Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki

Wayne Szaliński jest bardzo ekscentrycznym i zakręconym naukowcem, za bardzo skupionym na sobie. Przez co jego relacje z rodziną są dość wyboiste, szczególnie z żoną. Dwójka dzieci troszkę żyje swoim życiem, a Wayne ciągle pracuje nad maszyną pomniejszającą. Bezczelna jednak nie chce działać, a przekonanie kolegów-naukowców bez dowodu jest wręcz niemożliwe. Sytuacja komplikuje się, kiedy syn sąsiadów trafia piłką do domu naukowca, uruchamiając maszynerię. Jak dzieci obojga chcą zabrać piłkę, poznają na własnej skórze efekt działania wynalazku.

kochanie1-1

Joe Johnston dla wielu kinomanów znany jest głównie jako reżyser pierwszego „Jumanji” oraz pierwszego spotkania z Kapitanem Ameryką. Zanim jednak zaczął kręcić filmy, pracował nad efektami specjalnymi w ILM. „Kochanie…” to reżyserski debiut tego twórcy i już tutaj widać, jak bardzo będzie chciał zadziwiać widownię. Może fabuła nie należy do skomplikowanych, bo pomniejszone dzieci chcą wrócić do domu, ale realizacja – to jest już inna para kaloszy. Filmy o pomniejszaniu ludzi dają wielkie pole do popisu dla scenografów oraz twórców efektów specjalnych. Bo chodzi o pokazanie człowieka niejako z perspektywy podłogi, trawy. Gdzie wszystko może być potencjalnym zagrożeniem: od mrówki przez motyle po kosiarkę. Perspektywa zmienia wszystko, zaś przeprawa zmusza naszych bohaterów do zmiany nastawienia. Innymi słowy, klasyka gatunku.

kochanie1-3

Sama fabuła nie powala, a głównie slapstickowy humor nie robi na mnie już takiego wrażenia. Także zderzenie nerdowskiego ojca rodziny z sąsiadem, co kocha łowić ryby i inne męskie rozrywki jest po prostu okej. Najlepiej prezentują się efekty specjalne, co robi wrażenie, scenografia pokazująca wszystko z perspektywy maluczkiego oraz wręcz zakręcona muzyka Jamesa Hornera. Zarówno działania kosiarki, powiększone zwierzęta (mrówka, skorpion) działają bez zarzutu – choć mam wrażenie, że to dobrze przygotowane kukiełki. I jest to naprawdę nieźle zagrane, co nie dziwi jak się ma Ricka Moranisa jako Wayne’a. Ale film kradnie Matt Frewer jako nerwowy, bardzo „męski” sąsiad bohaterów.

kochanie1-2

„Kochanie…” rozpoczęło karierę reżysera, którego następne filmy zrobiły na mnie większe wrażenie. To niezła komedia dla całej rodziny, pozwalająca na chwilę zapomnieć o szarzyźnie dnia.

6/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie zwierzaków domowych 2

Ze studiem Illumination mam troszkę pod górkę. Bo specami w kwestiach technicznych są i te animacje wyglądają ładnie. Problem jest z historią, która czasami potrafi chwycić (pierwsze spotkanie z Gru i Minionkami czy Sing) albo bardziej przypomina zbiór luźno powiązanych scenek (pierwsze „Minionki” czy pierwsza część tego filmu). Jak jest z kontynuacją „Sekretnego życia…”?

zwierzaki domowe2-1

W życiu Maxa i Duke’a, czyli dwóch piesełów zmieniło się wiele. Zostali kumplami, a ich właścicielka radzi sobie z nimi dobrze. Jednak pani poznaje pewnego pana, biorą ze sobą ślub, mieszkają razem. Zaś parę miesięcy pojawia się bobas o imieniu Liam. Czy ma na nazwisko Neeson? Chyba nie. 😉 Dzieciak zaczyna powoli dorastać, zaś Max czuje się za niego odpowiedzialny. I będzie go pilnował 24 na 24. Zwłaszcza, że nasi bohaterowie jadą na wieś na kilka dni. A tam wiadomo: indyki, owce, krowy, świnie – niebezpiecznie jest. Lecz nie tylko nasz pies ma pewne problemy. Bridget zostaje poproszona przez Maxa o pilnowanie pewnej zabawki (pan Bzyk), lecz daje ciała. Przedmiot trafia do mieszkania pełnego kotów. A nasz zwariowany królik przez swoją panią jest przekonany, iż jest superherosem. I zostaje wystawiony na poważną próbę udowodnienia swojej wartości.

zwierzaki domowe2-2

Czy już w tym momencie nie powinna zapalić się wam lampka ostrzegawcza? Bo twórcy popełniają dokładnie ten sam błąd, co w przypadku pierwszej części. Fabuła zaczyna się rozwadniać, a całość przypomina zbiór scenek, gdzie przeskakujemy z wątku na wątek bez ładu i składu. Niby te historie łączy pewien temat związany z odpowiedzialnością czy rodzicielstwem. Dla mnie problemem jest to, że ta historia kompletnie nie angażuje, a motywacja bohaterów to za mało, by mnie oni obchodzili. Ta obojętność powodowała, że czułem wielkie znużenie. Nawet przeniesienie akcji na wieś nie jest w stanie zmienić tej sytuacji. Zupełnie jakby scenarzystę poniosła fantazja, a reżyser kombinował jak to wszystko pokleić ze sobą.

zwierzaki domowe2-3

Jakby tego było mało, ani razu się nie uśmiałem. Nawet w scenach teoretycznie śmiesznych jak próba popisów królika czy zderzenia Maxa i Duke’a z życiem na wsi. Nie wiem czy to kwestia tego, że te głównie slapstikowe gagi na mnie nie działały, czy film jest po prostu adresowany dla najmłodszego widza. Kreska jest bardzo ładna, nie brakuje bardzo dynamicznych scen akcji (wyciąganie tygrysa z cyrku czy finałowa konfrontacja w pociągu). Tylko, że to nie w stanie odwrócić uwagi od prostego faktu, że druga część zwyczajnie jest niepotrzebna. Do tego jeszcze pod koniec staje się wręcz brutalna i pełna niepotrzebnej przemocy, a antagonista (właściciel cyrku Sergiej) wydaje się wzięty z zupełnie innej bajki.

Chciałbym coś dobrego napisać o drugim „Sekretnym życiu…”, ale to bardzo silny przykład tego jak twórcy nie uczą się na swoich błędach. Jeszcze bardziej jest odczuwalna nuda oraz kompletny brak pomysłu na stworzenie ciekawej, spójnej historii. Mam cichą nadzieję, że część trzecia nigdy nie postanie.

5/10

Radosław Ostrowski

Rock Dog! Pies ma głos

Bono to pies z Tybetu, którego ojciec jest strażnikiem wioski, co chroni ją przed wilkami. Podczas jednego z ataków zostaje dokonany zakaz grania muzyki. Bo ona uśpiła czujność mieszkańców przed zagrożeniem. Więc jest spokojnie, ale jednocześnie strażnik próbuje wprowadzić dyscyplinę oraz stworzyć coś w rodzaju armii. Ale chłopaka kompletnie to nie interesuje, a muzykę kocha nad życie. Zostaje ona spotęgowana przez radio, co spadło z nieba i tam usłyszał Głos. Idol zwał się Angus, a muzyką żył dłużej niż ktokolwiek. Chłopak decyduje się wyruszyć do miasta, by zrobić karierę, ale jeśli się nie uda, wróci do domu.

rock dog1

„Rock Dog” to dziwna hybryda, bo to animacja zrobiona przez Amerykanów, ale na podstawie chińskiego komiksu. Zresztą Chińczycy także współprodukowali film. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Chodzi o młodego, naiwnego chłopaka marzącego o realizowaniu swojej pasji zderzonego z dużym miastem. Tutaj idol okazuje się zblazowanym, pozbawionym weny wypaleńcem, a idealiści łatwo mogą stracić swoją pasję. No i jeszcze grupa wilków, która chce zaatakować wioskę, mają w mieście spelunę oraz noszą garniaki niczym gangsterzy. Lecz oprócz szefa to są bardzo niezdarni kretyni i robią tutaj za akcent humorystyczny.

rock dog3

Ale zderzenie Wschodu z Zachodem (tybetańska wioska na wielkiej górze vs wielkie miasto a’la Nowy Jork) jest bardzo mdłe. Albo inaczej, produkcja jest bardziej skierowana dla młodszego widza. Gdzieś tak w wieku 6-8 lat. Humor jest mocno slapstikowy, opowieść jest bardzo przewidywalna i pozbawiona postmodernistycznych zabaw. Innymi słowy, dorośli wynudzą się jak diabli. Nawet ładna animacja (zwłaszcza początek jest śliczny) oraz parę fajnych piosenek nie przykuły mojej uwagi na dłużej.

rock dog2

Sytuację oraz ocenę podnosi polski dubbing. On dodaje troszkę humoru w dialogach, przez co słucha się tego lepiej. A i same głosy też bardzo dobrze dobrano z niezłym Kubą Molędą jako Bono (świetnie śpiewa, a sam bohater budzi sympatię) oraz niezawodnym Marcinem Dorocińskim jako lekko zblazowany i wypalony gwiazdor rocka Angus.

„Rock Dog” przypomina zapaleńca, który jest bardzo nakręcony i czasami potrafi fajnie zagrać. Ale zapał nie jest w stanie zastąpić umiejętności, jakie z czasem na pewno się pojawią. Niemniej warto kibicować, zaś młodemu widzowi powinien się spodobać.

6/10

Radosław Ostrowski

Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Fotokłopoty

Pecker pozornie wydaje się zwykłym nastolatkiem z Baltimore. Do szkoły już nie chodzi, pracuje w restauracji, ma dziewczynę i kumpla. Ale jego prawdziwą pasją jest fotografowanie, gdzie robi zdjęcia wszystkiemu. I wszystkim, co początkowo traktowane jest jako niegroźne. Życie chłopaka zmienia się, kiedy organizuje wystawę, a jednym z gości jest nowojorska krytyk sztuki.

pecker1

John Waters to reżyser bardzo specyficzny, realizujący świadomie tandetne kino. Nakręcone w 1998 roku “Fotokłopoty” są jednym z bardziej przystępnych filmów tego twórcy. Pozornie jest to znajoma opowieść o wyborze między karierą a najbliższymi. Wszystko to jednak zostaje pokazane w bardzo przerysowany, wręcz groteskowy sposób. Wszystko przez bardzo ekscentryczne postacie, sprawiające wrażenie dziwacznych istot. Jest ojciec-barman, matka sprzedająca bezdomnym ciuchy, siostra lubiąca słodycze czy starsza siostrzyczka w barze ze striptizem dla gejów. Mało wam wrażeń? To jeszcze jest babcia-brzuchomówczyni z podobizną… Maryi czy kumpel-złodziejaszek, a jedyna w miarę normalna osoba to dziewczyna Peckera. Pracuje w pralni i jedynym jej odchyłem jest obsesja na punkcie pracy. Ta cała groteskowa otoczka może odstraszyć, a bardzo specyficzne poczucie humoru reżysera odrzucić. Ja jednak znając “W czym mamy problem” mniej więcej czułem, co może się wydarzyć.

pecker2

Sam film pokazuje dość wariacką rodzinę, ale jednocześnie jest to bardzo wspierająca się grupka. I zostaje ona zderzona z szołbiznesem – wielkim miastem, które przeżuwa i wypluje. Wystawa jednak wywołuje więcej złego niż dobrego. Sława pokazana jest jako coś, co psuje, niszczy relacje oraz doprowadza do konfliktów z otoczeniem. Włamanie do domu, likwidacja knajpy przez policję czy dość trudna relacja z kuratorką. To wszystko zmusza Peckera do decyzji: rodzina i przyjaciele czy sława. A może jest jeszcze trzecie wyjście? Na to odpowiedź znajduje się w pokręconym finale, którego wam nie zdradzę?

pecker3

Wszystko to na swoich barkach trzyma absolutnie fantastyczny Edward Furlong. Pecker w jego wykonaniu to pełen entuzjazmu i szczerości obserwator, napędzany swoją pasją. Tylko, że nawet ona ma swoją cenę i to odkrywa sam bohater, szczery aż do samego końca. Bardzo dobrze mu partneruje Christina Ricci jako jego dziewucha. Wygląda delikatnie, ale czuć tą chemię między nią z Furlongiem. Wszystko to spuentowane w cudnej scenie podczas głosowania.

“Pecker” to przykład bardzo wywrotowego kina niezależnego z bardzo specyficznym humorem, skrywającym bardzo konserwatywne przesłanie. Naprawdę ciekawe doświadczenie, choć trzeba być fanem Watersa, by się zachwycić.

7/10

Radosław Ostrowski

Playmobil. Film

Klocki Playmobil od momentu powstania (lata 70.) zawsze były w cieniu Lego, choć miały swoje grono fanów. Teraz wielbiciele niemieckiej myśli zabawkowej mają szansę zobaczyć klocuszki w formie animacji, zrobionej przez… Francuzów. I mocno tutaj inspiruje się „Lego Przygodą”, ale samo w sobie nie musi być złe. Ale po kolei.

playmobil1

Cała historia skupia się na rodzeństwie: Marli i Charliem. Ona jest starsza i chciałaby podróżować zamiast iść na studia, zaś młodszy bardzo lubi się bawić. Nie tylko klockami. Niestety, ich spokojnie życie zmienia śmierć rodziców. Dziewczyna zmuszona jest niejako opiekować się swoim bratem, lecz to troszkę za bardzo. To doprowadza do sytuacji, gdzie braciszek ucieka z domu. Siostrzyczka znajduje go na wystawie zabawek Playmobil. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności, oboje trafiają do świata z klocków i zostają rozdzieleni.

playmobil2

Sama historia jest bardzo znajoma, wręcz standardowa dla kina familijnego. Reżyser próbuje zapewnić atrakcje i miesza kompletnie konwencje. Western miesza się z SF, kinem szpiegowskim, Wikingowie walczą z piratami, a w cesarstwie wszyscy walczą z potworem-dinozaurem. Jakoś to się trzyma, na cienkiej nitce i domyślam się, czemu jest taki rozgardiasz. Chodziło o pokazanie różnorodności świata i jego bogactwa, tylko że efekt jest odwrotny. Za mało czasu spędzamy w każdym z tych światów, przez co brakuje tutaj czegoś głębszego. I to wszystko pędzi za szybko, przez co ten rollercoaster zwyczajnie zaczyna nudzić. Nawet humoru jest tutaj jak na lekarstwo, bo uśmiałem się ze 3, może 4 razy, zaś odniesienia do wydarzeń w Polsce nie działa za bardzo.

playmobil3

Sama animacja nie jest jakaś strasznie brzydka i jest to wyższa półka europejska. Klocki wyglądają solidnie, tak jak ich ruchy. Stąd moje skojarzenie z „Lego Przygodą”, choć nie ma tutaj stylizacji na animację poklatkową. Nie jest to zbyt szczegółowe na poziomie znanym Pixara, lecz nie ma się czego wstydzić. Nie brakuje kilku fajnie zrobionych scen (włamanie do rosyjskiej bazy wojskowej czy finałowe starcie), jednak to jest troszeczkę za mało.

playmobil4

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing, dzięki dobrze dobranym głosom. Zadziorna Julia Kijowska (Marla), bardziej wyluzowany Tomasz Karolak (właściciel wozu z żarciem Del) oraz kradnący całość Marcin Dorociński (agent Rex) dają prawdziwego kopa, sprawiając o wiele więcej frajdy. Tylko, że oryginalny scenariusz nie daje wiele pola do popisu.

No cóż, filmowe spotkanie z klockami Playmobil jest średniakiem pozbawionym elementu zaskoczenia. Da się to obejrzeć i jest kilka niezłych scen, jednak dla mnie był zbyt przewidywalny, nudny, nieciekawy. Może młodemu widzowi się spodobać, choć pewności nie mam.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Goryl, czyli ostatnie zadanie…

Tytułowym gorylem jest Boleś – wygląda na zwalistego gościa z twarzą surową, wręcz chłopską. Zawsze nosi pistolet przy sobie albowiem jest ochroniarzem ważnego polityka. Szef pełnił funkcje w niemal każdym możliwym resorcie, ale obecnie w czasach transformacji ustrojowej, został przestawiony na boczny tor. W sumie poza polowaniami w leśniczówce nie ma zbyt wiele do roboty. Wszystko zmienia jeden telefon z Warszawy. Chcą widzieć pilnie Szefa, co tamten odbiera jako szansę powrotu na szczyt.

goryl1

Janusz Zaorski po wielkim sukcesie „Piłkarskiego pokera” zrealizował w podobnym czasie pewną skromną produkcję dla telewizji. Być może dlatego tak niewielu ludzi o nim słyszało. Niemal całość spędzamy w drodze, poznając przeszłość Szefa, o której już niewiele pamięta. A czego to on nie robił, jakie przekręty, co zabrał dla siebie, co zatuszował – długa lista. I tak nie poznajemy całości, lecz zebrana w tym niemal godzinnym dziele wystarczy. Niby mamy tutaj schyłek PRL-u i czuć powoli wchodzący nowy ustrój, ale zmian nie ma zbyt wiele. Ciągle liczą się znajomości oraz „czysta” przeszłości, czyli trzymanie swoich brudów w tajemnicy. By tego zrobić Szef musi zwolnić swojego goryla, gdyż wie za dużo. I ta historia kończy się bardzo przewrotnym finałem.

goryl2

Niby byłaby to kolejna historia z polityką oraz realiami ukazanymi w krzywym zwierciadle, gdyby nie jeden istotny szczegół. Do tego zostają wplecione fragmenty „Żywotów cezarów” Swetoniusza, przedstawiające losy Juliusza Cezara. Porównania między działaniami mężów stanu Imperium Romanum a polskimi realiami potrafią nadal uderzyć. I to Zaorskiemu udaje się przedstawić w dość krzywym zwierciadle, gdzie nie brakuje absurdalnych momentów (czekanie przed torami czy wizyta w barze, gdzie jest zakaz sprzedaży alkoholu przed 13) oraz niepozbawionych błysku dialogów. Jak to wszystko płynie, a czas mija jak biczem strzelił.

goryl3

A prawdziwym paliwem (oprócz chwytliwego tematu przewodniego Przemysława Gintrowskiego) jest znakomicie dobrany duet głównych bohaterów. Szefem jest tutaj Marian Opania, który nie jest w stanie żyć bez władzy. Bardzo opanowany, inteligentny oraz umiejący lawirować między różnymi sytuacjami. Przeciwieństwem wydaje się Boleś w wykonaniu Krzysztofa Kowalewskiego. Niby prostak, rzucający potoczną mową i pełniący rolę cienia swojego Szefa, ale ma zbyt dobrą pamięć. Panowie świetnie się uzupełniają, a chemia niemal rozsadza ekran.

„Goryl” to mała perełka polskiej telewizji, z dużym dystansem przyglądająca się zmieniającemu ustrojowi politycznemu w naszym kraju. Potrafi rozbawić, ale jest też pełen nostalgii i refleksji, zachowując odpowiednie proporcje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Kominsky Method – seria 2

Na pewno pamiętacie Sandy’ego i Normana. Pierwszy nadal prowadzi szkołę aktorską, drugi próbuje sobie radzić z samotnością. I tak jak w każdym serialu, dalej życie potrafi ich zaskoczyć. W przypadku Sandy’ego, córeczka ma chłopaka. Niby nic, tylko że jest troszkę młodszy niż przyszły teść, co może doprowadzić do spięć. Z kolei u Normana pojawia się potencjalna nowa partnerka, czyli dawna miłość. By jednak nie było tak łatwo, wraca jego córka po odwyku.

kominsky method2-1

Druga seria dzieła Chucka Lorre’ego niejako kontynuuje wątki z poprzedniej serii. Panowie, mimo sporego doświadczenia, ciągle są zaskakiwani przez życie. Bo wydawałoby się, że w tym wieku już nic nie trzeba, to okazuje się, że jednak trzeba. Są studenci, których trzeba nauczyć kolejnych rzeczy (kapitalna scena, gdy zamiast kolegi ze studentką gra Sandy), bliscy ciągle się martwiący i sprawiający kłopoty. Czasem nie łatwo jest im zaufać (wracająca z odwyku córka Normana, Phoebe), czasem potrafią zaskoczyć (córka Sandy’ego, chcąca wprowadzić zmiany w studiu aktorskim), a zdrowie coraz bardziej szwankuje. I co można z tym fantem zrobić? Lepiej mieć z kim to przejść, choć nie jest to powiedziane wprost. Twórcom udaje się cały czas zachować balans między humorem a dramatem, przekłuwając niemal każdą sytuację humorem. Głównie dzięki cierpkiemu oraz ciętemu Normanowi, ale też paru sytuacyjnym gagom jak podczas jazdy samochodu, wspólnemu jaraniu zioła czy niedoszłej sytuacji łóżkowej, do której nie dochodzi. Ale też nie brakuje chwil wzruszenia jak podczas odwiedzin grobu przez Phoebe czy kiedy jedna ze studentek Sandy’ego otwiera się przed innymi i mówi o swojej przeszłości. W takich momentach „Kominsky Method” potrafi wejść na wyższy poziom, zaś same te sceny zapadają mocno w pamięć.

kominsky method2-2

Dialogi nadal trzymają poziom i nadal potrafią zaskoczyć wnikliwości, jednocześnie doprowadzając parę razy do śmiechu. Twórcy parę razy potrafią zaskoczyć, jak choćby obecnością Allison Janney na zajęciach czy pojawieniem się u Normana wnuka-scjentologa, który opuścił sektę (ale nie wyrzekł się ich poglądów). Jestem bardzo ciekawy, jak to zostanie poprowadzone w następnej serii.

kominsky method2-3

Pewne rzeczy pozostają jednak niezmienne. Ciągle jest chemia między Michaelem Douglasem a Alanem Arkinem, bo to jest prawdziwe paliwo tego serialu. Panowie nadal są jak stare małżeństwo, wspólne sceny ogrywają bezbłędnie. Ale i samodzielnie prezentują bardzo wysoki poziom. Z nowych postaci najbardziej wybija się Paul Reiser, czyli chłopak Mindy. Jest troszkę tatusiowaty, a w sytuacjach konfliktowych się wycofuje. Taki troszkę niespełniony artysta i – co najciekawsze – łatwo nawiązuje kontakt z Sandym, dając sporo zabawnych sytuacji. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza studenci kursów aktorstwa potrafią parę razy zaskoczyć.

kominsky method2-4

Oglądając drugi sezon „The Kominsky Method” czułem się, jakbym odwiedzał starego przyjaciela. Niby wiem, co u niego będzie, ale ciągle potrafi mnie zadziwić swoją energią, zaskoczyć trafnymi obserwacjami oraz znajomością ludzkich charakterów. I nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Kominsky Method – seria 1

Sandy Kominsky był aktorem, jednak wielkiej kariery nie zrobił. Dlatego prowadzi szkołę, gdzie uczy aktorstwa na specjalnych kursach. I radzi sobie z tym naprawdę dobrze, w czym pomaga mu dorosła córka. Przyjacielem Sandy’ego jest Norman Newlander – agent gwiazd, którego żona bardzo ciężko choruje, zaś córka jest nałogową ćpunką. Życie przyjaciół zostaje wywrócone, kiedy żona Normana umiera.

kominsky method1-1

Chuck Lorre to dla mnie twórca komediowy bardzo wyrazisty. On odpowiadał za „Teorię wielkiego podrywu” czy serialową biografię Charliego Sheena „Dwóch i pół”. Jednak problem z nimi, że z czasem te produkcje traciły swój impet i zaczęły nudzić. Zupełnie jakby twórca nie wiedział kiedy się zatrzymać oraz odejść w glorii i chwale. Oby tak się nie stało z nowym tytułem tego scenarzysty, którą zrealizował dla Netflixa. „The Kominsky Method” jest komedią ze starością w tle. Taka zbitka może dać wiele pola do popisu, ale jest też pułapką i wymaga nie przekraczania granic dobrego smaku. Osadzenie tej historii w środowisku artystycznym jest pewnym ubarwieniem, jednak kwestie starości dotyczą tak naprawdę wszystkich. Kiedy organizm zaczyna coraz bardziej słabnąć, wigor coraz bardziej słabnie, a przyszłość nie wydaje się za ciekawa. I mamy tutaj niejako dwie postawy: próbującego czerpać z życia oraz pełnego energii Sandy’ego skontrastowany z bardziej melancholijnym, mierzącym się z traumą, sarkastycznym Normanem. To zderzenie charakterów daje wiele źródła humoru, ale też i refleksji. A co najważniejsze, całość jest autentycznie zabawna.

kominsky method1-2

Udaje się twórcom zachować balans między humorem a powagą, bo i jest parę fajnych wątków. Radzenie sobie z samotnością, możliwa szansa na związek, córka-narkomanka i odstawienie jej na odwyk czy powoli słabnący organizm (kwestia prostaty u Sandy’ego), ale też kwestia szorstkiej, niełatwej przyjaźni. Nie jest to konstrukcja sitcomu, gdzie każdy odcinek wydaje się osobną historią. Wszystkie wątki przewijają się przez wiele odcinków – niektóre do końca, inne wchodzą na parę chwil. Nie ma tutaj miejsca na nudę, a parę scen zostanie w pamięci na długo jak pogrzeb żony Normana czy sceny, gdzie studenci prezentują swoje przygotowane role. I tutaj wszystkie klocki pasują do siebie idealnie.

kominsky method1-3

To wszystko by nie zadziałało, gdyby nie udało się dopasować odtwórców głównych ról. Ale tutaj dokonano strzałów w dziesiątkę. Znakomici są – bo inne słowo nie przychodzi mi do głowy – duet Michael Douglas/Alan Arkin. Pierwszy jako Kominsky sprawia wrażenie człowieka, który chce troszkę oszukać czas jakby nadal był młody. Sprawdza się też jako mentor, próbujący przekazać pewien etos tej pracy czy próbujący nawiązać pewną głębszą relację z jedną z uczennic (ale nie jest to nastolatka). We wszystkich tych twarzach sprawdza się bezbłędnie, tworząc bardziej złożoną postać niż się wydaje. Arkin pozornie wydaje się taki jak w ostatnich rolach, czyli troszkę zrzędliwy, ironiczny i lekko zgorzkniały, ale skrywa w sobie o wiele więcej. Jest trudny do wytrzymania, przepracowując żałobę pokazuje bardziej melancholijne oblicze. Chemia między nimi jest wielka, a oglądanie ich razem to największa przyjemność. W zasadzie reszta obsady zostaje zepchnięta na dalszy (może oprócz kradnącego szoł Danny’ego DeVito w epizodzie urologa), jednak każdy sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Nie ważne czy mówimy o Nancy Travis (Lisa, niemłoda uczennica szkoły Sandy’ego), Sarze Baker (Mindy, córka Sandy’ego), Lisie Edelstein (Phoebe, córka Normana) czy drobnych cameo.

kominsky method1-4

„Metoda Kominsky’ego” wydaje się być serialem, który bardzo dobrze sprawdza się w dzisiejszych czasach. Jest odpowiednio lekka, zabawna, ale też bardzo refleksyjna i unikająca prostackich żartów. Dawno nie widziałem Douglasa oraz Arkina tak bawiących się swoimi rolami, co udziela się także oglądającemu. Czekam na kolejne odcinki i jakie jeszcze problemy natknie ten duet.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tuca i Bertie

Ptaszyskowo to typowe miasto gdzieś w USA, gdzie żyją głównie antropomorfizowane ptaki. Wśród tych mieszkańców są dwie kumpele, które znają się od kilku lat i mają po 30 lat. Tukanica Tuca jest bardzo imprezową dziewczyną, która od niedawna rzuciła alkohol, nie ma pracy, chłopaka, męża, z rodziną kontaktów nie utrzymuje. Bertie jest drozdem, pracuje w korporacji jako informatyk, a jej pasją jest robienie deserów i innych smakołyków. Mieszkały panie razem sześć lat, ale Bertie znalazła sobie chłopaka o zacnym imieniu Ćwiek i tukan musi się wyprowadzić.

tuca i bertie1

Kolejna animacja od Netflixa skierowana dla dorosłego widza. „Tuca i Bertie” jest stworzona przez Lisę Hanewalt, czyli rysowniczkę kultowego „BoJacka Horsemana”. Wizualnie to nowe dziełko jest dość blisko opowieści o człowieku z końską twarzą, ale inaczej rozkłada akcenty. Tutaj serialowi (niestety, skasowanemu po pierwszej serii) bliżej jest do klasycznego sitcomu, gdzie każdy odcinek stanowi osobną, niekoniecznie powiązaną ze sobą historię. Każda z naszych ptaszyc próbuje rozwiązać swoje problemy i zmierzyć ze swoimi demonami, których jest tu sporo. Trudna przyjaźń, seksizm, samotność, relacje damsko-męskie, odpowiedzialność, podążanie za pasją  – dzieje się tutaj bardzo dużo, chociaż każdy odcinek trwa niecałe pół godziny. Jednocześnie cała tematyka podana jest w bardzo komediowym sosie. Nie oznacza to jednak, że nie ma momentów poważnych czy poruszających. Dla mnie taką sceną było wyznanie Bertie z przedostatniego odcinka, gdzie opowiada o tym, dlaczego rzuciła pływanie. To bardzo mocny moment, dodatkowo cała retrospekcja towarzysząca tej scenie pokazana jest w zupełnie innym stylu.

tuca i bertie2

Właśnie. Twórcy mieszają tutaj różne style animacji, co bardzo uatrakcyjnia seans, nie wprowadzając chaosu i zamieszania. To wszystko jeszcze bardziej podkreśla charaktery naszych pokręconych przyjaciółek. Zwłaszcza w scenach wszelkich retrospekcji dodaje jeszcze bardziej do tego absurdalnego homoru. Dowcip tutaj jest oparty m.in. na wpleceniu napisów w trakcie dialogów (świetny moment kiedy podczas jakiegoś kawału pojawia się… tytuł sitcomu oraz pora jego nadawania!!!) czy pojawiających się znikąd wstawek musicalowych (śpiewająca Bertie). Wszystko tutaj oparte jest na absurdzie i zderzeniu charakterów. Bo jak traktować sytuację, kiedy Tuca kupuje sobie… jaguara czy wizytę Tuki u lekarza z gadającym ultrasonografem. To jeszcze bardziej podkręca ten zakręcony, kolorowy świat, dodając lekkości całego przedsięwzięcia.

tuca i bertie3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie kapitalny dubbing. Absolutnie tutaj błyszczy skontrastowany duet Tiffany Haddish/Ali Wong w rolach głównych. To one dodają tego charakteru, jaki potrzebują te postaci: nakręcona, wygadana i głównie wyluzowana Tuca oraz wycofana, spokojna, ciepła Bertie. Dla mnie najlepsze momenty były związane z przełamaniem ich charakterów (zakochana Tuca na randce jest bardzo niepewna i przerażona czy jak Bertie puszczają nerwy) czy kiedy wspierają siebie nawzajem. Chemia między tymi dziewczynami jest bardzo naturalna, wiarygodna do samego końca. Trzecim do pary jest Ćwiek z głosem Stevena Yeuna, próbującego zachować spokój i zadowolić swoją kobietę. Ma swoje momenty komediowe jak kiedy ma sztywną pozę oraz puszczają mu nerwy, co też pozwala mu zabłysnąć.

tuca i bertie4

Żałuję, że Netflix skasował ten serial po raptem 10 odcinkach, bo „Tuca i Bertie” miała potencjał na bardzo rozluźniającą, sympatyczną rozrywkę z bohaterkami, których nie da się nie polubić. Bardzo przyjemnie spędzony czas i chciałoby się zostać w Ptaszyskowie na dłużej.

8/10

Radosław Ostrowski