Mój sąsiad Adolf

Jesteśmy w roku 1960 gdzieś w Ameryce Południowej. Naszym bohaterem jest niejaki Marek Polsky (David Hayman) – polski Żyd, mieszkający samotnie w domku. Obok niego jest podobna chata, lecz opustoszała. Przynajmniej do czasu, gdy pojawia się nowy lokator, niejaki Herzog (Udo Kier). I to doprowadza Polsky’ego do szewskiej pasji, a podczas jednej z awantur staje on jak wryty. Dlaczego? Bo zobaczył oczy swojego sąsiada i dostrzegł w nich… Adolfa Hitlera. Zaraz, zaraz. Ale przecież Hitler nie żyje, prawda? Tak też twierdzi wywiad ambasady Izraela i zbywa rewelacje Polsky’ego. Mężczyzna zaczyna szukać dowodów na swoją teorię.

moj sasiad adolf1

Już sam tytuł może wywołać ogrom kontrowersji. A jeśli dodamy fakt, że film Leona Prudovsky’ego to koprodukcja polsko-izraelsko-kolumbijska, niewiele brakuje do wybuchu. Bo w jakim kierunku ta historia może pójść? Opowieści o jedynym z rodziny, co ocalał z Holocaustu i prześladowanym przez traumę widzi w sąsiedzie Hitlera, wymuszając na nim zemstę – czyli thriller? Sąsiedzką komedię a’la „Sami swoi” czy „Dwaj zgryźliwi tetrycy” pełną docinków o tym, jak nienawiść doprowadza do eskalacji – czyli komedię akcji? A może będzie to odkrywanie spisku, mającego na cel reaktywację III Rzeszy i zbudowania nowego imperium zła?

moj sasiad adolf2

Reżyser początkowo wydaje się iść w stronę dreszczowca, gdzie zafiksowany Polsky próbuje bliżej poznać swojego tajemniczego sąsiada. Herzog ma cholernie dużą brodę, nosi ciemne okulary, do tego jeszcze maluje obrazy. O psie typu owczarek niemiecki nawet nie wspominam. Wszystko polane bardziej komediowym sosem, co wywołuje jeszcze większy mętlik. Bo pojawiają się pewne oczywiste poszlaki (malowanie, podobna postura, pies czy wrogość wobec palących w jego domu), ale może to tylko zbieg okoliczności? Powoli jednak zaczynamy poznawać nieznajomego, który – tak jak Polsky – lubi grać w szachy.

moj sasiad adolf3

I tutaj reżyser zaczyna zmieniać ton na poważniejszą historię dwóch poranionych ludzi przez przeszłość. Straumatyzowany Polsky kurczowo trzyma się dawnym nawykom (podlewanie czarnych róż, rozwiązywanie krzyżówek i logicznych zagadek szachowych), by w ten sposób jakoś funkcjonować. Z kolei tajemniczy Herzog też ma pewną niepokojącą tajemnicę, która rzutuje na jego całe życie. Świetnie grający swoje role David Hayman i Udo Kier tworzą bardzo zniuansowane postacie, zaś wspólne sceny z nimi to prawdziwe perełki. Od gniewu i wrogości do pewnego melancholijnego smutku oraz zrozumienia. Zaś zakończenie oraz poznanie prawdziwej tożsamości mnie poruszyło.

„Mój sąsiad Adolf” to bardzo kameralny, lecz zaskakujący film o mierzeniu się z traumą oraz przełamywaniu swoich lęków. Prudovsky’emu nie chodzi o wywołanie kontrowersji, zaś cała opowieść opowiedziana jest z dużym wyczuciem oraz zgrabnie balansując między komedią a dramatem. Świetnie zagrany i zrealizowany tytuł, będący jedną z dużych niespodzianek tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca

Na pytanie o najbardziej znanego czarnoskórego superbohatera Marvela, wszyscy dzisiaj powiedzieliby, że jest to Czarna Pantera. Jednak pod koniec lat 90., kiedy kino superbohaterskie nie było tak popularne ani udane jak dzisiaj, odpowiedź brzmiałaby: Blade, czyli Eric Brooks znany też jako Chodzący za Dnia. Pół-człowiek, pół-wampir posiadający mocne strony wampirów i żadnych ich słabości (poza pragnieniem krwi) walczy z wampirami, dbając o porządek tego świata. A jego przeciwnikiem jest Deacon Frost – młody i bezczelny wampir nie-czystej krwi, który buntuje się przeciwko swoim szefom, zaś jego głównym celem jest wskrzeszenie pradawnego Boga Krwi – La Magry.

blade1-1

Sam Blade w komiksach pojawił się na początku lat 70., zaś plany ekranizacji jego przygód planowano już od 1992 roku z raperem LL Cool J w roli głównej. Ostatecznie za kamerą stanął Stephen Norrington – brytyjski specjalista od efektów specjalnych oraz fan komiksów. Założeniem twórców było poważne potraktowanie materiału źródłowego, bez pójścia w stronę kampu. I tutaj to rzeczywiście jest widoczne, a budowanie wizji świata, gdzie wampiry są częścią społeczeństwa (działającą w ukryciu w wyższych sferach) jest bardzo interesujące. Nawet sami krwiopijcy są zhierarchizowani: najwyższa karta to naturalnie urodzeni, w eleganckich garniturach, którzy działają w ukryciu i wolą układać się z ludźmi. Z drugiej strony jest wręcz buńczuczny Frost, przekonany o wyższości wampirów nad ludźmi, którzy powinni być dla nich karmą. To zderzenie tych wizji pokazuje troszkę inną wizję wampirów niż z klasycznych opowieści znanych przez popkulturę. Chodzą między ludźmi, mają szerokie koneksje, a zabić może ich tylko światło, czosnek lub srebro. Ale o nich dowiadujemy się w trakcie trwania filmu, bez żadnego wprowadzenia czy wstępu.

blade1-2

„Blade” to wykorzystujący elementy horroru film akcji, gdzie Chodzący za Dnia dokonuje eksterminacji krwiopijców, a w cały ten świat wchodzimy wraz z pogryzioną przez wampira dr Karen Jensen. I to ona poznaje naszego protagonistę oraz jego mentora/zbrojmistrza Whistlera. To oni nas wprowadzają w ten wampirzy świat pełen swoich kodów, Biblii oraz mitologii, co na swój sposób bywa porywające nawet po 20 latach. Same sceny akcji są świetnie wykonane, sfilmowane szerokimi obiektywami, dzięki czemu każdy cios, strzał jest bardzo czytelny jak w fenomenalnym prologu (dyskoteka ukryta w masarni) czy podczas rozróby w archiwum. Pod tym względem bardzo rozczarowuje finałowa konfrontacja Blade’a z Frostem, który jest tutaj bardziej szybki oraz regenerujący się. Pierwotnie scenariusz miał bardziej epickie zakończenie, jednak budżet oraz jakość efektów specjalnych nie były zbyt satysfakcjonujące i trzeba było uprościć całość. Jednak niedosyt jest tutaj spory, mimo świetnego epilogu, a czasem wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jak udało się znaleźć kryjówkę Blade’a?). Niemniej wygląd tego zurbanizowanego miasta w tonacji metalicznego błękitu, płynny montaż, świetne sceny akcji oraz polana pulsującą elektroniką muzyka robią swoje.

blade1-3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie idealnie dopasowany do roli Wesley Snipes, który wtedy był w szczytowej formie. Blade w jego wykonaniu to małomówny człowiek czynu, nie dopuszczający wielu ludzi do siebie oraz z bardzo pokręconym tłem. Jedynym jego wsparciem jest Whistler (świetny Kris Kristofferson), będący takim współczesnym odpowiednikiem Van Helsinga, tylko bardziej szorstki i twardy. Zaskakująco dobrze się sprawdza Stephen Dorff w roli antagonisty. Frost w jego wykonaniu to arogancki, pewni siebie wampir, pragnący władzy nad światem, a jednocześnie traktowany z lekceważeniem przez resztę środowiska. Sporym plusem jest też N’Bushe Wright, czyli wplątana w wojnę z wampirami Karen. Nie została potraktowana jako obiekt romansu dla Blade’a, tylko pozostaje inteligentną, samodzielną kobietą, stanowiącą dla niego wsparcie.

blade1-4

Powiedzmy to sobie wprost – pierwszy „Blade” to solidny film akcji/horror, choć tego ostatniego elementu nie używa zbyt mocno. Obok pierwszych „X-Men” zbudował podwaliny pod cały szał związany z adaptacjami komiksów, traktujących troszkę bardziej serio materiał źródłowy i z szacunkiem. A zanim MCU zrebootuje postać Chodzącego za Dnia, warto sobie przypomnieć początki tej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Krew na betonie

Początkowo jesteśmy zdezorientowani, bo fabuła skupia się na trzech wątkach. Pierwszy dotyczy niejakiego Henry’ego – czarnoskórego mężczyzny, który wyszedł z więzienia. Mężczyzna chce zapewnić byt swojej rodzinie, czyli puszczalskiej matce oraz niepełnosprawnemu synowi. I dostaje pewną robotę. Drugi wątek dotyczy pary już niemłodych gliniarzy: Bretta Ridgemana oraz Tony’ego Lurasettiego. Obaj zostają zawieszeni za zbyt brutalne aresztowanie podejrzanego, które zostało sfilmowane przez świadka i przez sześć tygodni nie dostaną wypłaty. Panowie decydują się zadziałać na własną rękę. I jest jeszcze trzeci wątek z tajemniczym osobnikiem. Jest cały na czarno, nosi kominiarkę, dużą pukawkę, a jego obecność wywołuje wielkie spustoszenie.

krew na betonie1

S. Craig Zahler już swoimi poprzednimi filmami pokazał się jako bezkompromisowy, ostry reżyser. Facet nie patyczkuje się z widzem, nie boi się pokazywać brutalnych scen, zaś wolne tempo może odstraszyć nawet największych twardzieli. „Krew na betonie” może się wydawać kolejnym pulpowym filmem, czerpiącym garściami z tego gatunku. Przeskoki z trzech wątków są poprowadzone płynnie aż do kulminacji. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, bo intryga jest tutaj bardzo precyzyjnie poprowadzona. Tempo jest typowo zahlerowe, czyli bardzo wolne, a ze całość trwa dwie i pół godziny, może ona odstraszyć. Reżyser jednak nawet w wolnych momentach potrafi specjalnie zaangażować. Pozwala bardziej poznać swoich bohaterów, ich motywacje oraz coraz bardziej bezwzględny świat. Prostymi detalami (gra będąca odpowiednikiem safari) pokazuje drugie, trzecie i następne dno. Z jednej strony mamy zderzenie ze światem, który nie daje szans na spełnienie marzeń, tylko bezwzględna walką o przetrwanie. A w tej walce wiele zależy od szczęścia, sprytu oraz determinacji (choć nie zawsze). Z drugiej mamy szorstką, męską przyjaźń, która zostaje wystawiona na ciężką próbę. A z trzeciej mamy bardzo brutalny kryminał, przypominający klimatem kino z lat 70. oraz 80., co podkręca muzyka funkowo-jazzowa.

krew na betonie2

Więcej nie mogę zdradzić, ale poza jednym wątkiem, fabuła jest tutaj bardzo precyzyjnie poprowadzona, a napięcie. Nawet w pozornie nieistotnych scenach zaczyna się coraz bardziej podkręcać, włącznie z pewną woltą, wywracającą wszystko do nogami. No i jeszcze bardzo soczyste dialogi, dzięki czemu jeszcze bardziej podkręcane jest napięcie, jak też pozwalają poznać postacie.

krew na betonie3

Także aktorstwo jest tutaj naprawdę fantastyczne. Kompletnym zaskoczeniem oraz strzałem w dziesiątkę jest duet Mel Gibson/Vince Vaughn. Pierwszy jest bardzo staroświeckim gliniarzem, nie bawiącym się w politykę, bycie grzecznym, tylko skutecznie kasuje konkurentów. No i ma dość silną motywację do działania na granicy prawa. Ten drugi za to potwierdza swoją klasę, wydaje się być bardziej stonowany. Ale chemia między nimi jest bardzo silna i chciałoby się jeszcze raz zobaczyć ich w akcji. Poza nimi jeszcze jest znakomity Tony Kittles w roli twardego, ale honorowego Henry’ego, rządząc i dzieląc na drugim planie, gdzie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Udo Kier, Don Johnson, Jennifer Carpenter oraz Thomas Kretschmann).

Powiem krótko: Zahler z filmu na film jest coraz lepszy i ciekawszy. Jeśli nie przerazi was czas metrażu oraz bardzo wolne tempo, „Krew na betonie” złapie was klimatem, scenariuszem oraz bezbłędną reżyserią. Ja nie wiem, co jeszcze może stworzyć w głowie ten człowiek.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

American Animals

Było już wiele filmów o realizacji różnych skoków. Napadano na banki, kasyna czy jubilerów, więc co można przygotować w tym gatunku? Ale reżyser Bart Lyndon postanowił zaryzykować i sięgnąć po prawdziwą historię napadu na… bibliotekę. Nie, to nie jest śmieszne, bo w 2004 roku czterech studentów postanowiło ukraść rzadkie książki z uniwersyteckiej biblioteki („Ptaki Ameryki” Jamesa Audubona oraz książkę o ewolucji Darwina), których wartość wynoszą miliony dolarów.

american_animals1

„American Animals” nie jest do końca klasycznym heist movie. Nie dlatego, że nie wykorzystuje klasycznych elementów tego gatunku (zebranie ekipy, przygotowanie planu, realizacja), ale film formą się bawi. Pamiętacie taki film „American Splendor”? Reżyser miesza tutaj fabułę z paradokumentalnym stylem – mamy wplecione fragmenty rozmów z najbliższymi, a nawet samymi bohaterami (prawdziwymi, a nie ich filmowymi odtwórcami). Ta sztuczka czyni ten film o wiele, wiele interesującym materiałem. Zdarzają się pewne sprzeczności, bo niektóre wydarzenia każdy pamięta inaczej, a ten zabieg pozwala jeszcze lepiej poznać bohaterów. I pozornie może wydawać się to wszystko żartem czy historią, bardziej przypominającą „Gang Olsena”. Ale… jest jeden mały detal. To wszystko się wydarzyło naprawdę i od momentu dalszych przygotowań, robi się coraz poważniej.

american_animals2

Zaczyna się dochodzić do kłótni, wyzwisk, bohaterowie zaczynają odczuwać presję (nie są zawodowymi bandziorami). A cel naszych protagonistów wydaje się prosty: ucieczka od szarego, nudnego życia. Życia, w którym masz z góry narzucone zadanie, stając się tylko jednym z wielu trybików maszynerii zwanej społeczeństwem. Poczucie wyjątkowości, jakim Lipka (niedoszły sportowiec o lekko anarchistycznych poglądach) oraz Reihardt (wrażliwy artysta) odczuwają doprowadza do pewnego zachłyśnięcia się oraz nadmiernej pewności siebie. Ale sama akcja jest zrealizowana w sposób pierwszorzędny, w czym pomagają zdjęcia (jedno z wyobrażeń napadu zrealizowane jest w jednym ujęciu czy podczas skoku przejścia z jednej postaci do drugiej), budująca suspens muzyka Anne Nikitin oraz nerwowy rytm podczas montażu.

american_animals3

Wiarygodność buduje świetne aktorstwo, chociaż tutaj wybijają się dwie postacie: Lipka oraz Reinhardt. Pierwszy w brawurowej wręcz interpretacji Evana Petersa wydaje się być postacią świadomie odcinającą się od systemu. Ale tak naprawdę jest to osoba lubiąca zwracać na siebie uwagę, a nawet ze skłonnościami do mitomaństwa (kwestia wylotu do Holandii), któremu tak naprawdę zależy na realizacji skoku. Druga postać w wykonaniu Barry’ego Keonagha wydaje się być kontrastem dla Lipki: wycofany, bardzo spokojny, bardziej przerażony i brnący wbrew swojej woli do końca.

„American Animals” wydaje się na pozór kolejnym heist movie, jednak tak naprawdę opowiada o ludziach zbyt przekonanych o swojej wartości i mierzących się z sytuacją, która ich zwyczajnie przerasta. I nawet jeśli przez chwilę może wydawać się to zabawne, to i bliżej końca, ten śmiech znika całkowicie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Blok 99

Kiedy poznajemy Bradleya Thomasa, pracuje w warsztacie samochodowym. Ma żonę, z którą chce mieć dziecko. Ale zostaje zwolniony, a ona nie ma stałej pracy. Dlatego decyduje się wrócić do dawnej profesji, czyli kuriera narkotyków. Jednak ostatni dil kończy się wpadką policji, zabiciem wspólników oraz wsadzeniem do więzienia. Kiedy wydaje się, że gorzej już nie może być, pani Thomas zostaje porwana, a Bradley musi trafić do więzienia o zaostrzonym rygorze, by zabić innego więźnia.

cela99_1

Pamiętacie taki krwawy western „Bone Tomahawk”? Debiutujący wówczas reżyser S. Craig Zahler postanowił podnieść poprzeczkę i tym razem miksuje film sensacyjny, troszkę w stylu kina klasy B. sama historia cały czas toczy się bardzo spokojnie, ale wszystko jest bardzo gęste od emocji. Niby coś w rodzaju filmów exploitation, gdzie niby mamy masę klisz i ogranych schematów, jednak to wszystko ma inne, bardzo ostre oblicze. Jest bardzo mrocznie, surowo oraz brutalnie. Im dalej w las, intryga coraz bardziej się komplikuje, doprowadzając do zaskakujących wolt, przez co kompletnie nie wiedziałem jak to się skończy.

cela99_2

A jednocześnie coraz bardziej widzimy, ile człowiek jest w stanie znieść oraz zrobić dla najbliższych. W momencie dojścia do tytułowego bloku 99 widzimy prawdziwe piekło, z mrocznymi kadrami oraz brutalnymi scenami bijatyk. Byłem pod wrażeniem inscenizacji, prostego kadrowania oraz dźwięków łamanych kości. Osoby o wrażliwych nerwach powinny omijać szerokim łukiem. Całość robi prawdziwie piorunujące wrażenie, nawet w bardzo lirycznej scenie przed końcem, który zmiótł z powierzchni ziemi.

cela99_3

Aktorsko największe wrażenie robi kompletnie zaskakujący Vince Vaughn. Nie tylko dlatego, że ma ogoloną głowę, ale jest bardziej powściągliwy niż kiedykolwiek. Bradley to facet po wielu przejściach, który budzi podziw. Wie, kiedy coś może ugrać i zawalczyć, a kiedy trzeba siedzieć cicho. Widać, że się w nim gotuje, chociaż w żaden sposób tego nie okazuje. Kibicowałem bohaterowi aż do samego końca, co jest ogromną zasługą aktora. Drugim wyrazistym bohaterem jest naczelnik brutalnego więzienia w wykonaniu znakomitego Dona Johnsona. Facet, który nie bawi się w prawa człowieka, humanitaryzm, a jego mroczny strój idealnie współgra z bezwzględnym, sadystycznym charakterem. Także mała rólka Udo Kiera (posłaniec) robi piorunujące wrażenie, mieszając spokojny ton głosem z okrucieństwem wychodzącym z jego słów.

cela99_4

Zahler nie bawi się w półśrodki i atakuje wszelkimi zmysłami, tworząc jeszcze bardziej bezkompromisowy film od swojego debiutu. I mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wyrasta nam nowy, intrygujący filmowiec z dziką wyobraźnią oraz bezwzględną formą.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski