TRON

Ciężko jest wyobrazić sobie czas, że Disney nie był w stanie stworzyć czegoś ciekawego i skupiającego uwagę dużego grona widzów. To był przełom lat 70. i 80., czyli czas mroczny nawet dla animacji, które przenosiły straty. Jednym z jasnych świateł oraz prób przełamania tego stanu był nakręcony w 1982 roku „TRON”. Sam pomysł był tak intrygujący, że postanowiono zaryzykować.

tron1-1

Bohaterem jest Kevin Flynn – młoda programista komputerowy. Kiedyś pracował w dużej korporacji ENCOM, ale obecnie prowadzi salon gier video. Wszystko z powodu obecnego szefa korporacji, Eda Dillingera, który wykradł i przywłaszczył gry stworzone przez Flynna. Mężczyzna próbuje włamać się do komputera firmy, by znaleźć dowody, lecz każda próba kończy się klęską. W końcu razem z przyjaciółmi decyduje się włamać za pomocą terminala firmy. Tylko, że firmą niejako zamiast Dillingera steruje Główny Program Kontrolny – samorozwijająca się AI, niejako działająca niezależnie i zdolna do wszystkiego. Podczas tej próby włamu, Flynn zostaje „wessany” do wnętrza GPK i musi podjąć walkę o przetrwanie.

tron1-2

Może i historia wydaje się prosta, ale reżyser Steven Lisberger postawił tutaj na wizję świata wewnątrz komputera. Mimo prawie 40 lat na karku, wygląd tego świata jest imponujący. Wszystko za pomocą grafiki komputerowej oraz ręcznej animacji, scalonej w jeden system. Ale to miejsce bardziej przypomina kraj rządzony przez dyktatora. Tutaj wszystkie programy biorą udział w grach (m.in. kultowy wyścig cyklotronów), by zostać ostatecznie pokonane i wchłonięte przez GPK. Programy te, będące zmaterializowanymi bitami o ludzkiej budowie ciała mają twarze swoich twórców zwanych Użytkownikami. Oni są traktowani przez nich jak bogowie, wręcz wyzwoliciele, mogący o wiele więcej od nich. Cała ta otoczka oraz sam wygląd tego świata nadal robi piorunujące wrażenie. Tak jak wygląd pojazdów czy zdolności manipulacyjne Flynna w tym świecie.

tron1-3

Dla mnie jednak sporym problemem była fabuła. Nawet nie chodzi o to, że jest prosta, ale same postacie – poza Flynem (świetny jak zawsze Jeff Bridges) – nie są zbyt głęboko zarysowane i stanowią tylko tło dla głównego bohatera. Nawet sam Tron (program ochronny, który walczy w imię użytkowników) zostaje zepchnięty na drugi plan. Zaś sam świat wewnątrz komputera wydaje się troszkę pusty, ale to wynika z założeń twórców. W końcu to walka dobra ze złem, więc po co rozbudowywać to miejsce?

„TRON” przeszedł do historii ze względu na imponujące efekty specjalne, które bardzo dobrze znoszą próbę czasu. Historia może nie dorównuje warstwie technicznej, lecz jako doświadczenie samo w sobie jest niezapomniane.

7/10

Radosław Ostrowski

Lśnienie

Jack Torrance był nauczycielem, jednak decyduje się podjąć prace jako stróż w hotelu Overlock umieszczonym wysoko w górach. Przybywa tutaj razem z żoną i synem, który ma wyimaginowanego przyjaciela. Na miejscu dowiaduje się, że jego poprzednik zamordował swoją żonę i dwie córki, po czym popełnił samobójstwo. Poza tym w hotelu, zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Stanley Kubrick – ten reżyser ma reputację twórcy realizującego filmy na najwyższym poziomie. Po kasowej porażce „Barry’ego Lyndona” tym razem postanowił nakręcić adaptację horroru Stephena Kinga – bardzo popularnego pisarza grozy. Efekt – jeden z ciekawszych i dość nietypowych horrorów w historii kina. Reżyser stawia przede wszystkim na klimat (opuszczony hotel z mroczną tajemnicą, imponującą scenografią) i atmosferę wyalienowania doprowadzającą do obłędu i szaleństwa, zaś umieszczenie akcji zimą tylko potęguje ten klimat. W dodatku jak to u Kubricka całość jest zrealizowana na najwyższym poziomie – w dodatku po raz pierwszy wykorzystano Steadicam (stabilna praca kamery), zaś montaż jest tutaj bardzo rytmiczny (wplatane w scenach „lśnienia” sceny wylewającego się z windy morza krwi czy morderstwa sióstr) i elementy metafizyczne gmatwają całą sytuację, bo być może są efektem nadużycia alkoholu, może jednak nie. Więcej nie powiem, bo zakończenie mocno namiesza w głowie. W dobie dzisiejszych horrorów „Lśnienie” to perła.

lsnienie1

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to już tak idealnie nie jest. Owszem, Jack Nicholson jest po prostu wspaniały, zaś sceny z jego obłędem lub moment, gdy siekierą chce się dobić do łazienki wywołują naprawdę ciarki na plecach. Choć były momenty, gdy miałem wrażenie szarżowania (zamknięcie w chłodziarce), to jednak nie popada on w groteskę czy przesadę, czego niestety nie da się powiedzieć o Shelley Duvall w roli Wendy, żony Jacka. Strach i przerażenie w jej wykonaniu (od momentu odkrycia prawdy o obłędzie Jacka) wydają się przeszarżowane i mocno przerysowane. Może i miało to pokazać przerażenie, ale wyszła z tego karykatura (niepewne trzymanie noża w ręku) – można to było lepiej rozegrać. Za to warto wyróżnić trzech aktorów: Scatmana Crothersa (kucharz Dick Halloran), debiutującego Danny’ego Lloyda (Danny, obdarzony „lśnieniem” syn Jacka) i Phillipa Stone’a (kelner Delbert Grady).

lsnienie2

Chciałbym powiedzieć, że Kubrick nakręcił arcydzieło, ale nie tym razem. Technicznie to perfekcja, aktorstwo też jest dość wysoki poziom, jednak jedna osoba mocno położyła ten film. Mogło być fantastycznie, a wyszło nieco ponad poziom dobry. Poza tym było kilka momentów nużących (m.in. dość długa ekspozycja). Niemniej warto obejrzeć „Lśnienie” ze względu na realizację i poziom, który i tak dla wielu jest nieosiągalny nawet do dnia dzisiejszego.

7/10

Radosław Ostrowski

Mechaniczna pomarańcza

Londyn gdzieś w niedalekiej przyszłości. To tutaj Alex razem z trzema kolegami tworzą gang, który dokonuje przemocy i gwałtów w rytm muzyki klasycznej. Podczas jednego z napadów, podczas którego zostaje zabita młoda kobiet, Alex zostaje schwytany wskutek zdrady i skazany na 14 lat. Wówczas w więzieniu zostaje poddany eksperymentalnej formie resocjalizacji.

pomarancza1

Tak w skrócie można opisać ten głośny film Stanleya Kubricka – reżysera uważanego za jednego z największych geniuszy kina. Pytanie, czy można powiedzieć coś nowego na temat tego filmu? Chyba nie, ale nie zmienia to faktu, ze film ogląda się znakomicie i mimo lat nadal poraża. Już sam początek, kiedy poznajemy Alexa i jego gang w barze mlecznym Korova buduje klimat, który pozostaje z nami aż do samego końca. Ujęcia z jednej strony bardzo długie i zwracające uwagę na tło, z drugiej pełne  finezji i lekkości (m.in. włamanie i scena gwałtu w rytmie „Singing in the Rain'” czy nakręcona w zwolnionym tempie scena konfrontacji między członkami gangu nad rzeką). Ale później reżyser skręca w stronę dramatu społecznego pokazując jak bardzo nieludzka jest naukowa metoda resocjalizacji (świetnie zmontowana, jak zresztą cały film), która powoduje pozbycie się przemocy w człowieku. W tej sposób ludzie zostają pozbawieni wolnej woli, stając się zmechanizowanym, słabym bytem. Bo przemoc, czy tego chcemy czy nie – jest wpisana w ludzką naturę i pozbywając się przestajemy być ludźmi, co puentują losy Alexa na wolności oraz bardzo gorzki finał.

pomarancza2

Ale to wszystko działa jeszcze bardziej m.in. dzięki perfekcyjnie dopasowanej muzyce oraz rewelacyjnej kreacji Malcolma McDowell – niewinnie wyglądającego chłopaka o skórze diabła. Skąd się wzięło u niego zło? Tego do końca nie wiemy. Dla niego sztuka i muzyka kojarzy się z zabijaniem, ale to dzięki temu aktorowi jesteśmy w stanie współczuć temu chłopakowi, który wcześniej wywoływał przerażenie. Reszta obsady tez poradziła sobie wspaniale, ale to McDowell „zawłaszczył” ten film.

Co ja wam będę mówił, mimo ponad 40 lat, film Kubricka pozostaje perfekcyjnie zrealizowanym i nie dając się zębowi czasu.

9/10 + znak jakości

pomarancza3

Radosław Ostrowski