The Kid

Ile powstało już opowieści o Billym the Kidzie? Któż jest w stanie je wszystkie wyliczyć. Najbardziej znane mi były „Pat Garrett i Billy Kida” od Sama Peckinpaha oraz „Młode strzelby”. Ale tym razem za jego historię postanowił opowiedzieć Vincent D’Onofrio – aktor znany z legendarnych ról w „Full Metal Jacket” oraz serialu „Daredevil”. Jak sobie poradził na stołku reżyserskim?

the kid1

Pat i Billy się pojawiają w filmie, ale nie wokół nich toczy się cała opowieść. Bohaterami jest tutaj rodzeństwo: Rio i Sara. Kiedy ich poznajemy ich ojciec bije matkę na śmierć. Chłopak zabija ojca, a oboje muszą uciekać przez wujem i jego bandą. Bo wuj chce zabić dzieciaka, a z siostry zrobić kurewkę. Ukrywają się w jakiejś stodole, by ruszyć do Santa Fe. A kiedy rano się budzą, obok nich jest banda Billy’ego the Kida. I są oni atakowani przez ludzi Garretta.

the kid2

Cieszy mnie realizacja westernów na ekranie. Obydwa te wątki są bardzo zgrabnie poprowadzone, ale zaskakuje tutaj spokój oraz kameralność tej historii. Strzelanin oraz rozwałki nie ma tutaj zbyt wiele, lecz nie o to tu chodzi. Reżyser powoli buduje klimat Dzikiego Zachodu, który nie jest taki fajny. Z jednej strony mamy piękne plenery oraz zachwycającymi zdjęciami, lecz nie brakuje tutaj krwi, brudu, piachu. Jest też próba demitologizacji losów dwójki ikonicznych postaci, odzierając ich z otoczki romantyzmu. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi, ale ich drogi rozeszły się. Pat wydaje się stąpać twardo po ziemi, dla którego prawo i porządek stają się najważniejsze. Z kolei Billy stał się bandytą mimo woli, nie do końca dojrzałym (ksywa Kid nie wzięła się znikąd) człowiekiem, łatwo łamie słowa. Udaje się połączyć fikcyjną fabułę z prawdziwymi wydarzeniami, a wiele scen trzymało za gardło (próba przebicia się Garretta z Billym przez blokadę z ludzi miejscowego szeryfa czy finałowa konfrontacja).

the kid3

Nawet aktorsko jest tu więcej niż dobrze. Aczkolwiek jest jeden problem, czyli Jake Schur w roli Rio. Dzieciak stawia tutaj swoje kroki, więc nie spodziewałem się cudów. Wypada ok, choć w scenach bardziej dramatycznych (prośba o pomoc do Pata) bywa nadekspresyjny. Chris Pratt w roli głównego złego, czyli wuja, nie ma tu zbyt wiele do roboty. A najbardziej będzie się pamiętać jego brodę. Za to Billy oraz Pat to zupełnie inna para kaloszy. Szorstki Ethan Hawke w roli Pata znowu magnetyzuje, tworząc silną postać, trzymającą się zasad. Za to zaskoczył mnie Dane DeHaan jako Billy, który nie jest niewinny, ale bardzo zagubiony, trochę cyniczny. Sprawia tylko wrażenie twardego, ale naznaczonego przeszłością. Bardzo daleki od wizji znanej z legendy.

Film D’Onofrio nie będzie wielkim klasykiem westernu, ale jest na tyle solidnym dziełem, że nie da się przejść obojętnym. Pięknie wygląda, ma mocnych aktorów oraz dobrą rękę reżysera. Czekam na kolejne filmy, panie D’Onofrio.

7/10

Radosław Ostrowski

Sędzia z Teksasu

Roy Bean nie był świętym człowiekiem pełnym cnót, lecz wyjętym spod prawa bandytą. Przejeżdżał przez małą wioskę w Teksasie, gdzie znajdował się burdel oraz szałasy Meksykanów. Tam właśnie zostaje pobity, okradziony oraz pozostawiony na śmierć. Lecz wraca do miasteczka, by zemścić się na swoich oprawcach, mordując ich z zimną krwią. To jednak nie wszystko, bo ogłasza się sędzią i zamierza tutaj wprowadzić cywilizację, postęp oraz pokój, w czym pomaga mu grupa wyjętych spod prawa, awansowanych na egzekutorów.

sedzia z teksasu1

Ten film miał być reżyserskim debiutem Johna Miliusa, który próbował zrobić (przynajmniej tak to rozumiem) taką westernową wersję „Lawrence’a z Arabii”. Problem w tym, że filmowi bonzowie nie wierzyli w umiejętności przyszłego twórcy „Conana Barbarzyńcy” i zamiast niego tą fabułę zrobił John Huston. Milius bardzo szanował tego doświadczonego reżysera… do momentu, kiedy nie wzięto się za jego tekst. Zamiast szacunku oraz entuzjazmu, pojawiła się wściekłość oraz oskarżenie o zniszczenie dzieła. I powiem szczerze, że jest to jedno spore pomieszanie z poplątaniem, gdzie nie do końca wiadomo o co chodzi.

sedzia z teksasu2

Sam wydaje się mieszanka westernowego sztafażu z dość specyficznym rodzajem komedii. Z jednej strony mamy do czynienia z bezkompromisowym sędzią, który chce podążyć za swoją wizją miasta pełnego porządku, ale ten porządek troszkę jest oparty czasem na widzi mi się (jak sędzia przegrywa w karty, cena alkoholu drożeje) oraz bardzo surowym egzekwowaniu – wieszanie i/lub odstrzał. Miasto zaczyna się jednak coraz bardziej rozbudowywać, a do głosu coraz bardziej dochodzi pewien podstępny prawnik nazwiskiem Gass. I tutaj ta konfrontacja mogłaby być czymś na kształt „Aż poleje się krew”, tylko z konfrontacją między powoli odchodzącą przeszłością Dzikiego Zachodu a postępującą cywilizacją. Nie brakuje też klasycznych elementów oraz typów postaci jak traper (Grizzly Adams) czy bandyta terroryzujący okolicę (Zły Bob „Albinos”), a zamiast psa mamy… niedźwiedzia.

sedzia z teksasu3

Problem dla mnie jednak, że te wszystkie elementy nie chcą się połączyć w żadną spójną całość (romantyczna randka sędziego z Marią Eleną oraz Niedźwiedziem – co do cholery?). Przeskoki w czasie są dość spore, narracja nie prowadzi za bardzo do celu (chyba nawet nie jest w stanie go ustawić), zaś przesłanie wyparowuje. No i ten finał, gdzie do miasteczka przybywa sławna aktorka, którą wielbił Bean (ciekawe cameo Avy Gardner) wydaje się zbędny. Jest jednak jeden mocny punkt tego tytułu, czyli zawsze trzymający poziom Paul Newman w roli tytułowej, tworząc troszkę romantyczną wizję pokręconego stróża prawa.

sedzia z teksasu4

To jeden z najdziwniejszych filmów w dorobku Hustona, gdzie powaga zderza się z groteską, przez co tytuł stoi w rozkroku. Niby chce być poważny i dotykać poważnych kwestii, ale rozjeżdża się nadmiarem groteskowych scen, przez co wywołuje jedynie dezorientację.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Nie do przebaczenia

Jesteśmy gdzieś na Dzikim Zachodzie, gdzie przebywa rodzina ranczerów Zacharych. Najstarszy syn Ben jest niejako głową rodziny po tym, jak ojciec zginął przez Indian i razem z sąsiadami prowadzi spółkę. Poza Benem jest jeszcze matka, dwóch braci oraz śliczna Rachel, która ma troszkę ciemniejszą karnację. Jednak te dobre relacje zostają popsute przez nieprzyjaznego Abe’a Kelseya, znającego dość mroczną tajemnicę.

nie_do_przebaczenia2

John Huston znowu wraca do westernu i próbuje opowiedzieć opowieść z rasizmem w tle. Jest powoli skrywana tajemnica rodzinna, która doprowadza do spięć między sąsiadami oraz Indianami. Problem jednak w tym, że ambicje reżysera zostały zderzone z wizją producentów, pragnących sukcesu komercyjnego. I niestety, te spięcia są bardzo widoczne, bo reżyser chce przyłożyć oraz pokazać siłę (negatywną) głęboko zakorzenionego rasizmu. Widmo rodzinnej tajemnicy powinno ciążyć oraz doprowadzić do większych konfliktów, co widać najmocniej na przykładzie Casha – brata nienawidzącego Indian. Gdyby mógł, to by ich chętnie wymordował, zaś sama myśl, iż jego siostra mogła być czerwonoskóra, doprowadza do szału. Tak samo zachowują się wspólnicy (rodzina Rawlinsów), jakby te kilka lat znajomości oraz przyjaźni nie miały żadnego znaczenia, były nic nie warte. Rozumiem, że mogło tu chodzi o pokazanie siły głęboko zakorzenionej nienawiści, tylko że brzmi to po prostu niedorzecznie.

nie_do_przebaczenia1

Tak samo portretowanie Indian jako tych złych, chociaż punkt wyjścia mógł być pole do dyskusji na temat przynależności rasowej. No bo Rachel na pierwszy rzut oka nie różni się od innych „białych” ludzi (może poza ciemniejszą karnacją, ale nie aż tak mocną) i jest wychowywana przez rodzinę jak swoja. Tu mogło być duże pole do pokazania pewnego wewnętrznego konfliktu kobiety. Ale ten wątek zostaje pogrzebany i stępiony, zaś jej przemiana (finałowa scena oblężenia) oraz niejako potwierdzenie swojej tożsamości to po prostu jakiś kiepski dowcip. A wszystko kończy się wręcz ostrą rzezią oraz zabijaniem Indian, bo jednak rodzina to rodzina i te więzy są silniejsze niż cokolwiek innego.

nie_do_przebaczenia3

Nawet aktorstwo jest tu dość nierówne. Ryzykownym pomysłem było obsadzenie Audrey Hepburn jako Rachel. Z jednej strony rozumiem ten chwyt: nazwisko miało skupić uwagę, a jednocześnie jej wygląd ma budzić jak najmniej podejrzeń w sprawie jej prawdziwego pochodzenia. Problem jednak w tym, że ten chwyt nie działa, zaś jej występ wydaje się średni. O wiele lepiej prezentuje się twardy niczym czołg Burt Lancaster, który ciągnie ten film na barkach aż do samego końca. Tak samo wyrazista jest legendarna Lillian Gish jako matka skrywająca tajemnicę oraz Joseph Wiseman w roli Kelseya.

„Nie do przebaczenia” miało spory potencjał na mocne, ostre kino piętnujące rasizm oraz nienawiść do innych. Ale po drodze Hustonowi stępiono pazury, dodano dość niekonsekwentny scenariusz i nierówne aktorstwo. Ciężko strawna mieszanka i jeden z najsłabszych filmów Amerykanina.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Ballada o Busterze Scruggsie

Potwierdzają to setne przykłady,
Że westerny wciąż jeszcze są w modzie
Wysłuchajcie więc, proszę, ballady
O tak zwanym Najdzikszym Zachodzie

Wojciech Młynarski, „Ballada o Dzikim Zachodzie”

buster_scruggs1

Z tym fragmentem popularnej piosenki Wojciecha Młynarskiego dyskutować jest ciężko, bo od mniej więcej 2003 roku coraz częściej odwiedzaliśmy Dziki Zachód. Czy to w formie zabawy gatunkiem („Slow West”, „Bone Tomahawk”, „Django”), czy to remake’ów klasycznych opowieści („3:10 do Yumy”, „Prawdziwe męstwo”, „Siedmiu wspaniałych”), czy wykorzystaniu gatunkowego sztafażu do historii spoza gatunku („Zabójstwo Jesse’ego Jamesa…”, „Zjawa”, „Tajemnica Brokeback Mountain”). Teraz z westernem znowu postanowili się zmierzyć bracia Coen. Początkowo „Ballada o Busterze Scruggsie” miała być serialową antologią, ale ostatecznie współpraca z Netflixem skończyła się pełnometrażowym filmem. Czy to był dobry ruch? I tak, i nie, bo – jak w przypadku każdej kompilacji nie każda historia porwała mnie tak bardzo jakbym chciał. Ale po kolei.

buster_scruggs2

Braciszkowie wykorzystują klasyczne motywy znane z kowbojskich opowieści i przerabiają je na swoją modłę. Jazda dyliżansem, wyprawa pionierów, napad na bank, poszukiwanie złota, wędrowna grupa podróżująca od miasteczka do miasteczka zarabiając opowieściami – bardziej archetypowych motywów do gawędy nie da się znaleźć. Ale wszystko jest tu troszkę inaczej niż zwykle, stanowiąc pretekst do twórczej zabawy oraz gatunkowej demolki. Historia rewolwerowca Bustera Scruggsa okraszona jest cudownymi piosenkami (zupełnie jakbym oglądał musical – prawie jak w „Ave, Cezar”) oraz rozbrajającym humorem, z bardzo przewrotną puentą. Podobnie dowcipna była historia napadu na bank (kasjer atakujący w czymś, co mogłoby być zbroją – niesamowity widok), gdzie kowboj pakuje się w dość pokręcone losy, nie zapominając o absurdalnym dowcipie (pierwsza scena próby powieszenia). Jedynym zastrzeżeniem tej historii jest fakt, że… za szybko się kończy.

buster_scruggs3

I wtedy pojawia się historia trzecia, czyli impresario wędrujący od miasta do miasta z cytującym różne teksty mówcą. Niby nic dziwnego, ale osobnik ten jest pozbawiony wszelkich kończyn, co ma gwarantować pewne profity. Ta opowieść jest cięższa, mroczniejsza (jest cały czas noc) oraz bardziej serio. Samo w sobie może nie wywołałoby to we mnie zgrzytu, jednak brak puenty, niemal brak dialogów sprawiły, że seans był dość męczący. Odbiłem się od tej opowieści niczym od ściany. Zrekompensowało mi tą stagnację historia poszukiwacza złota, choć pozornie w niej nie dzieje się zbyt wiele. Ale jest to najpiękniejsza wizualnie opowieść – krajobrazy wyglądają imponująco, jak z klasycznego westernu czy jakiegoś cudnego malowidła. Prawdziwa wizualna uczta.

buster_scruggs4

Równie imponująco wygląda piąta, najdłuższa nowela. To historia Alice Longabaugh, która wyrusza z bratem do miasta w konwoju. Tutaj jest bardziej melodramatycznie, bo w drodze jeden z przewodników, pan Knapp zakochuje się w tej nieśmiałej, zagubionej damie. Dla mnie ta opowieść też mnie zawiodła troszkę. Dlaczego? Po pierwsze, nie obchodziła mnie główna bohaterka – jej zagubienie, bezradność, emocjonalna apatia działała na mnie odstraszająco, mimo obsadzenia w tej roli Zoe Kazan. Po drugie, nie uwierzyłem w tą relację między Knappem a Alice i nie mogłem zrozumieć, co ten facet w niej widział, że chciał się z nią związać. Sytuację troszkę rekompensowały zdjęcia oraz zakończenie, stawiające całą opowieść w stanie zawieszenia. A na finał mamy pasażerów dyliżansu, jadących do miasteczka z trupem. Stylistycznie całość jest zamknięta w jednej przestrzeni, przypominając wyglądem westerny z lat 30. czy 40., kadrując tylko i wyłącznie twarze pasażerów. Niby są tylko dialogi (głównie o rodzajach ludzi), jednak nastrój troszkę przypomina tutaj horror. Zwłaszcza, gdy poznajemy profesję dość intrygującej pary podróżnych. Satysfakcjonujące i odpowiednio mroczne.

buster_scruggs5

Choć scenariuszowo nie wszystkie historie wciągają tak, jakby mi się marzyło, to jednak dobrze się bawiłem. Zdjęcia miejscami są olśniewające, ale zawsze budują klimat. Tak samo jak kostiumy oraz scenografia, a także muzyka Cartera Burwella – odpowiednio budująca napięcie, opisująca zachwycającą przyrodę oraz pełna kilku zgrabnych piosenek. Także aktorsko jest miejscami znakomicie, rekompensując wiele wad. W mojej pamięci najbardziej zapadł tytułowy Buster (rewelacyjny Tim Blake Nelson) – ubrany na biało elegancik ze świetną nawijką oraz ogromnym talentem wokalnym, budzącym zachwyt. Równie wyrazisty jest poszukiwacz w wykonaniu cudownego Toma Waitsa. Doświadczonego, zdeterminowanego i uparcie dążącego do celu, a jednocześnie pełnego pokory wobec losu oraz przyrody, co od razu wzbudziło we mnie dużą sympatię do tej postaci. Z pozostałych historii warto wspomnieć fantastycznego Harry’ego Mellinga (pozbawiony kończyn Harrison – z jaką pasją wypowiada te same słowa, to czasami włosy się jeżą), zaskakująco poważnego Jamesa Franco (kowboj z drugiej historii) oraz smolisty duet Jonjo O’Neill/Brendan Gleeson (Anglik/Irlandczyk).

buster_scruggs6

Jak widać, historie są dość różne, ale z paru można wyciągnąć kilka wniosków. Po pierwsze, jeśli chcesz przetrwać, musisz być bardziej sprytny, wyrachowany i bezwzględny niż reszta. Ale nawet to nie da ci pełnej gwarancji. Po drugie, upór i determinacja pomagają się wzbogacić. Tak jak szacunek do Matki Natury. A po trzecie, nigdy nie wiesz, kiedy skończy ci się szczęście, więc zawsze uważaj. Sam film potrafi dostarczyć rozrywki w stylu braci Coen i pokazuje, że jeszcze nie powiedzieli oni ostatniego słowa. Nic, tylko oglądać, a potem na koń! Niby nic, czego byśmy nie znali, ale bardzo przyjemnie się ogląda.

7/10

Radosław Ostrowski

O Matador

Brazylia kinematograficznie kojarzy się z tasiemcowymi serialami, w których po pewnym czasie logika jest totalnie zaburzona, zaś wszelkie komplikacje są tak wielkie, że nie da się w tym wszystkim połapać. Ale to właśnie tam rok temu Netflix pomógł zrealizować film tamtejszego twórcy, Marcelo Galvao na realizację swojego filmu, będącego… westernem.

Sama historia jest dość mocno pogmatwana i skupia się na pewnym mężczyźnie. W młodości, niemowlęciem będąc, zostaje znaleziony przez samotnego wojownika zwanego Siedem Uszu. Czyni z niego idealnego myśliwego, po czym wyrusza do miasta i znika. Wiele, wiele lat Blancharda już jako mężczyzna wyrusza na poszukiwania i tam poznaje francuskiego potentata, pana Bertranda, co wywołuje masę komplikacji.

o_matador1

Sama konstrukcja filmu przypomina stylistykę Quentina Tarantino, czyli łamanie chronologii oraz masa postaci, które posiadają pokręcone, mroczne historie. Ramą narracji w „O Matador” jest opowieść prowadzona przez młodego mężczyznę, podróżującego z dwójką dzieci, przez co początek może wywołać dezorientację. jest kilka scen, które później powracają jako bardziej rozwinięte. Później reżyser idzie ku bardziej efekciarskiej formie, serwując kolejne postacie (prostytutka, tajemniczy Gringo, rysownik i prawa ręka Francuza, mściciel w stroju łowcy głów), tworząc jeszcze większy chaos do tej ballady o chciwości, która doprowadza do zatracenia się, skazując na potępienie kolejne pokolenia. Niby nie brakuje strzelanin i krwi, surowego krajobrazu pustyni czy bardzo dynamicznej muzyki, granej na gitarach oraz dość wystawnej scenografii (siedziba Blancharda, jego burdel), jednak się w to wszystko zaangażować z powodu swojej bardzo epizodycznej struktury. Bo nie do końca wiemy, na kim tak naprawdę się skupić, a żadna postać (poza naszym protagonistą, później zwanym Fryzjerem) nie zostaje zbyt wyraziście napisana, pełniąc role archetypowych szablonów typu: psychopatyczny zabójca (pomocnik rysownika, który ma obsesję na punkcie czystości), perwersyjna żona głównego łotra, szlachetna prostytutka, samotny mściciel etc.

o_matador2

„O Matador” jest bardzo wymagającym filmem, który chciałby wnieść troszkę świeżej krwi do westernowej konwencji, jednak nie za bardzo wie, co chce opowiedzieć. Aktorsko jest dość solidnie (najbardziej wybija się troszkę dziki Diogo Mordago), jest parę mocnych scen, ale to troszkę za mało, by zapadł bardziej w pamięci. Wielka szkoda.

6/10 

Radosław Ostrowski

Niepokonana Jane

Znowu wyruszamy na Dziki Zachód, chociaż większość akcji toczy się w farmie gdzieś na uboczu. To tutaj przyszło mieszkać niejakiej Jane razem z mężem i córeczką. Problem w tym, że mąż kobiety kiedyś należał do niebezpiecznego gangu, zostawiając po sobie ogromne spustoszenie. Pewnego dnia wraca na koniu z kilkoma ranami postrzałowymi oraz ostrzeżeniem, że Tom Bishop i jego chłopaki się zbliżają. Kobieta prosi o pomoc swojego dawnego partnera, który – dość niechętnie – zgadza się.

niepokonana_jane1

Film ten powstawał w bólach, mimo iż trafił na tzw. Czarną Listę – spis najlepszych scenariuszy czekających na realizację. I kiedy wydawało się, ze wszystko ruszy z kopyta, producenci wyrzucili przed rozpoczęciem zdjęć reżyserkę Lynne Ramsey, a wraz z nią odeszli autor zdjęć Darius Khondji oraz mający zagrać główne role Karen Gillan i Jude Law. Po wielu perturbacjach ostatecznie przed kamerą stanął Gavin O’Connor, zaś w tytułową Jane wcieliła się Natalie Portman. Sam film nie jest stricte westernem, tylko dramatem (nawet melodramatem) z tajemnicą w tle. Reżyser miesza teraźniejszość z retrospekcjami, pokazującymi losy kobiety oraz związanych z nią (w różnym czasie) dwóch mężczyzn. Jeden został jej mężem, drugi był narzeczonym na wojnie i długo jej szukał. Relacje, pełne żalu, pretensji oraz kilku bardzo brudnych ran to najmocniejszy punkt tego kameralnego filmu. Szkoda tylko, że nie zostało to bardziej rozbudowane, z bardziej iskrzącymi momentami.

niepokonana_jane2

Dla mnie sporym problemem była akcja, a właściwie wszystko, co miało w założeniu, nakręcić całą intrygę. Nie brakuje tutaj strzelanin, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że reżysera realizacja tych scen albo nie interesuje (finałowe oblężenie z paroma wybuchami, które nie zostają pokazane), albo są zrobione w dość klasyczny sposób. Przez co adrenalina miejscami zwyczajnie siada, mimo budującej klimat minimalistycznej muzyki oraz ładnie wyglądającymi zdjęciami. Chociaż sama realizacja wydaje się tylko solidnym rzemiosłem.

niepokonana_jane3

Jedyne, co wypada najbardziej przekonująco to aktorstwo. Początkowo można odnieść wrażenie, że Natalie Portman i western to dziwaczna kombinacja, jednak aktorka bardzo przekonująco pokazuje determinację Jane, jej upór oraz walkę do upadłego, a akcent jest tylko przyjemnym dodatkiem. Troszkę w tle przewija się Noah Emmerich, tworzący dość niejasną postać bandyty, zmieniającego się pod wpływem kobiety. Dla mnie jednak najbardziej interesujący jest Joel Edgerton (także współautor scenariusza), czyli Dan Frost. Bardzo szorstki, skryty, mający wiele pretensji, a jednocześnie jego motywacja wydaje się co najmniej zagadkowa, zaś relacja od wrogości do współczucia pokazana jest bez fałszu. Tylko, ze czarnymi charakterami jest troszkę słabo, bo albo znikają dość szybko (Rodrigo Santoro i Boyd Holbrook), albo są dość przerysowani jak Ewan McGregor, który zakosił wąsy od Toma Sellecka.

Mimo, ze Jane na ekranie w ogóle jest dość niepokonana, sam film jest dość zachowawczy. To całkiem niezłe kino, nie wykorzystujący swojego potencjału. Gdyby bardziej się skupić na tym trójkącie, lekko podrasować sceny akcji, „Niepokonana Jane” mogłaby mieć swój wyrazisty charakter, który dałaby Lynne Ramsey (mimo, iż nie jestem jej wielkim fanem). Kobiece kino zmasakrowane przez producenta-mężczyznę.

6/10 

Radosław Ostrowski

Ben Hall: Legenda

Dla wielu z tu obecnych nazwisko Bena Halla nie będzie mówiło zbyt wiele, ale mieszkańcy Australii – ojczyzny kangurów, pustynnych krajobrazów oraz Nicka Cave’a – mają inne zdanie na ten temat. Hall był bandytą, słynącym z kradzieży oraz różnych napadów. Kiedy go poznajemy, jest jesień 1864, zaś nasz protagonista drugi rok ukrywa się przed prawem. Ta przeszłość doprowadziła do rozpadu małżeństwa i braku kontaktu z synem. W końcu Hall decyduje, że musi uciec z Australii, tylko skąd wziąć pieniądze na taką eskapadę. Razem z dawnym wspólnikiem wraca na bandycki szlak.

ben_hall1

Ten australijski western, początkowo miał być tylko krótkometrażówką, jednak reżyserowi Matthew Holmesowi udało się zebrać o wiele więcej pieniędzy niż planował. I tak powstała biografia skupiająca się na ostatnich miesiącach Halla. Ale filmowiec bardziej niż klasycznymi elementami westernu, czyli napadami, strzelaninami oraz pojedynkami. Bardziej interesuje go sam Hall, który z jednej strony chce zerwać z przeszłością i uciec, jednak tylko przeszłość może pomóc w zebraniu funduszy. I to doprowadza do silnego konfliktu, będącego kośćcem tego spokojnego dzieła. Film skupiony jest na szczegółach, kolejnych napadach, które są coraz trudniejsza, zaś pętla wobec Halla coraz mocniej się zaciska.

ben_hall2

Sam reżyser, nawet w drobnych scenkach, potrafi przyciągnąć uwagę. Czy to mówimy o świątecznym balu, gdzie pojawia się bohater ze swoją bandą, wizytą u lekarza, wszystko jest skupione na szczegółach. Kostiumy, scenografia wyglądają imponująco i nie sprawiają wrażenia tanich. Równie pięknie, choć surowo wygląda krajobraz. Australijski busz wygląda miejscami bardzo groźnie, sprawiając miejscami poczucie niepewności i zagrożenia. Jedynym dla mnie problemem są oniryczne fragmenty, gdzie przeszłość miesza się z przyszłością i wywołuje jedynie dezorientację, niepotrzebnie wydłużając czas trwania.

ben_hall3

Za to nie mogę się nachwalić aktorów, dla których w większości był to debiut lub wcześniej pracowali dla telewizji. Dobrze sobie radzi Jack Martin w roli rozdartego między bandyckim życiem a chęcią ucieczki od przeszłości. Zmęczona twarz, trzymanie się (przynajmniej próba) zasad z niezabijaniem ludzi, a jednocześnie chęć nawiązania więzi z synem – to wszystko jest wygrywane bez poważnych zastrzeżeń. Jednak film kradnie Jamie Coffa w roli lekko psychopatycznego, bardzo impulsywnego Johna Gilberta. A jego zachowanie bywa bardzo nieobliczalne.

Muszę przyznać, że debiutantowi udało się stworzyć bardzo wciągający, choć troszkę za długi. Poza tym film pokazuje mało znaną w naszym kraju postać, miejscami ma niesamowite krajobrazy oraz pociągające postacie. Interesujący western, nie do końca trzymający się gatunkowych konotacji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ringo zwany Nebraska

Czasy Dzikiego Zachodu nigdy nie były łatwe. Ale czasem potrafi pomóc pewien jeździec znikąd, pojawiając się we właściwym miejscu i czasie, by rozwiązać wszelkie problemy. Kimś takim jest niejaki Ringo zwany Nebraską – inteligentny, sprytny, z szybkim spustem. Pojawia się w ranczu Marthy’ego Hillmana oraz jego żony, Kay. Oboje są prześladowani przez niejakiego Cartera, który ma do nich wielkie pretensje.

ringo1

Kolejny włoski western, gdzie pośrednio realizował Mario Bava. I jeśli ktoś liczył na spaghetti western, to się musiał przeliczyć. Chociaż i tak jest lepiej niż zrealizowana w tym samym roku „Droga do fortu Alamo”. Intryga jest o wiele prostsza, podział na dobrych i złych zachowany oraz sygnalizowany kolorami, ale nasz bohater pozostaje nie do końca facetem z jasną motywacją. Zarzewie konfliktu jest nam zdradzane bardzo powoli, wyrzucając karty dopiero w finale. Ta kameralna historia sprawdza się całkiem nieźle, chociaż zwroty akcji są przewidywalne (aresztowani zbiegowie zostają wypuszczenia). Niemniej jest parę przyjemnych momentów, ładnie sfotografowanych bijatyk (tutaj elementy dekoracji są wykorzystane, zaś ciosy są mocne), zaś kilka kul zaświszczy. W tle gra przyjemna muzyka a’la Ennio Morricone (gitara, trąbki), plenery wyglądają bardziej surowo niż w USA, a i technicznie jest po prostu solidnie.

ringo2

Także aktorstwo jest jak najbardziej w porządku. Znani z poprzednich filmów włoskiego mistrza Ken Clark (Ringo) oraz Piero Lulli (Carter), sprawdzają się w rolach antagonistów bardzo dobrze. Clark jest bardziej człowiekiem czynu z twardymi pięściami oraz celnym okiem, z kolei Carter jest bardziej bezwzględny, stosujący podstęp oraz nieczyste zagrania. Dla mnie największym problemem była Yvonne Bastien, czyli Kay. Kobieta brzmi sztucznie, bardzo nieprzekonująco, a jej postać – mająca w zamyśle być więźniem pewnej dawnej umowy – drażniła swoją deklaratywnością.

„Ringo” to całkiem przyjemny, choć może zbyt prosty western z europejskiej ziemi. Z dzisiejszej perspektywy jest niezbyt oryginalny, jednak potrafi parę razy wciągnąć i ma solidną obsadę. Wstydu nie ma.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Droga do Fortu Alamo

Dziki Zachód czasów wojny secesyjnej. To w tych okrutnych czasach żyje niejaki Bud Massany – zwykły bandzior, który stracił rodzinę i ranczo wskutek działań wojennych. Przejeżdżając znajduje ciężko rannych żołnierzy, z czego jeden z nich zawiera rozkaz wypłacenia z banku 150 tysięcy dolarów. Razem z poznanymi nowymi wspólnikami decyduje się dokonać skoku, ale coś poszło nie tak, bo są ofiary, a i wspólnicy dopuszczają się zdrady. Bud zostaje ogłuszony, a że ma na sobie tylko mundur żołnierski, zostaje włączony do przejeżdżającego w kierunku fortu Alamo konwoju.

fort_alamo2

Włoski western kojarzy się głównie z popisami Sergio Leone, który przełamał wiele elementów gatunku, dając mu w zamian drugie życie. Jednak niektórzy próbowali przed nim realizować opowieści o koniach, kowbojach i Dzikim Zachodzie. Mario Bava próbował wejść w kowbojki, jednak bardziej czerpiąc z amerykańskich wzorców. Jednak sam punkt wyjścia był dość interesujący: droga Buda jako fałszywego żołnierza w drodze towarzysząc osobom, za którymi nie przepadają. I to mogło dać duże pole do popisu, a reżyser serwuje karuzelę atrakcji: bezwzględni Indianie, niekompetentny dowódca, opanowany sierżant, chciwi zdrajcy, troszkę nieprzystosowane do życia kobiety. A na początku jeszcze mamy próbę oszustwa karcianego.

fort_alamo1

Problem jednak w tym, że cała ta opowieść sprawia wrażenie bardzo skrótowej, troszkę po łebkach. Sama przemiana bohatera wydaje się mało przekonująca, chociaż miał wiele okazji do ucieczki. Do tego parę troszkę dziwacznych pomysłów (łódki z banknotów do zwabienia żołnierzy), chociaż akcja miejscami pędzi na złamanie karku. Troszkę widać, że to jednak nie jest Dziki Zachód, tylko jakaś włoska pustynia, zaś samo miasteczko wygląda dość ubogo. Na szczęście nie pojawiamy się tam na długo, a strona plastyczna jest całkiem solidna.

fort_alamo3

Tak samo aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, dając troszkę życia swoim bohaterów. Solidnie prezentuje się Ken Clark, balansując między byciem gościem z mroczną przeszłością a próbującym zmienić swoją życiową drogę. Choć pokazano to dość szybko, aktor daje sobie radę. Podobnie jak będący bardziej życzliwym niż zwykle sierżant (Gustavo De Nardo) oraz będąca więźniem Janet (ładna Jany Clair). Z kolei postacie negatywne są troszkę przerysowane, tak samo jak Indianie, którzy albo zabijają albo skalpują.

Bava nie do końca czuje konwencję opowieści z Dzikiego Zachodu, przez co „Droga do fortu Alamo” sprawia wrażenie dziwnego eksperymentu. Dość negatywne pokazanie amerykańskiej kawalerii, niejednoznaczny główny bohater oraz zaskakująca szansa na odkupienie dawały dość duże pole manewru oraz pokazania pewnych szarości. Może się podobać, akcja przychodzi dość szybko, film jest krótki (około 80 minut), a w tle gra sympatyczna piosenka.

5,5/10

Radosław Ostrowski


Hostiles

Rok 1892, czyli czas, gdy Dziki Zachód powoli zaczynał wygasać. To w tych czasach przyszło żyć kapitanowi amerykańskiej kawalerii, Josephowi Blockerowi. Ten człowiek mordował Indian tak mocno, ze już nawet nie pamięta, kiedy wybuchła ta cała nienawiść. Ale nim przejdzie na emeryturę, los da mu bardzo zaskakujące zadanie. Ma odstawić umierającego wodza Indian Żółtego Jastrzębia do dawnej ziemi, by mógł spokojnie umrzeć. Blocker niechętnie przyjmuje tę robotę.

hostiles1

Scott Cooper jest bardzo nierównym filmowcem, który tym razem postanowił zrobić rewizjonistyczny western. Chociaż punkt wyjścia przypomina klasyczne kino drogi, z czasem coraz bardziej zaczynamy widzieć jak wojna oraz walka z Indianami dokonała psychicznego spustoszenia w umysłach żołnierzy. Jak próbują się odnaleźć w nowych czasach, muszą powstrzymać swój gniew oraz żądzę zabijania, bo tego nakazuje reputacja oraz stopień wojskowy. Niektórzy (jak dołączony do grupy eskortowany dezerter) nadal chcą zabijać Indian, inni tłumią w sobie gniew, lecz traktują nowych pasażerów niczym zbędny bagaż. Jednak ta podróż będzie szansą na pogrzebanie swoich dawnych demonów oraz ostatecznego pogodzenia ze sobą. „Hostiles” toczy się bardzo powolnym rytmem, rzadko pozwalając sobie na akcję oraz strzelaniny, co wielu może zniechęcić.

hostiles2

Podobać się za to może wiele elementów: bardzo trafne dialogi, brak dużych ilości patosu, surowe zdjęcia i naturalizm w pokazywaniu scen akcji. Także muzyka Maxa Richtera odpowiednio budowała nastrój oraz poczucie zagrożenia. Ale także relacje między żołnierzami a Indianami oraz pewną kobietą, w między czasie przyłączającą się do grupy, dodają wiele ognia do tego pozornie skromnego filmu aż do samego finału, niepozbawionego przemocy, ale i pewnej nadziei.

hostiles3

Aktorsko film zdominował Christian Bale w roli kapitana Blockera. Bardzo wycofany, samą barwą głosu pokazuje jego gniew, wściekłość, wręcz szorstkość wobec Wodza (świetny Wes Studi), których traktuje jak zwierzęta. Ale jego przemiana pokazana jest bardzo subtelnymi środkami, dodając wiele wiarygodności. Trudno też wymazać z pamięci Rosamund Pike, czyli kobietę, która straciła całą rodzinę, a początkowy stan szoku tworzy tak sugestywnie, że to mrozi krew w żyłach. Poza nimi drugi plan przepełniają tak znane twarze jak Jesse Plemons (porucznik Kidder), Ben Foster (dezerter Wills) czy Rory Cochran (sierżant Metz).

Mimo dość powolnego tempa, „Hostiles” nadal ma siłę rozliczenia z niechlubną przeszłością Amerykanów. Jednak nie robi tego w prosty, banalny czy moralizatorski sposób, lecz bardziej delikatnymi środkami, co Amerykanie robią bardzo rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski