Tzw. prodecural to serial zazwyczaj kryminalny, w którym co odcinek rozwiązuje się jedną sprawę, choć może być też wątek przewodni pojawiający się gdzieś w tle i scala wątki w jedna całość. „Person of Interest” (polskie tłumaczenie „Impersonalni” to kompletny idiotyzm) pozornie wydaje się kolejną tego typu produkcją.

Punktem wyjścia jest spotkanie dwóch kompletnie odmiennych ludzi. Pierwszy to John Reese – były agent CIA, uznany za zmarłego i ścigany przez swoich dawnych towarzyszy. Drugi to Harold Finch – ekscentryczny milioner i geniusz komputerowy, który wiele lat temu skonstruował pewną maszynę. Jej zadaniem było znalezienie sprawców zamachów terrorystycznych jeszcze przed dokonaniem zbrodni. Ale maszyna zaczęła zbierać informacje o każdej planowanej zbrodni. Finch zdobywa numer ubezpieczenia potencjalnego sprawcy lub ofiary, zaś Reese zajmuje się jej obserwacją, by powstrzymać zbrodnię. Maszyna to obserwuje oraz podsłuchuje wszystko i wszystkich, co ułatwia zadanie.

Proste? Banalne? Być może. Ale jeśli w projekt jest zaangażowany Jonathan Nolan (brat TEGO Nolana), zaś w produkcję wplatany jest J.J. Abrams, to sprawa staje się poważna. Owszem, łamigłówki są dość schematyczne (obserwacja, włamywanie się do telefonów i komputerów, walenie pięściami i strzelanie), jednak nie można zarzucić tutaj nudziarstwa. Poza tym dzieje się tu sporo: skorumpowani gliniarze, gangsterzy, a jednocześnie pościgi, tajne służby. A jeśli dodamy do tego sceny retrospektyw, gdzie poznajemy fragmenty przeszłości naszych bohaterów, to robi się tu naprawdę ciekawie. Przy okazji, twórcy pokazują jak łatwo możemy być obserwowani i inwigilowani przez tajne służby. Nie potrzebna jest do tego Maszyna, wystarczy telefon, komputer, portale typu Facebook i wszystko o tobie wiedzą. W dodatku finał pierwszej serii kończy się tak mocnym akcentem, że trzeba po prostu sięgnąć po drugą serię.

Łamigłówki są naprawdę pomysłowe i nie nudzą, dialogi okraszone są odrobiną humoru, a technicznie tez trudno się do czegoś przyczepić. To po prostu solidna robota, więc swoje muszą zrobić aktorzy. I robią, choć główne role są zbudowane na kontraście. Weźmy Reese’a i Fincha, granych przez Jima Caviezela (bardziej znanego jako Jezus z „Pasji” Gibsona, choć tutaj dobrze sobie radzi z rolą) i Michaela Emersona (Ben Linus z „Zagubionych”). Pierwszy to mięśniak, który świetnie posługuje się bronią, podsłuchami, ale komputery potrafi obsłużyć w stopniu podstawowym. Finch to inteligent, mający paranoję i ukrywający swoje prywatne życie przed wszystkimi (także przed Reesem), który za pomocą komputera może zrobić dosłownie wszystko, ale używanie broni – to dość spore wyzwanie. Razem świetnie się uzupełniają, tworząc bardzo kreatywny duet.

Jednak nawet oni nie są w stanie działać sami. Wykorzystują do pomocy dwójkę gliniarzy, którzy nie wiedzą o tym, że grają w jednej drużynie. Detektyw Joss Carter (dobra Taraji P. Henson) jest uczciwa, twarda i nieustępliwa, początkowo tropi naszych bohaterów, ale potem zaczyna im pomagać, z kolei Lionel Fusco (uroczy Kevin Chapman) jest umoczony i zmuszony do współpracy szantażem. Równie dobrana para jak główni bohaterowie. A poza nimi jeszcze przewijają się takie kluczowe postacie jak zajmująca się „naprawianiem” spraw Zoe Morgan (Paige Turlo), walczący o władzę gangster Carl Elias (Enrico Colantoni) czy błyszcząca w finale hakerka Root (Amy Acker), która dopiero zacznie się rozkręcać.

Pierwsza seria „Person of Interest” to kawał bezpretensjonalnej i dobrej rozrywki. Nie mogę się jednak oprzeć się wrażeniu, że najlepsze dopiero przed nami. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwa rozróba.
8/10
Radosław Ostrowski
