jak na potrzebne środki. Nawet inspiracje „Żądłem” tutaj nie wystarczą, zaś kobiety tutaj są zepchnięte do roli erotycznej zabawki.

sztos3

Lubaszence udało się za to zebrać całkiem niezłą ekipę aktorską, gdzie nawet w epizodach nie brakuje znanych twarzy (m.in. Edward Lubaszenko, Janusz Józefowicz czy Emil Karewicz). Ale najważniejszy jest tutaj duet Cezary Pazura/Jan Nowicki. Niby to znajoma relacja stary mistrz/młody adept, lecz to naprawdę świetnie działa. W szczególności Nowicki ma w sobie tyle charyzmy, że jest to nie do przecenienia. Z drugiego planu warto wyróżnić Krzysztofa Zaleskiego jako sepleniącego Grubego.

Widać, że jest to dzieło debiutanta i scenariusz zasługiwałby na dopracowanie. Nie mogę jednak „Sztosowi” odmówić pewnego uroku, który nadal działa. Dziwaczny przypadek.

6/10

Radosław Ostrowski

Wesele

Z czym kojarzy się wesele? Odpowiedź na to pytanie wydaje się pozornie prosta: jest to zwieńczenie decyzji, w którym dwoje ludzie postanowili pójść wspólną drogą po powiedzeniu słowa „tak”. A potem wszyscy najbliżsi i dalsi członkowie rodziny, goście przybywają do jakiejś wielkiej Sali, gdzie dochodzi do jednego. Ochlaj i wyżerka, jak to nawijał Kazik plus jakieś żenujące zabawy, oczepiny i potem noc poślubna. Ale to już tylko dla państwa młodych, a o całej imprezie nikt nie pamięta. Chyba, że zatrudniło się kamerzystę i potem robi się z tego filmu. Na weselu Kaśki Wojnarowej było podobnie, a ojciec wszystko pozałatwiał, by imprezka była cacy. Kamerzysta jest, wypasione autko dla młodych jest, remiza wynajęta jest, wódeczka jest (co z tego, że słowacka), żarcie jest. Więc powinno być spoko, ale pojawia się kwestia ziemi. 2 hektary należące do dziadka miały być formą rozliczenia za prezent weselny, lecz dziadek rozmyślił się. Więc trzeba sprawę załatwić, a to początek problemów.

wesele(2004)1

W swoim pełnometrażowym debiucie Wojciech Smarzowski zaczyna robić to, co będzie towarzyszyć jego kinu non stop, czyli przyglądanie się naszemu piekiełku. Gdzie samo weselisko jest miejscem do chlania, chlania, chlania oraz załatwiania. Wszystko, by pokazać się z jak najlepszej strony i jednocześnie jak najmniej wydać. Dlatego auto jest załatwione z drugiej ręki, dlatego kiełbasa do bigosu jest niezbyt świeża i za niemal każde przewinienie się płaci. Choć w tym przypadku pieniądze to najmniej forma waluty. Tutaj nie ma zbyt wielu postaci pozytywnych, zaś cała impreza pokazuje obłudę, ocenianie po pozorach, kombinatorstwo i cwaniactwo. Wszystko w bardzo skondensowanej formie, rzadko sobie pozwalając na chwilę oddechu. Zupełnie jakby pieniądze były najważniejszą wartością, a wszystko inne (miłość, przyjaźń) można przeliczyć na kasę.

wesele(2004)2

Już tutaj obecna jest niemal dokumentalna, chropowata forma z rwanym montażem. Ten styl jest zrozumiały, gdyż wiele scen jest filmowanych z cyfrowej kamery operatora, który miał filmować wesele. Skokowy montaż z jednej strony dynamizuje całą sytuację (scena fałszowania dokumentu przez notariusza), a czasem niemal urywa dialog w połowie (życzenia od weselników dla młodej pary). Nie brakuje cierpkiego humoru oraz złośliwych tekstów, jednak one nie zmieniają gorzkiego tonu całości. Włączenie z cytatami z „Wesela” Wyspiańskiego, przed którym nie ma ucieczki.

wesele(2004)3

I jak to wszystko jest znakomicie zagrane. To od tego filmu niejako „odpaliła” kariera Mariana Dziędziela, który – jeśli chodzi o kino i telewizję – grywał raczej drobne role w mało znanych produkcjach. Jako Wojnar aktor błyszczy pokazując postać cwaniaka, lawirującego między kolejnymi problemami, starając się zachować twarz i pieniądze. Zaskakuje tutaj Bartłomiej Topa (także producent), wówczas znany z pewnego tasiemca jako pan młody, którego panna młoda szczególnie nie obchodzi. Wyborna jest Iwona Bielska, która stanowi bardzo mocne wsparcie dla Wojnara, stanowiąc niemal jego żeński odpowiednik. Dla mnie jednak film kradnie Arkadiusz Jakubik jako niemal rozgadany notariusz oraz Lech Dyblik, czyli wuj z policji. Tutaj nawet drobne epizody są dobrane tak, że nie gryzie się to ze sobą.

wesele(2004)4

„Wesele” rozpoczęło karierę Smarzowskiego, który nie patyczkował się z naszą rzeczywistością. Brudną, nieprzyjemną, chropowatą oraz polaną dużymi ilościami alkoholu, który będzie towarzyszył Smarzolowi do końca. Nie wiem, czy kiedykolwiek odwiedzę jakieś wesele po tym filmie.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pjus – SłowoWtóry

słowowtory

Pamiętacie taki skład 2cztery7? Jego trzeci członek Pjus tym razem zrealizował kolejną solową płytę. Ale jeśli myślicie, że będzie tak jak zawsze w tego typu projektach, to się myślicie? Pjus po przeszczepie implantów uszu postanowił zrobić bity i napisać teksty, ale to zaproszeni goście je wykonują. U nas nie jest to spotykana praktyka, co jeszcze bardziej intryguje. Jakie powstały połączenia?

Początek to wręcz bombastyczne, ale bardzo klasyczne w formie “Callarm” pełne skreczy, mocnych riffów gitarowych oraz uderzeń dęciaków na początku. Jazzowe wstawki są mocno obecne w ironicznym “Z tłustymi i w tłuszczy”, by wejść w mroczno-minimalistyczne “Złowo” zabarwione niemal etnicznie brzmiącym refrenem od Rosalie. Równie odrealniony jest pełen elektroniki oraz mocnej perkusji “Coffee Paste” oraz idący ku ciepłym dźwiękom “Niewielka Warszawska”, płynnie bujająca tak, jakbyśmy cofnęli się do West Coast lat 90. Wszystko się zmienia w niemal mechanicznym, pełnym gitar “Nasztukawszy”, gdzie wokalnie udziela się… Tymon Tymański ze swoim niemal obojętnym głosem. By nie zanudzić, “Na rogu świata” pędzi na złamanie karku, mieszając staroszkolny sposób z mocnymi oraz gęstymi perkusjami z przestrzennymi klawiszami oraz ciepłymi klawiszami w tle oraz bardziej minimalistyczny “Lakokalips”, gdzie – niestety – refren śpiewany na autotunie przez niejakiego Głośnego, brzmi paskudnie i jest najpoważniejszą wadą całej płyty. Powrót do bardziej dynamicznego, wręcz łamanego popisu serwuje śpiewane “Poloveanie”, skręcający we współczesny pop, zrobiony jednak ze smakiem. A Martina M. wykonująca ten utwór mocno zapada w pamięć. Tak samo jak minimalistyczno-cykająco-jazzowy (ach ten saksofon) “Promyzeusz” czy pełne wręcz kosmicznie smielonych dźwiękow “Odpyski”.

Ilość gości robi tutaj imponujące wrażenie. Są zarówno weterani pokroju Vienia, Pelsona,  Włodiego czy Tego Typu Mesa, młodych bezczelnych robiących od lat zamieszanie pokroju Sariusa, Kuby Knapa, Spinache’a czy Rasa, jak też osoby spoza środowiska hip-hopu (Tymon Tymański, Kortez). I ci wszyscy goście wykonali fantastyczną robotę, nadając swoim flow prawdziwego kopa oraz zgrywając się w pełni z bitami. Do tego inteligentne teksty o kulturze, hazardzie, kopiowaniu czy… nadwadze.

Pjus dokonuje prawdziwego popisu muzyczno-tekstowego, co mogło się wydawać dziwacznym pomysłem. W naszym kraju przyjęło się, że raperzy sami sobie piszą teksty, a nie ykonują czyjąś robotę, bo inaczej nie będą autentyczni. Ale jak widać paru osobom to kompletnie nie przeszkadzało, dopełniając te wariackie, inteligentne teksty z kapitalnymi bitami. “SłowoWtóry” to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie dla fanów rapu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nowe Sytuacje – Jarocin Live 2015

66f461a82eb04828d9f9f9abb89cb004_L

Zespół Republika naznaczył piętnem polską muzykę rozrywkową na zawsze. Po śmierci Grzegorza Ciechowskiego grupa zakończyła działalność. Jednak by przypomnieć dokonania formacji, został powołany nowy, koncertowy projekt nazwany Nowe Sytuacje (od pierwszej płyty Republiki). Grupę tworzą byli członkowie Republiki: gitarzysta Zbigniew Krzywański, basista Leszek Biolik oraz perkusista Sławomir Ciesielski, a wsparli ich klawiszowiec Bartek Gasiul, a także wokaliści: Jacek Bończyk i Tymon Tymański. Oceniany album to zapis zeszłorocznego koncertu z festiwalu w Jarocinie.

I muszę przyznać, ze brzmi to fantastycznie. Muzycy wybrali nie tylko utwory Republiki, ale także Obywatela G.C. („Paryż-Moskwa 17:15”), co tworzy silną mieszankę wybuchową. Muzycy po prostu robią swoje, grają ostro i z pazurem („Kombinat”), ale też i lekkością, co może wywołać spore zaskoczenie. Nawet, gdy wydaje się, że będzie spokój („Zawsze Ty”), pojawiają się mocniejsze uderzenia perkusji oraz gitary. I co utwór widownia krzyczy „Republika”, więc są oni obecni. I muszę przyznać, iż mimo tego, że są to znane i lubiane utwory, brzmią po prostu fantastycznie. To nie jest odgrzewanie kotletów, a Bończyk („Paryż-Moskwa 17:15”, „Odmiana przez osoby”) i Tymon (kapitalny „Kombinat”) są niesamowici, naznaczając każdy utwór swoim piętnem, jak we wspólnie zaśpiewanej „Białej fladze” czy spokojniejszej „Sexy Doll”.

Utworów jest tylko dziesięć i wydawałoby się, ze taki koncercik nie powali. Zamiast w ilość, muzycy poszli w jakość, a niektóre wersje dorównują oryginałowi. Na sam koniec dostajemy „Śmierć na pięć”, gdzie słyszymy… samego Ciechowskiego. Muzycy pierwotnej Republiki znaleźli w sobie tyle ognia, że starczyłoby na kilka zespołów. Robi to nadal piorunujące wrażenie, a już pojawiły się wieści, że grupa dalej będzie funkcjonować, tym razem grając utwory z „Masakry”. Już nie mogę się doczekać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Grzegorz Ciechowski – Spotkanie z legendą

Spotkanie_z_legenda

Tribute albumy zawsze są trudne, bo wtedy mierzy się z wykonawcą o statusie legendy. Zwłaszcza, jeśli tą legenda jest Grzegorz Ciechowski, frontman zespołu Republika – jednej z najważniejszych polskich grup lat 80. Jednak znalazła się garstka szaleńców, która podjęła wyzwanie, wsparci przez orkiestrę pod batutą Adama Sztaby, a całość zrealizowano w Teatrze Dramatycznym w Warszawie.

I trzeba przyznać, że to brzmienie bardzo zaskakuje, a najbardziej znane przeboje Republiki nabierają nowych interpretacji. Słychać to w otwierającej całość „Białej fladze”, która zaczyna się powoli, z coraz bardziej narastającymi smyczkami i wiercącymi w tle gitarami. Ale tylko do połowy, gdy dostaje rockowego ognia oraz bardziej spektakularnego finału dęciakowo-pianistyczno-perkusyjnego, w czym pomaga mocny głos Piotra Cugowskiego. „Nieustanne tango” jest… tangiem, zaczynającym się dość klasycznie i spokojnie (flety i fagoty), do których dołączają werblowa perkusja oraz smyczki, by w refrenie osiągnąć ekstremum uderzenia, a szorstki wokal Marka Dyjaka sprawdza się bez zarzutu. „Telefony” to klasyczna mieszanka rockowo-symfoniczna (aranżacja z dęciakami na pierwszym planie – mocne), ale wokal zespołu Red Lips mocno psuje wrażenie, ale już wyciszony „Tu jestem w niebie” (dobrze śpiewający Igor Herbut z grupy Lemon) z finałowym patosem w postaci pełnego brzmienia orkiestry. „Moja krew” nabiera mroku, nie tylko dzięki Justynie Steczkowskiej (bardziej wrzeszczy niż śpiewa, ale to się sprawdza), ponuremu wstępowi (krótka gra fortepianu oraz walcowe smyczki), zapętlającemu się i dodającemu kolejne instrumenty.

Im dalej, tym ciekawiej. Nie zabrakło nastrojowej ballady („Ani ja, ani ty” z Melą Koteluk na pokładzie czy „Tak długo czekam” z poruszającym Skubasem i gitarowym wstępem), pazura (agresywny, niemal metaliczny „Kombinat” z Tymonem Tymańskim – strzał w 10), ale co najciekawsze zostaje zachowany wysoki poziom, a kilka aranżacji zaskoczyło innością („Nie pytaj o Polskę”). Nie będę więcej opowiadał, bo sami powinniście zmierzyć się z tą fantastyczną płytą.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Polskie gówno

Jerzy Bydgoszcz to już niemłody muzyk i frontman działającego mocno w undergroundzie (czytaj: nikt o nim i nich nie słyszał) zespołu Transystory. Miał wydać płytę, ale wytwórnia zbankrutowała i ścigają go wierzyciele. W końcu kiedy przychodzi komornik, Czesław Skandal, wydaje się, że nic dobrego nie będzie. Zamiast ściągnąć kasę, proponuje pomoc w wydaniu płyty i chce dołączyć do zespołu jako menadżer.

polskie_gowno1

Jeśli ktokolwiek chce nakręcić film z gównem w tytule, należy spodziewać się najgorszego. Niby reżyserem jest Grzegorz Jankowski (wcześniej realizował programy telewizyjne), ale tak naprawdę jest to projekt Tymona Tymańskiego (scenariusz, produkcja, muzyka), w którym postanowił zaatakować i ochrzanić nasz rodzimy szołbiznes. Czyli piekiełko, w którym liczy się oglądalność i popularność, którą można zdobyć tylko w jeden sposób – zeszmacając się dla wielkiej kasy, grając w chałturach oraz występując w programach typu. Nie jest to nic nowego ani oryginalnego, w dodatku Tymon serwuje masę bluzgów, prymitywny humor mocno balansujący na granicy smaku (wizyta u niejakiego Romana Blooma i „modły” do boga Szołbiza – strasznie niesmaczne). Jakby tego było realizacja jest mocno chaotyczna – masa ujęć z „cyfry”, mieszające się kadry i nakładający się dźwięk do scen, które dopiero mają się pokazać – to chyba miało podkreślić punk-rockowy, buntowniczy charakter całości, a wk***a bardziej niż kłamstwa polityków.

polskie_gowno2

Broni się tak naprawdę tylko muzyka – czasami ostra i agresywna (punk-rock), a czasami będąca ironicznym komentarzem (musicalowe wstawki Skandala) do scen na ekranie. Ze strony aktorskiej najlepiej prezentuje się Grzegorz Halama (cwany menago Skandal, co kasę na dziwki i hazard daje) oraz drobny epizod Arkadiusza Jakubika (muzyk Dudek Meissner – jego rozmowa z Bydgoszczem w pokoju zapada w pamięć na długo). Sam Tymon sprawia wrażenie buntownika, co sobie samemu stawia pomnik. Niby jest autentyczny w tym buncie, ale czuć tu mocny fałsz i to nie wkurza.

polskie_gowno3

„Wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu” – ten cytat z Kazimierza Przerwy-Tetmajera otwiera ten film. Ale niestety, z dużej chmury mały deszcz i nie warto o ten film drzeć szat. Nuda, anarchia i prostactwo, które albo wprawi was w stan zobojętnienia albo wk****i całkowicie. Wasz wybór.

5/10

Radosław Ostrowski

Natalia Przybysz – Prąd

Prad

Ta dziewczyna przez wielu nadal jest pamiętana jako filar zespołu Sistars – jednej z pierwszych grup, która grała w Polsce r’n’b. Jednak Natalia „Natu” Przybysz dawno brzmieniowo odcięła się od macierzystej grupy (już nieistniejącej) . Przełomem był trzeci album z coverami utworów Janis Joplin. „Prąd” wydaje się kontynuacją też ścieżki, jeśli chodzi o muzykę.

Za produkcję odpowiada Jerzy Zagórski – gitarzysta, z którym współpracowała przy „Kozmic Blues”. I pachnie to starym rock’n’rollem z dawnych lat, który przypominają Jack White czy The Black Keys.  I brzmi to naprawdę bardzo interesująco. Początek jest dość melodyjny i bardziej delikatny: tytułowy „Prąd” brzmi elegancko, a wokal Natalii jest troszkę wycofany, delikatny i przestrzenny. A gdy dochodzi rytmiczne uderzenia bębnowe, klimat jest niemal hipnotyzujący, wtedy inne instrumenty się odzywają. W podobnym tonie jest singlowy „Miód” z tekstem o mocnym zabarwieniem erotycznym, ale potem jest średni (choć próbujący być bardziej „garażowy”) „Nie jestem twoją laseczką”. Jednak na szczęście nie trwa to długo, aż do brudnego „XJS” z gościnnym udziałem Tymona Tymańskiego oraz zapętlonymi gitarami (plus świetny tekst). Nie brakuje tutaj skrętów w bardziej folkowe rytmy („Nazywam się niebo” i „Sto lat”), jednak na mnie największe wrażenie zrobiły trzy kompozycje. Mocno big-beatowe „Kwiaty ojczyste” (cover od Czesława Niemena), które w refrenach idzie w lekką psychodelię (znakomite riffy oraz dynamiczne ciosy perkusyjne), niemal etniczne „Do kogo idziesz?” (od Miry Kubasińskiej) z dziwacznie przesterowaną gitarą, budującą bardzo specyficzny klimat oraz zagrana na banjo magiczna „Królowa śniegu”.

Poza bardzo interesującymi tekstami, które mówią o czymś i nie są naiwne wokal Natu potrafi oczarować. Czuć tutaj mocno inspirację Janis Joplin, ale już widać skrystalizowanie barwy, nadal przyjemnie frazuje i zawsze współgra z muzyką. I kiedy wydaje się, że nie jest w stanie zaskoczyć, robi zaskakujące wolty.

Jesień rzeczywiście w tym roku jest polska. Przynajmniej pod względem muzycznym, bo co płyta to bardzo ciekawa. Natu chyba znalazła swoją własną drogę i zmierza w kierunku wzbogacającym muzykę polską. Prawie ocierając się o mistrzostwo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Miłość

Z polskimi filmami zawsze mam pewien problem. Produkcje tzw. komercyjne czy rozrywkowe przeżywa stagnację i (zazwyczaj) to kompletne niewypały lub co najwyżej średniaki, a tzw. kino artystyczne albo jest zbyt depresyjne i traumatyczne albo naznaczona martyrologią, zwyczajnie nieciekawą. I właśnie trafił do mojej ręki film dokumentalny z Polski, co samo w sobie jest kompletną abstrakcją. W dodatku jest on o muzyce.

milosc1

Wszystko zaczęło się pod koniec lat 80., kiedy to czterech muzyków z kompletnych różnych światów poznało się i założyli zespół Miłość. Mieli grać yass, czyli mniej konwencjonalny jazz. A byli to Tymon Tymański (kontrabas), Mikołaj Trzaska (saksofon), Leszek Możdżer (fortepian) i Jacek Olter (perkusja). Historię tego zespołu próbuje opowiedzieć debiutant Filip Dzierżawski.

milosc2

Punktem wyjścia dla opowieści o tym już kultowym (w pewnych kręgach) jest próba reaktywacji i zorganizowanie wspólnej próby przez żyjących członków (poza w/w był jeszcze Maciej Sikała – drugi saksofon) plus grający na perkusji Jakub Staruszkiewicz z zespołu Pink Freud. Przy okazji mamy rozmowy z członkami zespołu i poznajemy historię zespołu, przechodząc przez kluczowe punkty: pierwsze spotkanie, pierwsze płyty, spięcia aż do tragicznej śmierci Oltera (bardzo poruszający fragment opowiadany przez Tymona i Trzaskę), która doprowadziła do ostatecznego rozpadu. Wszystko to przeplatane dość bogatymi zbiorami archiwalnych filmów (prywatne zbiory), zdjęć i także muzyki.

milosc3

Jakby przy okazji Dzierżawski przedstawia ich przekonania i refleksje na temat muzyki i sensu tego, co robią. Widać, że mimo spięć między nimi każdy z nich naznaczył swoim piętnem każdego z siebie, że miedzy tymi różnymi muzykami (Tymon – taki żywy duch, Trzaska – żywiołowy, wręcz „agresywny”, Możdżer – mózgowiec, zwracający uwagę na dźwięki) nadal jest chemia. I nie ma tutaj żadnego przynudzania czy monotonii. A najciekawsze jest to, co nie powiedziane – mimo przyjaźni i chemii miedzy muzykami, widać pewne niezałatwione sprawy i trochę skryte żale. Widać to zwłaszcza w ostatnim akcie, gdy pada propozycja zagrania na Off Festiwalu w 2009 oraz reaktywacji zespołu Miłość, gdzie ze starego składu grają tylko Tymon z Możdżerem. Tutaj widać, jak bardzo drogi wszystkich muzyków za bardzo się rozeszły. To już podczas prób jest widoczne, gdy Trzaska jest coraz bardziej wycofany, niepewny, pełen wątpliwości. Ostatnie jego słowa wywołały we mnie ból, a jego postawa jest niezrozumiała i trochę nieuczciwa wobec reszty.

milosc4

Każdy na pewno ten film odbierze inaczej, ale jedno nie ulega wątpliwości – to kawał kapitalnego, mocnego kina. Brutalnie szczere, autentyczne i bardzo interesujące, ze świetną muzyką (chyba zacznę powoli szukać dorobku tego zespołu) i paroma obserwacjami naszego przemysłu muzycznego. I nie tylko.

8/10

Radosław Ostrowski

Klenczon – Legenda

Klenczon__Legenda

Tribute-albumy są jednym z najtrudniejszych rzeczy jakie mogą być zrobione przez artystę. Jednak tym razem mamy mierzenie się z legendą i to nie byle jaką. Bo Krzysztof Klenczon był jedną z najważniejszych postaci polskiej muzyki rock’n’rollowej i jednym  z filarów Czerwonych Gitar. W hołdzie dla tego muzyka i wokalisty powstała płyta „Klenczon – Legenda” objęta patronatem żony, Alicji Klenczon.

Album ten zawiera 10 coverów, nad których produkcją odpowiada Marcin Barycki, zaś przy realizacji grał zespół w składzie: Kuba Jabłoński (perkusja), Marcin Barycki (gitary), Michał Grott (bas), Sebastian Stanny (saksofon) i Jan Gałach (skrzypce). Nie zabrakło tutaj znanych przebojów i równie znanych wykonawców (choć nie wszystkie utwory są mi znane). A jak brzmi całość? Różnorodnie, choć w porównaniu do oryginałów zmian jest tu niewiele (przynajmniej w tych znanych mi piosenkach jak „Port”), zaś muzyka jest świadomie oldskulowa i lekko staroświecka.

Druga rzecz, która może drażnić to fakt, że wykonawcy zwyczajnie odśpiewują utwory, nie dodając nic od siebie, choć nie wszyscy (wyjątkiem jest Budyń w „Nie przejdziemy do historii” – dynamicznym, lekko psychodelicznym utworze i Maciej Maleńczuk w odjechanej „Kronice z podróży, czyli ciuchcią w nieznane”). Jednak nie powiedziałbym, że są to covery zaśpiewane słabo czy nieudolnie (może poza Soyką i jego wersją „Historii jednej znajomości”). Jednak udało się zebrać ciekawą grupę m.in. Muńka Staszczyka („Port’), Roberta Gawlińskiego („Biały krzyż”) czy Macieja Balcara („Jesień idzie przez park”).

Pewnym bonusem i rarytasem są dwie, niepublikowane piosenki w wykonaniu samego Klenczona w wersjach domowych, z lekko podniszczonym dźwiękiem i mimo tego brzmią naprawdę ładnie.

Co mogę powiedzieć? To nie jest ani zaskakujące czy nietypowe, ale brzmi i słucha się tego naprawdę dobrze. Niby to niewiele, ale jest zaskakująco i ciekawie, zaś muzyka to okazuje się naprawdę wiecznie żywa.

7/10

Radosław Ostrowski