Święty interes

Maciej Wojtyszko to jeden z bardziej znanych twórców, znany głównie z powieści dla dzieci („Bromba i inni”, „Tajemnica szyfru Marabuta”) jak i reżyserii w Teatrze Telewizji. O autorskich sztukach teatralnych oraz serialach nawet nie wspominam. Tworzył też filmy fabularne, choć rzadko i niewiele. Ostatni takim tytułem jest nakręcony w 2010 roku „Święty interes”, który spotkał się z dość chłodnym odbiorem.

Punkt wyjścia tej komedii wydaje się prawdziwym samograjem. Bohaterami są dwaj bracia tak różni jak tylko to możliwe: Leszek (Piotr Adamczyk) mieszka w Szwecji razem z egzotyczną żoną (Patricia Kazadi) oraz prowadzi firmę sprzątającą, zaś Janek (Adam Woronowicz) ma problemy ze znalezieniem pracy, za bardzo lubi hazard i przez to wisi kasę niejakiemu Borysowi (Mariusz Bonaszewski). Nie widzieli się od dawna, ale znowu się zejdą. Bo nic tak nie scala dawno nie widzianych członków rodziny jak… pogrzeb. Ich ojciec nie zostawił zbyt dużego spadku, bo tylko stodołę oraz jej zawartość. Czyli raczej nie za wiele. Poza starym autem marki Warszawa, który – według plotek – miał należeć do samego Jana Pawła II oraz miało doprowadzić do cudów. Brzmi jak okazja do łatwego zarobku.

Wojtyszko próbuje zrobić komedię zawierającą elementy satyry na religijność oraz dewocjonaliów. Czyli łatwego zbicia kapitału na nowych „relikwiach” i przekonaniach maluczkich. Jednak reżyser nie chce być pełnym złośliwości satyrykiem, dlatego całość opiera się na średnio zabawnych gagach oraz wieloma wątkami pobocznymi, które rozwadniają tą historię. Niby jest tu portretowana galeria mieszkańców wsi: od ambitnego politycznie sołtysa Dujnika (najlepszy z obsady Tomasz Międzik), niezbyt lotnego Waldka Szostaka (Arkadiusz Smoleński) z reputacją syna zabójcy czy nauczycielki angielskiego, Anny Walaszek (Dorota Landowska). Tylko, że jako całość zwyczajnie się to nie klei i wydaje się zbyt znajoma. A jeszcze ten wątek coraz bardziej zgrzytającego małżeństwa Leszka, który jest prowadzony na serio i wydaje się wyrwany z zupełnie innej opowieści. Sytuację ratuje przewrotne zakończenie (choć troszkę bajkowe), ale dla mnie to niewystarczająco.

Chciałoby się powiedzieć, że „Święty interes” mógłby być dobrym interesem, ale Wojtyszko wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Chciał jednocześnie pokazać pewne mentalne wady oraz zachować życzliwość wobec swoich postaci, co ostatnie nie do końca zagrało. W prostych słowach: niewykorzystany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Oto Spinal Tap

Mockument, czyli stylizacja na kino dokumentalne obecnie jest jednym z bardziej rozpoznawalnych form komedii. Szczególnie w serialach takich jak „The Office”, „Parks and Recreation”, „Misja: Podstawówka” czy polskie „1670”. Choć sięgał wcześniej po tą formę Woody Allen w debiutanckim „Bierz forsę i w nogi” oraz „Zeligu”, to w całości ta konwencja eksplodowała dzięki zaczynającemu swoją karierę reżyserską Robowi Reinerowi.

Nakręcony w 1983 roku „Oto Spinal Tap” jest historią brytyjskiej grupy rockowej, działającej od 17 lat oraz 15 płytach w swoim dorobku. Właśnie teraz przygotowują kolejny album „Włóż rękawicę” oraz szykują trasę po Stanach Zjednoczonych. Kapelę tworzą gitarzyści Nigel Tufnel (Christopher Guest), David St. Hubbins (Michael McKean), basista Derek Smalls (Harry Shearer), klawiszowiec Vic Savage (David Kaff) oraz perkusista Mick Shrimpton (R.J. Pannell). Razem z nimi przybywa menadżer Ian Faith (Tony Herdra) i dokumentujący całe wydarzenie reżyser Marty Di Bergi (Rob Reiner).

I jak na rasowy dokument przystało mamy tutaj obowiązkowe wywiady z członkami zespołu czy archiwalne fragmenty ze starych nagrań (między innymi z numerem w stylu Bitelsów). Ale to wszystko jeszcze jest przeplatane trasą koncertową, której jest daleko do doskonałości. Delikatnie mówiąc, bo reżyser lekko szydzi z szoł-biznesu oraz rockowych celebrytów. Muzycy zespołu nie należą do zbyt lotnych intelektualnie, co prowadzi do nagłych spazmów śmiechu (reakcje na negatywne recenzje czy niezrozumienie dlaczego kontrowersje wywołuje nowa okładka), ale też pojawiają się sytuacje skręcające ku absurdowi. Wzmacniacze dające głośność do 11, tajemnicze śmierci perkusistów, coraz mniejsza publiczność podczas koncertów. A same koncerty to z jednej strony krótka historia rocka (od Bitelsów przez glam rock, skręty ku folkowi oraz metalowi), z całkowicie debilnymi tekstami oraz dziwacznymi wypadkami: a to jeden z gitarzystów leży na plecach i nie może stać czy trio gitarzystów wychodzących z tak jakby kokonów, lecz jeden z nich się nie otwiera. Pokręcona mieszanka ambicji z głupotą, pokazującą niby dojrzałych ludzi o mentalności dzieci.

Wszystko płynie bardzo szybkim rytmem, przez niecałe półtorej godziny nie ma miejsca na nudę, a sama muzyka brzmi świetnie. Niby jest to zgrywa z rockowych dokumentów, pozbawiona tej powagi oraz wręcz nabożnego stosunku do artystów, jednak Reiner traktuje swoich bohaterów z sympatią i jest trochę pod wrażeniem ich gry. Nawet jeśli zdarzają się potknięcia i kłótnie. Czuć wręcz eksplodującą chemię między muzykami, ze wskazaniem na trio Guest/McKean/Shaerer (oni też wykonywali i śpiewali wszystkie numery). Sam Reiner też jest przekonujący w roli reżysera-entuzjasty rocka, a po drodze jeszcze pojawia się wiele zaskakujących postaci drugo- i nawet trzecioplanowych (zwróćcie uwagę na dwóch mimów na imprezie).

Jestem bardzo zaskoczony jak po ponad 40 latach „Oto Spinal Tap” przetrwał próbę czasu. Zarówno ma świetne (znaczy wpadające w ucho) kawałki, z rewelacyjną obsadą oraz świetną reżyserią. Słuchać na głośnikach podkręconych do 11-tu.

8/10

Radosław Ostrowski

Minionki i straszydła

Wiele osób już mogło poczuć zmęczenie żółtymi Tic-Tacami zwanych Minionkami – maskotek studia Illumination. Swoje jeszcze dorzucił polski dystrybutor, który tak zmieniał i namieszał w polskich tytułach, że nie wiadomo czy to część serii „Despicable Me”, czy to poboczny spin-off. Więc nie miałem specjalnie dużych oczekiwań wobec trzeciego spin-offu, czyli „Minionków i straszydeł”, które pojawiły się w kinach na początku lipca. I ku mojemu zaskoczeniu to jedna z najlepszych odsłon serii.

I znowu Minionki zanim poznały Gru szukały swojego złola, któremu mogliby wiernie służyć. Chociaż jeden z nich wyróżnia się z tłumu, niejaki James, co ma dość bogatą wyobraźnię oraz pobudzoną kreatywność. Ale przez jego działania reszta ferajny nie jest w stanie utrzymać się u jednego mistrza. Jednak dzięki zbiegowi okoliczności trafiają do Hollywood końca lat 20., przy okazji niszcząc film aspirującego reżysera Maxa. Paradoksalnie jednak wystrzeliwuje ich karierę jako gwiazdy kina. Wszystko zmienia się jednak z erą dźwiękową kina – głosy postaci oraz ich problem z wypowiadaniem dialogów doprowadza do upadku. Niemniej James razem z przyjacielem Henrym oraz niemową Edem oddziela się od grupy i postanawia zrealizować własny film z potworami. Tylko skąd takie monstrum znaleźć?

Za kamerą powrócił Pierre Coffin, który odpowiadał za cztery pierwsze filmy o Minionkach jako reżyser i odpowiadał za głosy tych postaci. Można było się spodziewać kolejnej komedii naszpikowanej slapstickowym humorem, gdzie nasi żółci towarzysze będą siali chaos i zniszczenie. Po części tak jest (początek u cyklopa oraz czarodzieja z Rosji), ale twórcy mają więcej do dyspozycji. Chaos i destrukcja jest spora, jednak jest tu sporo rozbrajających gagów jak śmierci kolejnych przyszłych złoli czy cytowania klasyki kina. I to już od czołówki, gdzie mamy pierwsze krótkie filmy („Robotnicy opuszczający fabrykę Lumiera”, „Wyprawa na Księżyc”) przez mistrzów pokroju Charliego Chaplina i Bustera Keatona aż po „Sokoła maltańskiego” czy „Obywatela Kane’a”. W tych odniesieniach humor Minionków jest najlepszy, lecz także nie brakuje odwołań do horrorów spod znaku H.P. Lovecrafta oraz filmów SF z lat 50. A z pojawieniem się jednego cwanego stworka w postaci kurduplowatego Goomiego, sprawy zaczynają robi się mroczniejsze. Aczkolwiek jest to ogrywane w komediowy sposób. A sama historia staje się troszkę przewidywalna, choć pojawia się parę niespodzianek.

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to sama animacja oraz strona techniczna. Jest o wiele ładniejsza niż inny tegoroczny film Illumination, czyli „Super Mario Galaxy”. Tak, powiedziałem to. Jest to naprawdę ładna i płynna robota komputerowa z przestylizowanymi sylwetkami ludzi: od niskiego reżysera Maxa przez dwóch mocno opasłych producentów (bracia Bright) aż po sympatyczną Debbie oraz dziwacznego Dorta, który jest robotem. A może i nie. A także jest parę technicznych niespodzianek. Od świetnego wejścia na plan filmowy pokazany w jednym ujęciu (jednocześnie pokazując różne plany oraz techniczne aspekty), budowanie planu filmowego w formie time lapsu (kapitalna scenka) czy – co mnie najbardziej zaskoczyło – zrobiona w czerni i bieli gonitwa w stylu starych kreskówek. Problem w tym, że w drugiej połowie tego sprytu oraz odrobiny inteligencji zaczyna brakować, a dominuje typowy humor minionkowy.

W naszym kraju ten film pokazany jest z dubbingiem (jak 99% animacji), a za ten odpowiada reżyserka Elżbieta Kopocińska (odpowiedzialna m. in. za poprzednie części serii) oraz tłumacz Bartosz Wierzbięta. I to jest wykonane bardzo solidnie – włącznie z kreatywnymi przekładami tytułów filmów – oraz bez wywoływania ciężkich zgrzytów. Co mnie zaskoczyło to fakt, że w scenach tworzenia filmów dźwiękowych teksty do powiedzenia napisane na planszach były… po polsku. A nie jest to zbyt częste w przypadku przekładów i jest fajnym szczególikiem. Głosy Minionków pozostawiono w oryginale, ale pozostałe głosy są co najmniej bardzo dobre. Od mocno zmodyfikowanego Tomasza Bednarka (Goomi, czyli mały Cthullu pełen uroku i cwaniactwa) i mówiącego z germańskim akcentem Przemysława Bluszcza (reżyser Max, będący mentorem oraz wsparciem dla Minionków) po mechanicznego Przemysława Wyszyńskiego (tajemniczy Dort) aż po podwójną kreację Piotra Bąka (bracia Bright).

Powiem szczerze, że czułem pewne zmęczenie Minionkami i nie byłem entuzjastycznie nastawiony na „Minionki i straszydła”. Ale całość okazała się zarówno sprytnym hołdem dla starego Hollywood, jak też zadziwiającą opowieścią o przyjaźni i podążaniu za własnymi marzeniami. Zaskakująco urocza, pełna lekkości oraz kilku ciepłych momentów, których po tej serii się kompletnie nie spodziewałem. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości

Takie powroty po latach zawsze są obarczone ogromnym ryzykiem, szczególnie jeśli są sporą częścią czyjegoś życia. Tak mam z trylogią „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, którą oglądałem multum razy. Nie powiem, że znam ją na pamięć, ale wiele scen, postaci, dialogów i momentów wbiły mi się w głowę, pozostając tam prawdopodobnie na zawsze. Więc co ja mogę powiedzieć o tym klasyku, czego nikt nie wspomniał? Niemniej i tak spróbuję.

Historia skupia się na Martym McFly (Michael J. Fox) – licealiście z Hill Valley, marzącym o karierze muzyka oraz sukcesie. Czymś o czym wielu młodych ludzi z lat 80. marzyło. Do tego jego najlepszym przyjacielem jest bardzo ekscentryczny naukowiec, dr Emmett Brown (Christopher Lloyd). Ten zaprasza chłopaka późną nocą by nagrał jego najnowszy wynalazek – wehikuł czasu. Skonstruowany w samochodzie marki DeLorean, co daje mu bardzo rozpoznawalny styl. Problem w tym, że do odpalenia tej maszyny potrzeba 1,21 gigawata energii, a do tego potrzeba… plutonu. Który został skradziony przez libijskich terrorystów, którzy chcieli na niej zbudować bombę atomową. Wskutek okoliczności ucieka wehikułem czasu do listopada 1955 roku. Ale co gorsza trafia na swoich rodziców w jego wieku i doprowadza do tego, że… jego matka Lorraine (Lea Thompson) jest strasznie napalona na Marty’ego. W końcu udaje mu się trafić na dra Browna, by pomógł mu wrócić do swoich czasów oraz spiknąć swoich rodziców. Inaczej kompletnie wyparuje z kart historii.

Robert Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem opowiadają historię w bardzo prosty sposób, pokazując konsekwencje działań w bardzo zrozumiały sposób. Bez użycia gigantycznych efektów specjalnych (tylko fotografia rodzeństwa McFly’a), czyniąc całość bardzo zrozumiałą. Jednocześnie całość pozostaje komedią opierającą się zarówno na dynamice między Martym a Brownem, ale też odkrywaniu co naprawdę kryło się za historiami rodzinnymi. Jak rodzice byli zupełnie innymi ludźmi niż w wieku nastoletnim, co pozwala lepiej ich poznać i doprowadza do zaskakujących odkryć. Nie można też nie wspomnieć zarówno odtworzenia realiów lat 50. (od scenografii i szczegółowych rekwizytów jak w jadłodajni aż po kostiumy), ale też mentalności: z fascynacją kinem SF, dopiero zaczynającym się przebijać rock’n’rollem. Wszystko jest bardzo zwarto napisane, humor jest zrobiony z wyczuciem i w zasadzie trudno mi się tu do czegoś przyczepić.

Do tego mamy w tle zapadającą w pamięć muzykę Alana Silvestriego z niezapomnianym tematem przewodnim, jest to sporo narracji wizualnej (kapitalny początek w mieszkaniu doktorka, pełną wynalazków i tykających zegarów), zaś finał zostawia otwartą furtkę na kontynuację. Ta nastąpiła pięć lat później, lecz to temat na osobną opowieść. A wszystko jest też genialnie zagrana. I nie chodzi tylko o główny duet Michael J. Fox/Christopher Lloyd, ale też bardzo bogaty drugi plan. Świetny jest Crispin Glover w roli nerdowatego George’a McFly (ojciec Marty’ego), który jest bardzo niepewny siebie i unikający konfrontacji. Ma wręcz idealny timing komediowy, co widać w scenach z Martym i powoli zaczyna stawiać na swoim. Równie zaskakująca jest Lea Thompson wcielająca się w Lorraine. W 1985 roku jest bardzo pulchną, niemal bardzo powściągliwą i konserwatywną, gdy w młodości jest zupełnym przeciwieństwem – bardzo pewną siebie, pociągającą dziewczyną. Całość parę razy kradnie Thomas F. Wilson jako śliski oraz cwany Biff Tannen, będący szkolnym rozrabiaką używającym siły i nie znoszącym sprzeciwu. O drobnym epizodzie Jamesa Tolkana (pan Strickland) nawet nie wspominam.

Czy pierwszy „Powrót do przyszłości” to najlepszy film w dorobku Roberta Zemeckisa? Ogromna część mnie mówi: TAK. Pomimo lat film pozostaje bardzo zwarto napisanym i wyreżyserowanym, a także wykonanym technicznie bez zarzutu (może poza jednym ujęciem na blue screenie – ale trwa ono krótko). Fenomenalna rozrywka i jedna z najsensowniej pokazanych podróży w czasie na ekranie. Aż chce się powiedzieć: WIELKIE NIEBA!!!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Setki bobrów

Wydawało by się, że czas filmów pozbawionych dialogów i utrzymanych w stylu kina niemego minął bezpowrotnie. Czasami zdarzają się w animacjach (choćby zeszłoroczne „Flow”), jednak w przypadku filmów z żywymi aktorami są równie częste jak uczciwość w polityce. Tym większą niespodziankę sprawiły „Setki bobrów” – mocno absurdalna, wręcz kreskówkowo przerysowana komedia z Kanady.

Akcja toczy się gdzieś w XIX wieku i skupia się na Jeanie Kayaku (Ryland Brickson Cole Tews – ale długa wiązanka imion i nazwiska, także współscenarzysta) – właścicielu browaru, który produkuje cedr z jabłonek. A ten sprzedaje traperom oraz innym wędrowcom. Jednak ta szczęśliwa passa nie trwa długo, co jest zasługą wrednych i podłych bobrów. Przez je działania traci nie tylko cenny trunek, lecz także sad oraz dom. Czy może być gorzej? Właśnie zaczęła się zima i trzeba się jakoś utrzymać. A to zmusza naszego biznesmena do przebranżowienia się na trapera.

Reżyser Mike Cheslik mocno inspiruje się kinem lat 20. i 30., z ogromną ilością slapsticku oraz czarno-białej kolorystyce. Tym bardziej imponującej, że sporo materiału to sklejenie green screena z aktorami w kostiumach (jako zwierzęta) i śladową ilością scenografii. By jeszcze podbić stawkę całość (poza dwoma piosenkami) pozbawiona jest słów, zaś postacie głównie coś mamroczą niewyraźnie albo mruczą czy wydają inne onomatopeje. Czy to jest jakiś problem? Sama historia pokazująca zderzenie człowieka z naturą, ale jest naszpikowana humorem. Od prostych gagów przypominających kreskówki w stylu Looney Tunes (pułapki, które nie działały na zwierzęta, za to na Kayaka łapały od razu) przez czysty absurd (skomplikowane zasadzki czy psy z zaprzęgu, które przed snem… grają w pokera) aż po popkulturowe odwołania (bobrze wersje… Sherlocka Holmesa i doktora Watsona). Nawet jeśli gagi powtarzają się (atakujący dzięcioł po usłyszeniu gwizdu, nieudolne splunięcia sklepikarza czy nocny wiatr doprowadzający do zgaszenia ogniska), to udaje się uniknąć znużenia oraz monotonii.

A im dalej w las, tym bardziej „Setki bobrów” zaczyna przypominać grę komputerową. Jest tu i sklepikarz, który za skóry proponuje różny asortyment. Przy zabitym zwierzaku pojawia się ich ilość zebranej skóry, zaś finałowa konfrontacja w wielkiej tamie przypomina stare platformówki, zmieszane z bijatyką. Natężenie szalony pomysłów oraz źródeł humoru przekracza normy BHP, muzyka grające w tle staje się bardziej epicka, zaś finał jest zarówno satysfakcjonujący, jak i zabawny. Co jest zasługą aktorów: od rewelacyjnego Rylanda Tewsa w roli Jeana Kayaka (od sprzedawcy alkoholu do trapera przechodzi imponującą przemianę) przez świetnego Wesa Tanka (złodupnego trapera) aż po elektryzującą Olivię Graves (kuśnierka, córka handlarza).

Niskobudżetowa komedia, która zarówno przypomina klasyków pokroju Charliego Chaplina czy Bustera Keatona, jak też wariackie dzieła tria Zucker-Abrahams-Zucker czy gier komputerowych. „Setki bobrów” mogą wydawać się pozornie zwykłą ciekawostką, ale dawno nie śmiałem się tak gwałtownie i dziko. Czyste szaleństwo, jakiego potrzebowałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Baw się dobrze i przeżyj

Gore Verbinski – ten amerykański reżyser o polsko brzmiącym nazwisku miał dość wyboistą karierę. Zaczynał od teledysków i reklam, zaś pierwszym pełnometrażowym filmem była komediowa farsa „Polowanie na mysz”. Potem była próba naśladowania Tarantino w „Mexican”, kasowy hit w postaci remake’u japońskiego „The Ring” i wreszcie szczyt w postaci przygodowych „Piratów z Karaibów”. Jednak po animowanym westernie „Rango” nastąpiła katastrofalna wtopa w postaci „Jeźdźca znikąd” oraz pokręcony horror „Lekarstwo na życie”, który poniósł klęskę finansową i artystyczną. I kiedy wydawało się, że Verbinski zniknął, a planowane produkcje (w tym egranizacja „Bioshocka”) poszły w pizdu, po 10 latach wraca. Dostał 20 baniek, by zrobić czarną komedię SF i się pobawić. Czy jest to udany powrót?

Baw się dobrze i przeżyj” zaczyna się w zwykłej knajpie nocą, gdzie goście sobie siedzą, jedzą, piją i pier…, eeee, to ostatnie nie. Głównie to coś robią ze swoimi telefonami (ok, to źle zabrzmiało). Przeglądają, piszą wiadomości, grają w gry. Ale o 22.10 do knajpy wchodzi kompletny pomyleniec z jakimiś przypiętymi kablami i układami scalonymi na sobie, czymś jakby detonatorem oraz folią. Zupełnie jakby za dużo razy oglądał „12 małp”. Do tego ostrzega, że zaraz nastąpi koniec świata przez stworzenie Sztucznej Inteligencji i potrzebuje grupki ochotników do pomocy. I że to jest jego 117-te (!!!) podejście. W końcu udaje się skleić drużynę, którą tworzą: para nauczycieli (Zazie Beats i Michael Pena), kierowca ubera Scott (Asim Chaundry), matka, która straciła syna w szkolnej strzelaninie (Juno Temple) oraz uczuloną na telefony i Internet „księżniczkę” (Haley Lu Richardson).

Verbinski razem ze scenarzystą Matthew Robinsonem (reżyser zaskakującej post-apo „Miłość i potwory”) sięgają po motyw Sztucznej Inteligencji jako siły zniewalającej i doprowadzającej do upadku ludzkości. Nie jest to coś oryginalnego, a, która jest bardzo mocno na topie. Mocno czuć tutaj wpływy „Czarnego lustra”, wspomnianych „12 małp”, „Terminatora”, a nawet – głównie w finale – „Wszystko wszędzie naraz”. A pewnie jest tego jeszcze więcej, ale poszukiwania zostawiam bardziej zaprawionym kinomanom. Sama historia jest mocno przerysowana i przejaskrawiona, gdzie sam przekaz przedstawiony jest wprost w otwierającym monologu Człowieka z Przyszłości. Po drodze jeszcze dostajemy wplecione cztery mini-opowieści, dzięki którym poznajemy niektórych członków drużyny. Para nauczycieli mierzącą się z uczniami tak zapatrzonymi w smartfony, że zmieniają się w żywe trupy; mającą alergię na technologię Ingrid, która poznaje chłopaka także trzymającego się z daleka od gadżetów (do czasu) czy będącej w żałobie matki, która dostaje możliwość… sklonowania swojego martwego syna. W wersji premium albo z reklamami. 😉

Z jednej strony pozwalają wejść w ten świat, gdzie ludzkość zaczyna (jak my obecnie) za bardzo polegać na technologii i gadżetach zamiast swoich zwojach mózgowych, z drugiej zaburzają tempo i energię akcji dziejącej się współcześnie. O fakcie, że wiele z tych wątków lepiej przedstawiło serialowe „Czarne lustro” nie wspominam. Jednak kiedy jesteśmy we współczesnym wątku, to film leci ze swoimi dzikimi pomysłami. Widać pewne ograniczenia budżetu, bo akcja dzieje się nocą w ciasnych pomieszczeniach, jednak Verbinski potrafi podkręcić gaz (tropiący drużynę duet najemników) szczególnie w trzecim akcie. Całość okraszona jest też bardzo czarnym humorem, który mnie parę razy złapał z zaskoczenia oraz świetne zakończenie, wywracające wszystko do góry nogami.

No i jeszcze jest to cholernie dobrze zagrane. Sam Rockwell jest absolutnie charyzmatyczny w roli Człowieka z Przyszłości, który początkowo sprawia wrażenie totalnego pomyleńca i świra. Ale pod tym skrywa się postać z tajemnicą, desperacką wolą walki oraz całkowitą paranoją. Ten facet jak zawsze kradnie ekran, tworząc najciekawsze postacie i nie inaczej jest tutaj. Poza nim najbardziej wybijają się świetne Juno Temple oraz Haley Lu Richardson, których wątki odgrywają istotną rolę w całej narracji.

Tytuł okazał się dla mnie proroczy. Bo rzeczywiście bawiłem się dobrze i przeżyłem dwie godziny, zaś Verbinski dostarczył kawał cholernie dobrej rozrywki. Nie jest może aż tak szalony na jakiego jest reklamowany, jednak jest to udany powrót reżysera „Rango” do formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Projekt Hail Mary

UWAGA!
Recenzja zawiera drobne ilości spojlerów, których starałem się ograniczyć do minimum.

Ta pobudka była ciężka niczym po ostrym kacu. Jakieś światła i dźwięk atakują wszystkie zmysły, a po otwarciu oczu nie jest lepiej. Okazuje się, że znajdujesz się w jakimś worku z tubą przypiętą do twarzy. Jakiś komputer przeprowadza badania, a po niezbyt łatwych próbach poruszania odkrywasz trzy rzeczy. Raz – jesteś na jakimś kosmicznym statku, dwa – jesteś jedynym żywym członkiem załogi, trzy – kompletnie nie pamiętasz kim jesteś, jak się nazywasz i… „co ty tutaj robisz?”. Tak się zaczyna „Projekt Hail Mary”, czyli na pierwszy rzut oka znajomy kolaż motyw kina SF, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających i oszałamiających filmów ostatnich lat.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: z jednej strony jesteśmy na statku razem z Raylandem Grace’m (Ryan Gosling), który próbuje odnaleźć i się nawigować w bardzo odległej przestrzeni kosmicznej. Z drugiej mamy retrospekcje, które próbują odkryć jakim cudem facet (biolog molekularny, który pracuje jako nauczyciel w liceum) trafił na statek kosmiczny. A w tle mamy wyścig z czasem, gdzie stawką jest los Ziemi, która za 30 lat może umrzeć. Wszystko z powodu mikroorganizmów zwanych astrofagami, które zjadają napotykane gwiazdy (w tym Słońce). To doprowadza do stworzenia projektu Hail Mary (czyli po naszemu: Zdrowaś Mario) oraz misji kosmicznej.

Film oparto na powieści SF Andy’ego Weira (autora „Marsjanina”), scenariusz stworzył Drew Goddard (odpowiedzialny za adaptację „Marsjanina”), zaś całość wyreżyserował duet Phil Lord/Christopher Miller. Panowie znani głównie z komedii („22 Jump Street”) oraz animacji („Lego Przygoda”, „Spider-Man: Uniwersum” czy „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) na pierwszy rzut oka wydają się dziwnym wyborem. Ale ich najnowsze dzieło oraz ręka dziwnie pasuje do tej historii. Z jednej strony epickiej w skali, gdzie zaczynamy odkrywać tajemnicę Grace’a i użycie inteligencji do rozgryzienia zagadki, ale z drugiej jest to zadziwiająco kameralna historia o samotności, nieoczekiwanej odwadze oraz… nietypowej przyjaźni. Bo nie jest jedyną istotą, która ma ten sam problem do rozwiązania.

Więcej zdradzić nie zamierzam (zwiastuny już to zrobiły), ale reżyserski duet bardzo płynnie przechodzi od dramatu do komedii, pozostając kosmicznym kinem przygodowym. Scen akcji jest tu niewiele, ale jak się pojawiają (jak zdobywanie próbek z planety), trzymają za gardło. Tym większe wrażenie robi tutaj bardzo namacalna scenografia statku kosmicznego oraz – co zważywszy na ogromny budżet – praktyczne efekty specjalne, gdzie efekty komputerowe wydają się być nieobecne albo ograniczone do minimum. A mimo to „Hail Mary” wygląda zjawiskowo – sam wygląd kosmosu, planety czy eksperymenty z astrofagami chłonąłem niczym spirytus gąbkę, a w tle gra fenomenalna, elektroniczno-orkiestrowo-chóralna muzyka Daniela Pembertona.

A to wszystko na swoich barkach dźwiga Ryan Gosling, który jest rewelacyjny w roli doktora Grace’a. To nie jest heros, lecz bardzo wycofany i zamknięty w sobie inteligent, który „sparzył się” w relacjach z innymi ludźmi. Aktor bardzo sugestywnie pokazuje jego samotność i wycofanie, ale kiedy poznaje kosmitę zaczyna się powoli otwierać, dokonując rzeczy o jakich by się nie podejrzewał. Cudowna chemia jest między nim a ufokiem o głosie Jamesa Ortiza i będącym… animatroniczną kukiełką, co dodaje o wiele większej lekkości niż można się było tego spodziewać. Jeszcze muszę wspomnieć o Sandrze Huller, która wciela się w szefową projektu, Evę Stratt. I jako jedyna wydaje się traktować bardzo poważnie, że aż ociera się o żart opowiadany z kamienną twarzą.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszedłem z kina z uśmiechem na twarzy oraz nadzieją, o którą coraz trudniej w naszej rzeczywistości. „Projekt Hail Mary” jest niczym kompilacja znajomych motywów kina SF (od spielbergowskiego „E.T.” po nolanowski „Interstellar”), która brzmi świeżo, ma masę uroku oraz staroświeckiego sznytu kina lat 70 i 80., pozostając inteligentną rozrywką. Może i niezbyt oryginalne, ale pierwszorzędnie wykonane oraz nie wychodzące z głowy od razu po seansie. Kapitalne kino po prostu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hopnięci

Coś ostatnio forma jednego z najlepszych studiów filmów animowanych w USA, czyli Pixara jest bardzo chwiejna. Oryginalne produkcje jak „Między nami żywiołami” czy „Elio” spotykały się najwyżej z umiarkowanym odbiorem, zaś sequele raczej są robione z automatu (z wyjątkiem drugiego „W głowie się nie mieści”). Światełkiem w tunelu mieli okazać się „Hopnięci” – pierwszy od dawna film studia z Emeryville mający bardzo wysokie oceny krytyków. Czy w końcu dostajemy coś wyjątkowego?

Akcja dzieje się w Bobromyślu, gdzie życie sobie niejaka Malwinka Tanaka. Dziewczynka jest outsiderką, która ma totalnego zajoba na punkcie przyrody. Do tego stopnia, że jako młoda uczennica chciała „uwolnić” zwierzęta ze szkoły. Jedyną osobą, która ją rozumie i wspiera jest jej babcia o mocno ekologicznych przekonaniach, mieszkająca pod miastem nad jeziorkiem. Ale po śmierci staruszki Malwina zostaje studentką i przeprowadza się do jej domu. Sytuacja się pogarsza, kiedy burmistrz miasta Dziarski chce w okolicy jeziora zbudować obwodnicę, niszcząc domostwo boberów oraz innych zwierząt. Chyba, że jej uda się ściągnąć gryzoni od tam z powrotem. Dziewczyna przypadkiem trafia na eksperyment prowadzony przez panią profesor Bossak z uniwersytetu zwanego hopnozą. Polega na wydrukowaniu mechanicznych zwierząt oraz umieszczaniu w niej ludzkiej świadomości. Po co? By móc obserwować przyrodę bez płoszenia reprezentantów fauny i flory swoją obecnością. Nie trzeba być dziennikarzem TVN-u czy TV Republika, by domyślić się co zrobi Malwina.

Jeśli punkt wyjścia budzi w was skojarzenia z „Avatarem” Jamesa Camerona, nie jesteście jedyni. Dzieło Daniela Chonga na pierwszy rzut oka wydaje się mieszanką znajomych filmów – poza opowieścią o kosmicznych smerfach mamy tu i „Dzikiego robota”, „Odlot” (jeden rysunek na tablicy jakiś znajomy) czy… „Matrixa”. Ale to wszystko wydaje się na pierwszy rzut oka prostą kalką oraz podziałem na złych ludzi i dobrą przyrodę. Nie jest to pozbawione humoru, kiedy Malwinka jako bober (nie takie bydle jak mówił ktoś w filmiku z YT) poznaje przyrodę oraz jej prawa. Od działania łańcucha pokarmowego (oraz reakcji zwierząt) przez wspólne zamieszkiwanie pod wodzą króla ssaków, bobera Karola – scena wspólnej rozgrzewki pod muzykę CUDOWNA – czy wspólnej rady zwierząt.

Im dalej w las, tym bardziej twórcy odpinają wrotki i szaleją: zarówno wizualnie z masą zwierząt na ekranie (motyle, mrówki, ryby) robią piorunujące wrażenie, tak jak szalony pościg i ucieczka samochodem przed… rekinem Renatą (nie, nie pomyliłem się) albo komunikacja z ludźmi przy użyciu smartfona. Pojawi się parę niespodzianek i zakrętów (włącznie z nieoczywistym antagonistą), będą nagłe zgony, zaś przesłanie o wspólnym koegzystowaniu ludzi z fauną i florą nie jest nachalnie dydaktyczne. Sama animacja jest na najwyższym poziomie, gdzie czuć odrobinę inspiracji anime (szczególnie w przypadku twarzy postaci). Wygląda to pięknie, mimo nie bycia produkcją spod znaku National Geographic czy Discovery Channel.

Ponieważ filmy animowane przez Disneya u nas są pokazywane tylko z polskim dublażem. I jak w większości przypadków nie można się za bardzo przyczepić, co jest zasługą reżysera Łukasza Lewandowskiego (wcześniej odpowiadał za realizację „Uniwersytetu Potwornego” i pierwszego „W głowie się nie mieści”) oraz tłumaczenia Kuby Wecsile. Niespodzianką byli dla mnie mniej znani Alicja (nomen omen) Bobruk i Paweł Algier w rolach Malwinki oraz króla Karola. Pierwsza początkowo moje irytować swoją pro-ekologiczną obsesją, przez co staje się outsiderką w społeczeństwie. Ale zaczyna dostrzegać jakie niebezpieczne konsekwencje sprawiają jej działania, mimo czystych intencji i doprowadza do przemiany. Z kolei bobrzy król jest zwyczajnie uroczy, pełen życzliwości oraz empatii, choć wydaje się unikać konfrontacji. Oboje razem są świetni, z każdą sceną zyskując moją sympatię. Jednak to drugi plan kradnie jak zawsze ekran: od zaskakującego Pawła Małaszyńskiego (burmistrz Dziarski – polityk jakich wielu, ale lubiany przez mieszkańców) przez solidną Kingę Preis (profesor Simona Bossak) oraz Jarosława Boberka (ospały Buba) aż do świetnej Danuty Stenki (królowa owadów), lekko demonicznego Józefa Pawłowskiego (król owadów) i niespodziewanego cameo Katarzyny Herman (Renata!!!).

W zasadzie jedynym problemem było dla mnie nierówne tempo w drugim akcie. Nie zmienia to faktu, że „Hopnięci” to jedna z lepszych produkcji Pixara od kilku lat. Jak zawsze twórcy nadal czarują piękną animacją, dostarczając sporo frajdy dzieciom, ale także taki stary pryk jak ja (lat powyżej 18) nie będzie się nudził. No i pamiętajcie – zło bobrem zwyciężaj, bo bober to potęga!!!!

7,5/10

Radosław Ostrowski