Złote runo

Nazwisko Kondratiuk otwiera bardzo jednoznaczne skojarzenia z bardzo autorskim, specyficznym kinem, gdzie główne role grają naturszczycy. Tak jest przynajmniej w filmach Andrzeja, ale i Janusz miał parę takich produkcji. Raz panowie połączyli robiąc „Złote runo”, które Janusz Kondratiuk nakręcił, zaś Andrzej napisał scenariusz i efekt… to czysty Kondratiuk.

W zasadzie fabuła sobie płynie gdzieś w tle, skupiając się na kapitalistycznej Polsce lat 90. i na dwóch bohaterach z różnych światów. Pierwszy to Rysiu – mężczyzna w wieku średnim, co bardziej pije sobie piwko, ma mnóstwo czasu i w zasadzie nic specjalnego do roboty. Drugim jest Stefan – wiekowo zbliżony do Rysia, ale bardziej oblatany biznesmen. Większego kontrastu chyba się nie da pokazać, ale ten drugi potrzebuje pierwszego do pewnej robótki. Najpierw jednak organizuje „test”, mający sprawdzić jak silny żołądek ma Rysiek. Mężczyzna nie zadaje żadnych pytań, więc wszystko idzie gładko i dopiero późnym wieczorem poznajemy prawdziwy cel: przemyt diamentów przez żołądek podczas jazdy pociągiem do Niemiec.

Wszystko tutaj opiera się na dialogach, gdzie mowa potoczna i powiedzonka przeplatają się z dłuższymi, bardziej refleksyjnymi rozmowami. O czym? O życiu, mówiąc najprościej. O najbliższych, o kapitalizmie, pracy, szczęściu, zagranicy – co chcesz, tu znajdziesz. Ku mojemu zdumieniu, jest tutaj mieszanka śmiechu i refleksji, jaką pamiętam z „Wniebowziętych”. I tak jak tam, mamy duet bohaterów, którzy dostają szansę na zmianę swojego losu. Czyli, żeby nie być biednym. Tylko, czy to aby rozwiązanie problemu? Bo ostatnie minuty mogą zasiać ziarno wątpliwości i pokazać, że upragniony raj to kolejna klatka. I nawet śpiewanie „Say OK” oraz tańce z egzotycznymi paniami wydają się zbyt ładnym obrazkiem.

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie rewelacyjny duet pierwszoplanowy. Himilsbacha i Maklakiewicza nie ma wśród nas od dawna, jednak pojawili się ciekawi zmiennicy: Zbigniew Buczkowski (Rysio) oraz debiutujący na ekranie Zbigniew Mazurek (Stefan). Czuć tutaj chemię mimo – a może dzięki – kontrastowi obydwu postaci, cudownie drewnianych, a jednak naturalnych. Paradoks, nie?

Widać mały budżet, film w jednym miejscu niebezpiecznie zbliża się ku niskim lotom (ale nigdy tam nie sięga), a duet Kondratiuków nadal trzyma formę i uważnie obserwuje nową rzeczywistość. Może „Złote runo” nie stało się klasyką jak produkcje z lat 70., niemniej to kawał bardzo interesująco, nieoczywistego kina. Ale nie dla każdego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie takie trio

Zaczyna się wszystko wręcz banalnie: trzech muzyków przyjeżdża na wieś, by zagrać na weselu. Tak zaplanował pan młody, dodatkowo zapłacił, więc trzeba przybyć. Trio tworzą trębacz Karol, skrzypek Cygan oraz perkusista Młodziak. Po drodze zostają zaczepieni przez jakiegoś mężczyznę, który ma do nich sprawę. Karol, będący niejako liderem grupy, zostaje porozmawiać, zaś reszta przybywa do stodoły. Kiedy trio już pojawia się razem okazuje się, że tajemniczy nieznajomy daje dużą kasę za zagranie jednej melodii.

ostatnie takie trio2

Film Jerzego Obłamskiego to bardzo kameralna produkcja zrealizowana dla Telewizji Polskiej. Niemal w całości – poza przyjazdem do wsi – osadzona jest w jednym miejscu. Czyli w weselnej stodole, gdzie zespół przygotowuje się do występu. Ostatniego, jak zapewnia pan Karol, bo coraz ciężej jeździć bez jednej nogi na rowerze. A i zdrowie już nie takie jak kiedyś. Przed występem panowie nie tylko szykują instrumenty, ale przede wszystkim prowadzą rozmowy. Skupienie się na dialogach oraz osadzenie wszystkiego w jednym miejscu może sprawić wrażenie, że nie film a spektakl teatralny oglądałem. Dialogi są pyszne, pełne bon-motów, pokazują zarówno charaktery naszych postaci, jak i światopogląd. Ale czy można było oczekiwać innego od Andrzeja Mularczyka, który sztukę dialogu opanował do perfekcji. To wszystko służy pokazaniu ślubu, gdzie… panna młoda raczej nie podejmuje decyzji z własnej woli.

ostatnie takie trio1

I ta sytuacja prowokuje nasze trio do rozważań na temat miłości oraz życia. Młodziak (solidny Mirosław Otrębus) jest naiwnym romantykiem, co swoją wiedzę czerpie z gazet. Cygan (fantastyczny Zbigniew Zapasiewicz) jest cynicznym pijusem i pechowcem, któremu zdarzają się najgorsze rzeczy – od stratowania przez byka po upadek spadochroniarza. Jako jedyny podskórnie czuje, że za zleceniem grania melodii może kryć się coś niebezpiecznego. Z kolei Karol (wyborny Ryszard Ronczewski) jest równie cyniczny jak Cygan, ale o wiele twardszy i trzymający się swoich zasad, choć niewiele z tego ma. Interakcje między nimi oraz podskórnie budująca napięcie muzyka Andrzeja Korzyńskiego to najlepsze, co „Trio” ma do zaoferowania.

ostatnie takie trio3

Jak zakończy się cała heca? Przekonacie się sami po 40 minutach seansu. Niby niewiele, ale czas wykorzystany jest bardzo efektywnie, a kwestia czy ślub brać z wyrachowania i presji otoczenia, czy podążając za głosem serca zawsze będzie aktualna. Skromna perełka polskiej telewizji, która zasługuje na uwagę. Mam nadzieję, że zostanie też poddana rekonstrukcji lub digitalizacji, bo jakość dźwięku oraz obrazu jest dość nierówna.

7/10

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku 2

Sequeloza to choroba trawiąca kinematografie z całego świata. Czasami powstaje kontynuacja, która nie tylko zarabia kasę, lecz jest po prostu udanym filmem. Ale to jest rzadko spotykane cacko. Dlatego nie do końca byłem pewny, co myśleć o planach kontynuacji „Księcia z Nowego Jorku”. Troszkę uspokoiły mnie informacje, że za kamerą będzie odpowiadał Craig Brewer. Twórca „Nazywam się Dolemite” dając szansę na stworzenie fantastycznych ról Eddiemu Murphy’emu oraz Wesleyowi Snipesowi. Obaj panowie ją wykorzystali, ale o tym już mówiłem. Wróćmy do Księcia.

Druga część toczy się 30 lat później, zaś Akeem nadal jest księciem, żyje z tą samą żoną i ma trzy piękne córeczki. Niestety, tron może rządzić tylko mężczyzna – przerąbane. Jakby było mało problemów, to ojciec umiera, zaś ku granicom czai się generał Izzy. To wojskowy watażka, którego siostrę nasz przyszły król porzucił przed ślubem. Więc wojna może wisieć w powietrzu. Ale jest pewne wyjście: okazuje się, że Akeem ma nieślubnego syna w Queens. Ale czy uda się przekonać młodego do bycia następcą tronu Zamundy?

Jeśli opis fabuły brzmi wam znajomo, to fabuła jest zmodyfikowaną wersja oryginału. Różnica jest taka, że tym razem to syn naszego bohatera trafia do Zamundy i tam musi się odnaleźć. Lavelle – tak ma na imię chłopak – jest typowym reprezentantem pokolenia millenialsów. Czyli mieszka z matką, nie może znaleźć pracy i samodzielność jest absolutnie mu obca. On musi dojrzeć i przejść drogę jaką miał bohater pierwszej części. Problem w tym, że Zamunda nie jest aż tak ciekawym miejscem jak Queens w oryginale. Jasne, wygląda ona imponująco (scenografia i kostiumy to najmocniejszy punkt filmu), czuć tutaj piniądz, ale brakuje jakiegoś większego zarysowania. Zderzenie nowojorskiego stylu życia z bogatym życiem w Zamundzie (bardzo konserwatywnej) miał spory potencjał komediowy. Ale nawet to zostaje zaprzepaszczone, idąc ogranymi kliszami. Za dużo powtórek z oryginału i za mało od siebie (może oprócz ZNN).

Także mamy za mało obecności w Nowym Jorku, choć odniesień jest mnóstwo – od salonu fryzjerskiego przez pastora-erotomana – nawet są użyte fragmenty oryginału. Z kolei humor jest tutaj bardzo niezdecydowany: niby chce być niepoprawny politycznie i po bandzie, z drugiej delikatny oraz subtelny. Przez co film stoi w rozkroku, balansując czasem na granicy żenady. A w tym wszystkim jest przesłanie o chodzeniu za głosem serca oraz dostosowywaniu się do nowych czasów. Bajzel totalny, choć jest parę fajnych momentów jak pogrzeb króla.

Obsada robi, co może, by wycisnąć z tej materii życie. Eddie Murphy z Arsenio Hallem nadal grają kilka postaci, zaś w swoich podstawowych karnacjach (Akeem i Semmi) mają swoje momenty przebłysku. W ogóle stara ekipa trzyma fason, lecz z nowych postaci bronią się dwie: dość dosadna Leslie Jones (matka Lavelle’a) oraz kradnący szoł Wesley Snipes. Ten drugi jako generał Izzy niby wydaje się groźny, ale w tym strachu jest groteskowy i przerysowany.

Niestety, ale drugi Książę jest w zasadzie powtórką z rozrywki pozbawioną świeżych pomysłów, ze zbyt znanymi gagami. To nawet nie jest odgrzewany kotlet, jest to lekko ucharakteryzowany trup, co wygląda niepoważnie. Ma parę fajnych scen, lecz jako całość tkwi w oceanie przeciętności.

5/10

Radosław Ostrowski

Książę w Nowym Jorku

Jeśli myślicie, że bycie członkiem rodziny królewskiej jest cudowne, to macie jakieś pokręcone wyobrażenia. Dla księcia Zamundy Akeema bardziej to przypomina złotą klatkę. Nawet jak ma 21 lat – to początek znajomości z tym dżentelmenem – nie może niczego robić sam. Dosłownie niczego: umyć się, ubrać, wyjść na zewnątrz. Nawet przyszłą żonę mu narzucono, co mu bardzo nie odpowiada. Udaje się jako przekonać ojca, by wyjechać na 40 dni za granicę. W tajemnicy przed ojcem razem ze służącym chce wykorzystać okazję do znalezienia swojej żony. A gdzie? Oczywiście, w USA, dzielnicy Nowego Jorku zwanej Queens. W końcu nazwa zobowiązuje, prawda?

Pierwszy „Książę” z 1988 roku był komedią z prostą, ale efektywnie poprowadzoną opowieścią. W zasadzie można powiedzieć, że jest to komedia romantyczna. Z tą różnicą, że nie poznajemy od razu kim może być potencjalna druga połówka. Wszystko widzimy z perspektywy naszego księcia, które chce być bardziej samodzielny. W każdym aspekcie swojego życia – to się chwali. Humor początkowo wydaje się bazować na zderzeniu dwóch światów. Z jednej strony Zamunda wyglądająca bardzo bogato, wręcz bajkowo. Czyżby tak miałby wyglądać raj? Dzikie zwierzęta chodzące swobodnie, imponujący pałac, służba. Ale to wszystko złota klatka, gdzie masz swoje narzucone zadanie, bez możliwości podejmowania samodzielnych działań. A z drugiej strony szybko trafiamy do Nowego Jorku, tylko że biedniejszej strony. I o dziwo nasz bohater (w przeciwieństwie do służącego, co za bardzo lubi luksus i bogactwo) odnajduje się jak ryba w wodzie. Albo po prostu ma dużo szczęścia.

Choć poszukiwania wybranki serca nie są łatwe (szybko zmontowane sceny spotkań w knajpach). To daje pole do popisu dla stworzenia barwnych postaci – fryzjer i jego klienci, pokręcony pastor – bez przekraczania granicy dobrego smaku. Ale parę bluzgów zostaje rzuconych, więc nie jest to zbytnio dzieło dla całej rodziny. Dodatkowo jest wiara w amerykański sen, że uczciwą pracą dojdziesz do wszystkiego (nawet jeśli skopiujesz swoją sieć restauracji w stylu McDonald’s). Nawet zdobyć dla siebie idealną partnerkę, pod warunkiem, że nie będziesz narcystycznym dupkiem. No i miliony dolców też się przydadzą. 😉 Może i brzmi to bajkowo, zaś finał troszkę odlatuje, niemniej nadal to działa.

Ale najbardziej na mnie działał ten wątek romantyczny, czyli powoli ewoluująca relacja Akeema z córką McDowella. Pierwszego gra Eddie Murphy, który może nie wali słowami z prędkością karabinu maszynowego, nadal jednak ma w sobie masę uroku i charyzmy. Panią McDowell za ma to aparycję uroczej Shari Headwell, która ma wiele wspólnego z naszym księciem. Chce być silną, niezależną kobietą, nie znoszącą fałszu oraz pozerstwa. Chemia między nimi z każdą sceną rośnie, a sama relacja nabiera kolorów. Na drugim planie błyszczy rozbrajający Arsenio Hall (Semi), który kradnie każdą scenę oraz majestatyczny James Earl Jones (ojciec Akeema). Jakby tego było mało, Murphy z Hallem wcielili się w parę innych postaci, których nie da się rozpoznać pod niesamowitą charakteryzacją.

„Książę w Nowym Jorku” jest jedną z tych komedii lat 80-tych, których czas się nie ima. Ciągle zabawna, świetnie zrobiona, z Eddiem Murphy w najwyższej formie, choć zaskakująco stonowany (jak na swoje możliwości). Tak się robi komedię z głową i bez żenady. Wiecie, że niedawno powstała kontynuacja? Nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Kolejny film o Boracie: Tłusta łapówka dla amerykańskiego reżimu, by naród kazachski znów być wielki

Pamiętacie Borata? Niedawno obejrzałem poprzednią część, która jednak nie podeszła mi za bardzo. Była zbyt chamska i obleśna, zaś rola satyrycznego spojrzenia na poprawną politycznie Amerykę nie sprawdziła się w cholerę. Kiedy pojawiły się informacje od sequelu przygód dziennikarza z Kazachstanu, nie byłem specjalnie zainteresowany. Szum jednak był zbyt silny, a nominacje do Oscara w dwóch istotnych kategoriach (scenariusz adaptowany i aktorka drugoplanowa) były sygnałem. Sygnałem, że być może nie należy tego tytułu ignorować.

Co się zmieniło w życiu Borata po tych 14 latach? Cóż, wiele, ale nie na lepsze. Odsiaduje wyrok w gułagu za skompromitowanie kraju, stracił żonę, dom i dzieci. Oprócz swojej córki, Tutar, która traktowana jest gorzej niż bydło. Ale premier kraju daje naszemu bohaterowi szansę na rehabilitację. Ma wyruszyć do US & A i wręczyć prezent osobie z otoczenia samego McDonalda Trumpa. Prezentem tym jest… małpi minister kultury/gwiazda porno. Sprawy się komplikują, Borat trafia do kraju z opóźnieniem, zaś zamiast małpy w skrzyni jest… jego córka. Co z tym fantem zrobić?

Powiem to od razu, by rozwiać wszelkie wątpliwości: „Kolejny film o Boracie” jest DUŻO lepszy od poprzednika. Być może wynika to z faktu, że sequel ma… fabułę. Nie jest tylko zbiorem scenek pokazującym nieporadność naszego bohatera, a silnie odczuwalne jest zderzenie dwóch światów. Do tego Borat jest rozpoznawalną postacią, co zmusza go do stosowania kamuflażu. To daje sporo zabawnych sytuacji, jednak o wiele lepiej „Borat” działa jako satyra na Amerykę czasów Trumpa. Prostych rednecków, widzących świat czarno-biały, z teoriami spiskowymi oraz większą niechęcią do demokratów niż wirusa. Czyli blisko im mentalnie do Kazachstanu, choć nie ze wszystkim (bardzo ograniczone prawa kobiet, które w ojczyźnie Borata są pozbawione samodzielności). Plus jeszcze feminizm, Żydzi, Rudolf Giuliani, aborcja i inne ostre jazdy.

Ale prawdziwym sercem tego sequela jest relacja Borata z Tutar, która angażuje i wnosi wiele świeżości do tego sequela. Sacha Baron Cohen znowu błyszczy jako Borat, choć nie przeprowadza żadnych wywiadów. Tutaj stawka jest bardziej osobista a aktor pokazuje przekonująco sprzeczne emocje bohatera. Największą niespodzianką jest jednak Maria Bakalova, której obecność daje kopa. Dziewczyna kradnie ten film swoją szczerością w naiwności oraz powolnym budzeniu swojej prawdziwej wartości i emancypacji. Cudownie napisana postać.

Kolejny przykład tego, że nawet pozornie bezsensowne pomysły mają sens. Drugi „Borat” jest mniej rubaszny i żenujący jak poprzednik, przez to bardziej zabawny. Mocniej wybrzmiewa satyryczne spojrzenie na Amerykę oraz jej ciemną stronę życia, zaś finał pokazuje jak wiele może osiągnąć tak niewielu. Podobno części trzeciej nie będzie, ale nie obraziłbym się, gdyby Cohen zmienił zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 1

Serialowa antologia – czy ta zbitka jeszcze potrafi zadziałać na wyobraźnię? Zbiory utworów na zadany temat przypominają muzyczne składanki. By zrobić idealną trzeba nie tylko wiedzieć jak je poukładać, ale też wybrać takie kawałki, które będą trzymać poziom. Netflix nie bał się i w 2019 powstało „Miłość, śmierć i roboty”. Tematykę wymienia tytuł, zaś za ogólną koncepcję odpowiada Tim Miller, producencko wsparty przez Davida Finchera.

18 opowieści zrealizowane przez studia animowane z różnych części świata, skierowane w formie produkcji zdecydowanie dla dorosłych. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w rodzaju „Czarnego lustra”, to nie za bardzo. Nie tylko na brak tak mocnego ciężaru jak produkcja Charliego Brookera, ale też nie mają spójności – zarówno tematycznej, formalnej jak i… gatunkowej. Bo nie jest to produkcja stricte SF, ale pojawia się i kino akcji, horror czy komedia z czarnym albo absurdalnym humorem. Ta niespójność z jednej strony może wywoływać konsternację. Bo jak znaleźć wspólny mianownik między np. historią świata rządzonego przez… jogurt, ekspedycję naukową atakowaną przez Drakulę, dziewczynę uciekającą przed mordercą czy lot kosmiczny, który trafia w zupełnie inne miejsce niż planowano. Z drugiej jednak strony ten chaos daje możliwości zaskakiwania, gdzie czasem ostatnia scena wywraca wszystko do góry nogami. I to wiele razy ratuje seans produkcji, bo jednak mam jeden poważny problem.

Wszystkie te historie są bardzo krótkie – najdłuższy odcinek ma maksymalnie 20 minut. Czasami to wystarczy na spójną, zamkniętą historię jak w przypadku „Tajnej wojny” (żołnierze Armii Czerwonej w walce z bestia wezwanymi za pomocą okultystycznego rytuału), „Zmiennokształtnych” o służących w Afganistanie amerykańskich… wilkołakach czy w „Za szczeliną orła” o dowódcy statku kosmicznego budzącego się z hibernacji. Ale nie brakuje tu, niestety, historyjek mających pewien ciekawy koncept, lecz nie mających pomysłu na ich wykorzystanie. Tak jest w przypadku „Wysypiska”, „Rybiej nocy” czy „Epoki lodowcowej”. Są też takie króciutkie anegdotki mogące na chwilę rozbawić jak absurdalny „Gdy zapanował jogurt” czy rozbrajające „Historie alternatywne”. Ale chciałoby się od nich coś więcej.

Realizacyjnie mamy tu bardzo różnorodną stylistykę: od niemal fotorealistycznej animacji komputerowej przez ręcznie rysowaną kreskę, cel-shading po estetykę znaną z japońskich anime i rotoskopię. Ba, jest nawet odcinek aktorski („Epoka lodowcowa”), gdzie animowane wydarzenia dzieją się… we wnętrzu lodówki, ale sam tytuł nie powala. Do wyboru, do koloru. Dla mnie najlepszy wizualnie był kolażowy „Świadek” z niemal komiksowymi wstawkami onomatopei dźwiękowych oraz mająca w sobie coś z malarstwa „Nieskończona sztuka”. Jedynymi znanymi mi studiami odpowiedzialnymi za poszczególne odcinki było polskie Platige Image oraz amerykańskie Sony Pictures Animation.

Jakbym miał wybrać najlepsze odcinki to dla mnie są trzy. Wspomniana „Nieskończona sztuka” wygląda imponująco, mając najbardziej unikatowy, melancholijny klimat. Ta opowieść o artyście używającym niebieskiego kwadratu jest najbardziej spokojna, wyciszona. A całość prowokuje do dyskusji o sztucznej inteligencji. Drugim cackiem są komediowe „Trzy roboty” o robotach w post-apokaliptycznym świecie, próbujące zrozumieć ludzkość. Ludzi nie ma, ale są koty i ten segment zasługuje na pełnometrażowy serial. Ale najbardziej zaangażowała mnie „Udanych łowów”, będące mieszanką fantasy ze… steampunkiem. Syn łowcy duchów zakochuje się w kobiecie zmieniającej się w zwierzę. Ale z czasem magia ustępuje technologii, co doprowadza do przewrotnego, tragicznego momentu. Pięknie wyglądająca, z wieloma przerzutkami oraz mocnym finałem.

Kurde, ale niespodziankę zrobił Netflix. Podobno w tym roku ma się pojawić drugi sezon tej antologii. Brutalny, krwawy, przesiąknięty seksem kolaż różnych opowieści, które – o dziwo – trzymają bardzo przyzwoity poziom. Zgłodniałem i mam ochotę na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach?

Sam tytuł może wprawić w zaskoczenie, bo czego można oczekiwać? Kina edukacyjnego o tym jak zagadać przedstawicielkę płci pięknej przez niedoświadczonego chłopaka? Młodzieżowej komedii w stylu „American Pie” ze sprośnymi żartami? A może jest to film erotyczny? Na każde z tych pytań odpowiedź jest jedna: NIE. Ale to jest film o miłości, niekoniecznie fizycznej, za to w duchu punka.

Jest Londyn roku 1977, kiedy królowa Elżbieta II świętowała 25 lat siedzenia na tronie. I to w tych czasach narodziła się muzyka punkowa – antysystemowa, bez szacunku dla starszych ludzi (w sensie od rodziców wzwyż). A jednym z jej fanów jest niejaki Emm. Jest młodym chłopakiem, co buja się z dwoma kumplami od imprezy do imprezy, słucha muzy punkowej, a nawet wydaje taki fanowski magazyn. Pewnej nocy idzie pokątnie na imprezę i poznaje Ją. Taką kobietę, z którą chciałoby się pożyć, a może nawet spędzić resztę życia. Ma na imię Zan i… jest kosmitką o ciele kobiety. Zresztą na tej imprezie niemal wszyscy to przybysze z innej planety, którzy przybyli zaszaleć po raz ostatni.

Reżyser John Cameron Mitchell postanowił wziąć na warsztat opowiadanie Neila Gaimana. To wyjaśnia skąd takie pokręcone elementy, ale nawet nie jesteście na to gotowi. Bo jest dziwacznie, klejąc komedię romantyczną w duchu kina niezależnego z SF oraz dawką absurdalnego poczucia humoru. I powiem szczerze, że nie dowierzałem. Punkowa muza, zbuntowani młodzi ludzie, kosmici żywiący się swoimi dziećmi oraz podzieleni na kasty, menadżerka zespołu żyjąca dosłownie punkowym stylem życia, dziwaczny seks. Od samego wymieniania już mnie boli głowa, a reżyser jeszcze eksperymentuje z formą. Najbardziej czułem to w scenie koncertu, gdzie Zan zostaje wokalistką, okraszona animowaną wstawką.

Ogląda się to z zaciekawieniem, ale wielokrotnie w trakcie seansu zdarzało mi się „wyłączyć”. Gubiłem rytm, wątki mieszały się ze sobą i wywoływały dezorientację, zaś absurd czasami do mnie trafiał (koncert czy próba odbicia Zen siłowo przerwana… chwilką na herbatę), a czasem nie (erotyka czy tłumaczenie zasad kosmitów). Sytuację ratują dwie fantastyczne role – odrealniona Elle Fanning (próbująca się odnaleźć w naszym świecie Zen) oraz kradnąca film Nicole Kidman w charakteryzacji a’la David Bowie z „Labiryntu” (menadżerka Boadicea). Dawno nie widziałem tej aktorki w tak energetycznej, postrzelonej i wariackiej kreacji.

„Jak rozmawiać z…” to bardzo dziwaczny film, który nie każdemu się spodoba. Czasami zbyt absurdalny, postrzelony i próbujący skleić kilka gatunków ze sobą. W nie zawsze udany sposób, ale z pasją oraz punkową duszą.

6/10

Radosław Ostrowski

Historia wulgaryzmów

Netflix czasami wpada na jakieś szalone pomysły, o które nikt by ich nie podejrzewał. Tak jest programem rozrywkowo-naukowym, gdzie eksperci oraz celebryci świata stand-upu rozgryzają słowa powszechnie uznane za wulgarne. A całość prowadzi najbardziej szanowany i poważny aktor, Nicolas Cage. Tak, TEN Nicolas Cage, a wszystko ma sześć odcinków po 20 minut.

Każdy odcinek poświęcony jest innemu przekleństwu: od tych najbardziej soczystych (fuck, shit) przez opisujące ludzkie organy (dick, pussy) aż po najbardziej neutralne „damn”. Wszystko skupia się na kilku elementach, głównie językowych. Skąd się wziął dany wulgaryzm, w którym momencie stał się wulgarny, jak ewoluowało jego znaczenie oraz wpływ na życie społeczne, polityczne, kulturowe. Niby jak w klasycznym dokumencie z gadającymi głowami, ale nie do końca poważnie. Stąd obecność stand-uperów z obydwu stron Atlantyku, a także dość pokręcone, animowane wstawki przypominające troszkę w formie Monty Pythona. No i masą ciekawych anegdotek w rodzaju który z aktorów najwięcej razy użył słowa na f, kiedy pojawiły się naklejki z ostrzeżeniem o treści dla dorosłych czy jak pierwotnie miało brzmieć ostatnie zdanie „Przeminęło z wiatrem”. Nie brakuje zaskoczeń, zdziwienia, a jednocześnie przykładów, że wulgaryzmy mają pewne zalety: pozwalają wylać z siebie frustracje czy sprawiają, że dłużej znosimy ból. To jednak tylko wycinek wiedzy zawartej w krótkiej, ale treściwej formie. I przypomina, że używanie wulgaryzmów nie zmienia ludzi w prymitywnych prostaków czy troglodytów.

No i nie mogę nie wspomnieć o Nicholasie Cage’u, który w roli wodzireja sprawdza się po prostu zajekurwabiście. Facet jest nadal pełen energii jak w pierwszym odcinku cytujący dialogi zawierające fucki, wariacje ostatniego zdania „Przeminęło z wiatrem” czy… malując obraz. Aktor bawi się na planie i ta frajda przenosi się także na oglądającego, co w przypadku Cage’a nie zawsze się sprawdzało. Jego obecność sprawia, że „Historia wulgaryzmów” jest nauczaniem w bardziej rozrywkowy sposób. Obejrzeć, kurwa, koniecznie.

8/10

Radosław Ostrowski

Giń, 2020!

Jaki był rok 2020, chyba pamiętamy. Ale Netflix pod koniec tego roku postanowił przypomnieć nam zdarzenia z tego roku. I to w formie dokumentu, takiego lipnego. Gdzie mamy wybrane ważne wydarzenia w pigułce, pokazane z perspektywy grupy ludzi: historyka, dziennikarza, naukowca, millenialsa, psycholożki, szefa korporacji oraz szarych ludzi. Wszystko to jest także polane komentarzem napisanym przez Charliego Brookera.

Taki jest plan i zamysł, a jaki jest efekt? Sam film „Giń, 2020!” jest zaskakująco krótki, bo trwa nieco ponad godzinę. Większość czasu widzimy wydarzenia z perspektywy Ameryki i to z wiadomego powodu – wyborów prezydenckich między Trumpem (drugim w USA prezydentem o innym kolorze skóry niż białym) a Bidenem (weteranem wojny secesyjnej i najstarszym kandydatem na prezydenta). Ale na krótko pobędziemy w Australii podczas pożarów, w chińskim Wuhan oraz w Wielkiej Brytanii. Bo Brexit, a pandemia bardzo mocno też się przewija. Wszystko tutaj pełne ciętych, ironicznych komentarzy oraz złośliwości. Humor jednak nie przesłania kilku mocnych wydarzeń (zabójstwo George’a Floyda), potraktowanych delikatnie i z powagą. Przy okazji twórcy pokazują mentalność ludzi, choć jest to mocno przerysowane. Najbardziej to widać w przypadku królowej Elżbiety II (opowieść o jej ulubionym serialu czy scena malowania portretu na banknot) oraz dwójki kobieta. Pierwsza jest samotną idiotką, druga zaś zbyt dużo czasu spędza on-line, wchłaniając wszelkie możliwe bzdury.

Najwięcej czasu jednak spędzamy z historykiem Tennysonem Fossem oraz dziennikarzem Dashem Brackettem. Pierwszego gra lekko ucharakteryzowany, ale cudowny Hugh Grant, drugiego rzutki i pełen błyskotliwych porównań Samuel L. Jackson. Obaj panowie są najmocniejszym punktem tego filmu, mieszając inteligencję z humorem. Cichym bohaterem jest komentujący całość Laurence Fishburne, którego głosu na początku nie rozpoznałem i daje największego ognia. Ale reszta obsady też błyszczy, nawet pojawiając się bardzo rzadko jak Tracey Ullman (Elżbieta II) czy Lisa Kudrow jako doradca Trumpa, zaprzeczająca wszystkiego i wszystkim.

Takiego podsumowania roku z przymrużeniem oka potrzebowaliśmy, choć chyba nie byliśmy tego świadomi. „Giń, 2020!” jest ironicznie smakowity, z wyrazistymi postaciami oraz pewną nadzieją na końcu. Szkoda tylko, że jest to troszkę amerykanocentryczne spojrzenie na świat.

7/10

Radosław Ostrowski

Jeden bilet na dwóch

Neal Page to zwykły, szary facet z miasta Nowy Jork. Pracuje jako spec od marketingu i w tej chwili marzy o jednej rzeczy: przybyciu do Chicago, by spędzić Święto Dziękczynienia w gronie rodziny. Bilet na samolot jest zarezerwowany od miesiąca i czeka na realizację. Jednak los jest bardzo nieprzewidywalny, bo kiedy wydaje się, że nic złego nie może się wydarzyć, cały misterny plan sypie się. Wtedy na jego drodze pojawia się Del – rubaszny i sporych gabarytów sprzedawca. Pech (albo i szczęście) powoduje, że panowie są skazani na siebie.

Polski tytuł nie do końca oddaje to, czego możemy się spodziewać. „Plains, Trains & Automobiles” bardziej sugerowałoby kino akcji, pełne pościgów wszelkimi środkami komunikacji jak „Zdążyć przed północą”. Ale John Hughes idzie w zupełnie inną stronę, bo jest to komedia drogi. Tutaj humor wynika nie tylko ze zderzenia dwóch charakterów: rubasznego, troszkę rozgadanego Dela i coraz bardziej sfrustrowanego Neala, z trudem zachowującego spokój w niesprzyjających dla niego okolicznościach. To wszystko kumuluje wiele zabawnych, wręcz nawet absurdalnych sytuacji (jazda samochodem pod prąd w dwie ciężarówki naprzeciwko czy wynajem auta, którego nie ma), cały czas jednak pozostając na granicy prawdopodobieństwa. Reżyser wie, kiedy podkręcić humor, nigdy jednak nie gubi swoich bohaterów. zwykłych, szarych ludzi ze swoimi problemami, troskami i smutkami, których czasem nie zauważamy pod wpływem gwałtownych emocji czy własnych ciężarów.


Czy to jest film o rodzącej się przyjaźni pod wpływem wspólnych przeżyć? Bardziej jednak o empatii, której czasem w biegu zapominamy, a Hughes pokazuje w krótkich chwilach oddechu. Najbardziej widoczne jest to w postaci Dela (rewelacyjny John Candy), którego łatwo można wziąć na celownik. Że jest za bardzo rozgadany, że flejtuch i bałaganiarz, jednak pod tą twarzą zaradnego, złotoustego handlarza, skrywa się melancholia oraz smutek. Neal (odpowiednio cięty i wybuchowy Steve Martin) wydaje się być w porządku gościem, tylko okoliczności czynią z niego antypatycznego buca. Chociaż on też ma moment pewnego przebudzenia, doprowadzając wręcz do wzruszenia. A tego się raczej nie spodziewałem po – pozornie prostej i przewidywalnej – komedii z wieloma cięciami montażowymi oraz mocno pachnącą latami 80-tymi muzyką.

To jest przykład ciepłego, refleksyjnego i bardzo zabawnego filmu, co stało się dla Hughesa znakiem rozpoznawczym. Dziś rzadko pojawia się taka mieszanka, pokazując pewną wyjątkowość tego nieobecnego już od 2006 roku reżysera/scenarzysty. Na pewno będę do tego filmu wracał, bo warto.

9/10 + znak poleca

Radosław Ostrowski