Uncharted

Jak jest klucz do zrobienia udanej adaptacji gry komputerowej? Wielu szuka do tej pory sposobu, lecz dobrego tytułu to trzeba szukać bardzo głęboko. Wielu wyczekiwało planowanej od dawna adaptacji serii gier „Uncharted”. Planowana od 2008 roku, miała masę problemów (ciągła zmiana reżysera: od Davida O. Russella przez Shawna Levy’ego po Rubena Fleischer), scenarzystów, wreszcie zmiana odtwórcy głównej roli – Marka Wahlberga zastąpił Tom Holland), ale się w końcu udało doprowadzić sprawę do końca. Ale czy warto było czekać?

uncharted1

Film jest niejako prequelem do cyklu gier, gdzie poznajemy początki działalności łowcy skarbów i awanturnika Nathana Drake’a. Pierwszy raz go widzimy, gdy razem z bratem są w sierocińcu i zostają rozdzieleni. 15 lat później Nathan (Tom Holland) pracuje jako barman i drobny złodziejaszek, żyjąc sobie spokojnie. I wtedy w barze pojawia się niejaki Victor Sullivan (Mark Wahlberg) – poszukiwacz przygód oraz łowca skarbów, który poluje na łup ukryty przez załogę Ferdynanda Magellana. Mężczyzna werbuje Drake’a, bo znał jego brata. Ale nie są jedynymi poszukiwaczami, bo w ślad za skarbem rusza bogaty magnat Santiago Moncada (Antonio Banderas) oraz jego grupa najemników. Kto dotrze pierwszy?

uncharted2

Co ja mogę powiedzieć? Film jest kolejnym klonem, czerpiących z szablonów znanych z serii przygód Indiany Jonesa. Czyli mamy zagadki do rozwiązania, by dotrzeć do skarbu, egzotyczne lokacje, pościgi, strzelaniny, zdrady, wbijane noże w plecy. No i jeszcze kradzieże, które bardziej pasowałyby do „Ocean’s Eleven”, a zbyt dużo czasu skupia się na scenach planowania. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, film wygląda… tanio, brakuje znanego z gier rozmachu, spektakularnych, wręcz niebezpiecznych scen akcji, pędzącej na złamanie karku adrenaliny. Nawet żarty kompletnie nie działają, a wszystko jest dziwnie blisko ziemi, zaś budowanie kluczowych postaci… nie obchodziło mnie. Fabuła jest przewidywalna, gdzie bardzo łatwo można domyślić się przebiegu wydarzeń, zaś dialogi pozbawione są wyrazistości.

uncharted3

Także aktorsko nie ma tu szału, a kilka decyzji jest zadziwiających. Tom Holland w roli Drake’a wypada całkiem nieźle i robią wrażenie wykonywane przez niego popisy kaskaderskie, ale to nie jest trafiony wybór. Ja wiem, że to prequel gier z otwartą furtką na potencjalną franczyzę (scena po napisach) i jest to pierwsza poważna przygoda, ale za młodo wygląda i zbyt dużo wie na temat historii, choć nie wiadomo skąd ją posiadł. Z kolei Mark Wahlberg jako Sullivan jest bardzo niespójny. Z jednej strony to taki stary cwaniaczek, rzucający żarcikami, a z drugiej robi tu za walczącego twardziela. Wszystko w zależności od sytuacji. Reszta postaci zwyczajnie jest nijaka i pozbawiona charakteru (z wyjątkiem nieźle bawiącego się, choć niewykorzystanego Antonio Banderasa oraz Sophia Ali jako wspólniczka Sully’ego, Chloe).

uncharted4

Widać, że to bardziej studiu zależało na tym, by ten film powstał. Niby kino rozrywkowe, ale pozbawione duszy, serca, pasji i charakteru. „Uncharted” wygląda jak film nakręcony przez dziecko, które dostało kamerę do ręki i nie ma kompletnie pojęcia co robi. Dlatego powstało nudne, bezpieczne quasi-widowisko.

5/10

PS. Jeśli chcecie zobaczyć lepszą wersję przygód Nathana Drake’a, polecam sprawdzić ten fanowski film sprzed paru lat:

Radosław Ostrowski

Reminiscencja

Kino noir wydaje się być gatunkiem martwym, co pokazały choćby wyniki ostatniej próby tego gatunku – „Osierocony Brooklyn”. Ale zdarzały się próby wykorzystania elementów tego gatunku w innej estetyce, choćby SF. „Blade Runner”, „Automata” czy choćby nowa produkcja Warnera „Reminiscencje”.

Akcja osadzona jest w Miami przyszłości, gdzie katastrofa nuklearna oraz wojna doprowadziła do zalania lądu, zaś nieliczni ludzie zamieszkali na najwyższych częściach budynków. Bogaci są oddzieleni od reszty świata zaporami na suchym lądzie, zaś biedni… cóż, nie mieli tyle szczęścia. Jednym z takich ludzi jest Nick Bannister – były wojskowy, obecnie prowadzący firmę pomagającą odzyskiwać wspomnienia ludzi. Wszystko za pomocą odpowiedniej maszyny, która ożywa wspomnienia na obrazie. Kiedyś używano tej techniki podczas przesłuchań. Pomaga mu w tym towarzyszka broni, Watts.

Pewnego dnia w gabinecie pojawia się rudowłosa piękność, piosenkarka Mae. Sprawa wydaje się banalna: zaginęły klucze i trzeba pomóc. Bez dużych problemów udaje się wyjaśnić, a między nią oraz Nickiem zaczyna iskrzyć. I nagle życie mężczyzny wydaje się mieć sens. Ale potem staje się dziwna rzecz: kobieta znika bez śladu, a nasz bohater obsesyjnie odtwarza wspomnienia z tego okresu. Zauważa pewien istotny szczegół i zaczyna prywatne dochodzenie.

Film jest reżyserskim debiutem Lisy Joy, która współtworzy serial „Westworld”. Co innego robić serial, a co innego film – choćby jest o wiele mniej czasu na wykreowanie świata czy bliższego poznania każdego z bohaterów. I to, niestety, bardzo mocno czuć, bo mamy tu klisze znane ze świata czarnego kryminału: femme fatale z przeszłością, piętrowa intryga, skorumpowana policja, brudny świat, gdzie bogaci mają władzę oraz potężne wpływy. Oraz bohater w garniaku z tajemnicą, próbujący zachować twarz w tym nieprzyjemnym świecie. Ładnie wyglądającym świecie, gdzie życie toczy się nocą, by uniknąć upałów dnia słonecznego.

Czy coś poza otoczką SF jest wartego odnotowania? No właśnie niekoniecznie, bo sama intryga jest przewidywalna. Wszystko wydaje się za bardzo znajomo, bez zgłębiania się w szczegóły tego świata. Niby wydaje się oryginalny i ma parę pomysłów, jednak brakuje tu zarówno estetycznego pola do popisu, jak głębszego poznania tego stanu rzeczy. Wspominana jest wojna Jedynie wątek romansu między Nickiem a Mae jest w stanie zaangażować, ze względu na niejasną przeszłość bohaterki, niezłe dialogi oraz solidne role Hugh Jackmana i Rebeki Ferguson. Czuć między nimi chemię, mając najwięcej pola do popisu. Reszta związana z tajemnicą umierającego bogacza idzie jak po sznurku znajomymi (aż za bardzo elementami) – nie brakuje strzelaniny czy pościgu zakończonego mordobiciem. Ale są one wykonane poprawnie, bez żadnego efektu WOW i czegoś powalającego. Nie ma tu żadnej niespodzianki, zarówno treściowo, jak też wizualnie.

„Remininscencja” wygląda jak wepchnięty cały sezon w dwugodzinny film. Joy brakuje oddechu oraz opanowania w filmowym świecie. A szkoda, bo jest tu spory potencjał na ciekawy, choć dziwnie znajomy, świat z interesującą technologią.

5/10

Radosław Ostrowski

Blade: Mroczna trójca

Eric Brooks znany jako Blade powraca. Problem jednak w tym, że swoimi ostatnimi akcjami staje się coraz bardziej lekkomyślny. Kiedy zamiast wampira zabija człowieka, zaczyna się polowanie na łowcę wampirów przez policje oraz FBI. Jego kryjówka zostaje wykryta, Blade schwytany, a Whistler ginie (znowu, ale tym razem ostatecznie). Podczas przesłuchania łowca wampira i zostaje odbity przez grupę zwaną Nocnymi Łowcami – niedoświadczoną ekipą łowców z kilkoma fajnymi gadżetami. A wsparcie będzie naszemu Chodzącemu za Dnia potrzebne, bo wampiry odnalazły samego Draculę.

blade3-1

Tym razem za nowego Blade’a odpowiada sam scenarzysta serii David S. Goyer. I powiem szczerze, że to nie była zbyt dobra decyzja. Brak doświadczenia reżysera jest tutaj mocno odczuwalny, zaś sama historia jest zwyczajnie nudna i nieangażująca. Sam pomysł scalenia Blade’a z nową grupą ludzi polujących na krwiopijców był naprawdę niezły. Tylko, że całość nie wnosi niczego nowego w kwestii tego świata, zaś same wampiry przypominają grupę narwanych nastolatków. Dracula też wydaje się tylko pionkiem w tym świecie, gdzie sam wampiryzm nie jest traktowany poważnie. A cała rozróba oraz konfrontacja Łowców z wampirami to mieszanka głupoty (dobranie się do siedziby Łowców), zbiegów okoliczności, czerstwych żartów oraz znowu pocięta w montażu. Dialogi są aż zbyt ekspozycyjne, historia przewidywalna, a sam Blade zostaje zepchnięty na drugi plan.  W filmie, gdzie jego ksywa jest w tytule.

blade3-2

Początek nie zapowiada katastrofy i obudzenie Draculi wygląda naprawdę nieźle. Same zdjęcia też są ok, ale Goyer kompletnie nie radzi sobie z reżyserią. Także sama postać Blade’a zostaje zmarnowana i ograniczona do wyglądania cool, rzucania one-linerami. Nawet, gdy walczy, sprawia wrażenie znudzonego niczym Steven Seagal ostatnimi laty. Brakuje tutaj czegokolwiek angażującego, zaś drugi plan potrafi zirytować (Ryan Reynolds nawet potrafi rozbawić). A główny antagonista jest tak nijaki i pozbawiony charyzmy, że musiałem złapać się za głowę. To jest ewidentna wtopa obsadowa.

blade3-3

„Mroczna Trójca” zarżnęła cała franczyzę, a Blade już nigdy nie wrócił w takiej chwale jak w pierwszych dwóch częściach. Potwierdza też tezę, że nie każdy nadaje się na reżysera.

5/10

Radosław Ostrowski

Pomiędzy nami góry

Historia pozornie prościutka niczym konstrukcja cepa. Oboje muszą pilnie polecieć, lecz burza śnieżna spowodowała, iż ich loty zostały odwołane. Ona jest fotografem pracującym dla gazety i spieszy się na… swój ślub. On jest lekarzem, wracającym z konferencji i musi wracać do swojego szpitala. Kobieta wpada na prosty pomysł, by prywatną awionetką wyruszyć. Co może pójść nie tak? Jeśli pilot dostaje udaru, samolot rozbija się w górach, to wszystko.

pomiedzy_nami_gory1

Wydaje się, że zrobienie kina z gatunku survival a’la Bear Grylls nie może być jakoś super skomplikowanym zadaniem. Rozbity samolot, duże góry, a jak góry, to od groma śniegu, brak zasięgu, brak ludzi, brak cywilizacji. Dodajmy jeszcze bardzo skromne zasoby żywności, drobne urazy (chyba, że mówimy o złamaniu nogi) oraz kompletnym – przynajmniej na początku – braku zaufania tej pary. Czy udaje się reżyserowi zbudować klimat zagrożenia oraz walki o przetrwanie? Na początku tak i już sama scena zderzenia zrobiona w jednym ujęciu z perspektywy pasażerów robi mocne wrażenie. Dwie różne postawy, które doprowadzają do spięć, wreszcie przyroda wyglądają wręcz monumentalnie (ale piękne te góry, las też bardzo ładny, a śnieg to w ogóle jest bielszy niż zęby z reklam). Problem w tym, że im dalej w las, tym poczucie zagrożenia staje się coraz słabsze. Jasne, wynika to z faktu coraz lepszego radzenia sobie z tym wszystkim, ale upływającego czasu od katastrofy zwyczajnie nie czuć (jedynie pada to w dialogach). I troszkę bohaterowie mają sporo szczęścia.

pomiedzy_nami_gory2

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, reżyser doszedł do wniosku, że będzie świetnie poprowadzić bohaterów ku romansowi. Bo jak wiadomo, przeciwieństwa przyciągają i nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna walka o przetrwanie. Tylko, że ten romans nie jest w żaden sposób przekonujący, działając troszkę na zasadzie wciśnięcia guziczka i bach – już się zakochują (dzięki czemu przetrwają – to już naprawdę bolą uszy) i ta przemiana jest pozbawiona podstaw. Być może takie okoliczności mogłyby doprowadzić do takiej głębszej relacji, zaś ostatnie 20 minut – ciężko się to ogląda i niszczy kompletnie całość.

Sytuację próbują ratować Idris Elba oraz Kate Winslet, którzy może nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, ale wypadają naprawdę przyzwoicie. Szczególnie Elba, tworząc postać naznaczoną pewną tajemnicą, determinacją oraz bardziej opanowanego. Problem w tym, że między tą parą nie czuć kompletnie chemii, co kompletnie zgrzyta. Ale nawet oni nie są w stanie wznieść tego filmu powyżej stanu średniego, który ogląda się bezboleśnie, lecz nie angażuje za bardzo. Z taką obsadą powinno wręcz iskrzyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Warcraft: Początek

„Warcraft” to jedna z najpopularniejszych serii gier komputerowych w historii tej branży. Opowieść o konflikcie między ludźmi a orkami, wydaje się wręcz idealnym materiałem na porządne kino fantasy. Projekt ekranizacji leżał 10 lat, zanim doszło do ostatecznej realizacji, której podjął się Duncan Jones – zdolny filmowiec tworzący kino SF („Moon”, „Kod nieśmiertelności”).

warcraft1

Sama historia jest prosta. Orkowie nie są w stanie żyć w swoim świecie, który umiera. Za radą swojego przywódcy Gul’dana, używającego czarnej magii (Spaczenia) wyruszają do królestwa ludzi, Azeroth. Wojna wydaje się nieunikniona, a lud prowadzony przez króla Llane’a oraz dowódcę wojsk, Lothara, szykuje się do starcia. Pomocą ma służyć Strażnik, Medivh. Jednocześnie w obozie orków, dochodzi do buntu pod wodzą Durotana.

warcraft2

Jak widać, Jones próbuje wejść w realia fantasy, dość wiernie oddając warstwę wizualną gry. Dlatego rycerze mają bardzo duże zbroje i miecze, Orkowie to strasznie napakowani koksiarze z młotami, a wygląd miast jest imponujący. Najciekawsze jest jednak pokazanie historii z punktu widzenia Orków, którym bliżej jest do ludzi niż do tępych, bezmózgich potworów. Potrafią myśleć, są honorowi i muszą decydować o tym, co jest dobre dla ich ludu. Przy nich ludzie wydają się prostą zbieraniną, która kieruje sojuszem innych nacji (krasnoludy, elfy), które są tutaj ledwie zarysowane. Niby jest ten świat, ale brakuje tła, fundamentów i możliwości wejścia w ten barwny świat. Motywacje są jednak jasno pokazane, intryga poprowadzona sprawnie i gładko, bez przynudzania. Starcia wyglądają efektownie, w tle gra podniosła muzyka, a efekty specjalne zasługują na uznanie (wygląd Orków – wow).

warcraft3

Jak w tym całym świecie odnaleźli się aktorzy? Całkiem dobrze i nie czuć fałszu. Najlepiej z całej obsady wypadły dwie postacie: Durotan i Strażnik. Pierwszy (fantastyczny Toby Kebbell) jest lojalnym, honorowym wojownikiem, potrafiącym przejrzeć na oczy, drugi (niezawodny Ben Foster) skrywa w sobie pewną tajemnicę, wiedzę i nie mówi zbyt wiele. Humor wnosi Travis Fimmel jako odpowiedzialny i lojalny dowódca, potrafiący rzucić ironicznym tekstem. Pochwalić też należy intrygująca Paula Patton (mieszanka człowieka i orka Garona) oraz solidny Dominic Cooper (opanowany i rozważny król Llane).

warcraft4

Twórcy podchodzą do materiału źródłowego z szacunkiem i to widać od samego początku. Jones wkłada wiele serca i wysiłku, by zrobić po prostu dobry film, będący udaną ekranizacją gry. Zakończenie sugeruje część drugą, która mogłaby rozkręcić całą serię. Czekam.

7/10

Radosław Ostrowski

Person of Interest – seria 2

Druga seria zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, co finał pierwszej. Finch zostaje uprowadzony przez hakerkę Root, która chce zdobyć dostęp do Maszyny, by ją wyzwolić, a Reese otrzymał kolejny numer i tym razem sam musi zająć się sprawą, przy okazji odnaleźć swojego przyjaciela. Ale to akurat będzie najmniejszy problem, bo wiele osób chce mieć kontrolę nad Maszyną.

person_of_interest_23

Jonathan Nolan nadal robi to, co w poprzedniej serii – nadal jest proceduralny charakter, czyli wyskakuje numer (nie wiadomo czy właściciel jest sprawcą czy ofiarą), obserwacja, mylenie tropów, dużo akcji i odrobina humoru. Sprawy nadal pozostają ciekawe, jednak pojawia się kilka istotnych wolt jak dalsze śledztwo FBI nad „mężczyzną w garniturze” (Reese zostaje aresztowany i potem wbrew swojej woli wykorzystany do działań dawnej partnerki z CIA), działalność osłabionego HR (skorumpowani gliniarze) czy walka w wpływy między Ruskimi a przebywającym w więzieniu Eliasem. Jakby tego było mało, pojawia się nowy wróg – tajna organizacja Decima, która chce kontrolować Maszynę, używając do tego wirusa. To wszystko znowu trzyma techniczny poziom, okraszony jest masą retrospektyw, które rzucają wiele na przeszłość Fincha (wyjaśnia się jego kalectwo) czy detektywa Fusco. Ogląda się to z dużym zainteresowaniem, mimo iż wydaje się to schematyczne. Ale zdarzają się pewne złamania schematu, np. kiedy poznajemy akcje z perspektywy nowej postaci – agentki Shaw, która przymusowo zostaje przeznaczona do likwidacji czy nerwowy finał, podczas którego Maszyna staje się świadoma. Nie ma tu miejsca na nudę, zagadki są bardzo fajnie poprowadzone, a drobne elementy futurystyczne nie wywołują żadnego zgrzytu.

person_of_interest_21

Jeśli chodzi o aktorstwo, to duet Caviezel/Emerson nadal trzyma formę i świetnie się nawzajem uzupełniają – siła i spryt zmieszane z inteligencją. Także pojawiający się na drugim planie pomocnicy, czyli detektywi Carter i Fusco (Taraji P. Henson i Kevin Chapman) nadają na tych samych falach odkąd wiedzą, że pracują dla tych samych ludzi, choć nad tym drugim wiszą czarne chmury i jego przeszłość zaczyna prześladować (na razie ma spokój, ale na jak długo). Z nowych postaci zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Samanthę Shaw (Sarah Shani), która chyba dołączy do Reesa oraz Fincha – twarda kobieta sprawnie obsługująca giwerami, będzie na pewno dobrze działać z Reesem. Coraz więcej się tez dowiadujemy o Root (Amy Acker) oraz jej fascynacji komputerami. Ta lekko psychopatyczna kobieta jeszcze odegra swoja rolę, co pokazuje finał.

Coraz bardziej „Person of Interest” się rozkręca, serwując rozrywkę na najwyższym poziomie, wiele razy skręcając ze schematu i maksymalnie wciągając. Gotowi by obejrzeć trzecią (na razie ostatnią) serię? Bo ja tak.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Person of Interest – seria 1

Tzw. prodecural to serial zazwyczaj kryminalny, w którym co odcinek rozwiązuje się jedną sprawę, choć może być też wątek przewodni pojawiający się gdzieś w tle i scala wątki w jedna całość. „Person of Interest” (polskie tłumaczenie „Impersonalni” to kompletny idiotyzm) pozornie wydaje się kolejną tego typu produkcją.

Punktem wyjścia jest spotkanie dwóch kompletnie odmiennych ludzi. Pierwszy to John Reese – były agent CIA, uznany za zmarłego i ścigany przez swoich dawnych towarzyszy. Drugi to Harold Finch – ekscentryczny milioner i geniusz komputerowy, który wiele lat temu skonstruował pewną maszynę. Jej zadaniem było znalezienie sprawców zamachów terrorystycznych jeszcze przed dokonaniem zbrodni. Ale maszyna zaczęła zbierać informacje o każdej planowanej zbrodni. Finch zdobywa numer ubezpieczenia potencjalnego sprawcy lub ofiary, zaś Reese zajmuje się jej obserwacją, by powstrzymać zbrodnię. Maszyna to obserwuje oraz podsłuchuje wszystko i wszystkich, co ułatwia zadanie.

person_of_interest4

Proste? Banalne? Być może. Ale jeśli w projekt jest zaangażowany Jonathan Nolan (brat TEGO Nolana), zaś w produkcję wplatany jest J.J. Abrams, to sprawa staje się poważna. Owszem, łamigłówki są dość schematyczne (obserwacja, włamywanie się do telefonów i komputerów, walenie pięściami i strzelanie), jednak nie można zarzucić tutaj nudziarstwa. Poza tym dzieje się tu sporo: skorumpowani gliniarze, gangsterzy, a jednocześnie pościgi, tajne służby. A jeśli dodamy do tego sceny retrospektyw, gdzie poznajemy fragmenty przeszłości naszych bohaterów, to robi się tu naprawdę ciekawie. Przy okazji, twórcy pokazują jak łatwo możemy być obserwowani i inwigilowani przez tajne służby. Nie potrzebna jest do tego Maszyna, wystarczy telefon, komputer, portale typu Facebook i wszystko o tobie wiedzą. W dodatku finał pierwszej serii kończy się tak mocnym akcentem, że trzeba po prostu sięgnąć po drugą serię.

person_of_interest2

Łamigłówki są naprawdę pomysłowe i nie nudzą, dialogi okraszone są odrobiną humoru, a technicznie tez trudno się do czegoś przyczepić. To po prostu solidna robota, więc swoje muszą zrobić aktorzy. I robią, choć główne role są zbudowane na kontraście. Weźmy Reese’a i Fincha, granych przez Jima Caviezela (bardziej znanego jako Jezus z „Pasji” Gibsona, choć tutaj dobrze sobie radzi z rolą) i Michaela Emersona (Ben Linus z „Zagubionych”). Pierwszy to mięśniak, który świetnie posługuje się bronią, podsłuchami, ale komputery potrafi obsłużyć w stopniu podstawowym. Finch to inteligent, mający paranoję i ukrywający swoje prywatne życie przed wszystkimi (także przed Reesem), który za pomocą komputera może zrobić dosłownie wszystko, ale używanie broni – to dość spore wyzwanie. Razem świetnie się uzupełniają, tworząc bardzo kreatywny duet.

person_of_interest3

Jednak nawet oni nie są w stanie działać sami. Wykorzystują do pomocy dwójkę gliniarzy, którzy nie wiedzą o tym, że grają w jednej drużynie. Detektyw Joss Carter (dobra Taraji P. Henson) jest uczciwa, twarda i nieustępliwa, początkowo tropi naszych bohaterów, ale potem zaczyna im pomagać, z kolei Lionel Fusco (uroczy Kevin Chapman) jest umoczony i zmuszony do współpracy szantażem. Równie dobrana para jak główni bohaterowie. A poza nimi jeszcze przewijają się takie kluczowe postacie jak zajmująca się „naprawianiem” spraw Zoe Morgan (Paige Turlo), walczący o władzę gangster Carl Elias (Enrico Colantoni) czy błyszcząca w finale hakerka Root (Amy Acker), która dopiero zacznie się rozkręcać.

person_of_interest1

Pierwsza seria „Person of Interest” to kawał bezpretensjonalnej i dobrej rozrywki. Nie mogę się jednak oprzeć się wrażeniu, że najlepsze dopiero przed nami. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwa rozróba.

8/10

Radosław Ostrowski

Pacific Rim

Pod koniec roku 2012 na dnie Oceanu Spokojnego pojawił się portal, z którego wyłoniły się potwory zwana Kaiju. Istoty te niszczą Ziemię, a ludzkość połączyła siły, powołując Pacific Rim oraz tworząc Jaegery – wielkie mechy sterowane przez dwóch pilotów. Ale projekt ten ma zostać porzucony z powodu klęsk tych maszyn. Marszałek Pentecost zbiera ekipę najlepszych pilotów, chcąc zadać ostateczny cios stworom, atakując portal.

pacific_rim1

Wiem, że fabuła nie należy do specjalnie mądrych czy inteligentnych, jednak Guillermo del Toro to cwany reżyser, który potrafi zrobić bardzo ciekawe widowisko przy dość prostej fabule (kto widział „Hellboya” czy drugiego „Blade’a” załapie o co chodzi). Już po zwiastunach można było stwierdzić, że będzie to połączenie „Godzilli” z „Transformersami” i nie ma w tym przesady. Fabuła jest prosta i nieskomplikowana, tak samo psychologia i motywacje bohaterów. Jednak między bohaterami iskrzy, nie brakuje odrobiny humoru (ekscentryczni naukowcy czy handlarz organami Kaiju), rozwałki są widowiskowe, efekty specjalne przednie (widać na co poszło te 200 milionów baksów), a dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Film jest po prostu na maksa przegięty, że trudno to potraktować do końca serio i ogląda się to naprawdę przyjemnie. Tylko tyle i aż tyle.

pacific_rim2

Jeśli zaś chodzi o obsadę, powiedziałbym, że są to poprawnie zagrane postacie, ale to nie do końca prawda. Może i nie wszystkie są głęboko skomplikowane psychologicznie, ale wystarczająco przekonujący. To można powiedzieć o Charliem Hunnamie i Rinko Kikuchi (piloci Rayleigh Becket i Mako Mori, którzy muszą się zmierzyć nie tylko z Kaiju, ale i swoimi traumami). Jednak najbardziej w pamięć zapadły trzy postacie. Najważniejszy jest marszałek Pentecost, fantastycznie poprowadzony przez Idrisa Elbę – opanowany, charyzmatyczny i twardy dowódca, który skrywa swój instynkt ojcowski jak i chorobę nie pozwalającą mu walczyć. Napędową siłą humoru jest duet naukowców – dr Geiszler i dr Gottlieb – w rozbrajającym wykonaniu Charliego Daya (pierwszy to wręcz maniak na punkcie Kaiju) i Burna Gromana (opanowany jak to Niemiec racjonalista).

pacific_rim3

Jednak na szczególne wyróżnienie zasługuje Ron Perlman pojawiający się w malej roli Hannibala Chowa – handlarza organami Kaiju. Złote zęby, przekrwione oko, buty ze złotymi czubkami i elegancki garnitur tworzą mieszankę wybuchową. To mafiozo, choć wygląda trochę jak błazen, cyniczny biznesmen. Zapada w pamięć najbardziej.

Umówmy się, to nie jest najlepsze widowisko jakie widziałem w tym roku, ale jeśli wyłączycie komórki mózgowe, będzie się świetnie bawić. Oszałamia, wygląda, zaś same starcia są lekko efekciarskie, ale to naprawdę robi wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ramin Djawadi – Pacific Rim

Pacific_Rim

Na najnowszy film Guillermo del Toro czeka dosłownie masa ludzi. Ta wysokobudżetowa produkcja o walce mechów z bestiami zbiera dość ciepłe recenzje, a i widownia też powoli dopisuje. Ja filmu jeszcze nie widziałem, ale jak będę miał możliwość opowiem wam. Teraz skupię się na warstwie muzycznej.

A tutaj wieści nie były zbyt dobre, ponieważ na kompozytora wybrano człowieka, który nie ma zbyt wielkiego talentu czy warsztatu, ale jest podopiecznym Hansa Zimmera, który ma szerokie wpływy. Ramin Djawadi nie jest zbyt lubiany ani przez krytykę, ani przez fanów muzyki filmowej, zaś jego najwyższym dokonaniem jest temat przewodni z „Gry o tron” oraz „Postrach nocy”. Tyle wstępu, więc możemy przejść do muzyki wydanej przez WaterTower Music, który zawiera 25 utworów (w większości dość krótkich). Ale czy warto sięgnąć po ten album?

djawadiOdpowiedź jest jedna i niezbyt zaskakująca: nie. Muzyka brzmi jak kolejny twór Remote Control, czyli w cholery elektroniki, sampli, gitary elektrycznej i rżnięcie od Zimmera. Innymi słowy niby jest epicko, ale sztucznie. Tematów w zasadzie nie ma wiele, ma być głośno, dynamicznie i z łomotem. I tak też jest, zaś muzyka akcji bazuje na szybkich i niepokojących smyczkach, uderzeniach perkusji, kotłów oraz dęciaki wzięte z „Incepcji”. Czasem jednak pojawi się pewne urozmaicenie jak chór („The Shatterdome”), delikatna liryka („Mako” z wokalizą Priscilli Ahn i delikatnymi dźwiękami harfy oraz smyczków) czy lekko azjatyckie klimaty („Hannibal Chau”). Jednak żeby nie było aż tak strasznie Djawadiemu udała się jedna rzecz, która jest highlightem tej płyty. To temat przewodni, który może i jest prosty, ale z drugiej chwytliwy, dynamiczny (smyczki i elektronika) ze świetną gitarą Toma Morello (Rage Against the Machine), który z Djawadim już współpracował przy „Iron Manie”.

Jak przyznał del Toro, wybrał Djawadiego, bo „Jego kompozycje są wielkie, ale posiadają też niesamowity rodzaj ludzkiej duszy„. Że co? Chyba mam wrażenie, że słuchaliśmy czegoś innego. Niestety, „Pacific Rim” wpisuje się w nurt ubożenia muzyki w filmie, który się zaczął nasilać w XXI wieku. Zamiast potężnego brzmienia – imitacja, elektronika i sample. Coraz więcej głuchych osób jest w Hollywood.

5/10

Radosław Ostrowski