Młody Frankenstein

Nie ma chyba nikogo na świecie, kto przynajmniej nie słyszał nazwiska Frankenstein. Nawet jeśli nigdy nie miał styczności z powieścią Mary Shelley. Jego powstały z martwych monstrum stał się ikoną popkultury, przewijając się przez różne inkarnacje na przestrzeni stuleci. A już niedługo pojawią się aż dwie nowe inkarnacje: od mistrza grozy Guillermo del Toro (nazwana – bardzo oryginalnie – „Frankenstein”) oraz Maggie Gyllenhaal („Narzeczona Frankensteina”). Zanim jednak zapoznamy się z tymi tytułami, rzućmy okiem na bardziej komediową wariację tej znanej historii.

„Młody Frankenstein” od Mela Brooksa nie jest stricte adaptacją powieści Shelley, choć wykorzystuje jej znane elementy. Jej bohaterem jest wnuk szalonego naukowca, dr Frederick Frankensteen (Gene Wilder) i kompletnie odcina się od swojego przodka. Nie chce bawić się w ożywianie zmarłych, wręcz przeciwnie. Jednak sytuacja komplikuje się, kiedy otrzymuje spadek. Czyli zamek swojego przodka, razem z gdzieś znajdującym się laboratorium. Do tego doktorowi pomaga wnuk asystenta, Ajgor (Marty Feldman) oraz Inga (Teri Garr). No i jeszcze jest pani Blucher (Cloris Leachman), od której wymowy nazwiska płoszą się konie. Czy to oznacza, że Frederick pójdzie w ślady sławnego przodka?

Brooks mocno stylizuje swój film na horror z lat 30. i 40., czyli z czasów świetności potworów Universala. Całość jest nakręcona na czarno-białej taśmie i nawet ma przejścia niczym z epoki, w tle gra bardzo staroświecka, gotycka muzyka. Nawet scenografia sprawia wrażenie żywcem wzięta stamtąd (udało się zdobyć twórcom prawa do użycia oryginalnej scenografii laboratorium), przez co wygląda niemal realistycznie. A wszystko to służy w zaserwowaniu gagów różnej treści: od prostego slapsticku (inspektor policji z mechaniczną ręką czy wizyta monstrum u niewidomego) przez pojawiający się oraz znikający garb Ajgora aż po dialogi (niepozbawione podtekstu). Ku mojemu zaskoczeniu było kilka przezabawnych sytuacji, które przetrwały próbę czasu.

To jednak by nie zadziałało, gdyby nie brawurowe aktorstwo. Sam Gene Wilder (także współautor scenariusza) jest wręcz nadekspresyjny w roli dra Frankensteina. Zarówno próbujący zachować spokój z powodu nazwiska, jak i coraz bardziej popadający w szaleństwo. Bywa wręcz do przesady teatralny, serwując pokręconą postać. Szoł kradł wiele razy Marty Feldman jako Igor/Ajgor: od bardzo ekspresyjnych oczu po zadziwiająco spokojną barwę głosu. I tworzy pokręcony duet z Wilderem, gdzie lecą iskry. Cudnie błyszczą tutaj panie: zwłaszcza Kahn jako narzeczona (ten głos oraz scena na dworcu) oraz teatralna w dobrym znaczeniu tego słowa Leachman, której postać skrywa pewną tajemnicę.

Nie znam zbyt wiele filmów Mela Brooksa, ale „Młody Frankenstein” jest zgrabną zgrywą z klasyki horroru. Czasem tempo jest nierówne, zaś niektóre żarty mogą być niezrozumiałe, niemniej ma w sobie masę uroku oraz miłości do klasyki. Zadziwiające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Superman III

Trzeci film o Supermanie był w planach po sukcesie poprzedników, jednak na kontynuację trzeba było czekać trzy lata. Salkindowie mieli różne pomysły, w tym udział wrogów z kosmosu, ale więcej do powiedzenia miało Warner Bros. Wrócił za kamerę Richard Lester oraz poprzedni scenarzyści (David i Leslie Newman), a także Christopher Reeve w roli Człowieka ze Stali. Jednak tutaj ewidentnie coś się tu wykoleiło.

„Trójka” w zasadzie jest osobną opowieścią, nie powiązaną z poprzednimi częściami. Tutaj Clark Kent (Christopher Reeve) wraca do Smallville na zjazd absolwentów, więc spędza o wiele mniej czasu w Metropolis. Wydaje się to całkiem fajnym powrotem na stare śmieci oraz pierwszej miłości, Lany Lang (Annette O’Toole). I ku ich zdumieniu nadal coś między nimi iskrzy. Jednak pojawia się pewien nowy wróg, czyli chciwy biznesmen, Ross Webster (Robert Vaughn). Jak na potentata chce mieć monopol na wszystko: od kawy po ropę naftową. Do tego zmusza szantażem jednego ze swoich pracowników, Gusa Gormana (Richard Pryor), który także zarąbał troszkę kasy z firmy dla siebie.

Lester był bardzo znany ze slapsticku i ten humor uderza niemal od samego początku, gdzie poważne sytuacje (napad na bank) przeplata się z masą pomyłek: wyrwanie się psa-przewodnika niewidomemu, poślizgnięcia, spadająca na głowę farba, zapchany wodą samochód itp. I to wydaje się jakieś takie wybijające, jakby kompletnie przyklejone na siłę. Jak choćby, gdy Gorman próbuje włamuje się do satelity (lekko podchmielony) przy okazji doprowadzając do m. in. zepsucia sygnalizacji świetlnej (symbole ludków zaczynają się bić) czy awarii światła. Co gorsza nawet poważne czy pełne uroku momenty są przez tani żart torpedowane jak choćby piknik Clarka z Laną.

Sama intryga jest dość prosta, jednak Superman w zasadzie jest tu tłem. Twórcy więcej czasu spędzają na postaci granej przez Richarda Pryora i jest to dziwny taniec, w którym motywacja i portret psychologiczny jest co najmniej niespójny. Z jednej strony pozbawiony pracy, nagle okazuje się utalentowanym specem od komputerów, co chce dużo zarobić, jednocześnie jest łatwo podatny na manipulację i szantaż, by w finale pokazać się z dobrej strony. Próbuje się tez z niego robić trochę błazna, lecz to zwyczajnie nie działa. Nawet jak pojawiają się potencjalnie ciekawe pomysły (zbyt duża ufność w komputery oraz coś na kształt AI czy „zły” Superman), zostają one ledwo liźnięte i niewykorzystane. Szczególnie kwestia naszego herosa, przechodzącego na ciemną stronę, dawała duże pole manewru. Ale ponieważ film ma kategorię PG, ta postać nie wywołuje takiego zamieszania oraz chaosu, jaki mógłby zrobić (zamiast przestawić krzywą wierzę w Pizie na prostą czy zdmuchując znicz olimpijski). Muszę jednak przyznać, że walka Kenta ze swoją ciemną stroną na złomowisku jest jednym z nielicznych momentów angażujących emocjonalnie. Tak samo jak finałowa konfrontacja z superkomputerem, gdzie jedna z postaci staje się… cyborgiem (przerażający moment). Jednak poza tym, całość to ogromny krok w tył, jeśli chodzi o historię czy ton.

Aktorsko nadal jest całkiem dobrze. Reeve chyba tutaj wygląda najlepiej fizycznie, zaś granie Człowieka ze Stali weszło mu w krew. I potrafi zaskoczyć, pokazując bardzo przekonująco „złą” inkarnację. Ale prawdziwym odkryciem była dla mnie Annette O’Toole oraz jej bardzo silna chemia z Reevem. Jej Lana ma w sobie zarówno masę uroku (wnosząc troszkę świeżości), ale też odrobina zwyczajności. Uwielbiam zarówno scenę pikniku, jak i nakręcony w jednym ujęciu moment wspólnego sprzątania po zjeździe, gdzie kobieta zaczyna mówić o poczuciu niespełnienia. Chciałbym więcej takich momentów, bo dodają one większego ciężaru oraz zaangażowania. Z kolei Pryor robi, co może, by ożywić swoją postać, lecz scenariusz podcina mu skrzydła. Przyzwoicie wypada Robert Vaughn, ale dla niego granie opanowanych antagonistów to łatwizna.

Trzeci „Superman” jest sporym krokiem wstecz. Nadal jest parę dobrze zrobionych scen akcji (pożar fabryki chemikaliów czy finałowe starcie), sceny latania są solidne, a aktorzy starają się wyciągnąć maksimum z materiału. Jednak Lester na siłę pcha całość w stronę (niezbyt zabawnej) komedii, zaburzając ton i niemal rozsadzając warstwę emocjonalną. Spory zawód, choć najgorsze dopiero przede mną.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Chip i Dale: Brygada RR

Czy w dzisiejszych czasach można zrobić reboot/sequel, ale taki z jajem i biglem? Jak się okazuje, można i da się, tylko trzeba pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Tak jak zrobiono z pełnometrażową wersją „Chipa i Dale’a”. Film Akivy Schaffera to najbardziej szalone połączenie filmu aktorskiego z animacją od czasu „Kto wrobił królika Rogera” i fan serwisem oraz odniesieniami do popkultury godne „Deadpoola” oraz o niebo lepiej wykonane niż w nowym „Kosmicznym meczu”.

Jak sam tytuł mówi, pokazuje nasze wiewiórki po ponad 30 latach od emisji serialu „Brygada RR”. Dale nadal żyje przeszłością, przeszedł komputerową operację plastyczną (w sensie jest trójwymiarowy i w CGI), pojawia się na konwentach oraz jest niezbyt lotny. Z kolei Chip przebranżowił się na agenta ubezpieczeniowego w korpo, radzi sobie świetnie, lecz mieszka z psem. Odkąd ten mniej mądry chciał pójść własną drogą, co doprowadziło do końca serialu. Teraz jednak będą zmuszeni działać razem. Wszystko z powodu zaginięcia ich kolegi, Jacka „Rocky’ego” Roqueforta. I nie jest to pierwsze zaginięcie dawnego celebryty ze świata kreskówek, zaś policja jest kompletnie bezradna.

Reżyser w zasadzie robi współczesną wersję „Królika Rogera”. Czyli z jednej strony mamy kryminalną zagadkę do rozwiązania przez niedopasowany duet. Niczym w klasycznym buddy movie, gdzie skontrastowany duet zaczyna docierać i świetnie się uzupełniać. Ale z drugiej strony to komedia pełną gębą, będąca jednocześnie pastiszem konwencji oraz masą odwołań do popkultury. Głównie amerykańskiej animacji, gdzie czasem coś zabawnego może pojawić się w tle (plakat, postać), a nawet do konkretnej sceny (jak choćby do „Parku Jurajskiego” czy „Terminatora 2”), tylko trzeba uważnie wypatrywać. Jakim cudem Disneyowi udało się, by wcisnąć do temu filmu m.in…. „South Park” czy Sonica (tą pierwotną wersję z ludzkimi zębami)? Nie mam pojęcia, ale to cholerstwo strasznie działa. Całość jest bardzo w oparach absurdu, zabaw klisz oraz nieoczywistych postaci (główny zły, czyli Słodki Pete).

Także technicznie jest to pokręcone połączenie. Nie ma tutaj tylko animacji ręcznie rysowanej, ale także lalki, CGI, animację poklatkową. Razem z żywymi ludźmi (oraz psem), bez wywoływania zgrzytu i jest to totalny oczopląs. Wygląda to niesamowicie, przy okazji serwując kolejne żarty. Aż musiałem sobie robić pauzy, by wyłapać różne smaczki i japa cały czas się zamykała. Do tego jeszcze wszystko błyszczy dzięki rolom głosowym. Fantastycznie wypada tytułowy duet, czyli John Mulaney/Andy Samberg, zaś ich chemia oraz energia to prawdziwe paliwo. Spokojny i racjonalny Chip w połączeniu z rozgadanym, wręcz chaotycznym Dalem jest niemal idealnym połączeniem. Równie świetnie się prezentuje Will Arnett w roli głównego złola, zaś poza nim jeszcze usłyszymy także choćby J.K. Simmonsa (komendant policji), Setha Rogena, a nawet Erica Banę.

Nie sądziłem, że jeszcze Disney może zrobić coś ciekawego z dawno zapomnianymi postaciami. „Chip i Dale: Brygada RR” nie jest tylko bezczelnym żerowaniem na nostalgii (choć o tym też mówi), ale totalnie szaloną komedią. Nie dziwię się, że reżyser Schaffer robi także nową „Nagą broń” i o jej poziom jestem dziwnie spokojny.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojownicze żółwie ninja

Chyba nie ma wracającej w tą i z powrotem franczyzy jak Wojownicze żółwie ninja. Dzieło stworzone jako komiks przez Kevina Eastmana oraz Petera Lairda, zaczęło podbijać świat najpierw zabawek, potem telewizji aż w końcu musiał powstać film fabularny. A potem jeszcze były gry komputerowe, kolejne seriale, animacje, a nawet filmy aktorskie. Najbardziej znanym i lubianym filmem z tej franczyzy jest produkcja z 1990 roku od doświadczonego reżysera teledysków, Steve’a Barrona.

Akcja dzieje się w Nowym Jorku, który jest terroryzowany przez tajemniczy gang ninja. Kradną wszystko i wszędzie, zaś policja wydaje się nie mieć zielonego pojęcia. Jednocześnie gdzieś w kanałach miasta działają żółwie ninja pod uważnym okiem mistrza Splintera. Wojownicy z imionami mistrzów sztuki renesansu (Leonardo, Rafaelo, Donatello, Michaelangelo) działają w ukryciu, trzymając się z daleka od świata zewnętrznego. Jednak pewnej nocy naszym przyszłym ninja udaje się zawalczyć z tajemniczym Klanem Stopy, chroniąc dziennikarkę April O’Neil (Judith Hogg). To zwraca ich uwagę przywódcy Klanu, niejakiego Shreddera, co mocno komplikuje ich życie.

Reżyser wydaje się trzymać komiksowego pierwowzoru, gdzie samo miasto pokazane jest jako brudne, niemal opustoszałe nocą i niebezpieczne. Nie jest to jednak hyperealistyczne pokazanie rzeczywistości, lecz podejście bardziej przypominające… „Batmana” Tima Burtona czy legendarnego „Supermana”. Czyli pokazania rzeczywistości na tyle wiarygodnej, by mogły istnieć nastoletnie zmutowane żółwie ninja. Jakkolwiek to idiotycznie brzmi. Bo sama geneza ich powstania jest co najmniej szalona, pokazana z dużym użyciem animatroniki i niepozbawiona humoru. Sama fabuła jest dość prosta, zaś dialogi niezbyt skomplikowane, a humor też nie jest jakiś wysokich lotów (przynajmniej z perspektywy dorosłego), to jednak całość zwyczajnie działa. Może poza (zbyt krótką) finałową konfrontacją między Shredderem a Splinterem.

Barron do ożywienia żółwi oraz ich mistrza sięgnął po samego Jima Hensona i jego ekipę, by stworzyli stroje (dla aktorów oraz kaskaderów), a także narzędzia do wyrażania ekspresji żółwi. Efekt nawet dzisiaj robi wrażenie, zaś bardzo dobrze nakręcone sceny akcji oraz walki ciągle działają. Być może pomógł w tym fakt, że te sceny były kręcone przy użyciu 22 klatek na sekundę, by potem przyspieszyć do 24 klatek. Nie brakuje tutaj dowcipnych interakcji, choć humor jest na poziomie bohaterów – czyli nastoletni. I czasem przez to może wydawać się strasznie suchy. Niemniej więź między żółwikami oraz ich mentorem jest autentyczna, co jest zasługą świetnych ról głosowych (szczególnie Kevina Clasha jako Splintera). Całość, mimo miejscami mrocznej kolorystyki, jest czytelnie oświetlona i nakręcona, z paroma zapadającymi w pamięć momentami jak rozmowa Rafaela ze Splinterem przy świetle świecy czy pierwsze wejście Shreddera.

Ale też żywy aktorzy mają tutaj coś do roboty. Absolutnie wybija się tutaj Judith Hoag oraz Elias Koteas. Pierwsza jako dziennikarka April O’Neil ma w sobie zadziorność i upór w dążeniu do faktów, a także ma świetną dynamikę z żółwiami. Drugi wcielający się w samotnego mściciela Casey Jonesa wnosi sporo humoru, luzu i dzikiej energii. Z kolei James Saito wcielający się Shreddera jest odpowiednio niepokojący, z mrocznym głosem, bez popadania w śmieszność, choć pojawia się bardzo rzadko. Jedynie Michael Turney grający Danny’ego, młodocianego członka Klanu Stopy wypada dość sztywno i odstaje od solidnej reszty.

Pierwsze „Wojownicze żółwie ninja” godnie znoszą próbę czasu, czego się nie spodziewałem. Naturalnie sfotografowany z cudowną muzyką mieszającą syntezator, funk z Orientem, cholernie dobrym aktorstwem oraz fantastycznie użytą animatroniką, pozwalającą ożywić i uwiarygodnić tytułowych bohaterów. Żadne efekty komputerowe tego nie są w stanie zastąpić, o czym dzisiaj wielu twórców zapomina, zaś dzieło Barrona to destylacja lat 90.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lilo i Stitch

Ile razy Disney będzie przerabiał swoje animacje na wersje aktorskie? Odpowiedź jest prosta: tak długo, jak ludzie będą na nie chodzić. Bez względu na to, co będą mówić krytycy oraz wszelkiej maści recenzenci. Ale pojawiają się zapowiedzi, które mogą być potencjalne warte uwagi. Tak było z „Lilo i Stitchem”, nową wersją ręcznie rysowanej animacji z 2002 roku. Nie czułem do niej sentymentu, widziałem tylko raz, coś tam pamiętam – ogólny zarys oraz pojedyncze sceny – i (co może być sporym błędem) nigdy nie czułem potrzeby powrotu. Do tego za kamerą stanął Dean Fleischer-Camp, czyli reżyser głośnej animacji poklatkowej „Marcel Muszelka w różowych bucikach”. Była więc nadzieja, że będzie z tego coś potencjalnie ciekawego.

Punkt wyjścia jest w zasadzie ten sam. Czyli nasz genetyczny eksperyment nr 626, później nazwany Stitchem, uciekł z przestrzeni kosmicznej zanim miał zostać zneutralizowany. Wskutek okoliczności i awarii rozbija się na jednej z hawajskich wysp. W ślad za nim wyrusza jego twórca, szalony naukowiec Jumba Jookiba (Zach Galifianakis) oraz agent Pleakley (Billy Magnussen) i mają 48 godzin na schwytanie stworka. A że został on stworzony do siania chaosu, destrukcji oraz bycia wcielonym diabłem, zadanie powinno być proste. Jednak nasz niebieski obcy trafia do niejakiej Lilo (debiutująca Maia Kealoha). Dziewczyna jest również bardzo „energiczna”, wychowuje ją starsza siostra Nani (Sydney Agudong), próbując pogodzić to z pracą.

Reżyser bardzo pozytywnie zaskakuje i już od samego początku nie marnuje zbyt wiele czasu. Wprowadzenie Stitcha i jego ucieczka trwa raptem parę minut, by płynnie przejść do Lilo oraz poznać jej sytuację. Jej wejście budziło we mnie skojarzenia z „Florida Project”, lecz całość jest o wiele bardziej prowadzona komediowo. Cały czas sercem pozostaje relacja między siostrami, w która starsza musi także pełnić rolę matki (po śmierci rodziców) i poświęcić swoje pasje (biologia morska, surfowanie), aby móc nadal być razem. Co jest zaskakująco poważne, wręcz ciężkie oraz emocjonalnie uderza. Szczególnie w scenach bardziej wyciszonych, kiedy siostry zaczynają się otwierać.

Równie mocno wybrzmiewa tutaj zderzenie naszej tytułowej pary, doprowadzającej do totalnego chaosu. Oboje traktowani przez otoczenie jako niedopasowani, znajdują wspólny język i powoli dojrzewają, tworząc pokręconą rodzinę. Chociaż oswojenie stworka (fantastycznie animowanego) do łatwych nie należy, daje sporo momentów komediowych. Oraz widzimy jego percepcję (m. in. wyostrzony słuch), pokazując jego spryt, zaradność i jak uczy się poprzez obserwację. Zabawne sytuacje serwuje także duet kosmitów, próbujących dorwać Stitcha oraz próbujących się odnaleźć jako ludzie (ze szczególnym wskazaniem na Magnussena, którego chce się więcej). To także zasługa absolutnie rewelacyjnej Keaholi, której energia jest wręcz zaraźliwa oraz w pełni angażująca emocjonalnie.

Zaś skoro jesteśmy przy obsadzie, także dobrze wypada Sydney Agudong jako próbująca (mocno) ogarnąć sytuację Nani. Jej desperackie próby ogarnięcia wychowania z pracą wypadają bardzo przekonująco, zaś jej więź z siostrą czuć mocno. Na drugim planie szoł kradnie wspomniany Magnussen oraz Zach Galifianakis jako ekscentryczny, pokręcony naukowiec. Nie mogę też nie wspomnieć o świetnej roli głosowej Chrisa Sandersa (współreżyser oryginału) jako Stitcha, solidnej Amy Hill (sąsiadka Tutu) oraz drobnych kreacjach Tii Carrery (pracownica społeczna, pani Kekoa) oraz Courtney B. Vance (agent Bąbel).

Chyba sam jestem zaskoczony, ale „Lilo i Stitch” to najlepsza aktorska wersja animacji Disneya od czasu „Księgi dżungli”. Choć nie jest aż tak mocna wizualnie, nadal jest silną emocjonalnie historią o sile rodziny, z mądrym, nienachalnym morałem oraz bardziej „wakacyjnym” klimatem. Mocno bije tu serce aż do ostatnich kadrów, czego raczej się nie spodziewałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Wujek Foliarz

Dawno, dawno temu pojawiła się krótka historia o pewnym starym, co był fanatykiem wędkarstwa. Adaptacja creepypasty Malcolma XD wywołała spore poruszenie i zachwyt, więc sięgnięto po inne dokonania tego autora jak „Emigracja xD”. Teraz pora na kolejną creepypastę oraz niejako kontynuację „Fanatyka”.

Pamiętacie Kubę (Mikołaj Kubacki)? Trafił na terapię po aresztowaniu za posiadanie zbyt dużej ilości dragów. Udaje mu się nawet poznać fajną dziewczynę i jest plan, by wyruszyć razem do Włoch. Problem w tym, że chłopak zostaje porwany. Nie pomoże mu Liam Neeson czy inny heros kina akcji, bo trafia na totalne wygwizdowo. Odebrany mu zostaje telefon, dowód oraz kasa. A gdzie się znajduje? U równie pokręconego wujka Jerzego (Adam Woronowicz), co ma kompletnego zajoba na punkcie wszelkich teorii spiskowych. Do tego prowadzi własną telewizję Prawda TV i ma obsesję na punkcie burmistrza, którego chce dopaść. Pomaga mu w tym „Pułkownik” (Andrzej Grabowski) – wielki fan Fidela, sprawnie obsługujący komputer „Szybki” (Michał Sikorski) oraz mocno skręcająca ku ezoteryzmowi Barbara (Katarzyna Figura). Kuba ma pomóc w udowodnieniu sfałszowania wyborów, a w zamian odzyska swoje rzeczy. Jest jeszcze jedna komplikacja, czyli była dziewczyna Gosia (Kamila Urzędowska).

Za „Wujka Foliarza” odpowiada Michał Tylka, czyli reżyser „Fanatyka” i wydaje się być wszystko na miejscu. Bardzo przerysowana galeria ekscentryków, co żyją przeszłością oraz swoim obsesjami, których można bardzo łatwo obśmiać. Z drugiej jest nasz Kuba, zderzony z tym pokręconym światem, ale też ciągle uciekający. I nawet on nie jest gotowy na to, co się zdarzy. Bo jest tu i romans, i spisek (o dziwo nie urojony), potencjalna katastrofa ekologiczna oraz spora szansa, że – cytując wuja – to wszystko pierdolnie. Ale reżyserowi udaje się ten koktajl gatunkowy, choć w trzecim akcie puszcza hamulce i jedzie w najbardziej absurdalne rewiry. Ale pod tym wszystkim kryje się o wiele bardziej sympatyczna opowieść o sile rodziny (jakakolwiek by ona nie była) rodzinie, przyjaźni.

Technicznie „Wujek foliarz” prezentuje się naprawdę solidnie. Najbardziej wyróżnia się scenografia: od samego wyglądu bunkra niczym z taniego filmu SF po rekwizyty z dawnych czasów. Także praca kamery ze sporą ilością mastershotów robi wrażenie oraz muzyka niczym z heist movie dodają do specyficznego klimatu. Do tego równie dobrze dopasowane piosenki i bardzo płynny montaż sprawiają, że ogląda się film z przyjemnością. ALE czasami ten nadmiar wątków nie zawsze udaje się utrzymać w ryzach i parę żartów jest zbyt powtarzalnych. Szczególnie postać „Pułkownika” i „Szybkiego” cierpią na tym najmocniej. Choć ciekawym zabiegiem jest dodanie napisów na ekranie, kiedy wypowiada się postać grana przez Grabowskiego.

Sytuację za to ratuje obsada. Mikołaj Kubacki cholernie dobrze się odnajduje w tym szaleństwie. Jego reakcje wydają się naturalne, tak jak jego ewolucja i wyrastająca pewność siebie. Zgrabnie ten mix uzupełnia Michał Sikorski („Szybki”), urocza Kamila Urzędowska czy pojawiający się na chwilę Dariusz Kowalski (ta czarna fryzura jest niezapomniana!!). Ale i tak całość kradnie Adam Woronowicz w roli tytułowej – absolutnie szalony wujek, co wierzy we wszystkie szalone bzdury. Jednocześnie jest w nim pewne poczucie wspólnoty i czasem potrafi zaskoczyć.

Więc jaki jest ten „Wujek foliarz”? Na pewno nie tak intensywny i szalony jak „Fanatyk”, zdarza mu się mocno zwolnić oraz zgubić tempo. Niemniej to jedna z lepszych polskich komedii ostatnich lat, dająca więcej frajdy niż się można było spodziewać.

6/10

Radosław Ostrowski

Małpa

Adaptacje filmowe utworów Stephena Kinga są – jak mawiał klasyk – niczym pudełko czekoladek: nigdy nie wiesz, na co trafisz. Od kompletnej słabizny po totalne arcydzieło. Mierzyli się z nim zarówno specjaliści od horrorów pokroju Johna Carpentera, Davida Cronenberga i George’a Romero po bardziej wszechstronnych filmowców jak Stanley Kubrick, Frank Darabont czy Rob Reiner. Teraz do tego grona adaptatorów Kinga dołącza Osgood Perkins, biorąc na warsztat opowiadanie „Małpa”.

Historia zaczyna się w roku 1999 roku, skupiająca się na braciach bliźniakach Halu i Billu (znany z „Łasucha” Christin Convery). Ojciec-pilot zniknął w niejasnych okolicznościach (jak to matka powiedziała: „wyszedł po papierosy i już nie wrócił), wychowuje ich matka (Tatiana Maslany). Wszystko wydaje się być fajnie, ale dzieciaki znajdują zabawkę w kształcie małpy. Jak to małpa, ma duże oczy, dużą szczękę oraz bębenek, na którym gra. Przekręcić kluczyk i patrzeć jak zwierzak uderza bębenkiem – proste, prawda? Tylko po tym wszystkim ludzie zaczynają umierać w makabryczny sposób. Po jednym taki przekręceniu kluczyka ginie matka, co mocno rozluźnia ich więzi. Udaje im się pozbyć nawiedzonej zabawki. Jednak po 25 latach Hal (Theo James) będzie musiał się z nią skonfrontować.

Nie znam literackiego pierwowzoru i nie będę bawił się w porównanie, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: „Małpa” to zdecydowanie najbardziej komediowy film w dorobku Perkinsa. Śmierć, która tak budzi strach i przerażenie, tutaj ma wymiar groteskowej jatki. Jakby to było mocno przerysowane „Oszukać przeznaczenie”, wywołując jednocześnie śmiech, strach i szok. Reżyser umie budować atmosferę niepokoju, a tytułowa zabawka działa w sposób niepokojący. Nie wiadomo kiedy ani kogo uderzy, nie mówiąc o tym jak, zaś wszelkie próby neutralizacji kończą się klęską. Ale im dalej w las, tym bardziej intryga filmu wydaje się… banalna i bardziej przyziemna. Bo mamy tu trudną relację Hala z synem, obsesyjne pragnienie zabawki i czystą jatkę (bardzo kreatywną oraz nagłą). Wolałem aurę tajemnicy wokół małpki, której dźwięk uderzania w bębenek i towarzysząca jej muzyczka budziła poczucie niepokoju.

Całość aktorsko na swoich barkach trzyma obsadzony wbrew warunkom Theo James i wypada naprawdę dobrze. Zarówno jako niepewny siebie, nerdowaty Hal, jak i szorstki, cyniczny Bill w jego wykonaniu jest wiarygodny: od mowy ciała przez sposób wypowiadania. Także ich młodsza inkarnacja wypada świetnie. Z drugiego planu najbardziej wybija się Tatiana Maslany (matka) oraz w drobnych epizodach Adam Scott (ojciec w świetnym prologu) oraz Elijah Wood (palantowaty Ted).

„Małpa” jest zdecydowanie lżejszym, bardziej rozrywkowym filmem w dorobku Perkinsa. Można się przy nim świetnie bawić, z kumplami przy popkornie i po paru dniach kompletnie zapomnieć. Co samo w sobie nie musi być żadna wadą – można było gorzej spędzić te półtorej godziny.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Substancja

Chyba wobec żadnego filmu nie miałem takich sprzecznych emocji jak w przypadku „Substancji”. Z jednej strony zdobyta Złota Palma za najlepszy scenariusz w Cannes, z drugiej jest to… body horror. Czyli należało spodziewać się deformacji, zniekształceń ciała i innego obrzydlistwa na widoku. Mimo to postanowiłem zaufać nowemu dziełu Coralie Fargeat.

„Substancja” dzieje się w Los Angeles – mieście bogactwa, prestiżu i wielkiej sławy, o której marzą wszyscy. To tutaj żyje Elisabeth Sparkle (wielki powrót Demi Moore) – kiedyś bardzo popularna aktorka, zdobywczyni Oscara i posiadaczka gwiazdy w Alei Sław. Obecnie pracuje w telewizji, pokazując… ćwiczenia aerobiku. Samo w sobie nie jest niczym złym, ale kobieta popełnia jeden niewybaczalny błąd w szołbiznesie: starzeje się. Jako 50-latka staje się dla telewizji balastem i zostaje zwolniona. Czy może być gorzej? Wypadek samochodowy i krótkie badanie lekarskie, ale od jednego z lekarzy otrzymuje pendrive z wiadomością: „To odmieniło moje życie”. A na samym nośniku jest reklama tytułowej substancji, pozwalającej stworzyć młodszą wersję samej siebie. Cały myk polega na tym, że obie wersje muszą „zamieniać się” przez tydzień, podtrzymując i karmiąc tą drugą (Margaret Qualley). W końcu „obie są jednością” i by tak trwało, muszą zachować równowagę. Co może pójść nie tak?

Fargeat inspiruje się wieloma rzeczami, ale tworzy z nich własną rzecz. Punkt wyjścia może budzić skojarzenia z „Portretem Doriana Graya” czy „Doktora Jekylla i pana Hyde’a”, mieszając konwencję i style. Z jednej strony to body horror (horror cielesny), mocno inspirujący się dorobkiem Davida Cronenberga. Z drugiej jest to ostra satyra na szołbiznes, zdominowany przez kult młodości i „szczucie cycem”. Starość jest traktowana tutaj niczym trąd, chowana z dala od widoku wszystkich i nieakceptowana przez „środowisko”. To także zaczyna odbijać się na innych, doprowadzając do niechęci wobec samej siebie. I to wszystko reżyserka pokazuje to bez zbędnych ozdobników, niejako waląc prosto w twarz oraz szokując.

Bo jest tu sporo nagości oraz krwawej makabry, a sama transformacja (pierwszy raz) pokazana jest w bardzo bezpośredni sposób. Z masą zbliżeń, bardzo dynamicznym, wręcz pulsującym montażem i świdrującym dźwiękiem. Fargeat też fantastycznie operuje kontrastem: sama Elisabeth pokazywana jest pod prostymi kątami (głównie zza pleców), nie specjalnie zwracając uwagę. Ale jej młodsza wersja Sue fotografowana jest bardzo blisko, niemal czyniąc z niej seksualną fantazję (nawet przy scenach aerobiku). Tylko nie wywołuje to podniecenia, lecz dyskomfort. Bardzo graficzne i krwawe obrazy przeplatają się z bardzo sterylnymi przestrzeniami jak łazienka, korytarze czy kryjówka z paczkomatem. Zaś finał to jest taka jazda bez trzymanki oraz jatka niczym z „Carrie”, że wywołało to we mnie gwałtowny śmiech. Czy dlatego, że to było zabawne, czy to była moja reakcja na to szaleństwo.

Chciałbym wam mocno polecić „Substancję”, ale to nie jest film dla wszystkich. Bezkompromisowa wizja, która albo wprawi was w ekstazę, albo odrzuci swoją bezpośredniością. Jeszcze nigdy Hollywood nie było tak obrzydliwe w swoim pięknie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trucizna

No i została jeszcze ostatnia opowiastka z dorobku Dahla. Tym razem (poniekąd) wracamy do kolonialnych Indii, gdzie poznajemy Timbera Woods (Dev Patel). Mężczyzna wraca do domu, gdzie mieszka ze swoim przyjacielem, Harrym Pope’m (Benedict Cumberbatch). Ten jednak cały czas leży na łóżku z otwartymi oczami, cały spocony i nieruchomy. Dlaczego? Otóż dosłownie między ciałem mężczyzny a pościelą leży… jadowity wąż.

Choć punkt wyjścia wydaje się co najmniej niedorzeczny, to „Trucizna” bardzo dobrze by się sprawdziła jako horror. Bliżej w realizacji jest tutaj do „Zdumiewającej historii Henry’ego Sugara”, gdzie dekoracje lubią się rozkładać (mimo że jesteśmy w jednym budynku), nadal pojawiają się rekwizytorzy, zaś ruch kamery jest o wiele bardziej kreatywny. Jest o wiele więcej więcej zbliżeń, głównie na twarz Cumberbatcha. A to wszystko pomaga w budowaniu napięcia, gdzie czekamy na rozwiązanie tej nerwowej sytuacji. Nawet pojawienie się lekarza (Ben Kingsley) pozornie wydaje się uspokajać całą atmosferę. Ale cały czas coś może pójść nie tak. A wszystko zamyka się w absolutnie zadziwiającym finale. Tutaj nawet kamera dostaje trzęsawki, co bardzo mocno zaskakujące.

Wszystko tak naprawdę trzyma na barkach trio aktorów. Patel mówi z prędkością karabinu maszynowego, cały czas patrząc prosto na kamerę. Nawet w „Henrym Sugarze” nie mówił tak szybko, dodając bardzo wiele dzikiej energii. O wiele bardziej stonowany jest Cumberbatch, który musi grać bardzo oszczędnie (wręcz szeptem), a jednocześnie wyrazić masę (głównie negatywnych) emocji. I nie zawodzi. Tak samo jak trzymający fason Ben Kingley w roli lekarza. Bardzo opanowany, a także władczy, pokazujący go jako kompetentnego fachowca.

Powiem szczerze, że te krótkometrażówki bardzo mocno służą Wesowi Andersonowi. Krótka forma pozwala nabrać nowych barw dla jego charakterystycznego stylu opowiadania, bez poczucia znużenia czy zmęczenia, a także dopasowuje się do różnych gatunków. „Trucizna” tylko to potwierdza.

7,5/10

 

Radosław Ostrowski

Szczurołap

Kolejny odcinek netflixowej antologii Wesa Andersona. Tym razem trafiamy do małego miasteczka, gdzie reporter lokalnej pracy (Richard Ayoade) opowiada o tym, jak został wezwany szczurołap (Ralph Fiennes). Zadanie proste: dopaść szczury i doprowadzić do zmniejszenia ich populacji. Problem w tym, że gryzonie znajdują się w… dużym stogu siana. To chyba jednak nie powinno być problemem, prawda?

Reżyser nie zmienia za bardzo swojego stylu i idzie mocno w komedię. Wynika to głównie z tytułowego bohatera, który jest mocno ekscentryczny. Chodzący w taki sposób, że nie słychać jego kroków, z czarnymi oczami. Wręcz próbujący mentalnie być szczurem, by w ten sposób łatwiej go dopaść. Ale plan z jakiegoś dziwnego powodu coś idzie nie tak i to mocno psuje jego reputację. Sam punkt wyjścia wydaje się prosty, jednak – jak w poprzednich opowiastkach – rzeczy lubią się komplikować. Niby tytułowy bohater jest dziwakiem, ale sprawia wrażenie fachowca. Kiedy opowiada o tym, jak pozbywać się szczurów z kanałów czy swoim planie, wydaje się być najlepiej znającą się na rzeczy osobą.

Ale jednocześnie jest w nim coś niepokojącego, ta szczura obsesja potrafi wywołać obrzydzenie. Najdobitniej pokazuje to finał, gdzie zostaje wykorzystany szczur (rekwizyt, ożywiony dzięki animacji poklatkowej) i nasz ekspert od łapania ich zabija go bez użycia rąk ani nóg. Podbudowa tej sceny jest świetna, obraz staje się miejscami ciemny, zaś kamera jest skupiona na twarzach. Niby tylko mała anegdotka, ale fantastycznie zrealizowana.

8/10

Radosław Ostrowski