Popeye

Do miasteczka Sweetwater przybywa samotny marynarz Popeye. Mężczyzna dość krzepki próbuje odnaleźć swojego ojca, ale spotyka się z niechęcią. I wtedy poznaje miłość swojego życie – Olive Oyl, która jest przeznaczona prymitywnemu kapitanowi Bluto.

popeye2

Sama historia jest tutaj pretekstem do różnych gagów, ewolucji oraz do wplecenia piosenek. Slapstickowa komedia zrobiona przez Roberta Altmana na podstawie komiksu. Szczątkowa konstrukcja oraz musicalowa konwencja (piosenki nie gryzą się z całością) tworzą piękną mieszanka gwarantującą niezłą zabawę. Owszem, jest to głupie, naiwne, wręcz kabaretowe, ale Altman jest tego w pełni świadomy. I jeśli kupimy cała konwencję, to jest spora szansa na przednią zabawę. Piosenki są bardzo melodyjne i nieźle zaśpiewane, choreografia – zarówno tańca jak i scen różnych bójek – jest wręcz kuglarska, a samo miasto sportretowano bardzo interesująco. Zarówno przez galerię wyrazistych i dziwacznych postaci, po same budynki, niemal sypiących się i w każdej chwili mogą one się rozlecieć, zaś ciągłe opodatkowanie wszystkiego sprawia wrażenie obecności w jakimś represyjnym mieście.

popeye1

Jednak cała ta konwencja (mocno przerysowana i świadomie sztuczna) nie chwyciła by mnie za mocno, gdyby nie znakomite główne role. Debiutujący na dużym ekranie Robin Williams wypada bezbłędnie w roli Popeye’a – napakowanego marynarza, który bywa zbyt naiwny (scena z oddaniem dziecka rodzinie Olive, dzięki czemu wygrywają wyścigi), ciągle mamrocze niewyraźnie, ale jednocześnie nie idzie on w groteskę. Równie kapitalna jest będąca na granicy irytacji i czarowania Shelley Duvall, która wygląda jako Olive idealnie. Także Bluto (Paul L. Smith) jest prymitywnym i gburowatym osiłkiem jakiego pamiętam z animacji.

popeye3

Altman konsekwentnie tworzy własną wersję komiksowych opowieści i całkiem nieźle się przy tym bawi. Mnie to wystarczy, a całość jest sympatyczna, choć miejscami nużąca.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz