Tori Amos – Unrepentant Geraldines

Unrepentant_Geraldines

Ta rudowłosa Amerykanka w latach 90. naprawdę robiła furorę. Po wielu latach i dwóch płytach zagranych z orkiestrą symfoniczną (wytwórnia Deutsche Grammophon zobowiązuje) tym razem postanowiła nagrać piosenkowy i normalny album, w całości przez siebie wyprodukowany.

Obowiązkowo pojawia się fortepian, na którym Amos gra (ona zresztą gra na wszystkim co ma klawisze) i jest przede wszystkim bardzo spokojnie i nastrojowo. Zdarzają się jednak wyjątki w sprawie tempa (singlowe „Trouble’s Lament” z ładnie grającą gitarą akustyczną, lekko orientalne „Wedding Day” – bębenki, delikatna elektronika), ale nawet w tych spokojniejszych utworach coś się dzieje. I nie chodzi tylko o to, że fortepian gra naprawdę ładnie jak w „Weatherman” czy przypominający melodię z pozytywki „Maids of Elfen-Mare”. Czasem pojawi się delikatnie gitara elektryczna („America” czy popowy utwór tytułowy), syntezatory (tutaj jest ich więcej jak w „16 Shades of Blue”, gdzie klawisze plumkają, imitują smyczki i tykanie zegara czy organy w „Promise”), grube dęciaki (dziecięce – jeśli chodzi o klimat „Giant’s Rolling Pin”) czy nakładające się głosy (to prawie w każdym utworze).

Ale w takiej muzyce trzeba się po prostu zanurzyć, bo zmian poważnych nie ma. Tori nie przerzuciła się na heavy metal, plastikowy pop czy – nie daj Boże! – disco polo. Jeśli jednak nie lubiliście poprzednich płyt, to ta wam się raczej nie spodoba. Warto też pochwalić teksty Tori, które w paru utworach są inspirowane konkretnymi obrazami. Zaś jej głos pozostał (na szczęście dla mnie) niezmieniony. I nie będę oszukiwał, że jestem naprawdę oczarowany tym albumem. Widocznie dlatego, że po prostu lubię taką muzykę. A może dlatego, że kręcą mnie rudowłose wokalistki? Sam nie wiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz