Central Park – seria 1

Nie ma bardziej ikonicznego miejsca w Nowym Jorku niż Central Park – chyba jeden z największych parków świata. Tu można zrobić masę rzeczy: spacerować, jeździć na rolkach, śpiewać, tańczyć itp. Choć w filmach to miejsce pojawiało się wielokrotnie, nigdy nie stało się samodzielnym bohaterem. Do teraz, kiedy Apple TV+ zrealizowało serial animowany, za który odpowiadali Loren Bouchard („Bob’s Burgers”), Nora Smith oraz Josh Gad. Co mogło z tego powstać?

Bohaterem tego serialu jest Owen (Leslie Odom Jr.), który pełni funkcję nadzorcy tytułowego parku. Mieszka w znajdującym się w Central Parku domu, będącym takim zmodyfikowanym zamkiem z żoną Paige oraz dwójką dzieci: Molly i Cole’m. Wszystko opowiada tutaj śpiewak Birdie (Josh Gad), będącym tutaj narratorem. Owen próbuje dbać o park, chcąc docenienia swojej pracy, Paige jest dziennikarką lokalnej gazety, zaś dzieciaki mają swoje problemy. Cole jest aż zbyt wrażliwy, zaś sarkastyczna Molly piszę własny komiks superbohaterski i… zakochuje się. W chłopaku, co lubi puszczać latawce. Ale nad parkiem zbierają się czarne chmury, a wszystko z powodu cholernie bogatej Bitsy Brandenham (Stanley Tucci). Kobieta chce wykupić Central Park i zbudować na nim osiedle dla elity.

„Central Park” wygląda jak coś w stylu „Simpsonów”, „Family Guya” czy wspomnianego „Bob’s Burgers” i jest mniej wulgarny jeśli chodzi o humor. Co nie znaczy, że nie jest to komedia. Bardziej zadziwiający jest fakt, że serial jest… musicalem. Choć każdy odcinek trwa około 25 minut, mamy co pięć minut piosenkę. W różnych stylach: od godnych Broadwaya po rocka i rap. Napisane z jajem (m.in. o parku, bohaterach czy… rzekomo panoszących się szczurach), bardzo chwytliwe i zapadające jak pierwszy utwór o Central Parku albo rapowany numer pokojówki Bitsy (Daveed Diggs), łasej na jej majątek. Numery pozwalają przerzucić parę gagów w trakcie wykonania oraz na zabawę formą, co tworzy mieszankę wybuchową. Ale serial nie jest tylko serwowaniem śmiechu oraz poprawie naszego samopoczucia, choć to robi znakomicie.

Bo w serialu mamy poruszana dość poważne tematy, nie tylko związane z parkiem czy dbaniem o przyrodę (i jak nadmierne trzymanie się liter prawa może przynieść wiele szkód), ale także kwestii dojrzewania, rodzicielstwa, odpowiedzialności. Przy okazji obrywa się najbogatszym, którzy są mocno oderwani od rzeczywistości, narcystyczni, lecz dzięki swoim wpływom są bardzo niebezpieczni. Każdy odcinek opowiada inną historię, choć głównym spoiwem są próby zdyskredytowania pracowników Central Parku na różne sposoby, m. in. nie przyjmowanie śmieci, wynajęcie graficiarza w celu dokonania aktów wandalizmu czy nasłanie pedantycznej urzędniczki. Choć pierwszy sezon kończy się happy endem, nie można pozbyć się wrażenia, że to dopiero rozgrzewka przed najważniejszym starciem.

Mało wam argumentów za? Do tego jeszcze mamy absolutnie rewelacyjną obsadę głosową, która gra i śpiewa tak, że mucha nie siada. Nie mam kompletnie zastrzeżeń na tym polu, a udało się zebrać cudną ekipę. Fantastyczni są członkowie naszej rodzinki, czyli Leslie Odom Jr. (Owen), Kathryn Hahn (Paige), Kirsten Bell (Molly) oraz Tituss Burgess (Cole). Świetnie się sprawdza także Josh Gad, czyli nasz trubadur Birdie. Narrator, troszkę ironiczny oraz samoświadomy, jest jedyną postacią zwracającą się bezpośrednio do nas, wnosząc wiele humoru także swoim śpiewem. Ale prawdziwą niespodziankę zrobił duet Daveed Diggs/Stanley Tucci, czyli parę naszych antagonistek. Tucci w roli Bitsy jest bardzo sarkastyczna, przebiegła oraz ma o sobie bardzo duże mniemanie, zaś jej służąca Helen (Diggs) jest coraz bardziej zmęczona pracą z Bitsy. I najchętniej położyłaby ręce na jej majątku, który chce przepisać… psu.

Pierwszy sezon „Central Park” okazał się dla mnie równie przyjemną niespodzianką jak „Ted Lasso”. Nie wydawał się na pierwszy rzut oka czymś interesującym, lecz animowany musical dla dorosłych (choć bez prostacko-wulgarnego humoru) z masą absurdalnych sytuacji, fantastycznego aktorstwa oraz cudownych piosenek. Jak już zaczniecie i wchłoniecie ten świat, to już stąd nie będziecie chcieli wyjść. Chyba, że nie lubicie musicali, na co już nie poradzę.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzień świstaka

Jaki inny film można obejrzeć w dniu świstaka jak nie… „Dzień świstaka”? Nakręcona równo 30 lat temu przez Harolda Ramisa historia stała się inspiracją dla filmów (m. in. „Na skraju jutra” czy „Śmierć nadejdzie dziś”), ale także gier komputerowych („Deathloop”). To także Bill Murray w najbardziej „murray’owej” kreacji w swojej karierze, a sam film jest dość unikatową… komedią romantyczną. Poniekąd. Ale może nie rozpędzajmy się.

dzien swistaka4

Bohaterem filmu jest Phil Connors (Bill Murray) – pan pogodynek lokalnej stacji telewizyjnej, który sprawia wrażenie lekko znudzonego (delikatnie mówiąc) swoją robotą. Trochę zblazowany gość razem z nową producentką Rita (Andie MacDowell) oraz kamerzystą Larrym (Chris Elliott) wyrusza do Punxsutawney. Po co? Na coroczny Dzień Świstaka, by sfilmować jak zwierzak o imieniu Phil przewiduje pogodę. Bo nie wiem czy wiecie, ale jest taka fama, że jak świstak zobaczy swój cień zima potrwa jeszcze sześć tygodni. Dla naszej telewizyjnej gwiazdy to czwarta eskapada i ekscytacja już zniknęła. Nasz Phil robi swoje, idzie do hotelu, kładzie się spać. Budzi się i… wtedy następuje szok, bo znowu jest Dzień Świstaka. Tylko Connors się w tym wszystkim orientuje, że wpadł w pętlę. Ale jak się z niej wydostać?

dzien swistaka2

Na pierwszy rzut oka „Dzień świstaka” to jeden, ciągle powtarzający się dzień bohatera, powtarzany w kółko i w kółko. Czyli niemal cały czas widzimy te same sytuacje (pojawienie się dawnego znajomego, który jest agentem ubezpieczeniowym; relacja dla telewizji; kąpiel pod prysznicem z zimną wodą), co może wydawać się pewną nudą oraz pójściem na ograne gagi. Ale jednocześnie Ramis nie idzie na skróty i cały czas dodaje nowe kombinacje. Wszystko to pokazuje różne stany emocjonalne bohatera: od uznania sytuacji za żart przez próbę użycia zdobytej wiedzy dla własnej korzyści (przespania się z Ritą) do depresji i scen niemal żywcem wziętych z poradnika „50 sposób na zabicie się”. Wszystko okraszone sarkastycznymi komentarzami Connorsa.

dzien swistaka3

Przynajmniej do czasu, bo pojawia się pytanie: co z tym fantem zrobić? Upić się, okraść pieniądze, uratować dziecko spadające z drzewa, zając się schorowanym staruszkiem? Skonsultować się z lekarzem lub psychiatrą? A może mieć w dupie to wszystko i skończyć ze sobą? Nie ma tu żadnego przybysza czy kogoś, kto przyszedłby, mówiąc: Stary, musisz zrobić tak i tak, by jutro się wydarzyło. To by było zbyt łatwe, proste i (zapewne) naiwne. Wszystko zarówno na wysokich komediowych obrotach, jednocześnie stając się bardziej refleksyjnym spojrzeniem na ludzką naturę. I czy pod wpływem okoliczności jest możliwa zmiana na lepsze? Na stałe? Odpowiedź nie brzmi tak naiwnie, jak by się mogło wydawać.

dzien swistaka1

Wiadomo, że jak się mówi o „Dniu świstaka” każdy wspomina o Murray’u, który do grania takich sarkastycznych palantów jest idealny. Obojętnie czego by nie zrobił (a robi tu masę rzeczy jak np. naśladuje Bezimiennego z filmów Sergio Leone), nie da się tego drania nie lubić. Taka jest siła jego specyficznego uroku, a jego przemiana (właściwie pokazanie tej wrażliwszej strony) robi tak piorunujące wrażenie. Jednak nie tylko on ma swoje przysłowiowe pięć minut. Równie urocza jest Andie MacDowell jako producentka Rita, która twardo stąpa po ziemi i ściemę wyczuwa na kilometr. Dynamika tej dwójki to jedno z emocjonalnych spoiw, pozwalające spojrzeć na ten film głębiej niż na komedię. Tutaj nawet postacie trzecioplanowe (burmistrz Buster, właścicielka pensjonatu, dwaj lokalsi, Ned Ryderson czy kamerzysta Larry) są wyraziste, co jest bardzo rzadkie w kinie.

„Dzień świstaka” jest filmem, który Amerykanie nazywają sophisticated comedy, czyli komedii inteligentnej, bardziej wyrafinowanej i głębszej. Gdzieś czuć tutaj klimat filmów Franka Capry, który potrafił nie tylko rozbawić, ale także skłonić się do zastanowienia się. A także do pokazania jaśniejszej strony życia bez fałszu czy naiwności, co nie jest takie proste. Nic dziwnego, że jest to opus magnum w karierze Harolda Ramisa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Świąteczny prezent po choinkę

Kto by się spodziewał, że po tylu latach dostaniemy kontynuację jednego z klasyków świątecznego kina z USA. Bo po drodze powstało jeszcze sześć sequeli. Tym razem twórcy postanowili je olać i stworzyć bezpośrednią kontynuację do „Prezentu pod choinkę”. Mało tego, wróciła część oryginalnej obsady, więc jest bardziej niż legitnie. Ale czy warto było robić to po tylu latach?

Akcja „Świątecznego prezentu pod choinkę” toczy się w roku 1973. Ralphie Parker (wracający do roli Peter Billingsley) mieszka w Chicago z żoną i dwójką dzieci. Próbuje swoich sił jako pisarz, jednak nikt nie chce wydać jego powieści. Być może dlatego, że jest za długa (ponad 2 tysiące stron) no i jest to science-fiction. Do tego jeszcze za kilka dni Wigilia, a przygotowań nie zrobiono. Ale nasz bohater będzie musiał wrócić do rodzinnego miasteczka w stanie Indiana. Wszystko z powodu śmierci jego ojca. Więc Ralphie z rodziną wraca do siebie, chcąc pomóc matce oraz zorganizować niezapomniane święta tego roku.

Krótko mówiąc, jest to mocno zmodyfikowana część pierwsza. Nadal Ralphie jest narratorem całości, odnosząc się wielokrotnie do oryginału. Na szczęście, twórcy nie ograniczają się tylko do tego. Bo ten sequel skupia sobie na wchodzeniu naszego bohatera w rolę ojca. Czyli zorganizowanie świąt, kupno prezentów, napisanie nekrologu. A wszystko to w miejscu pozostawionym dawno za sobą. Przy okazji odkryjemy co się stało z dawnymi kolegami, poznamy nowe miejsca, odwiedzimy Mikołaja. A wszystko w atmosferze lat 70., ze sporą dawką humoru (uruchomienie chłodnicy w aucie za pomocą… jajka) oraz świątecznym klimatem. Tylko wtedy mogą dziać się rzeczy niezwykłe, gdzie wszystko ostatecznie układa się po myśli (zdobycie gwiazdy na choinkę czy kradzież prezentów). Wracają też m. in. sceny, gdzie Ralphie wyobraża sobie różne rzeczy (m. in. wygranie Nobla czy – konfrontacja na śnieżki w formie… zwiastuna westernu).

Trudno się przyczepić także aktorsko. Zaskakująco dobrze sobie radzi Billingsley (czy tylko mi przypominał z wyglądu… Macieja Orłosia?), nadal mający w sobie urok dziecka w ciele dorosłego. Dźwiga film na swoich barkach, tak jak powracający aktorzy jako dorośli (m.in. Scott Schwartz i R.D. Robb). Jedyną zmianą jest Julie Hagerty jako matka Ralphiego (grająca tą postać w oryginale Melissa Dillon przeszła na emeryturę), ale zmiana nie jest aż tak odczuwalna i jej relacje z synową dodają odrobinę pieprzu.

„Świąteczny prezent pod choinkę” to kolejny przykład porządnie zrobionej kontynuacji po latach, czerpiąca z nostalgii oryginału, ale jednocześnie stojąca na własnych nogach. Bardzo sympatyczny i dorównujący oryginałowi, co nie jest łatwą sztuką.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prezent pod choinkę

Są takie świąteczne klasyki, które w USA osiągnęły status kultowych dzieł, ale u nas nie należą do zbyt znanych. Takim dziełem jest nakręcony w 1983 roku film „Prezent pod choinkę” w reżyserii Bob Clarka. Nietypowa produkcja zważywszy na filmografię Kanadyjczyka, kojarzonego głównie z horrorami.

prezent pod choinke1

Akcja osadzona jest gdzieś w latach 40., może 50. w małym miasteczku. Wszystko widzimy z perspektywy Ralphie’ego (Peter Billingsby), który mieszka z rodzicami oraz młodszym bratem. Chłopiec marzy o jednym prezencie na święta – karabinku Red Ridera. Ale czy nie jest on troszkę za młody na taką zabawkę? Nie ma to dla niego znaczenia, bo już zaczyna działać. Jak? Choćby podrzucając rodzicom do ich gazet reklamy broni czy próbując to powiedzieć w subtelny sposób. Wszystko jednak wydaje się działać przeciwko niemu – matka jest przeciwko, nauczycielka prosząca o wypracowanie nt. Prezentu na Święta, a nawet sam św. Mikołaj. I co zrobić w tej sytuacji?

prezent pod choinke2

Sam film w zasadzie jest wspomnieniami naszego bohatera, opowiadanymi z narracją z offu już przez dorosłego. Więc jest bardzo nostalgicznie, bardziej skupiając się na różnych scenkach związanych albo ze szkołą, albo z przygotowaniami do Świąt. Czyli mamy zakup choinki, dekorowanie jej czy nawet wygraną z krzyżówki. Humoru jest zaskakująco dużo: od prostych gagów (zakład o to, czy jeden z chłopaków dotknie językiem zamarzniętego słupa czy naprawy psującego się pieca) aż po różne fantazje bohatera (że oślepnie od mydła w ustach po zachwyt nauczycielki nad wypracowaniem). Sama narracja też nie jest pozbawiona humoru, pokazując sposób myślenia dziecka. Z jednej strony obsesję na punkcie prezentu, ale też obaw, lęków, ekscytacji, rozgoryczenia czy wściekłości. To ostatnie najmocniej pokazuje scena, kiedy Ralphie konfrontuje się z miejscowym łobuzem.

prezent pod choinke3

Reżyser portretuje tą historię z dużą czułością, przypominając i próbując obudzić w każdym z nas dziecko. To wewnętrzne dziecko, czekające na ten dzień z wielką radością oraz ekscytacją zmieszaną z obawami. Nawet jeśli nie wszystko poszło jak trzeba, bo do domu wlazły psy sąsiadów i zjadły dania ze stołu, to nie miało w ostatecznym rachunku takiego znaczenia. Chociaż z dzisiejszej perspektywy taki prezent jest dyskusyjny. Sam film pozostaje pełnym uroku, bez popadania w skrajny sentymentalizm. Aż przypominają się obrazki z własnych świąt czasów młodości i to chyba jest spora zaleta.

7/10

Radosław Ostrowski

Apokawixa

Horror? O zombie? W Polsce? Ni chuja. – tak musiała zareagować większość producentów na ten pomysł. Ale egzekutywa z TVN postanowiła zaryzykować i dać zielone światło dla nowego filmu Xaverego Żuławskiego. Bo czemu by nie zrobić horroru o zombie zmieszanego z komedią o nastolatkach z wielką imprezą w tle? I powstała „Apokawixa”, czyli najlepszy polski horror ostatnich lat. A nawet najlepszy polski horror w ogóle.

apokawixa1

Głównym bohaterem jest Kamil – syn bardzo bogatego przedsiębiorcy, który zajmuje się… robieniem kupy forsy i zrzucaniem toksycznych substancji do morza. Przynajmniej jeden z jego zaufanych ludzi to robi. Wszystko się dzieje podczas pandemii, gdzie wielu z nas było poddanych kwarantannie. I to zwłaszcza wśród nastolatków jest frustrujące, dlatego nasz bohater planuje w ostatni dzień matury zrobić wiksę. Bo ile można siedzieć w domu na dupie, a kontakt z kumplami jest tylko online? Cała zabawa będzie w pałacyku nad morzem, bo… czemu nie. No co może pójść nie tak? Trefne piguły zakoszone dilerom z Warszawy, sinice nad morzem, szef klubu nocnego pozbawiony klienteli, strażnik miejski i jego córka (fanka motorcrossa), harcerki, DJ-e. Co może pójść nie tak? Wskutek pewnych zbiegów okoliczności zaczynają panoszyć się zombie. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że nie wszyscy dotrwają końca tej balangi.

apokawixa2

Teoretycznie wydaje się łatwe zrobienie tego filmu. Nie potrzebujemy dużych nakładów, w głównych rolach są mało opatrzone twarze, dodać troszkę humoru, polać posoką i jedziemy. Prawda? Z takim założeniem daleko nie zajedziecie, bo wszystko musi wygląda względnie realistycznie. Jak opisać sposób mówienia młodych, bez popadania w sztuczność? Jak zbudować napięcie? Jak zbalansować humor? Jak sprawić, by wszystkie dialogi brzmiały wyraźnie? Jak zrobić film, bez nie wyglądał tanio? Nadal uważacie, że to wszystko jest łatwe do zrobienia? Jakimś cudem Żuławski omija te potencjalne pułapki.

apokawixa3

„Apokawixa” tak naprawdę to dwa filmy w jednym. Pierwsza część to pójście w stronę klimatów młodzieżowych komedii imprezowych a’la „Projekt X”. Czyli powoli poznajemy bohaterów i widzimy przygotowania do wiksy. Alkohol, dragi, towarzystwo. Paczka postaci jest może oryginalna oraz bardzo znajoma (imprezowicz, surfer, nerd, emo, ładniejsza Greta Thunberg, „dupiara” – w sensie zarabia robiąc nagie filmiki w Internecie), zarysowana też jest raczej bez dużej głębi. Ale to przecież nie jest dramat psychologiczny, tylko film o wiele lżejszym kalibru i tu to wystarczy. Krótkie retrospekcje działają odświeżająco, tak jak rozmowy video przez telefon (a w tle są pokazane wieżowce, by nie wyglądało rutynowo). Dialogi to taka nowomowa, mieszająca slang, znajome powiedzonka i cytaty, a jest parę małych perełek (rapowany „Pan Tadeusz” – cudo!!!).

apokawixa4

Druga połowa to zogniskowanie całej sytuacji, choć pewne rzeczy zostały zasygnalizowane. Czyli pojawienie się zombie na imprezie i eskalacja. Kolejne żywe trupy oraz zderzenie młodych, niedoświadczonych ludzi z coraz większym chaosem. Nie mają doświadczenia, choć szybko łączą kropki i odkrywają skąd się to wzięło oraz jak rozwiązać problem. Być może dlatego albo widzimy jak żywe trupy zarażają kolejnych ludzi, albo jaki zostawiają chaos. Samej walki z nimi jest wręcz za mało – aż się prosi o konfrontację, lejące się flaki oraz sianie totalnego rozpierdolu. To wywołało we mnie pewien niedosyt – czyżbym był żądnym krwi psychopatą? Efekty specjalne są zrobione przyzwoicie (charakteryzacja), muzyka też się sprawdza. Technicznie trudno się przyczepić.

apokawixa5

Aktorsko też wypada to zaskakująco dobrze, co w przypadku niemal nieznanych twarzy jest jeszcze bardziej imponujące. Nie byłoby czasu na wymienienie wszystkich (m.in. Mikołaj Kubacki, Waleria Gorobets i Natalia Pitry), ale nikt tu nie nawala, każdy ma swoje pięć minut i nie ma żadnej złej roli. Z kolei na drugim planie pojawia się parę znajomych twarzy, którzy kradną sceny jak Matylda Damięcka (dilerka Robsolnica), Cezary Pazura (strażnik miejski Wacek) czy Tomasz Kot (ojciec Kamila). Dla mnie jednak film kradnie Sebastian Fabijański. Jego „Blitz” to postać z innego świata, jakby próbował być cosplayerem Toma Hardy’ego jako Mad Maxa. Niski, mocno zachrypiały głos tylko potęguje „obcość” tego delikwenta, pozornie oderwanego od rzeczywistości. A jednocześnie dziwnie pasuje do tego świata.

„Apokawixa” wzięła mnie kompletnie z zaskoczenia pokazując, że w kwestii kina gatunkowego robi się coraz ciekawiej. Wariackie kino, które mogłoby zaszaleć jeszcze bardziej, ale nie zapomina o przesłaniu (dbajcie o ziemię i kumpli). Robi to jednak na tyle nienachalnie, że nie gryzie się z całością. I mam nadzieję, że pojawi się sequel, który przebije ten film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek kontra pszczoła

Co stanie się jak połączymy Netflixa z Rowanem Atkinsonem? Jeden z brytyjskich mistrzów komedii wraca w serialu – a jakże! – komediowym. Już tytuł mówi wszystko i pokazuje, że będziemy mieli do czynienia ze starciem jakiego na ekranie nie było od dawna. Kto tym razem wygra?

Bohaterem serialu „Człowiek kontra pszczoła” jest Trevor (Rowan Atkinson) – pracownik firmy zajmującej się opieką nad domem, kiedy właściciele spędzają wakacje lub są w dłuższym czasie poza swoimi czterema ścianami. Mężczyzna dopiero stawia swoje pierwsze kroki w tej profesji, zaś dom ma spory i z wieloma nowoczesnymi bajerami. Właścicielami są małżonkowie z wysokiej klasy społecznej, posiadający m.in. parę cennych dzieł sztuki oraz psa z alergią na orzechy. Powinien sobie poradzić w ten tydzień, prawda? Pojawia się jednak pewien mały problem w postaci małej pszczółki, która wlazła do domu. To oznacza WOJNĘ.

Jak się kończy cała konfrontacja dowiadujemy się na samym początku, gdy Trevor znajduje się… w sądzie gdzie zostaje uznany winnym niszczenia mienia, podpalenia i niebezpiecznej jazdy. To nie jest żaden spojler, już to pokazywały zwiastuny. Całość mocno opiera się na wizualnym humorze czy prostych, slapstickowych gagach. Pozornie proste sytuacje coraz bardziej eskalowały do niemal spektakularnego rozmiaru (jak choćby pies ganiający za owadem zamknięty w miejscu, gdzie po zamknięciu można je otworzyć tylko kodem). Wszystko to przypomina kreskówki w stylu Looney Tunes i jest parę rozbrajających perełek komediowych jak choćby próba włamania.

Co równie pomaga podczas oglądania to… czas trwania. Bo mamy tutaj 9 odcinków po 10-15 minut, co jest wielką rzadkością w przypadku komedii aktorskich. W czasach, kiedy seriale komediowe mają odcinki po pół godziny albo i więcej taka mała dawka jest bardzo odświeżającym doświadczeniem. Nie jest za długi, by się wynudzić, ale na tyle krótki, by szybko przejść do następnego. To daje całości bardzo dobry rytm, mimo przewidywalności czy miejscami absurdalnej logiki. Innym (ale drobnym) problemem mogą być bardziej poważne rzeczy związane z przeszłością Trevora. Otóż jest to rozwiedziony facet, który został wyrzucony z domu i chce naprawić swoje relacje z rodziną (szczególnie z córką). Rozumiem, że to jest potrzebne, byśmy nie mieli do czynienia z klonem Jasia Fasoli, jednak (poza finałem) wydaje się on zbędny.

Natomiast serial potwierdza jak świetnym aktorem jest Rowan Atkinson. To jest jeden z nielicznych komików, który żadnej sytuacji nie gra w sposób przejaskrawiony czy przerysowany. Po raz kolejny pokazuje, że można być zabawnym w bardziej subtelny sposób. I kolejny raz to działa, co pokazują zarówno interakcje z policjantem (m.in. gdy Trevor ma na sobie futro, będąc totalnie brudnym czy kiedy pszczoła weszła do nogawki spodni.) czy wszelkie próby pozbycia się owada. Owada zrobionego komputerowo, ale nie wywołującego zgrzytu ani dezorientacji.

„Człowiek kontra pszczoła” był dla mnie bardzo przyjemną niespodzianką. Niby krótki, ale potrafi śmieszyć bardziej niż wiele współczesnych komedii, co trwają za długo. Bardzo treściwie, konkretnie i bez nudy. Ciekawe, czy ktoś jeszcze odważy się pójść w tym kierunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzienna zmiana

Sam pomysł na ten film mnie zaintrygował, że „Dzienna zmiana” trafiła jako film do obejrzenia. Fakt, że jest to produkcja debiutanta wyjątkowo mnie nie odstraszył. Niemniej jednak poczucie lekkiego niedosytu pozostało, bo można było więcej z tego wycisnąć.

Bohaterem „Dziennej zmiany” jest Bud Jablonski (Jamie Foxx), który zajmuje się sprzątaniem basenów. Tak przynajmniej można wywnioskować z napisu na jego pickupie. Pozory jednak mylą, albowiem nasz swojsko brzmiący protagonista jest… łowcą wampirów. O czym nie wie jego była żona i córka, z którymi relacje nie są za dobre. Tak niedobre, że druga połówka planuje przeprowadzkę do Florydy. Z Kalifornii – no tak się nie robi, chyba że zgarnie trochę forsy i może rodzinka zostanie razem. Jest jedno ALE, bo by zarobić duży szmal nasz Bud musiałby wrócić do profesjonalnego związku łowców wampirów, z którego nasz heros wyleciał. Bo miał w dupie paragrafy i zgrywał kowboja, narażając życie innych. Dlatego szef przydziela mu pewnego gryzipiórka Setha (Dave Franco), by go pilnował. Jakby było mało problemów jest jeszcze szefowa wampirów Audrey (Karla Souza), która sobie wzięła Buda na celownik.

dzienna zmiana1

Jeśli koncept wampirobójców budzi skojarzenie z kolesiem o imieniu John i nazwisku Wick, to twórcy celują w tą stronę. Reżyser J.J. Perry to debiutant i przede wszystkim doświadczony kaskader, co na kinie akcji zjadł zęby. Wsparty przez producentów 87Eleven Productions (czyli ekipy pod wodzą Chada Stahelskiego i Davida Leicha) próbuje iść w stronę bezpretensjonalnej rozpierduchy z wampirami. Czyli mieszamy akcję, horror i komedię trochę w stylu buddy movie. Punkt wyjścia może być naiwny (zebrać 10 koła papieru), zaś świat legalnie działających łowców wampirów przypomina świat zabójców z „Johna Wicka”. Szkoda tylko, że nie poznajemy głębszego funkcjonowania tego środowiska poza szefem służbistą z kodeksem w tyłku. Tak samo intryga głównej antagonistki, której charyzmy i plan jest zwyczajnie nudny – brakuje czegoś wyrazistszego poza RZĄDZENIEM ŚWIATEM oraz DOMINACJĄ WAMPIRÓW. Bla, bla, bla, nuda, nuda.

dzienna zmiana2

Sytuację ratują trzy rzeczy: niezły humor, choć nie wszystkie żarty trafiają (te wobec „Zmierzchu” – perełka), zaś zderzenie nieporadnego – aż za bardzo – Setha z bardziej pewnym i twardym Budem mocna było wycisnąć więcej. Bo trochę to ograne żarty są z charakteru, brakuje świeżości. Druga mocna rzecz to sceny akcji, czego po kaskaderze za kamerą należało się spodziewać. Nie brakuje długich ujęć, szybkich cięć oraz czasami wariackiej choreografii. Najbardziej na tym polu błyszczy scena, gdy nasz niepozorny duet razem z poznanymi braćmi Nazarian robią polowanko w domostwie wampirów. Jak się okazuje jest to lęgowisko, czyli przeciwników jest sporo. To jest czyste szaleństwo, gdzie krew się leje gęsto, a niektóre starcia (moment przeładowania broni w locie – totalny szok) to czyste szaleństwo. Zwłaszcza, że jednego z braci gra Scott Adkins, który jest cholernie dobry w dokonywaniu mordowni. To jest wizytówka tego filmu.

dzienna zmiana3

Trzecim punktem jest solidne aktorstwo. Jamie Foxx fizycznie radzi sobie więcej niż dobrze, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, iż rola Jablonskiego była pisana pod młodszego aktora. W scenach akcji prezentuje się bardzo dobrze, ale jego relacja z rodziną jakoś średnio przekonuje. Dave Franco jako jego partner Seth wypada całkiem nieźle i nie irytuje tak bardzo jak się spodziewałem. Szoł kradnie wspomniany Adkins oraz najbardziej wyluzowany w tym składzie Snoop Dogg. Jego Big John to heros większy niż życie – taki współczesny twardy kowboj z wielkim, chędożonym minigunem. Ten facet daje odrobinę lekkości, czuć chemię między nim a Foxxem, zaś jego udział w finałowej konfrontacji to miód na uszy. Niestety, zawodzi antagonistka grana (to jest trochę za duże słowo) przez Karlę Souzę, która kompletnie mnie nie interesowała i poza wyglądem nie miałem nic do zaoferowania.

dzienna zmiana4

Czy „Dzienna zmiana” to zmarnowany potencjał? Trochę tak, niemniej muszę przyznać, że przy tym debiucie bawiłem się o wiele lepiej niż się spodziewałem. Z drugiej strony trochę chciałoby się lepiej poznać ten pokręcony świat oraz zabawić się konwencją wampirów. Jablonski nie będzie drugim Bladem, jednak zadatki na nowego herosa kina akcji ma spore. Jak powstanie sequel (a jest otwarta furtka), może zostanie nową ikoną.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Co robimy w ukryciu

Jest ich czterech i od dawna mieszkają w jednym domostwie. Vladislaw (862 lata), Viago (379 lat), Petyr (8000 lat) i Deacon (183 lata) są wampirami, przebywającymi w Nowej Zelandii z dala od oczu ciekawskich tego świata. Różni ich wiek, doświadczenie oraz pozycja społeczna, lecz muszą działać wspólnie. Poza tym, robią typowe wampiryczne rzeczy: poruszają się nocą, ściągają ludzi, by się nimi najeść oraz starają się unikać ludzi. Oraz wilkołaków, bo inaczej będzie niewesoło.

co robimy w ukryciu1

Duet reżyserski Taika Waititi/Jemaine Clement sięga po znajome motywy horroru wampirycznego, jednak ubrane jest to w konwencji mockumentu. Naszym bohaterom towarzyszy ekipa filmowców (chroniona krzyżami), która ich obserwuje przed udziałem w Przeklętym Balu, organizowany przez Stowarzyszenie Wampirów, Czarownic, Wilkołaków i Zombie. Twórcy balansują między powagą a zgrywą, czerpiąc ze znajomych motywów: ściąganie ludzi pod pretekstem kolacji, strach przed światłem, krzyżem, nienawiść wobec wilkołaków. Każdy z panów próbuje się też odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie trudniej jest znaleźć młode dziewice (których krew podobno jest najlepsza). Słyszymy ich przekomarzanki, spory (czemu Deacon od pięciu lat nie myje naczyń) oraz jak znaleźć strój na miasto (nie widząc swojego lustrzanego odbicia jest to cholernie trudne). Każdy z nich ma pewne swoje problemy, trudną przeszłość i koszmary do pokonania.

co robimy w ukryciu2

Sprawy się komplikują, gdy przypadkiem jedna z ofiar (Nick) staje się… wampirem i wprowadza się razem z kumplem Stu. I ten nasz nowy wampir, początkowo wydaje się zafascynowany nowymi umiejętnościami, nieśmiertelnością i tego typu bajerami. On jednak zaczyna wprowadzać zamieszanie, nie mogąc zamknąć się. Cała ta dynamika dodaje wiele świeżości do ogranych klisz i motywów, co w połączeniu z pokręconą muzyką a’la Goran Bregović tworzy mieszankę wybuchową. Jeszcze dorzućmy do tego mocno absurdalny humor, całkiem niezłe efekty specjalne i „prezentowane” archiwalia. Nie do końca realistycznie, ale nie jest to też przesadzone.

co robimy w ukryciu3

Naszemu duetowi udaje się pokazać – jakkolwiek to dziwnie zabrzmi – ludzką stronę wampira. Ich zagubienie (korzystanie z laptopa), odrobinę fascynacji, ukrytych lęków (tutaj głównie Vladislav i Nick) oraz potrzeby… bycia sobą. Jakkolwiek to niedorzecznie brzmi, co pokazuje świetne trio aktorskie Waitii/Clement/Brugh. Nie można nie zapomnieć o Corym Gonzales-Macuerze, czyli kompletnie zadziwionym Nicku oraz niemal małomówny Stuart Rutherford (Stu), uzupełniającym tło.

co robimy w ukryciu4

Krótki czas trwania nie wywołuje znużenia (na szczęście), zaś niemal skeczowa konstrukcja fabuły może wywoływać dezorientację. „Co robimy w ukryciu” to świeża, zabawna komedia grozy w mockumentarowym stylu. Film się przyjął tak dobrze, że powstał serial telewizyjny, który będę musiał sprawdzić.

7/10

Radosław Ostrowski

Misja: Podstawówka – seria 1

Spośród seriali komediowych najpopularniejszą formą jest mockument, czyli fałszywy dokument. Przyjeżdża ekipa filmowców i kręci zwykłe dni z pracy lub życia rodziny. W przypadku serialu zrealizowanego dla Disney+ (dokładnie Star, gdzie są dostępne produkcje dla dorosłych) trafiamy do fikcyjnej szkoły podstawowej im. Abbotta w Filadelfii. Szkole dla uczniów czarnoskórych, gdzie zarządzająca dyrektorka Ava jest najbardziej niekompetentną osobą jaką możecie sobie wyobrazić.

abbott elementary1-1

Całą tę historię poznajemy z perspektywy młodej nauczycielki, Janine (Quinta Brunson – także twórczyni i scenarzystka serialu) – pracującej w szkole drugi rok idealistki, chcącej wszystkim pomóc, co czasem daje odwrotne efekty niż planowała (samodzielna próba naprawy świateł). Mamy poza nią bardzo ekscentrycznego odludka Jacoba (Chris Perfetti), pojawiający się na zastępstwo Gregory (Tyler James Williams), głęboko wierząca Barbara (Sheryl Lee Ralph) oraz mająca różne koneksje i dojścia Melissa (Lisa Ann Walter). Cała ta paczka, mimo niedofinansowania i braku wsparcia od dyrektorki, stara się wykonać swoją pracę jak najlepiej.

abbott elementary1-2

Pozornie wydaje się to lekką i autentycznie zabawną komedią charakterów, to przy okazji podchodzi do bardzo poważnych kwestii, z jakimi mierzą się pedagodzy: adaptowanie się do nowego środowiska, zdobycie szacunku uczniów, mierzenia się z wykorzystaniem nowoczesnej technologii, radzenie sobie z trudnymi dziećmi czy tym, że nie radzą sobie z nauką oraz rozmowy na rodzicami. Czy jeszcze kwestia, która może dręczyć najstarsze nauczycielki (głównie Barbarę), że może pora się wycofać i przejść na emeryturę. Wszystko to brzmi szczerze i naturalnie, lecz nie zmienia serialu w poważny, depresyjny dramat jak film „Z dystansu” ani optymistyczne kino pokroju „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Udaje się zachować równowagę i każda z postaci ma swój moment, gdzie pokazuje się z nieznanej strony (Ava próbująca opiekować się babcią, Jacob okazuje się zdolnym pokerzystą, nawet woźny okazuje się być postacią z barwną przeszłością).

abbott elementary1-3

Ostatni raz taki ciepły i – mimo wszystko – pogodny serial jaki widziałem to „Ted Lasso”. Krótkie odcinki (około 20 minut) nie pozwalają sobie na nudę, nieznani aktorzy są absolutnie rewelacyjni, zaś każdy odcinek wciąga oraz angażuje do samego końca. Wszystko bardzo inteligentnie napisane oraz zrealizowane. Aż chce się wrócić do tego miejsca, co będzie wkrótce możliwe. Albowiem za dwa miesiące zacznie się drugi sezon.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski